Przedwieczny



W piwnicach panowała ciemność, oświetlał ją tylko żar koksowników. Były to wielkie kosze, rozstawione wzdłuży korytarza, które nie dawały tyle ciepła, ile odbierały stare ściany. Pośród zapachu stęchlizny, wilgoci i spalenizny unosił się słodka woń ziół i róż. Anna. Siedział wyprostowana przy pryczy Marii. Czuwała, medytując. Medytowała, czuwając. Przewracała oczami i mamrotała coś pod nosem. Jakąś modlitwę, mantrę lub zaklęcie. Maria wsłuchiwała się w jej spokojny głos, pomagało jej to w ogarnięciu myśli, ból poparzenia już ustępował. Pod warstwą spalonej tkanki pulsowała nowa skóra. Nagle Anna wygięła się w łuk i zaczęła wykrzykiwać:




- Czerwony super księżyc. Mars. Dwa księżyce. Podróżnik. Zło. - Jej ciało wyginało się nienaturalnie, a kości trzeszczały, gdy ocierały się o siebie, czym wprawiały jej ciało w dodatkowy rezonans.



Maria próbował do niej ruszyć. Spalone resztki skóry usztywniały ją jak gips. Zaczęła zrywać z siebie spaloną skorupę, pękającą podobnie jak wafle, które w dzieciństwie łamała, rozsypując wokół okruszki. Pod zaschniętą zbroją pulsowała różowawa skóra, która lekko prześwitywała i można było zobaczyć jej mięśnie. Naga podbiegła do Anny, która w konwulsjach zaczęła powtarzać. - Zło. Brama się otworzyła. ONO tu jest. - Wiedźma jeszcze raz się wygięła, prawie upadając, w ostatniej chwili Maria złapała ją pod ramiona i uniosła. Anna spojrzała na nią, miała białe oczy, źrenice uciekły pod czaszkę. - To Ty! - Chwyciła kamień u jej stóp, chciała nim uderzyć Marie. W połowie zamachu jej źrenice wróciły na swoje miejsce. W ostatniej chwili odrzuciła kamień i przytuliła się do Wilczycy. Ciało poparzonej dziewczyny było lekko wilgotne i klejące, z każdą chwilą narastało nową tkanką. Czarownica dotknęła powierzchni jej skóry/ - Biedactwo -wyszeptała. - Piękna bestia. Pocałowała jej pierś i okryła swoim płaszczem. - Idą ciężkie dni.- wyszeptała.

Maria próbowała zapytać, co się działo, ale nie mogła wydusić słowa, ogień, który strawił jej skórę, poparzył jeszcze jej gardło, które dopiero odzyskiwało swój kształt. Zamiast słów z jej ust wydobywały się tylko chrząknięcia. Nagłym atakiem torsji, wygięła się w stronę ściany, wypluła z siebie resztki poparzonego przełyku.



***
"Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu 
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką 

Jak śmierć kamienna bryła"

S.B.


Marek. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w okularach. Stał na szczycie katedry. Wokół panowała cisza, jego twarz oświetlał księżyc. Po trudach wspinaczki oddychał ciężko, jego spocone czoło osuszał lekki wietrzyk. Było chwilę po północy. Pod stopami miał kilkanaście metrów. Poniżej katedry szumiała woda z pobliskiej śluzy. Opera Nova i pobliski most oświetlały kolorowe światła. Tylko łuczniczka, która powinna być srebrna, teraz wydawała się czarna. Jej niewidoczna strzała wycelowana była prosto w niego. Jego serce. Szeptał imię. Kobiece. Do obrzydzenia zdrobnione. - Trisz... - mruczał, ściskając w ręku kawałek papieru.




"Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą,

Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B.

Zerknął poniżej, zobaczył wybrukowana kocimi łbami uliczkę. Cofnął stopę i z gzymsu, na którym stał, zsunęła się dachówka. Spadła łamiąc ciszę okolicy i pękając na setki kawałków. Spłoszył ptaki. Wziął głęboki oddech, rozpostarł ręce. Wypuścił z rąk zwitek papieru, który poszybował wysoko. Niesiona wiatrem kartka zaczynała się krótką sentencją "Mam w jednej ręce samobójstwo, w drugiej różę mam". Wilgotne ręce i łzy płynące cienką stróżką zniekształciły resztę wiadomości. Wokół mężczyzny kłębiły się czarne ptaki, które chwile wcześniej spłoszył. Świat zawirował, nagłym przypływem adrenaliny, zaśmiało się życie. Zamknął przekrwione płaczem oczy. Wyszeptał jej imię i pochylił się ku otchłani.

- Zdecydował się! - Usłyszał tuż nad głową.

- Tak już jest nasz! - odpowiedział drugi głos. Marek otworzył oczy. Zobaczył wokół siebie stado czarnych ptaków. - Zmutowane gołębie? - pomyślał. Mając jeszcze kontakt z powierzchnią dachu, odwrócił się ostatkiem sił.

- Witaj! - usłyszał głos, który pochodził z góry. To ptaki mówiły setką głosów.

- Co? Jak? - Zdążył wydobyć z siebie ostatnie słowo. Patki połączyły się w jeden czarny byt, który poruszał się jak dym. Jak Wielka ręka Czerń chwyciła mężczyznę. Czyste zło czerpiąc radość z tej chwili, falowała, trzymając przerażonego mężczyznę jak kukłę na linkach. Czarna istota chwilę bawiła się ciałem. To podskakiwała nim jakby tańczącym pajacem, to znowu układała go w pozy biblijne, krzyżując go co chwilę. - Co chcesz ze mną zrobić? - wykrzyknął mężczyzna.

Bezimienny zatrzymał przedstawienie momentalnie. Samobójca uwieszony na linkach zaczął wierzgać nogami, zaraz po tym, jak czarna macka owinęła się wokół jego szyi.

- No właśnie, co zamierzasz? - rozległ się głos.

- Zamknij się! - Odezwał się z próżni kolejny.

- Napawajmy się chwilą! - wykrzyczał inny.

Mężczyzna głośno złapał oddech. Istota z innego świat znowu zaczęła się nim bawić. Nagle zastygła. Poczuła na sobie spojrzenie. Księżyc. Luna patrzyła. Wtedy, jakby składając w ofierze, uniosła w górę, ku niebu. Nagle złamała samobójcę wpół i roześmiała się, a Marek jęknął. Mackami zaczęła wpełzać w ciało mężczyzny. Śmiech wypełnił okolice. Ciało mężczyzny zostało otoczone sarkofagiem ze smoły, czystego zła.

- Złamałeś mu kręgosłup matole! - W tym samym rozległ się dźwięk dartego materiału i z ciała Marka wypadł złamany kręgosłup.

- Co to za stan? - zajęczała masa.

- Pali w środku! - zawołała Czerń.

- To ta miłość, ta cholerna miłość! - Kula otaczająca Marka zaczęła się wić, jakby próbowała oderwać się od dawcy. - Gdzie ona się mieści?

- W sercu! - odkrzyknął głos. I w tym samym momencie po powierzchni dachu poturlało się wyrwane, jeszcze bijące serce. Zostawiło za sobą stróżkę.

- Co ja uczyniłem. - pomyślał Marek. Ostatnią myślą dotknął ukochanej. Było mu wszystko jedno. Stracił ją bezpowrotnie. Zasnął.

Arghht — Bezkształtna masa wiła się po dachu katedry. Dachówki sypały się z dachu na ziemię. Jak wielka czarna ośmiornica wymachiwała mackami, obijając się o dach. Próbowała zawładnąć ciałem.

- Oni ciągle o tym mówią! - Z czerni wypadł język.

- Nadal pali! - krzyczało zło.

- Patrzą się na siebie, może to! - Wyjęczało w konwulsjach. Zło miotało się coraz bardziej. Widziało obrazy, wspomnienia gospodarza. Miłość, którą czuł, a wypełniała go od stóp do głów. Nagle opadło z sił całkowicie i zaczęło turlać się z dachu. W ostatniej chwili Marek chwycił krawędź rynny. Zło w nim zadrżało.

- Uciekajmy! - Wysyczało. - To nie host dla NAS! - Igiełki Czarnej mazi zaczęły spełzać z palców mężczyzny wzdłuż rynny.

- Tak. To jedyne wyjście!

Twarz mężczyzny całkowicie pokryta była smołą. Ciało bezwładnie wisiało uwieszone rynny, która powoli się obrywała. Pajęczyna czarnego śluzu zaczęła opuszczać jego ciało. Próbowała połączyć się w jedność, gdzieś dalej.

- Nie mogę! - wykrzyczała masa.

- Utknęliśmy! - odpowiedział jej drugi głos.

- Inny dawca! Szybko! - Najbliższą istota były jaskółki, które spały w pobliskich gniazdach. stróżki czarnej mazi, łącząc się w strumyczki, popłynęły w ich kierunku. Nagłymi wybuchem z gniazd wyskoczyły czarne ptaki.

- Wolny! - Jednym chórem zaśpiewały jaskółki. Siedem ptaków wirowało wokół wieży kościoła.

Haha. Uwielbiamy być ptakiem! - Oglądały okolicę. Widziały miasto. Każdą mroczną duszę, każde rozdarcie w wymiarze, każdy błąd Boga. Zaczęły szybować w stronę nieba. Nagłym rozbłyskiem znieruchomiały, zaczęły spadać. - Co się dzieje? - pomyślała czarna istota.

Z głośnym plaskiem mężczyzna spadł z dachu. Mrok nagle odzyskał świadomość, a Marek swoją. Widział obraz okolicy jednocześnie z siedmiu perspektyw. Zło zrozumiało, że nie może się oddzielić od ciała mężczyzny.

- Nienawidzę miłości! Nienawidzę Was! Ludzi! - krzyczały jaskółki na niebie.

Marek dotknął twarzy. Jego usta i oczy warstwą bruzd pokrywała, Bruzdy układały się w kształt szponów, jakby coś wydrapało mu gałki. Marek oparł się o ścianę, a maź wniknęła w głąb murów.

Pomyślał o wejściu na dach i już był w połowie drogi.
"Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła 

Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B

***

Starzec wskazał palcem i współpasażerka otworzyła drzwi, wypchnęła Waldemara z samochodu. Hrabia złapał za telefon. Podał adres i bez słowa się rozłączył.

Waldemar rzucony prędkością odśrodkową wpadł w pobliskie krzaki, jego głowa zawisła kilka centymetrów nad ziemią. Chłopak otworzył oczy, przez ledwie uchylone i przymrużone bólem, zobaczył plamę krwi. Mała kałuża falowała. Każda, nowa kropla, poruszała powierzchnia czerwonego lustra.
- Już wstaje kochanie... - wyszeptał, niewyraźnie. - dobrze serduszko. - usłyszał — co ci się stało? - poczuł jej dłoń, która delikatnie wplata długie palce, w pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca dłoń, zaczęła szarpać go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz.
- To boli — Próbował krzyczeć, ale jego głos utknął w gardle i ledwo zrozumiale wyrzęził, swoją prośbę.
- Kurna, żyje! Co robimy? - Wykrzyknął, klęczący nad ciałem mężczyzna.
- Pakuj go na nosze! - Odpowiedział drugi, otwierając pakę karetki. Chwile szarpał się z klamką, klnąc pod nosem. - Wiesz co robić. Ma dokumenty?
- Ma, nie jest stąd. Bezdomny raczej. - Chwile patrząc w dokumenty, dodaje. - To wiele ułatwia. Dziś Ty dzwonisz? - Powiedział, rzucając drugiemu ratownikowi telefon.
Chłopak bezwładnie opadł na powierzchnie noszy, poczuł, jak nieznana siła podnosi go, jak w zwolnionym tempie. Unosi się prawie do chmur, w pewnym momencie, światło, które go otaczało, zaczęło delikatnie gładzić jego powieki, mówiąc „śpij”. Ostatkiem sił odchylił powieki. Zobaczył wnętrze karetki. Lekarze o coś się kłócili, słyszał słowa, ale nie rozumiał ich znaczenia.
- Jeszcze dycha. Dzwonić? Zrobiłeś mu zastrzyk? - wykrzykiwał kierowca, wymachując rękoma i wskazując telefon.
- Jeszcze chwilę. - Odpowiedział lekarz. Trzymał na wysokości oczu ampułkę i strzykawkę. - Jeszcze tylko chwila i przestanie boleć. - Uśmiechnął się do chłopaka łagodnie i pochylił się, by zrobić zastrzyk. - Będzie dobrze. - Wyszeptał do Waldka, a jednocześnie wstrzyknął mu zimny płyn do żyły. Szybkim ruchem wyjął, pustą strzykawkę i odwrócił się w stronę kierowcy, mówiąc, stanowczym głosem. - dzwoń! - Ponownie odwrócił się, w stronę półprzytomnego chłopaka, złożył jego ręce na piersi, pogładził go, po dłoni i powiedział. - Nie bierz tego do siebie, to tylko interesy.
Przez chwilę, chłopakowi rozjaśniło się w głowie, zimno wstrzykniętego płynu, zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Usłyszał głos z szoferki, słowa, które przed chwilą nie miały znaczenia i nie układały się w zdania, teraz zaczął rozumieć.
- Cześć wam, co dziś chowacie? Mamy świeżą „skórę”. Właśnie dochodzi. Mężczyzna dwadzieścia pięć lat Waldemar Szornhern, bezdomny. Nikt nie będzie płakał. - Kierowca się roześmiał.
Chłopak chciał krzyknąć, poczuł tylko jak gardło, zaciska się bezwładnie, próbował chwycić oddech, płuca znieruchomiały, usta rozchyliły się bezwładnie. Nagromadzona ślina zaczęła spływać do gardła, przełyk zamarł. Serce, w dziwnym porywie, rozciągnęło każde bicie w nieskończoność. Nieziemski ból przeszył jego pierś, prośba o oddech obiła się tylko, w pustych płucach głośnym echem. Nie mógł ruszyć nawet palcem, poczuł dziwne osłabienie. Rozchylone powieki patrzyły na lekarza, który nerwowo palił papierosa i coś notował. Źrenice chłopaka, rozciągnięte do granic możliwości, kaleczyły się światłem mijanych latarni. Wnętrze karetki wybuchało co chwilę, jasnością nadwrażliwych odczuć chłopaka. Serce przestało bić, krzycząc imię dziewczyny, śmierć zakładała się z diabłem, co pierwsze zawiedzie. Utopi się we własnej ślinie, umrze z braku tlenu w mózgu czy ze strachu. Lekarz spojrzał na zegarek. - Jest 13 po. godzina zgonu 19:15, przyczyna: ogólne obrażenia spowodowane wypadkiem. - Oczy chłopaka zabłysły w geście protestu. Światło rozbłysło, czuł, jak odpływa, płuca nadal wołały o oddech szarpiącym, nieruchomym bólem. Przez chwilę zrobiło się ciepło. Jasność ustąpiła miejsca ciemności.
Lekarz wstał, podszedł do nieruchomego ciała, powłóczystym gestem przymknął powieki chłopaka.
- Dobra możesz jechać na bazę. Już po wszystkim. - Rzucił przez ramie lekarz, spojrzał na fiolkę z napisem „Pawulon”, przetarł łzę wyrzutów sumienie i wsunął pusty pojemnik, do torby lekarskiej.
W ciemności słyszał głosy. Krzyki. Błagania. Może sam krzyczał. Czasem zdawało mu si, że umarł, że to już koniec. Nagle, bezgłośnie, uderzył o gładką powierzchnię szpitalnych kafelków. Uniósł ciało do pozycji półleżącej, przetarł czoło, już nie bolało, ale nadal jego źrenice były nadwrażliwe na światło, które pulsowało w dziwnych odcieniach błękitu i różu. Z trudem podniósł się i wstał. Stawiając krok za krokiem, wyszedł z pomieszczenia. Oślepiony światłem korytarza, szedł po omacku, wzdłuż ściany. Próbował zawołać kogoś, ale jego głos nadal uwiązany był w gardle, niewidzialną nicią. W pewnym momencie oparł się o ścianę, która ustąpiła pod jego ciężarem i otworzyła się drzwiami, do sali, w której panował miły półmrok. Chłopk upadł i wylądował tuż u stóp młodego mężczyzny, który stał  przy łóżku. Waldek podniósł się, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna spojrzał na niego spod byka.
- Co tu robisz, zaraz po Ciebie przyjdą! - wyszeptał – Szczęściarzu, Ty nie żyjesz. - dodał.
Chłopak zamarł. Spojrzał na poważną twarz rozmówcy. - Co Ty mówisz. - z trudem odpowiedział.
Nagle światła przygasły, Waldemar usłyszał nieludzkie krzyki. Spojrzał w stronę okna, które wyglądało, jakby niewidzialne szpony rozdzierały je na kawałki. - Co... - próbował zapytać, ale niewidzialna siła złapała go za nogi i uniosła. Chłopak zdążył jeszcze chwycić kraniec łóżka. Zobaczył leżącego na nim mężczyznę. Spod plątaniny rurek i kabli wystawała twarz, dziwnie znajoma. To mężczyzna stojący przy łóżku, podtrzymywany, na siłę, przy życiu.
- Szczęściarzu... - Powtórzył mężczyzna, odginając palce zaczepionego, o ramę łóżka Waldemara. - To mój prezent. - Odprowadził chłopaka wzrokiem, a ten zniknął w jednej ze szczelin. Nagle w pokój rozświetliła jasna jarzeniówką.
- Jak się dziś czujemy? - rozległ się wesoły głos pielęgniarki, która podeszła do leżącego w śpiączce mężczyzny.

Waldemar obudził się w dziwnym pomieszczeniu, na kamiennej posadzce.

Komentarze