Trzynaste piętro



Za horyzontem, gdzie milczenie znaczy niebo,
Przetykam złotą nić, przez wcieleń moich splot.
Przyznaję się do ran, do krwi...
Miłości, której wstyd..."
Abraxas

Rozdział I. Dzikość mego serca

"Jeszcze dokoła echo Twych słów,
czuję każdy nerw, bicie Twego serca,
Znów jestem sam, tak potwornie sam,
Chociaż kocham Cię, wszystko nie tak."


- Nienawidzę korporacji. – pomyślał. Wziął głęboki oddech. Przeklął w myślach i wszedł do wysokiego, budynku. – Więzienie ze szkła. – szepnął do siebie, gdy wielkie automatyczne wrota zamknęły się, tuż za nim. Obejrzał się przez ramię, zauważył jak świat, za zamykającymi się drzwiami, szarzeje. Sięgnął do kieszeni, razem z telefonem przez przypadek, wyjął z niej monetę. Spojrzał na ekran urządzenia, nikt nie dzwonił, nikt nie pisał – w sumie dobrze. – pomyślał i wzruszył ramionami. Wsunął telefon do kieszeni spodni, jednocześnie przytrzymując monetę. Obrócił w kościstych palcach srebrną blaszkę, zerknął, z niesmakiem, na automat z kawą.
- Czemu nie – szepnął do siebie, zbliżając się do maszyny. Wrzucił monetę, która natychmiast wypadła poniżej. Młody mężczyzna nie zauważając tego, przesuwał tylko palec, góra – dół, jakby miał zamiar wybrać produkt, na chybił – trafił. Naciskając przycisk zorientował się, że maszyna, jak zwykle, nie przyjęła monety. Pochylił się i zniesmaczoną miną wyjął bilon. Potarłszy ją o bok automatu, wrzucił ponownie do otworu z nadzieją na sukces. Chłopak usłyszał brzdęk i automat zliczył wrzuconą sumę. Uśmiechnął się. Spojrzał na wytarte głębokimi bruzdami miejsce „naprawcze” i wybrał produkt. Rozległ się automatyczny dźwięk, wypadł kubek i polała się kawa. Pobrał przykrywkę i poszedł w stronę windy. Stojąc na przeciw jej drzwi widział swoją twarz. – Wyglądasz jak trup – wyszeptał i wziął łyk kawy. Skrzywił się z niesmakiem.
- Nie jest tak źle. – Usłyszał za sobą. – Bo noc jest żeby się wyspać. – dodała, miękkim, kobiecym głosem, postać zza pleców mężczyzny. Obejrzał się i zobaczył Marię. Wysoka dziewczyna, o czarnych jak węgiel włosach, czekała z pochyloną głową, na jakąkolwiek odpowiedź ze strony chłopaka.
- Spałem… – odburknął.
- Chyba nie w sosie, coś dziś? – zapytała, wbijając w niego, swoje przesadnie przyjazne, zielone oczy. Uśmiechała się jakby chciała powiedzieć „przybywam w pokoju”.
- Chyba tak. – odpowiedział, jego głos złagodniał, każde słowo machało już białą flagą. – Przepraszam, za dużo na głowie. – Skłamał. Przez ułamek sekundy pojawił mu się w głowie obraz. Twarz ze snu, zdeformowana i rozmyta, zastygła w dziwnym grymasie. Wzdrygnął się, jakby strzepując z rzęs resztę snu. – Tak za dużo pracy, chyba wyjdę dziś wcześniej. – Uśmiechnął się w myślach, na ten pomysł.
Nastąpił niezręczny moment ciszy. Przerwał go dźwięk gongu i otwierające się drzwi. Nagle z wnętrza wypadł zestaw kijów od mopa. Chłopak nie zdążył odskoczyć. Dziewczyna, szybkim, stanowczym ruchem odsunęła go i zręcznie złapała kije.
- Przepraszam. – Rozległ się głos z wnętrza windy. Człowiek ubrany w zielone ogrodniczki i białą koszulkę, z paniką w głosie jednocześnie zdejmował z uszu słuchawki i poprawiał mopy.
- Spoko. Nic się nie stało. – Powiedzieli, prawie równocześnie i w tym samym momencie się roześmiali.
- Szybka jesteś. – powiedział chłopak i ruchem ręki zaprosił Marię do windy.
- Za dużo sobie nie wyobrażaj! – powiedziała podnosząc głos. Mężczyzna zaczerwienił się gdy zobaczył karcącą minę kobiety.
- Ja.. Mi. Nie o to.. – Zaczął się jąkać. Dziewczyna roześmiała się.
- Już ja wiem, o co chodziło… – szepnęła, cały czas się śmiejąc. – Żartuje przecież, wyluzuj Gabi. Chłopak przetarł spocone czoło i uśmiechnął się. – A ta „szybkość”, hm trzeba sobie radzić, jedni wolą chemię, ja mam swoje naturalne sposoby, które mają swoje zalety i wady. Dają energię, ale mają swoją cenę… – powiedziała spuszczając oczy i zniżając głos
- Ile? – Zapytał.
- Hm? co „Ile”? A. Cena, heh, to nie rzecz pieniędzy. – Znowu się zamyśliła – Ktoś kiedyś powiedział: „Jeśli hodujesz diabła, w głębokiej studni trzymaj go”. – Jej głos ściszył się po szept, aż chłopak musiał zbliżyć się by słyszeć.
- Co Ty. Pakt z Diabłem podpisałaś? – zażartował.
- Nie, co Ty. – zaśmiała się i podeszła bliżej. – Gorzej… – Spojrzała w oczy pochylając głowę w dół. – Może kiedyś Ci powiem… – dodała, przejechała palcem po jego policzku. – Lubisz się golić? – zapytała jeszcze. Zanim zdążył zareagować ponownie usłyszeli dźwięk gongu i drzwi windy się otworzyły, a dziewczyna puszczając do chłopaka oko wyszła. – Zostajesz? – rzuciła jeszcze przez ramię. Gabriel spojrzał na ozdobny licznik windy, faktycznie wyżej jest tylko dach. Trzynaste piętro.
Wysiadł i znowu był w tym szarym świecie. Obejrzał się, drzwi powoli zamykały się zabierając ze sobą złote światło. Rozejrzał się i zobaczył labirynt boksów, wśród których był ten jego. W szumie wertowanych papierów i stukotu klawiszy, dotarł do swojego miejsca pracy. Gdy zobaczył stos papierów do przerzucenia opadły mu ręce.
- I tyle z mojego wyjścia wcześniej.. – pomyślał siadając za biurkiem. Zaczął się logować
Login: „Gabriel_Z”, hasło: „Gownianapraca61".
- Wszystko na wczoraj! – usłyszał licząc, że to do kogoś z boksu obok. – Tu masz jeszcze raporty z rana, powodzenia. – Zobaczył wysokiego blondyna w garniaku, mężczyzna przeczesał czuprynę „na szlachcica” i poszedł, rzucając przez ramię. – o dwunastej narada, bądź gotowy! – zabrzmiał złowieszczo. Gabriel łyknął resztę kawy, ale czar już prysł, a z nim jego humor, który znowu się popsuł.
Czas biegł nieubłaganie, praca mniej. Wybiła jedenasta, a kupka papierów nie malała. Nagle jego biurko zasłonił cień, poczuł na sobie wzrok, obejrzał się i zobaczył Marię. Uśmiechnął się.
- Masakra.. – powiedział.
- No właśnie widzę, czymże podpadłeś Blondasowi?
- Czy trzeba czymś podpaść? – odpowiedział – Do tego ciężki dzień mam. Posiedzę pewnie do wieczora.
- No właśnie, kawał z niego świni. Dasz radę. Później podejdę, idę swoja pańszczyznę odrabiać. – Poszła zostawiając za sobą chmurę duszących i słodkich perfum. Woń róż jeszcze chwilę męczyła mężczyznę. Wybiła dwunasta.
            Narada trwała standardowo do trzynastej. Gabriel wrócił do swojego stanowiska, usiadł, schował twarz w dłonie i klął w myślach.
- Co jest? – usłyszał głos, podskoczył, nie usłyszał jej kroków. Maria położyła dłoń na jego ramieniu i usiadła na skraju biurka.
- Noc tu spędzę. – zaśmiał się z żalem w głosie.
- Ja też mam trochę roboty, jak się wyrobię to zajrzę i może coś pomogę, ok? – zaproponowała.
- Zapraszam, ale sam muszę to ogarnąć.
Czas. Tradycyjnie mijał szybko, a przerzucanych papierów nie ubywało w odpowiednim tempie. Cyfry zlewały się z literami i na odwrót. Gabriel pił kawę za kawą, a za wielkimi oknami zaczęło się ściemniać. Wtedy pojawiły się zielone oczy.
- Ja już ogarnęłam, – wykrzyknęła w euforii. – a Tobie jak idzie? – spojrzała na rozgardiasz na biurku i już sama wiedziała. – dobra, zrób przerwę.
- Nie mam na to czasu, wybacz. – Spojrzał na dziewczynę smutnymi oczami.
- Zaufaj mi - powiedziała. Mrugnęła i podniosła się. – chodź. – Chłopak spojrzał na biurko, wziął głęboki oddech i wstał. Poszedł za dziewczyną. Wyprowadziła go na dach. Otulił ich wiatr i ostatnie promienie zachodzącego słońca. Jej włosy falowały w rytm podmuchów, stała wyprostowana i wpatrzona w oczy księżyca.
- Pełnia dziś. – odezwała się po chwili i zerknęła na chłopaka. – zawsze mnie fascynował, najwierniejszy obserwator naszych poczynań, niewzruszony. Zastanawiałeś się kiedyś, jak to z nim jest? Po co nam towarzyszy? Czy on myśli o nas? – Spojrzała na Gabriela, czekając na jego odpowiedź.
- Hmm, księżyc, to księżyc, ciało niebieskie, nawet swojego światła nie ma. – odpowiedział.
Dziewczyna się skrzywiła, sięgnęła do kieszeni, wyjęła małą buteleczk. Spojrzała na jej szklaną powierzchnię, później na chłopaka.
- Mówiłam Ci o moich, naturalnych, wspomagaczach. – wyszeptała - Chcesz sprawdzić? – dodała wyciągając w jego stronę dłoń z buteleczką.
- Wiesz, że nie bawię się, w narkotyki! – krzyknął.
- Czy ja mówiłam, że to narkotyk? – parsknęła śmiechem – To coś innego, pomoże zobaczyć świat z innej strony. – Słowa dziewczyny w dziwny sposób zabrzmiały w głowie chłopaka, zaszumiało mu przez chwilę w uszach. Sam nie wiedział czy to wiatr, a może jej słowa. Nawet nie wiedział kiedy, w jego dłoni znalazło się małe, szklane naczynie.
- Upij połowę! – Usłyszał, gdy jego usta spotkały się ze szklaną powierzchnią. Nabrał do ust. Przez chwilę nic nie wysmakował. Dopiero gdy czerwony płyn, otarł się o kubki smakowe poczuł piekło.
Dusząc zachwiał się na nogach, upadł na kolana. Dziewczyna, w ostatniej chwili, złapała buteleczkę. Gabriel przełknął ślinę, która smakowała jak płonąca surówka, prosto z huty. Świat zawirował.
- Jak to ma wspomagać? – pomyślał – Skoro teraz nic nie widzę. Zalałem się łzami i czuje tylko ogień?
Czerwonymi od łez oczami, spojrzał na dziewczynę, która stała i dolewała do buteleczki jeszcze jakiegoś płynu. Po chwili odzyskał czucie, w zdrętwiałym języku. Zapytał:
- Co Ty mi dałaś?
- Tabasco. – odpowiedziała z uśmiechem, jednocześnie dozowała kropla, po kropli specyfik, do przyprawy. – Musiałeś upić trochę, bo muszę zmieszać, TO z sosem.
- Mogłaś odlać! – wykrzyknął wypluwając, z siebie sos pomieszany ze śliną.
- No mogłam, ale i tak musisz się przyzwyczaić do tego smaku. – Zasłoniła palcem otwór w butelce i wstrząsnęła, mieszając. – No to teraz wypij to.
Gabriel złapał buteleczkę, zanim sam pomyślał, przechylił specyfik i łyknął. Gdy ostatnie krople palącego płynu zsunęły się do gardła przypomniały mu się słowa Marii.
„Jeśli hodujesz diabła, w głębokiej studni, trzymaj go”.
- Dlaczego, gorzej niż pakt? – zapytał, zrobił kilka kroków w jej stronę, poczuł jak nogi miękną. Świat stał się czerwony, a on padł na kolana. Rozejrzał się wokół. Zamiast dziewczyny i dachu zobaczył zalany karmazynem las. Nagle, zza drzew, wyskoczył mężczyzna, zakuty w ozdobną zbroję, celował do niego z kuszy, odwrócił głowę szukając drogi ucieczki, w ostatniej chwili zauważył drugiego woja, który zasadził się na niego z włócznią. Chłopak odskoczył, metalowe ostrze broni, przeleciało tuż przed jego twarzą. Wtedy zorientował się, że to nie na niego, zasadzili się myśliwi. Zobaczył wielkiego wilka, który odwrócił paszczę, w stronę Gabriela. Gdy dzida przebijała zwierzęce ciało, wielkie oczy wypełniły się bólem. Mężczyzna leżał na plecach, wsparty na łokciach, nie mógł oderwać wzroku od wielkiej bestii, która wydawała z siebie ostatnie tchnienie. Nagle, rycerz w ozdobnej zbroi, wskazał palcem Gabriela. Chłopak poczuł ukłucie w ramię, świat zadrżał, jak szklana tafla i pękł, na miliony kawałków. Gabriel wrócił na dach.
Podniósł się, spojrzał na dziewczynę z wyrzutem. Świat jeszcze wirował, ale poczuł słodki, metaliczny posmak w ustach. Dotknął ręką, zobaczył krew na palcach.
- Ugryzłeś się, w język. – wyszeptała dziewczyna, ja też to przeszłam.
- Co to było? – zapytał. Poczuł, że wszystko wraca do normy, świat staje się wyraźniejszy. Zalał go nagły przypływ energii. Zmęczenie ustąpiło.
- Znikaj na dół, dokończ papierologię! – wyszeptała – Później Ci wszystko wyjaśnię.
Mężczyzna uśmiechnął się podejrzliwie i odwrócił, skierował się do drzwi i zszedł na dół.
Dziewczyna została sama. Podeszła na skraj dachu. Spojrzała w dół. Letni wiatr zaplatał jej włosy. Zerknęła na księżyc. Uśmiechnęła się.
- To piękna noc będzie, mój bracie. – uśmiechnęła się do srebrzystej powierzchni satelity, ten jej odpowiedział, tym samym. Maria chwilę chodziła po gzymsie, później skierowała się w stronę drzwi, na schody. Podskakując, jak mała dziewczynka, nuciła po cichu „Runaway” z czołówki „Crime story”"
„I’m a walkin’ in the rain
Tears are fallin’ and I feel the pain
Watchin’ all the place go by
Some live and others die
And I wonder. I wa-wa-wa-wa-wonder why
Ah-why-why-why-why-why I don’t walk away
And I wonder what makes me stay
Runaway, a run-run-run-run-runaway”
            Gdy zeszła do biura, chłopak kończył właśnie, przerabiać ostatnią teczkę. Cały był rozdygotany, poruszał się szybciej, niż sam mógł ogarnąć wzrokiem. Gdy wyłączał komputer, spojrzał na dziewczynę.
- Co Ty mi zrobiłaś? – zapytał w dziwnej euforii – Słyszałem, jak chodzisz po dachu, jak nucisz piosenkę i zbiegasz po schodach. Teraz bicie Twojego serca. Co to było? – Zatkała mu usta, zatrzymując potok słów. Podeszli do okna. Stali bokiem do niego. Był piękny zachód słońca, który oświetlał miasto falą różu. Twarz chłopaka odbijała się w jej sargasowych źrenicach. Pochyliła się w jego stronę, jak do pocałunku. Złapała delikatnie. Potarła dłonią jego ramię i pchnęła w stronę okna. Brzdęk szyby, otulił wypadające ciało aureolą drobin szkła. Maria, z rękoma w kieszeniach i z uśmiechem, od niechcenia zaczęła iść w stronę windy. Po drodze zabrała identyfikator Gabriela i odbiła go przy wyjściu.
            Zanim chuda i lekko przygarbiona postać dziewczyny zjawiła się na miejscu upadku, dobiegał ją krzyk.
- Czyś ty oszalała? Patrz co mi zrobiłaś – wołał Gabriel, wyjmując odłamek szkła z policzka – mogłem zginąć! To było trzynaste piętro – Zanim dokończył rana w miejscu, z którego wyjął odłamek, zasklepiła się. Dziewczyna spojrzała do górę, szukając wzrokiem okna, z którego wypadł chłopak.
- Nie mogłeś – powiedziała, uśmiechając się pod nosem.
***
            To uczucie. Nie lubił go. Serce biło jak zamknięte w puszce, a ktoś nieustannie nią trząsł. Bijący mięsień uderzał o ściany blaszanego pojemnika i miał wrażenie, że zaraz pęknie, jak dojrzałe winogron między Jej zębami. Tak, był trochę dziwny, może i lubił inną muzykę, filmy i jedzenie, ale…
- Mam uczucia, do cholery. – krzyczał bezdźwięcznie w myślach. Trzymał prawą dłoń na klatce piersiowej, próbował wyczuć ilość uderzeń serca. – To nie zawał. – śmiał się z siebie, w huśtawce nastrojów. Od złości, do totalnej beznadziei, nie zapominając o nienawiści i „pięściowaniu” ścian.
            Teraz jest obok, uśmiecha się, patrzy na niego i mówi, to co chciał by usłyszeć. Tylko teraz może tak blisko podejść, by przejrzeć się w jej oczach. Poczuć zapach.
- Nigdy nie byłem bliżej, nie zamierza tracić okazji. – pomyślał.
            Nagły dźwięk rozerwał materię. Jej twarz zbladła, zaczęła znikać. Dźwięk. Dziki zgrzyt. Budzik.
- A co z Tobą? – Wyrwało mu się, w półśnie. Przetarł twarz, poczuł na niej dziwną powłokę. W półmroku, świtu wymacał włącznik lampki nocnej. Jasność, która wypełniła pokój, wymazała resztę snu. Rozejrzał się po pokoju. Wszystko pokryte było warstwą czegoś, co w tym świetle wyglądało jak pajęczyna.
- Co jest. – pomyślał.
            Przetarł oczy, poczuł, że coś pokrywa jego dłonie. Spojrzał na nie, zobaczył delikatny puch.
Co, do… – wyszeptał. Wstając wsparł się ręką na poduszce. Dłoń zanurkowała w delikatnym wypełnieniu. Zerknął, by się upewnić. Na widok poduszki, a właściwie jej resztek, tylko przewrócił oczami. Usiadł na skraju łóżka, spojrzał na zegarek. No tak. Piątek trzynastego. Wyginając komicznie usta, zdmuchnął z twarzy, warstwę piór. Wstał. Wskoczył pod prysznic. Zauważył, że spod drzwi sypialni, przeciąg wyciąga pióra, które zaczęły łączyć się, w małe stadka. Zdjął przewieszony przez szyję ręcznik i cisnął na podłogę uszczelniając pokój.
- Kwarantanna. Wrócę to ogarnę - pomyślał.
            Stojąc, przed wejściem przeszklonego budynku pomyślał, że nadal nienawidzi korporacji.
Kątem oka zauważył szklarzy, którzy tłumaczyli ochronie, cel swojej wizyty. Uśmiechnął się pod nosem, wspominając poprzedni wieczór i Ją. Otworzyły się drzwi windy. Jego nozdrza wypełnił słodki zapach róż. Jest już w pracy – pomyślał. Winda, lekko się kołysząc, sunęła do góry. Nagle kabina zadrżała i zatrzymała się między dwunastym, a trzynastym piętrem. Przeklął pod nosem. Uderzył pięścią, w ozdobny panel sterowniczy. Nie pomogło. Wcisnął guzik alarmu. Rozległ się cichy dźwięk, zamknął oczy i usłyszał, jak znienawidzony budynek żyje, mnogością ludzkich głosów. Mimo późnej pory, szklana bryła, wypełniona była ludźmi. Cichy szept, setek ust powoli zamieniał się w jeden krzyk, wycie, dziki skowyt. Ściany windy zaczęły pulsować w rytm głosów, z zewnątrz, które coraz ciaśniej oplatały mężczyznę. Nagle podłoga zawirowała. – Winda rusza. – pomyślał. Wtedy zgasło światło. Nagła ciemność uderzyła go w twarz, upadając na podłogę usłyszał jeszcze cichy szept.
- Jesteś ostatnim z Paczki. – Nie wiedział co oznaczają słowa, ale wiedział kto je wypowiada. Poczuł na sobie, jej zielonookie spojrzenie. Winda nadal stała, nie zapowiadało się, że ktoś otworzy drzwi i go wypuści.
            Znowu zakręciło mu się w głowie, oparł ją o metalową ścianę i w pozycji półleżącej przysnął. Poczuł powiew wiatru, przez moment był gdzie indziej. Otaczał go głęboki las, on leżał pod rozłożystym dębem. Rozejrzał się, pachniało zgniłą wilgocią. Jesień. Na niebie górował, nadnaturalnej wielkości, księżyc w pełni. Jego światło oświetlało okolicę, było jasno, jak w dzień. Wokół było cicho, powiewał tylko wiatr. Usłyszał kroki, zobaczył postać. Biegnąca półnaga kobieta, oglądała i potykała się co chwilę. Nagle, przebiegając obok mężczyzny potknęła się o wystający korzeń. Upadła kawałek dalej i przekoziołkowała. Podniosła się na czworaka, ukrywała twarz za burzą potarganych, rudych włosów. Nagle przegarnęła włosy, jej twarz była dziwnie zdeformowana. Oczy nieludzkie, zwierzęce. Twarz pokrywała rudo-biała sierść. Wtem źrenice jej oczu rozszerzyły się, na pół-ludzkiej twarzy pojawił się grymas. Nieziemski ból, który prawdopodobnie poczuła, wygiął jej ciało w łuk, żuchwa zaczęła wychodzić z zawiasów, a górna szczęka się wydłużać. Jej palce, zaczęły się wyginać, wbrew prawom logiki i natury. Żebra poruszały się i falowały, jak pod palcami szalonego pianisty. Wbijała, zniekształcone palce, w poszycie lasu i jęczała, jak przedśmiertnej rozkoszy. Nagle, zawyła w stronę księżyca. Mężczyzna wzdrygnął się i podskoczył. Dzika istota zauważyła go. Spojrzała na niego. Wilk – pomyślał – Wilczyca. Kobieta wyciągnęła w jego stronę łapę. Nagle zamarła. To przed czym uciekała, dopadło ją. Tuż nad jego uchem coś śmignęło. Oczy wilczycy zamarły. W świetle księżyca, coś błysnęło. Uklękła. Ręce opadły wzdłuż ciała, uniosła twarz w stronę księżyca. wyszeptała:
- Selene? – Jej oczy zamarły, były ludzkie, pełne bólu i smutku. Sierść zsunęła się z jej twarzy, odsłoniła blade policzki. W jej piersi sterczał błyszczący bełt. Srebrny. Mężczyzna usłyszał tętent kopyt, zza jego pleców wyskoczył koń, a na nim jeździec w zbroi i tarczą, a na niej profil czarnego wilka. Jeździec zatoczył koło, wokół zwłok wilczycy i przebił ją włócznią. – Ścierwo! – wycedził przez zęby i splunął.
Nagle okolice wypełnił dziwny dźwięk. Brzmiał jak drapanie, o coś metalicznego. Zdał sobie sprawę, że to tylko sen, a dźwięk pochodzi z realnego świata. Jak tylko zlokalizował jego źródło, przestał go wydawać. To on drapał podłogę windy. Spojrzał na dłoń, właściwie łapę. Zdeformowane palce zakończone pazurami wydrapały sporą dziurę. Mężczyzna podskoczył, cała winda drgnęła. Poczuł dziwną siłę, wyprostował się. Zawarczał.
- Nadal śpię. – wyszeptał. Wtedy, dziura w podłodze, poddała się. Mężczyzna w skórze wilka, zaczął spadać. – Znowu gleba. – pomyślał. Przypomniał sobie wczorajszą noc. – To nie sen – wyrzęził, gdy z impetem, wbił się w dno szybu.
- Zamknij oczy, śpij… – Słyszał w głowie, grało jak zacięta płyta. Doprowadzało do szału. Wgryzało się w mózg jak wiertło, jak głupia piosenka discopolo. – Zamknij oczy, śpij, daj ponieść się emocją, pozwól by to co masz w środku wyszło na wierzch. Czujesz ból? Krzycz. Gniew? Niszcz. Miłość? …Czujesz jeszcze jej zapach, słyszysz jej głos, a w kącikach uszu słyszysz jej śmiech. – Warczał do siebie. Zaczął się szamotać, jakby próbował wyrwać niewidocznemu demonowi. Uderzał pięścią w metalowe ściany szybu windy.
Nagle, w ciemności zaczęło pulsować światełko. Mężczyzna nie mógł określić skąd ono pada, w szale nie wiedział czy aktualnie stoi, czy leży. Wyciągnął dłoń w stronę migoczącego świetlika.
Powyżej, kilka pięter nad nim, w miejscu, gdzie utknęła kabina windy, technicy siłowali się z drzwiami.
- Mocno trzymają. – wysyczał jeden z nich i niewyraźnie przeklął, na czym stoi świat. – Włodek, chyba nie puszczą… Trzeba będzie odłączyć zasilanie pionu.
Hmmm – Odpowiedział, delikatnie poruszając wąsem Włodzimierz. Z zawziętym, zacietrzewieniem naparł na łom, który wcisnął między połówki rozsuwanych drzwi, te na chwilę rozchyliły się i do ciemnego wnętrza wpuściły promyk światła, ale zaraz zatrzasnęły się. Chudy wysoki człowiek jęknął. – No trzeba pion. Odłączyć. – dodał, po chwili. Schował łom do torby. Z namaszczeniem zamknął ja, jakby odwlekając chwilę odłączenia prądu, jak najdłużej. – Powiadom górę, że ich odcinamy. – wyszeptał zarzucając torbę na ramię.
Niespiesznym krokiem udał się w kierunku schodów. Kilka pieter niżej, zatrzymał się przy automacie do kawy. Wypił kubek gorącej kawy. Ostentacyjnym gestem zgniótł plastikowy kubek i cisnął go w stronę kosza. Plastikowy odpad odbił się od krawędzi. Spadł na podłogę. Włodek przewrócił oczami. Rozejrzał się, czy nikt nie widział. Na pięcie odwrócił się w stronę drzwi serwisowych. Zatrzymał się przy niech, szukał czegoś w kieszeniach. Elektroniczna przepustka. Z metalicznym trzaskiem, w akompaniamencie dźwięku, pociągania nosem, otworzyły się drzwi. Mężczyzna zamknął je za sobą i podszedł do szafki z bezpiecznikami. Otworzył ją, palcem przeszukał listę odpowiednich i zerknął na zegarek. Wtedy, tuż za nim rozległ się trzask i dziwny warkot. Ściana obok mężczyzny odskoczyła jakby pchnięta od środka, przez nieznana siłę. Zaintrygowany mężczyzna, zbliżył się do miejsca wybrzuszenia w ścianie. Położył dłoń, poczuł uderzenie. Przyłożył ucho, usłyszał chrapliwy oddech. Odkleił ucho od powierzchni, spojrzał na nią i zapukał pięścią. Ponownie zbliżył ucho. Odczuł potężne uderzenie, przez chwilę dzwoniło mu w uszach, kanciapę wypełnił łomot i nieludzki skowyt. Coś dobijało się zza ściany. Włodek stał jak wryty. Ściana zaczęła pękać. Przez środek powstała wyrwa. Hałas ucichł, nic już się nie szamotało. – Może to jakieś naprężenia materiału? – pomyślał. Mężczyzna usłyszał dyszenie, jakby ktoś łapczywie próbował złapać oddech. Mechanik zbliżył się do szpary w ścianie. W środku było ciemno, słychać tylko było oddech. – To wiatr – pomyślał wyjmując latarkę z kieszeni. Latarka mrugając, rozświetliła wnętrze, było pusto. Nagle zaczęła przygasać. Mężczyzna uderzył ją wnętrzem dłoni i latarka ponownie zaświeciła, jeszcze jaśniej, lekko go oślepiając. Ponownie zajrzał do wnętrza, tym razem głębiej. Jeszcze nie odzyskując pełnej widoczności, wychylił się na palcach. Gdy jego wzrok, odzyskał pełna zdolność widzenia, zauważył skuloną w koncie postać.
– Hej – krzyknął. Zanim zdążył przyjrzeć się, tuż przed jego twarzą, pojawił się rząd wielkich biało-beżowych kłów. Włodzimierz, w ostatniej chwili odskoczył, tuż przy jego twarzy przeleciały wielkie, powyginane szpony. Siłą rozpędu mężczyzna wpadł w otwartą szafkę z bezpiecznikami, pokój rozświetliły iskry, wydobywające się spod połamanych elementów elektrycznych. Po chwili zrobiło się ciemno i cicho.
Kilka pięter wyżej. Mężczyzna zbliżył się do drzwi windy, które do tej pory stawiały stanowczy opór. Po chwili ciemności, korytarz rozświetliło, lekko pomarańczowe, oświetlenie z zasilania zapasowego. Wypełniło budynek złotą poświatą. Chwycił połówkę rozsuwanych drzwi i bez problemu otworzył je. Oświetlił wnętrze kabiny, zrobił krok do środkan. W ostatniej chwili zauważył dziurawą podłogę. Skierował światło latarki w dół.
- Zaśnij…
– Zamknij się – wykrzyczał. – Światła rażą, kaleczą oczy, oślepiają! Zgaś to! – Podniósł się. Wyciągnął rękę w stronę światła. Uniósł się lekko, jakby podniosła go niewidzialna siła.
- Jest tam ktoś? – krzyknął serwisant. Usłyszał tylko skowyt, jakby zwierzęcia. Zaczął skanować dno szybu światłem latarki, nagle wielki cień poruszył się w dole. Z dzikim wrzaskiem, wzbił się w powietrze, odbijał od ścian, raz z jednej strony to znowu po przeciwnej, jak kot przeskakiwał z pietra na piętro. Mężczyzna zaczarowany tym widokiem stał, aż bestia pojawiła się tuż przed nim. Ciężko dysząc. Stała na dwóch nogach. Na pierwszy rzut oka przypominała człowieka, ale rysy świadczyły o zwierzęcym pochodzeniu. Bestia stała chwilę, nagle rozłożyła ręce wzdłuż ciała, wykrzywiła palce w szpony i wycharczała, coś co brzmiało jak:
- Mięso!!! – Mężczyzna nie miał już czasu, by wsłuchać się w dziki wrzask, – Mięso!!
Na korytarzu, pośród dźwięku łamanych kości, rozrywanych tkanek, rozległ się krzyk. – Niedźwiedź!?
Arghtttt!!! - Wyrywając, z pomiędzy pękniętych żeber wnętrzności, warczał. W głowie dźwięczało mu jedno słowo – Mięso!
Na chwilę obudził go krzyk. - Niedźwiedź! - Spojrzał na swoje ręce. Pod warstwą krwi i futra widział swoją skórę. Zacisną szpony w pięść i znowu zawarczał nieludzko. W szaleństwie zaczął wymachiwać wielkimi owłosionymi łapami, rozszarpując na kawałki ciało serwisanta. W pewnym momencie na korytarzu pojawili się dwaj, dobrze zbudowani, wysocy mężczyźni. Kawałki mięsa odbiły się od ich kamizelek, na których białymi literami mieli napisane OCHRONA. - oż ty kur... „ - wyrwało się jednemu z mężczyzn. W panice zaczął wydobywać z kabury pałkę. Wielka włochata bestia zaczęła biec w ich kierunku. Ochroniarze cofnęli się o krok, Wilk przebiegając obok nich, rozepchnął się stanowczo, wbijając ich w gipsowo-kartonowe ściany. Człowiek w wilczej skórze biegł wzdłuż korytarza. Chwilami, w rozświetlonym awaryjnymi lampami korytarzu, pojawiała się ciekawska głowa. Drzwi otwierały się na moment, wychylała się postać i gdy już zobaczyła co się dzieje z okrzykiem zamykała pokój lub chowała się w boksach. Długi korytarz w pewnym momencie skręca w prawo, na samym zakręcie otworzyły się drzwi. Pojawił się kolejny ochroniarz. Wilkołak wskoczył na jego piersi, warknął mu prosto w twarz i wybił się daleko. Ciało, wypadając przez drzwi wypadło na klatkę schodową, z której przed chwilą wyszedł. Bestia pobiegła dalej. Na końcu korytarza było wielkie okno. Nie zwalniając zwierze wbiegło w szybę. Brzdęk tłuczonego szkła zagłuszył krzyczących wewnątrz budynku ludzi. Wilk spadał. Przez myśl przeszło mu, że tak to się zaczęło - od upadku z okna. Z wielkim hukiem uderzył o bruk.
Obudził się rano, lekki wietrzyk otulał go. Był nagi. Leżał w kłębach szaroczarnego futra. Z poprzedniego wieczoru nie pamiętał nic. Spakował futro w foliowe worki na śmieci. Wziął prysznic. Kątem oka zauważył posiniaczone plecy. Cały czas zastanawiał się, co się wydarzyło. Czuł dziwny zapach, słodka woń drażniła delikatnie jego nozdrza. Czuł go na dłoniach, pomimo że umył je, dokładnie. Kilka razy. Zapach był słodki, z lekka nuta metaliczności. Jak krew. Ubrał się i sprężystym krokiem ruszył do pracy. Był nakręcony. W głowie przemykało mu tysiące myśli, pytań jakie zada zielonookiej. Jak zwykle, czuł jej obecność, już od progu, gdy przeszedł za szklane drzwi budynku. W środku panował dziwny spokój. Jakby dnia poprzedniego nic się nie działo i to, że nie pamiętał go było równoznaczne z tym, że faktycznie nic się nie wydarzyło. Podszedł do windy.
„WINDA NIECZYNNA „
            Ruszył w kierunku klatki schodowej. Do jego boksu, jeśli szedł schodami, prowadziła długa droga. Jedno z pięter było zamknięte. Poczuł tam intensywny zapach, taki jak rano w domu, ale znacznie mocniejszy. Poczuł, jak po karku przechodzą go dreszcze. Przez chwilę miał zawroty głowy, czuł się jakby oglądał się z zewnątrz i to co robi nie dzieje się za jego zgodą. To jakby te zawroty były kolejką górską, a on z niej właśnie wypadł. Nie kontrolował tego co robi. Wziął głęboki oddech. - Skup się - pomyślał. Musiał przejść przez kilka działów. Wzrokiem szukał Marii. Gdy już dotarł do stanowiska pracy zauważył na biurku stos papierów, Pierwsza część dnia minęła szybko, cały czas rozpierała go energia i poczucie, że nie do końca jest sobą. Pomyślał o dziewczynie, że musi zadać jej te wszystkie pytania, które ułożył w głowie. Podążał za słodką wonią róż.

Rozdział II. Wolfsbane


            Znalazł ją w pomieszczeniu socjalnym. Stała oparta o stół. Ubrana w białą koszulę. Ta delikatnie opinała jej kształty. Biały materiał wpuszczony w krótką spódniczkę, która ledwo sięgała za linie pośladków, do tego czarne rajstopy i buty na szpilkach. Dziewczyna popijała kawę, miała przerwę, analizowała dzień, który dla niej właściwie mijał. Gdzieś obok pracowali ludzie, cała chmara ludzi, mrowisko pulsowało, które dawało pozory życia. Po prostu byli. Oni – mrówki. Budynek – mrowisko. Życie – egzystencja. Maria zastanawiała się właśnie nad raportem, który pisała, gdy wszedł ON. Spojrzał na kobietę, która się speszyła i poprawiła spódniczkę.
- Cześć. Często tu bywasz? - zapytał półserio. Uśmiechnął się przy tym szelmowsko, pochylając głowę i mrużąc oczy.
- Tak... - Odpowiedziała, gryząc się w język, bo zrozumiała, że to jakiś gryps. - Haha - zaśmiała się ratując sytuacje. - za często.
            Nalał sobie kawy. Oparł się o kontuar tuz obok niej. Czuł zapach jej perfum. Zapomniał o co chciał zapytać. Myślał tylko o niej, że tu jest.
- Dobra ta kawa?
- Najlepsza, po tej stronie budynku. - odpowiedziała uśmiechając się smutno. Już miała skarcić go za wybryk, z dnia powszedniego. Mężczyzna dopił kawę. Odstawił kubek. Stanął naprzeciw niej, chwycił krawędź stołu oparł się na nim. Zamknął dziewczynę między swoimi ramionami. Jego twarz była tuż przy twarzy Marii. Spojrzał jej w oczy. Pochylił się do ucha. Szepnął, zanim zdążyła zareagować.
Stała jak sparaliżowana i słuchała. Mężczyzna przez chwilę dał się ponieść zwierzęcemu instynktowi.
- Mam na Ciebie ochotę. - wyszeptał, zielonooka podskoczyła delikatnie - Wziął bym Cię na tym stole – Zadygotała - lub przywiązał do krzesła i zrobił z Tobą cuda... - Zadrżała, na jej skórze pojawiły się ciarki, które przeszły w dreszcze, już czuła jego dotyk, jak jest blisko, bardzo blisko i dotyka. Klepie po tyłku. Krzyczy na nią. Szarpie. Wyzywa. Poniża. Wiąże i karci.
- Też mam ochotę. Tu i teraz... - pomyślała, dając mu w twarz. Gabriel z uśmiechem odskoczył. Puścił oko i znowu zawadiacko uśmiechnął się. Zauważyła, że jego idealny garniak wybrzuszył się nienaturalnie tu i tam.
- To też polubię. - dodał wychodząc. - o której kończysz?
W odpowiedzi pokazała mu palec. Jednocześnie dobrze go zmierzyła. Miał fajne pośladki, już wcześniej to zauważyła. Był wysoki i wysportowany. Oblizała usta, przygryzła wargę. Nie mogła się skupić. Widziała siebie i jego, w łóżku, w wielu wariantach. Na górze na dole, związaną, z zawiązanymi oczami. On związany, a ona wiła się wokół jego ciała jak kot, lub raczej wilk, który łapie ofiarę. Szukała w myślach jego czułego punktu, aż do piątej, gdy dzień pracy się kończył.
            Pogoda za oknem nie wróżyła suchego powrotu do domu. Zeszła podskakując w stronę wyjścia. Podniosła kołnierz i wyszła na ulicę. Czuła, że ktoś ją obserwuje. Wyobraźnia podpowiadała jej wiele scenariuszy. Nagle pierwsze krople zaczęły spadać na jej ramie. - No super. - pomyślała.
Wtedy kątem oka zauważyła samochód, który jechał wolno, tuż za nią. Obejrzała się. To był On. Gdy zorientował się, że go zauważyła opuścił szybę i z zadziornym uśmiechem zapytał.
- Krzesło czy stół? A może wolisz moknąć? - Znowu pokazała mu palec, dając kilka kroków do przodu. Wtedy zaczęło mocniej padać. Zatrzymała się, obróciła na pięcie i wskoczyła do samochodu.
- a co z palcem? Już nie mam spadać? - Ponownie pokazała mu palec. Chwycił go i z zamkniętymi oczyma, wessał go do ust. Dziewczyna podskoczyła - Znowu to zrobił... - pomyślała. - Będziemy tak stali? Chcesz się tu pieprzyć? - Dodała na głos. Gabriel zaskoczony, otworzył usta, a Maria wyjęła palec z rozdziawionych warg mężczyzny.
- Haha, zacząłeś słuchać? To dobrze. Jeszcze jeden taki numer, jak wczoraj, to osobiście wyrwę Ci serce. Są ludzie, którzy tylko czekają, że się ujawnimy. - Wykrzyczała jednym tchem Wyjęła z torebki zawiniątko. - Mam tu Twoje ubranie, z wczoraj. Właściwie, to tyle co z niego zostało. - Rzuciła paczuszkę na tylne siedzenie. - Jedziemy? -  dodała - Trzeba Cię trochę wytresować.
            Mężczyzna ruszył ostro, piszczące opony odbiły się echem wzdłuż pustej uliczki. Gdzieniegdzie zmieniając dźwięk ruszania w słowo – Idiota! - Czego para już nie słyszała.
Dojechali do skrzyżowania, tuż przed maską samochodu wyjechała policja. Gabriel ostro przyhamował.
- Heh. Ożywiłeś to miasto. - syknęła przez zęby.
- Ma się ten urok osobisty. Co? - uśmiechnął się.
- Samiec alfa. Cholera jasna. Nawet nie wiesz jakie problemy mogą z tego być, jeśli nie nauczysz się kontrolować.
            Przez chwile panowała cisza. Maria wpatrzona w mijane latarnie, milczała. Układała w głowie dzień, który mijał. Analizowała sytuacje związaną z Gabrielem. Zastanawiała się, czy wszystkie dowody udało się  jej zlokalizować? Rozdarte rzeczy, taśmy z monitoringu, nagrania z windy. - Jestem pewna, że coś mi umknęło!! - pomyślała. Świat za szybą samochodu migotał hipnotyzując, a czas mijał. Padający deszcz zniekształcał świat, nadwrażliwość na dźwięki dawała o sobie znać. Kap, kap, kap... Dach samochodu zmienił się w jedną wibrującą powierzchnie, która w umyśle Marii zmieniała bębniącego szamana. Traciła kontrolę nad bestią zamieszkującą jej ciało. Nagły dreszcz wzdłuż kręgosłupa, zapach kierowcy, deszcz, bezwładność na zakręcie i przez chwilę jej oczy zmieniły się. Zielone źrenice powiększyły się, zasłaniając biel oczu. Wielkie, zielone , zwierzęce oczy wpatrywały się w dal. Nagłe szarpnięcie samochodu i głos Gabiego, obudziły dziewczynę z letargu. Korzystając z chwili przytomność sięgnęła do torebki, wyjęła mały flakonik, wzięła łyczek i zajrzała w lusterko. Jej oczy zamigotały, źrenice zwężały się i rozszerzyły kilka raza by po chwili wróciły do normalnej wielkości. Dziewczyna odetchnęła. Ponownie ogarnęła myśli, przełknęła ślinę pomieszaną z sosem tabasco i zerknęła w stronę kierowcy, który właśnie zerkał na nią jakby czekał na coś. Jego głos, słyszałam go przed chwilą, pytał o coś?
- Co mówiłeś? - spytała.
- Dokąd Cię odwieźć, odpłynęłaś na chwile. Wszystko gra? - Zapytał.
- Miał minę jakby faktycznie się martwił. - pomyślała.
-  Przepraszam. Zamyśliłam się. - Skłamała, do pewnego stopnia. - Jeszcze dwie przecznice i w prawo. - Zaskoczyła samą siebie. Wewnętrzny GPS, nadal sprawny. Uśmiechnęła się w myślach.        Deszcz za oknem przestał padać, a niebo zaczęło się rozpogadzać. Chmury odsłoniły skrawek nieba. Pojawił się księżyc. Dobierający, księżyc odliczał dni do pełni. Promienie księżyca oświetliły twarz mężczyzny, Gabriel zacisnął zęby, dłonie na kierownicy, wszystkie mięśnie zaczęły nienaturalnie falować, zaczął się pocić. Maria widząc to włączyła radio, na pełen regulator. Gabriel podskoczył. Kobieta wzięła z torebki flakonik z ostrym sosem.
- Zaparkuj tutaj, pod tym monopolowym. - pochyliła się nad kierownicę i wskazała palcem miejsce, gdzie ma zaparkować. - Napiła bym się wina, a Ty? - zapytała, pokazując szereg białych zębów. Uśmiechała się tak szeroko, że mężczyzna nie śmiał odmówić.
            Zaparkował, wyskoczył z samochodu i podbiegł do sklepu, zanim dziewczyna zdążyła zareagować. Zatrzasnąć drzwi. Zostawił ją pochyloną w stronę drzwi kierowcy, w pół zdania. - Weź czer... - Zwiesiła głowę i dokończyła po chwili - wone. - Wzięła głęboki oddech i wysiadła. Podskakując, jak mała dziewczynka poszła lub bardziej pogalopowała w stronę sklepu nocnego. Gdy była w pobliżu drzwi, z wnętrza sklepu wytoczyła się grupka pijaczków w dresach.
- Cześć laleczko. Dokąd tak biegniesz? Może z nami wyskoczysz? - zapytał jeden z dresiarzy. - Tam mamy furę. - Dodał wskazując samochód zaparkowany opodal. Dziewczyna zignorowała mężczyznę. Chciała ominąć narzucającego się człowieka, ten jednak złapał ją za nadgarstek. Maria zatrzymała się, pochyliła głowę, wzięła głęboki oddech. Spojrzała na napastnika. - Puść! - powiedziała stanowczo.
- Ty się puść. - Odpowiedział zbir z obleśnym uśmieszkiem, na co jego koledzy odpowiedzieli salwą śmiechu. Dziewczyna znowu próbowała się wyrwać. Uścisk dresiarza zacisnął się. - No. To jedziemy. - i próbował zrobić krok w stronę samochodu. Dziewczyna odwinęła się, wygięła rękę napastnika i pchnęła go w stronę jego ziomków. Ci go złapali. Mężczyzna skrzywił się. - Łapać ją ! - krzyknął. Maria nawet nie zaczęła uciekać gdy cała piątka się na nią rzuciła. Przez chwile zabrzmiało jej w głowie:
"Five to one, baby
One in five
No one here gets out alive, now"

            Gdy pierwszy napastnik był już blisko, złapała go za rękę, cofnęła o krok, pociągnęła za sobą i nadając mu moment pędu puściła. Napastnik poleciał daleko, próbował jeszcze przebierać nogami, ale w pewnym momencie potknął się i wybijając boczną szybę samochodu wpadł szczupakiem do środka. Wtedy inny z dresiarzy złapał Marię za ramię, ta chwyciła jego dłoń wykrzywiła trzymając za kciuk. Mężczyzna skrzywił się i przyklęknął. Dostał mocnego kopa z kolanka. Na twarzy momentalnie pojawiła się krew z nosa.
Słodkawy zapach dotarł do nozdrzy dziewczyny. Świat zawirował. Zielone oczy znowu się zmieniły, źrenice zalały gałki oczne. Znowu zaczęło padać, drobne krople zaczęły muskać jej twarz. Słyszała jak uderzają o ziemię. Jak każda kropla uderza o tandetne dresy napastników. Wszystko zwolniło. Bestia chciała wyjść. Szarpała za kraty jej cielesności, trzymała za zawiasy duszy. Zacząć działać. - Na chwilę, mogę Cię wypuścić. - pomyślała. Przez chwilę słyszała jak jeden z nich coś krzyczy. - Mój nos! - Świat znowu ruszył, jak płyta didżeja, gdy puści ją po chwilowym zatrzymaniu. Trzech kolejnych rzuciło się na nią jednocześnie. Jeden dostał z pięści w nos, upadł kawałek dalej. Drugi zarobił kopa w jądra, złamał się w pół i piszcząc coś pod nosem upadł. Trzeci zatrzymał się w półkroku i zawahał. Zauważył dziwne oczy dziewczyny i się wystraszył.
- Buu ! - szepnęła Maria. Mężczyzna odskoczył, potknął się o jednego z kolegów. Cały czas wpatrując się w oczy dziewczyny na rękach próbował uciec. Maria zrobiła krok w jego stronę, ten wstał na równe nogi i zaczął uciekać. Przeszło jej przez myśl rozszarpanie go. Chciała go posmakować, usłyszeć jak skomle o życie, jaki dźwięk wydaja kości gdy się łamią. Przez chwilę, gdy rozważała konsumpcję, menel zniknął za zakrętem, w bocznej, ciemnej uliczce. - Dokładnie tam. Tak lubię. - pomyślała i zrobiła krok w jego kierunku. W tym samym momencie drzwi monopolowego otworzyły się i pojawił się Gabriel. Miał dwie butelki, białe i czerwone wino. Patrzył na etykiety. Nagle wyrwany z zamyślenia zauważył Marie. - O, właśnie. Nie zapytałem, jakie wolisz. Wziąłem oba rodzaje. - pokazał z uśmiechem i zauważył leżących mężczyzn. - A co tu się stało?
- Jakaś wiejska impreza. - uśmiechnęła się i niewinnie wzruszyła ramionami.  - Jedziemy do mnie? Wolę czerwone. - Podskoczyła i dyskretnie łyknęła tabasco z butelki. Wszystko wróciło do normy. - Jeszcze dwie przecznice i jesteśmy u mnie.
Deszcz delikatnie zmieniał zapach ulicy, rozmywał zapach krwi, mężczyzna jednak wyczuł jej zapach i zatrzymał się wpół kroku przed samochodem. Maria już była od strony pasażera i w ostatniej chwili zauważyła, że Gabriel zawisł. Zagwizdała. Na chwilę odzyskał świadomość. Wsiadł do samochodu. Ręka mężczyzny zawisła z kluczykiem nad zamkiem. Oczy były ciemne, białko zanikło. Teraz zwierze, które siedzi w nim woła o wyjście. - Cholera.. - wyszeptała. Nabrała w usta tabasco i pocałowała go. Ostry i ciepły od jej śliny płyn spłynął do jego gardła. Oczy znowu rozjaśniały, a mężczyzna podskoczył. Dziewczyna roześmiała się. - Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś?
Gabriel po chwili doszedł do siebie. - Bardzo zabawne. - powiedział, niby do siebie. Odpalił samochód i ruszył. Kątem oka zauważył, jak w mijanym samochodzie siedzi, pokaleczony, bezzębny mężczyzna w dresie. - Nawet nie chce wiedzieć... - dodał, również do siebie.
            Po przejechaniu dwóch przecznic dotarli do mieszkania Marii. To była stara kamienica, z zabitymi dechami,  oknami i powybijanymi szybami, w kilku mieszkaniach paliło się światło.
Podwórko było zarośnięte, na tyle, że wątłe światła lamp sodowych ledwo oświetlały okolicę. Skrzypiące schody prowadziły na samą górę. Maria otworzyła solidne drzwi, za którymi kryły się kolejne, wygłuszone i równie grube, co poprzednie. Weszli do środka, dziewczyna zamknęła za sobą drzwi zerkając na korytarz, czy nikt ich nie widział.
            Rzuciła na krzesło płaszcz, zdjęła buty i odetchnęła. - Home sweet home. - wyszeptała. - Nalejesz wina? - zapytała, jakby przypomniała sobie, że jest jeszcze on. Gość. Spojrzała, jak nerwowo krąży po pokoju. Milczy. Nosi go, krąży jak bestia, która biega wzdłuż klatki. Zbliża się. Szuka wyjścia. - Trzeba szybko działać. - pomyślała. Podeszła do Gabriela, zabrała mu z ręki kieliszek. Łyknęła, zbliżyła usta do jego ucha i zapytała. - Gdzie ten samiec alfa? - Wsunęła dłoń pod koszul, poczuła jak jego mięśnie nierówno i dziwnie falują. Pchnęła go na drzwi, które z hukiem uderzyły o ścianę wewnątrz. Gabriel zajrzał do środka, zobaczył wielkie łoże. Zdjęła mu koszulę, ponownie pchnęła delikatnie do środka, wpatrywała się w niego. Jeszcze raz pchnęła go, padł na łóżko. Łyknęła wina, ponownie przechyliła kieliszek i nabrała w usta wina. Pocałowała Gabriela, wpompowała mu odrobinę do ust. Chciał oddać pocałunek, chwyciła go za policzki, pochyliła usta i szepnęła do ucha. - JA teraz rządzę - Polizała go po szyi. Chwyciła jedną rękę i zatrzasnęła na nadgarstkach kajdanki. Chwyciła drugą dłoń i zrobiła to samo. Przeciągnęła palcem wzdłuż szyi, przez splot słoneczny do pępka. Patrząc mu w oczy zeszła niżej. Mężczyzna zadrżał, pojawiła się gęsia skórka. Patrząc mu w oczy sięgnęła ręką jego nóg i tak jak ręce przypięła je kajdankami. Ponownie wspięła się do twarzy Gabiego. Położyła głowę na jego torsie i wsłuchała się w bicie jego serca, było szybkie, jak po szybkim biegu.
- Co dalej? - zapytał.
- No właśnie, co dalej . - Powtórzyła. Uniosła się i wyjęła z za jego głowy maskę. Zapięła mu na twarzy. Maska zasłaniała usta, pozwalała oddychać, ale uniemożliwiała mówienie i blokowała ruchy. - Chwila na przyzwyczajenie i moment ciszy.
            Wstała z mężczyzny, wyszła z pokoju, wzięła prysznic, przechodząc obok pokoju zaglądała do środka co jakiś czas. Po dłuższej chwili  wróciła do pokoju. Wyjęła z szuflady zdobiony sztylet. Ubrana tylko w kłusy szlafrok, podeszła do związanego mężczyzny. Chwile wodziła ostrzem po ciele mężczyzny i ponownie wskoczyła na niego okrakiem. Spojrzała mu w oczy. Wystraszone oczy mężczyzny wodziły po suficie w pokoju. Maria lekko przesuwała nóż po torsie mężczyzny, dygotał. - Boisz się? - zapytała. - To nie dla Ciebie. - Dodała i zacięła się delikatnie w wewnętrzną stronę dłoni, wycisnęła krople, która spadła pod maskę. Mężczyzna jak tylko poczuł zapach krwi i wyczuł metaliczny smak wygiął się jak pałąk. Dziewczyna podskoczyła na brzuchu mężczyzny gdy ten się wygiął. - Wow, cóż za energia. - krzyknęła. Jego oczy zmieniły się, wielkie brązowe źrenice wpatrywały się w dziewczynę. Oddychał łapczywie.
 - Uwielbiam to uczucie. Jak mięśnie zmieniają się, całe ciało faluje. Kości zmieniają położenie. Nawet jak rośnie futro. To jak jazda konna, genialne uczucie, gdy czuje się każdy mięsień. - zamyśliła się na chwilę. - Zawsze mi się podobałeś, czasami chciałam zagadać, zabrać na kawę, wino jak dziś. Patrzyłam w oczy i chciałam powiedzieć co możemy robić, ale zamiast tego zadawałam inne pytanie. Prozaiczne. Wiem, że zawsze mogła bym na Ciebie liczyć. Kiedyś Ci powiem, bo teraz już mnie nie rozumiesz... - Mężczyzna znowu podskoczył w konwulsji. Kobieta chwyciła pasy i zapięła je na wysokości torsu, który powoli zmieniał i pokrywał się futrem. Maria zeszła z mężczyzny, który sapał i jęczał z bólu. Podeszła do laptopa, zalogowała się na konto firmy i załatwiła mężczyźnie tydzień urlopu.
- Trochę tu posiedzisz. Zanim będziesz potulnym wilczkiem. - Szepnęła.
Maria siedziała w fotelu z jedną nogą na siedzeniu, tuż pod pośladkami, drugą na podłodze. Wspierała podbródek na kolanie, jedna ręką kontrolowała myszkę, druga dłoń wędrowała wzdłuż nóg. Bezmyślnie wertowała strony raportów i maile z firmy. Nie skupiała się na tym, za bardzo. Myśli krążyły wokół zwierzęcia, które prężyło się na łożu w drugim pokoju. Przełączyła ekran na podgląd pokoju, przyglądała się Gabrielowi. Było w nim coś, poza tym, że już był zwierzęciem to tkwił w nim jakiś pierwotny pierwiastek dzikości. Może zawsze ją pociągał, dlatego go wybrała i z tego powodu jest teraz tutaj. Myśląc o nim poczuła dreszcze, jej ciało przeszyła rozkosz. Ciarki  spowodowały szybsze bicie serca. Jej oddech zaczął przyśpieszać. Jej skóra pokrywała się gęsią skórką. Policzki na zmianę blakły i purpurowiały. Fale rozkoszy przepływały wzdłuż kręgosłupa, a kończyły swoją podróż na końcach palców u stóp. Pomyślała o nim. Jej dłonie wędrowały w poszukiwaniu tej myśli. Zsunęła się na podłogę. Wylądowała na dywanie, grube frędzle ciężkiego splotu pojawiały się i znikały między jej palcami gdy wbijała je w niego. Przez chwilę klęczała, z wysuniętymi nad głową rękoma, sięgała jak najdalej, jakby próbowała sięgnąć coś, co jest tuż w zasięgu palców. Oddychała głęboko. Jej skóra falował, częściowo przez gęsią skórkę, a częściowo pod działaniem zwierzęcia, które ukrywało się w niej… Zajęczała. Skuliła się. Ponownie zastękała. Zdarła z siebie koszulkę, która do tej pory skrywała jej blade ciało. Podniosła się na równe nogi, jej jasna skóra skryta była w gęstwinie błyszczącej sierści. Odrzuciła z siebie resztki sztucznego materiału i zerknęła przez ramię w kierunku pokoju, gdzie leżał mężczyzna. Jej oczy błyszczały zielenią i rządzą krwi. Jednym susem wpadła do środka. Zrobiła krok. Upadła, jej ciało zmieniło się. Zajęczała. Spojrzała na unieruchomionego Gabriela. Oblizała pysk. Wstała.
***
            Siedziała w fotelu, na miejscu pasażera. Siedzenie miała odsunięte jak najdalej można było. Nogi zadarte wysoko, a stopy wsparte na kokpicie. Przyglądała się jak pierwsze promienie słońca przesuwają się pomiędzy palcami, a cienie drzew poruszają się po jej łydkach. Przeczesała blond włosy i kątem niebieskich oczu zauważyła kierowcę, który również wpatrywał się w jej stopy.
- Uważaj na drogę Stan. – Zwróciła mu uwagę. Nie zareagował, zsunęła stopy na podłogę. Wstrząsnął nieznacznie głową i spojrzał przed siebie.
- Coś mówiłaś? – Zapytał jak obudzony ze snu. Blondynka uśmiechnęła się pod nosem. Kierowca zauważył to. – No co? – dopytał.
- Myślisz, że to ONI? – Zmieniła temat. – Że bestie powróciły?
- W raporcie jest tylko o wielkim zwierzęciu, świadkowie użyli sformułowania „niedźwiedziowaty”, cokolwiek to znaczy. – zamilkł na chwilę – Zdrzemnij się Luu. Jeszcze kawał drogi przed nami. – dodał. Chwycił mocniej kierownicę. Na prawym przedramieniu, tuż pod podwiniętym rękawem białej koszuli miał wytatuowany symbol mjolnir, zza którego wychylały się z jednej strony kruk, z drugiej wilk.
***
            Maria obudziła się wtulona w tors Gabriela. Sierść, która zsunęła się z ich odmienionych ciał pomieszana leżała poniżej łóżka. Podniosła głowę, wsunęła dłonie pod brodę. Wpatrywała się w mężczyznę, który nadal tkwił w półśnie. Kobieta odchyliła głowę, by zobaczyć, która godzina. Stwierdziła, że jeszcze chwile może poleżeć. – Lubię się w Ciebie wpatrywać, ciekawe czy zauważyłeś. – Zaczęła mówić – Śmieję się z Twoich żartów, nawet jak nikt inny ich nie rozumie i nie do końca są śmieszne. Spinam się gdy jesteś obok. Ty chyba też, zamykasz się wtedy całym ciałem. To nawet ja zauważyłam. – Uśmiechnęła się – Czy to coś oznacza? Kto zna odpowiedź? – Dodała i zsunęła się na podłogę. Jej stopy wylądowały na kobiercu świeżych rudo-szarych włosów. Uśmiechnęła się, pochyliła i podniosła kila kosmyków. – Można by poduszki wypychać? – Zapytała z nieukrywanym sarkazmem. Zmięła kosmyki, które zmieniły się w drobny pył.  Resztkę proszku zdmuchnęła w kierunku Gabriela. – Nic z tego. – zaśmiała się pod nosem – Póki otula naszą skórę jest twarda jak stal, a gdy opadanie o poranku znika jak sen. – dodała przez ramię kierując się w stronę łazienki. Wesoło pogwizdując wyszła z tajnego pokoju, kręcąc przy tym nagimi pośladkami, jakby miała nadzieję, że patrzy.
            Wzięła prysznic, ubrała się i ostatni raz zajrzała do pokoju, gdzie leżał. Oparta o framugę przygryzała wargę i patrzyła. Po chwili chrząknęła, podeszła do mężczyzny, nakryła go kocem, odwróciła się i wyszła zamykając pokój. Gabriel leżał nieruchomo, oddychał płytko, jego klatka piersiowa poruszała się nieznacznie, ale szybko. Leżał jak ryba wyrzucona na brzeg. Bezradnie łapał oddech, a wiatr osuszał jego skórę.
            Dziewczyna dotarła do pracy tuż przed ósmą. Na korytarzach pośród pracowników poruszała się spora grupa ochroniarzy i policjantów, którzy rozmawiali z pracowaniami, przesłuchiwali ich. W powietrzu unosił się słodki zapach. Krew. Podtrzymywał w Marii dreszcz podniecenia. Trwała by w tym stanie, gdyby nie inny zapach. Gorzki, jakby starych ksiąg połączony z zapachem prochu. Poczuła dziwną aurę. Pierwszy raz, od wielu lat wpadła w zimne ręce strachu. Poczuła zimno, oparła się o ścianę. Wszystko zawirowało i zaczęło się zmieniać w wizję. Korytarze zamigotały światłem pochodni, które zamocowane do ceglanych ścian jako jedyne oświetlały pomieszczenie. Poczuła podmuch wiatru, który niósł ze sobą zapach zgnilizny, krwi i śmierci. Osunęła się na podłogę, czuła wilgotne cegły, które przesiąknięte bólem wciągały ją w swoja pustkę. W ciszy rozległ się nieziemski skowyt i głos. – Trzymaj go! – usłyszała. Po chwili rozległ się ludzki krzyk i  trzask. Nagle wzdłuż korytarza coś się poruszyło, biegło w jej kierunku. Gdy przebiegało obok zauważyła na jego ciele liczne rany. Istota zatrzymała się pół kroku od kobiety. Dziwna postać pochyliła się i spojrzała Marii w oczy, resztki światła oświetliły oblicze bestii. – Uciekaj… – wyrzęziła półgłosem zniekształcona postać.
- Wszystko w porządku? -  Nagle wszystko wróciło do normy.
- Co, jak? – zapytała Maria łapiąc pierwsze oddechy rzeczywistości. – Tak, tak ciężki poranek. Dzięki. – Tłumaczyła wspierając się na ramieniu mężczyzny. Z drugiego końca korytarza biegła sekretarka ze szklanką wody. Maria przewróciła oczami i szybko zniknęła za drzwiami gabinetu. Poprawiła kostium, wzięła głęboki oddech i podeszła do biurka. Nalała szklankę wody i z trudem oddychając wypiła ją.
***
            Niewysoka dziewczyna o prawie białych włosach przyglądając gmachowi zbliżała się do wejścia. Dwuczęściowy kostium opinał jej kształty, a jednocześnie nie krępował ruchów, w ręku ściskała pokaźny neseser.
- To tu? – zapytała Luu zerkając na Stana. Nie doczekała się odpowiedzi. Tuż za progiem dopadł ich wysoki blondyn.
- Dzień dobry, to na Państwa czekam? – zapytał, wiedząc, że tak. – Nazywam się Łukasz Kozłowski. – Wyciągnął rękę na powitanie. Blondynka spojrzała na wyciągnięta w geście powitania dłoń.
- Luu. – odpowiedziała ignorując gest mężczyzny.
- Stanley Benz. – Odpowiedział wysoki brunet ubrany w białą koszulę, niebieską kamizelkę, spodnie na kant, w tym samym kolorze i na błysk wyglancowane czarne półbuty.
- Luu? Nie dosłyszałem nazwiska. – Zagadał blondyn.
- Po prostu Luu. – odpowiedziała przewracając oczami.
- Jak Madonna? – Wysilił się na żart Łukasz. Widząc, że nie trafił na ludzi z poczuciem humoru przetarł pocące się czoło i wpuścił trochę powietrza za kołnierz. – To może pokażę miejsce hmmm. Wypadku. – Zmienił tor rozmowy, którą sam zagnał w ślepą uliczkę. Celowo podkreślił słowo „wypadek”. Pokazał palcem klatkę schodową i poprowadził parę wyżej, wzdłuż zdobionej poręczy.
***
            Maria wyczuła problemy – oj Gabi, lubiłam tu pracować. – pomyślała gdy stając na biurko przybliżyła zapaloną zapalniczkę do czujnika dymu. W mgnieniu oka cały budynek zawył alarmem pożarowym i wypełnił się wodą z zraszaczy.
***
            Jeszcze rano, wychodząc zerknęła w kierunku ukrytego pomieszczenia. Wysłała w jego kierunku tęskne spojrzenie. Wzięła głęboki oddech dodając sobie otuchy. Z metalicznym pogłosem zamknęła drzwi mieszkania. Pachniało deszczem. Szła ulicą rozglądając się ukradkiem, mierząc przechodniów, czegoś szukała. Coś przeczuwała. Wyszła dużo za wcześnie, potrzebowała spaceru. Chwili odosobnienia. Muszę zebrać myśli przed pracą. – pomyślała. Szła okrężną drogą. Po raz setny próbowała ułożyć w głowie swój świat na nowo.
- Odkąd żyje, a to bardzo długo, nie miałam takich wątpliwości - pomyślała – co ja sobie myślałam? Odmieniłam go i co dalej. – Przez jej głowę przewijały się obrazy, krew na ścianach, ochroniarz bez głowy, zniszczona winda i wzrok policjanta, którego karzące spojrzenie mówiło „to Twoja wina!!”.
-Przepraszam? Paniusiu – Z zamyślenia wyrwał ją głos. Policjant? – masz waćpanna może „pisiąt” groszy? – Zataczający się menel wskazywał na swoją dłoń, gdzie w garści świeciły mokre od deszczu grosze. – do bułki mi brakuje. – Maria minęła go ignorując. Zrobiła to tak szybko, że żul stracił na moment równowagę i zatoczył  się kilka kroków.  – Idę, czy nie idę… – zamruczał pod nosem.
Stukot obcasów o mokry chodnik odbijał się echem po prawie pustej ulicy. Różowiejąca poświata wschodzącego słońca zatopiła okolicę w miękkich promieniach pianki lilaróż. Dziewczyna zmrużyła oczy, w oddali zauważyła budynek. Biurowiec. Wzięła głęboki oddech i ruszyła w kierunku wejścia. Krople rosy opadające na jej policzki łączyły się w stróżki, które spływały po jej skórze i opadały na kołnierz. – trzeba było zabrać parasol. – pomyślała i gdy spojrzała na twarze przechodniów, a właściwie na ich miny to wiedziała, że myślą to samo co ona.
Mokła.
Tak jak teraz, gdy stała na biurku. – Mokry dzień. – zaśmiała się do swoich myśli, gdy woda ze zraszaczy moczyła jej ulubiony kostium.
- Teraz wyjść niepostrzeżenie. – pomyślała. Wzięła głęboki oddech, złapała za klamkę i wyszła na korytarz. Na zewnątrz z między boksów wybiegali pracownicy biura. przykrywając głowy papierami biegli wzdłuż ścian. Maria spokojnym krokiem szła w kierunku wyjścia. co jakiś czas potrącana lekko podskakiwała. Zauważyła dziwną parę, która równie wolno szła naprzeciw. Wysoki mężczyzna i kobieta o białych włosach. Lou w ostatnim momencie zauważyła Marie, wzrok kobiet na chwilę się spotkał. Lekko potrącając się w ciasnym pomieszczeniu minęły się. Zielonooka westchnęła, wyczuła coś dziwnego, przez jej ciało przeszedł dreszcz. Przyspieszyła kroku. Lou zatrzymała się na chwilę zerknęła przez ramię.
- Stan? – szepnęła do mężczyzny. – chyba ją mamy.
- Ją? –  dopytał mężczyzna, sięgnął za pazuchę i wyciągnął zdobiony w motywy nordyckie pistolet. – gdzie?
- Minęliśmy się z nią chwile temu. – Wskazała palcem kierunek, gdzie Maria właśnie znikała za zakrętem. Barczysty mężczyzna przyspieszył kroku. Wybiegając za zakręt chował pistolet do kabury. Nagle drobna, kobieca dłoń chwyciła go za nadgarstek, bez problemu łamiąc go i olbrzym poleciał na przeciwległą ścianę robiąc w niej potężną dziurę. Tracąc przytomność przeklął niewyraźnie. Maria obejrzała się jeszcze i zaczęła biec. Wtedy pojawiła się Lou. Wypaliła serię z pistoletu, jedna z kul otarła się o ramię zielonookiej dziewczyny. Palący ból podniósł jej poziom adrenaliny. Zaczęła biec jeszcze szybciej. Nie zatrzymała się, mimo, że nie miała dokąd uciekać. Z przytłumionym brzdękiem, otoczona rozgwieżdżonym niebem potłuczonego szkła wypadła na zewnątrz. Zanim białowłosa dobiegła do wybitego okna usłyszała huk. Ciało dziewczyny wbiło sie w dach zaparkowanego poniżej samochodu. Na ulicy rozległ się krzyk. Lou obejrzała się w kierunku Stana, który wstawał trzymając się za nadgarstek. Kiwnęła porozumiewawczo.
- idę na dół. – Wskazała głową okno. Niespiesznym krokiem ruszyła na parking. Wokół samochodu zgromadził się tłum. Krew ciekła po wgnieceniu w dachu, spływała po szybie samochodu i błotniku. Na chodniku zdążyła się zrobić niewielka kałuża. Gdy kobieta podbiegła zorientowała się, że ciała niema na nim. – Chyba sobie jaja robisz.- pomyślała zerkając na ósme piętro skąd wypadła Maria. Z okna wychylał się Stan. Kobieta pokiwała głową z niedowierzaniem. Mężczyzna w pewnym momencie wskazał kierunek. Luu odwróciła się w tamtym kierunku i zauważyła. Maria lekko utykała, szła wzdłuż bulwaru. Blondynka wybiegła z tłumu gapiów, wskoczyła na pobliski samochód i wycelowała. Strzeliła trafiła Marie, która się zatoczyła i obejrzała, wzięła głęboki oddech, pokazała środkowy palec i ruszyła dalej. Kobieta z bronią wycelowała ponownie, ruch uliczny utrudniał oddanie strzału.
- Ucieknie, do cholery. – krzyczał stan z okna. Luu przewróciła oczami, zeskoczyła z samochodu i zaczęła biec. Już wiedziała, że zgubi kobietę.
Nagle z duży samochód zjechał na chodnik i z hukiem uderzył Marię, która odbiła się od maski tłukąc szybę i wgniatając maskę. Jej ciało uderzone z dużą siła uniosło się wysoko. Wyglądała jak szmaciana lalka rzucona bezwładnie na stos zabawek. Maria przeleciała przez barierki i wpadła do wody. Jej ciało zabrała rzeka.
Z samochodu wytoczył się potężny człowiek, w okrągłych okularach, szarym swetrze i płaszczu do kolan.
- Tak to się u nas załatwia. – powiedział zacierając ręce.
- coś Ty za jeden? – zapytała Luu. Zerknęła na bok busa, na którym widniał napis „Wielki Łowca Wilkołaków”. Kobieta uniosła brew. – Jak tu trafiłeś? – Zmieniła pytanie. Mężczyzna podrapał się po głowie zerkając na zniszczony samochód, z którego kapała krew Marii pomieszana z płynem chłodniczym. Odchylając poły płaszcza, bez słowa gazetę z tylnej kieszeni gazetę. Rzucił ja do Luu. Odwijając papierowy rulon zauważyła nagłówek. „Niedźwiedź czy wilkołak. – Krew w biurowcu.”. Przewróciła oczami, jak to miała w zwyczaju i odrzuciła brukowiec łowcy. Podeszła do barierki. – Szlag – Przeklęła.




Rozdział III. Ze mną można tylko iść na wrzosowisko


"Ja cóż, włóczęga, niespokojny duch
Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko:
Jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna"
ES

            Świat cuchnie — pomyślała, wyczołgując się po kamienistym brzegu na nadbrzeżny bulwar. Jej nogi bezwładnie podskakiwały na kamieniach, lewa stopa wykrzywiona w nienaturalny sposób, kolana prawej nogi wygięte w przeciwnym kierunku niż naturalnie. Była przemoczona, wyczerpana, połamana i zła. Świat zawirował bólem. - Świat cuchnie. Ściekami, zepsutym mięsem i chińszczyzną. Przez chwilę analizowała ostatnie wydarzenia. Cholera! Znowu mokra jestem. - Podsumowała. - Chyba wole od deszczu. - dodała.
            Wpatrzona w niebo zastanawiała się, ile czasu minęło odkąd upadku do wody, żebra zdążyły się zrosnąć, ale nadal czuła uderzenie busa, błyszcząca poświatę drobinek szkła rozbitej szyby, minę kierowcy i krzyki przechodniów. Uśmiechnęła się pod nosem. - Znowu mi się udało. - szepnęła i chwytając piasek w dłoń, wysypywała go delikatnie przez zaciśnięte piąstki. Przez chwilę leżała obserwując chmury, które na czerwonym niebie przepływały jak stada czarnych barnów. Dzień powoli się kończył, a na niebie zaczęły tańczyć pierwsze zwiastuny nocy. Gwiazdy migocząc, nabijały się z leżącej, połamanej szmacianej lalki. Maria poczuła, że ON zaczyna na nią patrzeć, jej skóra zaczęła falować. Ciało wygięło się w łuk, a połamane kości zaczęły wracać na swoje miejsca, ogłuszającymi trzaskami nastawianych kości. W pewnym momencie z pobliskich krzaków wyłoniła się czarna postać. Poddając się spazmom Maria, zauważyła osobnika, który niebezpiecznie się do niej zbliżał, w tej chwili była bezbronna. Oddała się księżycowi, który aktualnie rzeźbił jej delikatne ciało. Słyszała, jak szepcze, spowiada ją ze zmierzchu, zachodzącego słońca, z wymarłych braci wilków, zatrutego wina, które sączy krew. Resztki materiału, które okrywały jej kształty, falowały w rytm piosenki śpiewnej przez wiatr, Rude włosy przyłączyły się do tańca. Intruz zbliżał się coraz pewniej. Przez chwilę stała wyprostowana, na palcach sięgając twarzą nieba, ręce rozpostarte jak do lotu, ostatni pocałunek Luny. Księżyc schował się za chmurami, dziewczyna upadła. Mroczna postać podbiegła. - Co tu robisz laleczko? - rozległ się głos. Mężczyzna przyklęknął przy prawie nagiej Marii, zmierzył ją wzrokiem i się obleśnie oblizał. - Naćpana jesteś, co? Dobrze, dobrze. JA się Tobą zaopiekuje. - Mężczyzna drżącą dłonią pogładził nieprzytomną dziewczynę. Wziął ją na ręce, gdy księżyc znowu wyjrzał zza chmur, już ich nie było. Świat cuchnie — resztkami świadomości pomyślała. - alkoholem, potem i spalinami.

***

            Przez świetliki w suficie oświetlił go blask, pod którym skóra zaczęła go swędzieć w dziwny sposób. Na początku czuł, jakby setki małych igiełek muskały jego ramie, w miejscu, gdzie oświetla go księżyc, potem szyje, plecy tors brzuch nogi. Delikatne pieszczoty zmieniły się w tortury. Igiełki zmieniły się w noże, które ktoś niewidzialną dłonią wbija w jego skórę i przesuwa wzdłuż żył i rozcina ją co kawałek setkami ostrzy. Gabriel przywiązany dziwnym mechanizmem próbował krzyczeć, jego głos utykał w gardle, które wypełnione płynnym metalem zaczęło go palić. Poczuł ból w szczękach, jakby ktoś próbował wyrwać mu szczękę ze stawów. Podobnie zachowywały się inne kończyny, które wykrzywiały się w nowe życie. Stalowe łoże, na którym leżał, trzeszczało i podskakiwało w rytm konwulsji Mężczyzny. Łoże przymocowane do podłogi potężnymi kołkami zaczęło podskakiwać. Szarpiący się mężczyzna zmienił się w bestie, uwiązana uspokoiła się. Nieludzkie ciało opadło na skórzany materac. Oko bestii skanowało wnętrze pokoju, jego oddech stał się chrapliwi i zaczął kwilić jak uwiązany pies.

***

- K***A, K***A, K***A! - szeptała dziewczyna o białych włosach. Ukryta za rogiem kamienicy, nerwowo kończyła papierosa, czekała na pozwolenie z centrali Mjolnir.
- Luu? Co Ty taka nerwowa? - Zapytał wielki mężczyzna.
- Nic. Mamy zielone światło. Jedziemy z tym, mam dość. - Wychyliła się zza rogu, zrobiła w powietrzu kółko, wskazała budynek. W tym samym momencie, w pobliskiej pół ciężarówce otworzyły się drzwi i wyskoczyło z niej kilku zamaskowanych mężczyzn. Ubrani w kamizelki, z kominiarkami na twarzach i uzbrojeni ludzie trójkami, jeden za drugim ruszyli w kierunku drzwi wejściowych. Bezszelestnie, krok za krokiem zbliżyli się do mieszkania Marii. Na znak jeden z zamaskowanych mężczyzn zamontował plastyk w kilku punkach drzwi.
- Alfa jeden, ładunki założone, na mój znak odcinamy prąd. - Szepną do rękawa saper. - za trzy, za dwie, na raz. Poszło! - Rozległ się huk, zgasły światła, a korytarz wypełnił dym.
- Dwójka wchodzicie, strzelać bez ostrzeżenia! - Usłyszeli w słuchawkach.
Ostrożnie ruszyli. Pierwszy żołnierz z jednostki uderzeniowej zajrzał i wszedł, dał znać, że droga wolna i kolejnych dwóch wsunęło się do środka. Ostrożnie przejrzeli pokoje i zameldowali.
- Czysto i pusto. Jakie rozkazy? - Odezwał się dowódca grupy AT.
- Czekajcie. - Usłyszał kobiecy głos.
- Oddajcie prąd.
***
            Głowę miał wypełnioną wrzaskiem, chaosem i nieuporządkowanym potokiem myśli. Przedświadomość. Czuł, jak wiatr porusza jego futrem w lesie gdzieś, ale gdzie i kiedy. Resztkami normalności trzyma się tu i teraz. W głowie słyszy głos, który woła o jedzenie. - Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! - Gabriel próbuje panować nad pierwotną istotą, w której został uwięziony — Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! - wie, że jest tu i teraz, ale jak długo zdoła ujarzmić wilka. Usłyszał wybuch. Ściany zadrżały. Instynkt podpowiedział — Uciekaj! - W chwili, gdy usłyszał huk, więzy puściły i elektromagnetyczna smycz uwolniła bestię. Zrywając z siebie pęta, zawarczał cicho. Stojąc, w zamkniętym pokoju oddychał szybko, łapiąc powietrze i nasłuchiwał. Nagle usłyszał cichy klik i pancerne drzwi ukrytego pokoju zaczęły się odchylać.

- Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! - zawarczał.

***

            Dowództwa Jedynki nerwowo chodził po pokoju. Podszedł do okna, gdzie pojawiła się kolejna ciężarówka Mjolnir. Odetchnął. Odwrócił się do drużyny, żeby powiedzieć o posiłkach, zobaczył, jak jeden ze szturmowców włącza odtwarzacz CD. Przewrócił oczami, chciał skomentować, ale odpuścił. Rozległa się mocna, heavymetalowa nuta, po kilku taktach jedna z szaf zaczęła się otwierać. Zanim zdążył zareagować, rozległ się potworny skowyt. Z ukrytego pomieszczenia wypadła furia.
- O Ku... - nie zdążył zareagować jeden z żołnierzy, gdy bestia chwyciła go w pół i cisnęła nim w drugiego, który przeładował broń i zaczął ją unosić. W kierunku wilka.
- Mamy kontakt. Jest większy, niż opisywaliście! - wykrzyczał dowódca, przeładowując broń.
W tym czasie Gabriel opadł kolejnego szturmowca, wgryzł się w gardło, a jednocześnie odepchnął od siebie. Bezwładne ciało. Dowódca wypalił serią w kierunku bestii.

***

            Gabriel postanowił nie ograniczać potwora, którym się stał. Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso!
            Gdy poczuł metaliczny smak w ustach, całkowicie odpłynął. Poczuł nad uchem gorąco. Kule minęły go o kilka milimetrów, parząc uszy. Kątem oka zauważył jak w zwolnionym tempie lecące kule. Srebro. Wszystko spowolniło, znowu był poza czasem, obserwował, jak krew leje się po ścianach. Przez chwilę stał się tylko widzem jak w grach w trzeciej osobie. Stojący przy oknie szturmowiec wymierzył kolejną serię. Gabriel był już tak blisko, że ktoś nieobyty z bronią by trafił, a co dopiero wyszkolony żołnierz. Karabin wypluł z siebie serię srebrnych kul, które przeszyły ciało Wilka. Wielka bestia wpadła na żołnierza ostatkiem sił i wypadli przez okno z impetem wpadli na ścinę sąsiedniego budynku. Kilka pięter poniżej, jak czerwony pocisk ciało spadło na dach ciężarówki.
Przeszywający ból zmiótł resztki świadomości Gabriela. Nastała ciemność.
***
Z cichym jękiem obudziła się Maria. Leżała w jakiejś piwnicy, czuła swąd wilgoci.
- Gabriel... pomóż... - wyszeptała i zemdlała.
***
"Jeszcze dokoła słychać Twój śmiech,
czuję zapach Twój, egzotyczny kwiat,
Siedzę znów sam, tak potwornie sam,
Nieudało się — wszystko nie tak"
D

            Przez uchylone drzwi zauważyła Gabriela. Jego szaro czarne futro migotała w świetle ulicznych latarni. Nie spuszczała go z oka, szczerbinki i muszki. Odwrócona do Luu plecami bestia łapczywie jadła jej towarzysza. Nagle, w mgnieniu oka, wilk odwrócił się przez ramię. Zauważył dziewczynę, która przez chwilę zawahała się o ułamek sekundy za długo.
- Wroahhh... - Zawarczał wilkołak. - Jego ryk zmienił się na chwilę w dźwięk, jakby metalowe puszki spadały z betonowych schodów. Brzdęk, brzdęk. Bum. Nagłym rozpryskiem słonecznym, uderzając Luu w twarz, odrzuciło ją kilka metrów dalej. Tracąc grunt pod nogami i resztki świadomości zdążyła jeszcze zauważyć, jak tuż obok niej przemknęła ciężarówka z napisem "Wielki łowca wilkołaków". - Znowu On... - Pomyślała, mdlejąc.
***
            Chwilę wcześniej.

- Łatwa robótka... Qrna... - pomyślał zgarbiony menel, który stał na pobliskim dachu i obserwował rozwój sytuacji. W międzyczasie kminił, na co wyda zarobione pieniądze. Pojawiły się czarne półciężarówki. Wyskoczyło z nich kilku uzbrojonych typów. - Ktoś ma dziś kiepski dzień... - zachichotał i wyjął z kieszeni granaty. Jeden czerwony drugi biały. W głowie układał plan, który mu przedstawiono. - Najpierw czerwony, później biały. Czerwony. Biały. Czerwony... - Przekładając granaty z reki, do ręki mamrotał, pod nosem. Wyjrzał ponownie przez murek na dachu. Zauważył mrowie "wojaków", jak ich nazwał w myślach, którzy wchodzili ostrożnie do budynku pół przecznicy dalej. Po chwili rozległ się huk, w jednym z okien zauważył błysk, po kolejnym momencie zapaliły się światła w mieszkaniu. Tuz koło okna zauważył cień postaci. Coś mówił, przyciskając palce do ucha. Komunikował się z bazą — domyślał się Ziutek. Wtem postać przy oknie podskoczyła, w mieszkaniu zaczęło błyskać jak na sesji fotograficznej. Postać przy oknie wygięła się,wyciągając broń i w ułamku sekundy wypadła z okna, z taką siłą, że uderzyła w budynek naprzeciwko. - Wow. - Podskoczył Ziutek. - Funfle mi w to nie uwierzą.
            Z wrażenia zapomniał, który granat kiedy. Kątem oka zauważył ciężarówkę. - O prezes już daje znak...- szepnął, gdy kierowca ciężarówki dał znać długimi światłami. - Szoł tajm. -syknął, odrywając, zawleczkę białego granatu. - O Kurna! Najpierw czerwony! - jęknął, gdy szarpał za zawleczkę drugiego granatu. - Wyjrzał na ulicę, oślepiający błysk rozświetlił okolice. Mężczyzna na dachu widział tylko białą mgłę. Poczuł się jak sarna na drodze, której w oczy świeci tir. Przypomniał sobie, że wyjął zawleczkę z drugiego ładunku. Sarna, którą się chwile wcześniej poczuł, uskoczyła, tuż przed ciężarówką, a Ziutek w ostatniej chwili wyrzucił granat z dachu. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał świszczący wybuch. Zamknął oczy i oparł się o gzyms. Widział tylko białą plamę. Łyknął ulubionego napoju wyskokowego i nasłuchiwał.

***

            Palił swoje ulubione fajki i wdychał każdy mach, jakby to był pierwszy oddech. Nasłuchiwał radiostacji. Przerywana krótkimi komendami cisza trwała wiecznie. Powtarzał sobie w głowie plan, który był bardzo krótki. - Nie daj się zabić. Nie daj się zabić. - mantrował po cichu i palił papierosy. Jednego za drugim. - Rak tak, kula nie. - Śmiał się w myślach. Po kilku minutach w radiu usłyszał:
- Mamy kontakt. Jest większy, niż opisywaliście! - Krzyk przerwał statyczny dźwięk zakłóceń.
- Nosz Q, w końcu! - Chwycił za kluczyk przy stacyjce. Przekręcił. Zamiast odgłosu pracy silnika usłyszał metaliczny jęk. - Nawet mnie nie denerwuj! Kupo złomu. - Odchylił się i z całej siły kopnął w kokpit ciężarówki, która po ponownej próbie rozruchu zastartowała. - Jedziemy! - Krzyknął i mrugnął "długimi" do partnera na dachu. Ruszył, delikatnie kontrolując sprzęgło i gaz. Kątem oka zauważył, że z dachu leci pierwsza niespodzianka dla Organizacji M. Gdy przyjrzał się bliżej, zauważył, że kolor puszki jest inny, niż powinien. Biel oznacza ślepotę. Czasową. Zdążył jeszcze przymknąć oczy, gdy kabinę rozświetlił błysk. Otworzył oczy, widział tylko kontury okolicy. Zahaczył stojące przy ulicy samochody. Po chwili odzyskał kontrole nad pojazdem i z impetem wpadł na ciężarówkę, w której siedziała bestia. Kierowca odbił, zarzucił tyłem i znalazł się nieopodal. Wyskoczył przez szoferkę na pakę. Kopniakiem otworzył tylne drzwi. Po drodze chwycił kaganiec. Podbiegł do ciężarówki, zakuł wilka w kajdany, zaczepił hak od wyciągarki i odwrócił się w stronę ciężarówki. W tym samym momencie od dachu jego pojazdu odbiła się metaliczny przedmiot. Przez głowę Piotra przeleciała myśl, której nie chciał. - Idiota rzucił drugi granat. - Jakby na potwierdzenie tuż u jego stóp potoczył się granat. Piotr widział jeszcze słabo, ale a czerwień zwróciła mu wzrok. Jednym susem wskoczył do ciężarówki. Schował się za drzwi i nagle usłyszał huk i syczący pogłos granatu zapalającego. Gasząc po drodze palące się kawałki podłogi, wskoczył do szoferki, odpalił wyciągarkę i ruszył. Przez chwile ciężarówka siłowała się z linką i pakunkiem na jej końcu. Ciało wilka, tląc się, wyskoczyło z resztek czarnego wana. Piotr dał gaz do dechy, a ciało podskakiwało na każdym wyboju. Wyciągarka ostatkiem sił zaciągała zdobycz do środka. Wybuch uszkodził zasilanie lamp. Po chwili stało się całkowicie ciemno. Ciężarówka oświetlała drogę jednym ocalałym reflektorem, ciągnąc za sobie płonącą jeszcze kulę futra. Prowadząc jedną ręką, łowca chwycił za telefon. Wybrał numer.
- Masz to? - Rozległ się głos w słuchawce.

- Mam. Spotkajmy się za miastem, w starej żwirowni, zaraz podeśle współrzędne.
- Ok. Czekam na koordynaty.
- Buc. - Skomentował kierowca, gdy usłyszał trzaśnięcie słuchawką i sygnał rozłączonej rozmowy.
Piotr zatrzymał ciężarówkę, gdy usłyszał, że wciągarka skończyła pracować. Poszedł na tył zamknąć drzwi, które nadpalone wybuchem się nie domykały. Podszedł do wilka, który leżał nieprzytomny. Przykuł go do specjalnie przygotowanych oczek z hartowanej stali. Przeklął w myślach wspólnika, wysłał współrzędne spotkania i pojechał w omówione miejsce.

            Stał chwile, na zegarku zbliżała się dwudziesta trzecia. Przyjechała limuzyna. Za kierownica siedziała blondynka. Obok niej siedziała druga kobieta, brunetka. Z tylnej części, pasażerskiej, wysiadł wielki mężczyzna i otworzył drzwi z drugiej strony. Z Czarnego luksusowego samochodu wysiadł pomarszczony, starszy mężczyzna o lasce. Pokuśtykał do Wielkiego łowcy. Odprawił ochroniarza i szepnął. - żyje? Wilkołak? Czy znowu przywiozłeś mi niedźwiedzia? - pytał niecierpliwie. Nagle zamilkł. Rozejrzał się po okolicy i dodał — Poważnie? Tutaj?
- o co chodzi? - Zapytał Piotr.
- Większego banału nie mogłeś wybrać. Pełnia, wilkołak i wrzosowisko? - Pora na mnie, znowu sobie ze mnie żarty robisz! Żegnam! Zapomnij mój numer! - Zdenerwowany starzec dał znać kierowcy i ochroniarzowi. Pierwszy odpalił silnik, drugi otworzył drzwi limuzyny.

***

            Mdła poświata księżyca wlała się do środka ciężarówki. Oświetlone przypalone futro wilka ożyło, zaczęło odrastać. Gabriel odzyskał na chwilę świadomość. Poczuł swąd palonego futra, spalin z przegniłej rury wydechowej i wrzosy, które radośnie podrygiwały w całej okolicy. W jakiś dziwny sposób wołały go, a księżyc zaczął nucić magiczna pieśń, której słowa znały tylko wilki. Czas łowów. Poczuł, że znowu jest spętany. Szarpnął. Paka ciężarówki lekko się ugięła. Przeszło mu przez myśl. - Sam nie dam rady. Zawołam wilka. - wysyczał przez zęby. - Mięso! - dodał wilk, a inni usłyszeli - Wroooaggghhhh!!!!
            Starzec usłyszał ryk, który ściął mu krew w żyłach. Ściany ciężarówki zapadły się do wewnątrz. A przez rozerwany dach wypadł wielki Szary Wilk.
- Wrzosowisko, pełnia księżyca i wilkołak! Co może pójść nie tak? - zawołał.
- Wroooaggghhhh!!!! - Usłyszał, zaczął biec w stronę limuzyny.

***
"Za oknem szarość wchodzi w czerń
Ty wciąż nie mówisz do mnie nic
Na tym pustkowiu mieszka śmierć
Czy to tylko część mojego snu, powiedz mi..."

            Chwile, przez zamknięte oczy, wpatrywał się w kręgi białego światła. Pulsujące nieznanymi kształtami obrazy tworzyły fale światła jak na tafli jeziora pod kroplą wody. Starzec modlił się do wszystkich bogów, jakich znał, a w żadnego z nich nie wierzył. Słyszał krzyki, nie otwierał oczu. Gdy poczuł, że bestia wskakuje na dach limuzyny, podskoczył. Sufit samochodu lekko się ugiął. Wtedy mężczyzna otworzył oczy. Zrobiło się cicho. Wyjrzał przez okno, okolice spowijała mgiełka, a wszystko oświetlał księżyc. Wielka srebrna tarcza patrzyła na wszystko z politowaniem. Kierowca limuzyny obudzony nagle z letargu zaczął chaotycznie odpalać samochód, mimo że był już on na chodzie. Okolicę wypełnił zgrzyt rozrusznika, zaraz po nim potworne wycie. Dach znowu lekko się obniżył. Potwór stojący na dachu drgnął.
***
            Widok okolicy działał na wilka kojąco. Przez chwilę przestał czuć słodkawą woń krwi. Rozrzucone resztki ciał parowały intensywnie. Wypełniły zagłębienie we wrzosowisku makabryczną mgłą. Przez chwilę chciał być bliżej księżyca, jego srebrne oczy wołały go. Luna uśmiechała się z jego powierzchni, odbijała się w nim twarz. Przez chwile zapomniał się w oczach. Tych, które pamięta. Zielonych. To ona. Maria. Wskoczył na najwyższy punkt w okolicy. Wzniesienie lekko się ugięło pod jego ciężarem. Chwilę łapał powietrze i zapach wrzosowiska. Połączenie zapachu kwiatów, krwi i wilgoci. Nagle powierzchnia pod jego stopami zadrżała. Okolicę wypełnił metaliczny jęk. Zawył do księżyca. Nieznośny dźwięk wzbudził w nim gniew. Do głosu znowu doszedł potwór. Rozejrzał się z dźwiękiem, wtedy zauważył, że stoi na metalowej powierzchni samochodu. Uderzył w nią kosmatą łapą, ta lekko ustąpiła. Z całej próbował wbić pazury w materiał. W pewnym momencie dach ustąpił. Wilk chwycił kawał blachy i rozerwał. Zajrzał do środka. Zawarczał. Poczuł zapach strachu i słodkawy odór moczu. Starzec w agonii przerażenia chwycił coś. Bestia zamarła na chwile. Przed oczami przeszła mu wizja. Ogień. Zielone oczy. Ból. Śmierć. Nagły palący ból rozerwał mu pierś. Serce zawyło w ostatnim podrygu. 
***
Obudziło ją łomotanie o kraty. - Strażnik powrócił. - pomyślała. Wyciągnęła rękę spod zatęchłego koca i pokazała mu palec.
- Osz ty, Sabaka! - usłyszała. To był inny głos. Niechlujny. Trochę sepleniący. W głosie słychać gniew, to zły człowiek. Wychyliła głowę, chciała zobaczyć osobnika. Wstała. Podeszła do kraty. Zobaczyła dziwnego, zgarbionego i okaleczonego człowieka. Rany na jego twarzy były głębokie, ale w oczach zobaczyła, że te w jego psychice były znacznie głębsze. Nerwowo przyglądał się Marii. Oblizywał co chwilę i równie niespokojnie przeskakiwał z nogi na nogę. Czuła jak jego oczy omiatają ją. Muskał wzrokiem każdy kawałek ciała, to co widział i to, czego nie widział. Prawie czuła na sobie jego zimne, spocone i lepkie palce. Podszedł bliżej. - Chcesz stąd wyjść? - zapytał. - Pomogę Ci, a Ty mi się odwdzięczysz, co? Na początek zrzuć resztki tych szmat. - Oblizał się obleśnie, wskazując jej poszarpane ubranie. - Muszę wiedzieć, czy warto.
            Maria zalotnie podeszła do krat, chwyciła je na wysokości twarzy, mrugnęła do pokurcza, ruchem głowy zachęciła, żeby podszedł bliżej. Kulejąc, mężczyzna podszedł, na tyle by dziewczyna nie mogła go dosięgnąć. - Masz moje zainteresowanie, teraz zwróć na siebie uwagę. - Sypnął kiepskim tekstem i otarł pot z czoła. Maria mrugnęła okiem i splunęła mu w twarz. Odwróciła się i ponownie pokazała środkowy palec. Wróciła na swoje posłanie. Dziwny mężczyzna starł dłonią jej ślinę z twarzy i polizał. Uśmiechnął się pod nosem.
- Pomogę Ci się rozebrać. - wyszeptał.
            Maria zawinięta w koc. Starała się opanować zwierzę w niej, które nie miało teraz siły walczyć. Czuła, że bestia, która stała się jej częścią, cierpi. Na chwilę zapomniała o miejscu, w którym ją trzymają. Poczuła nagle zapach wrzosów, których tu nie było. Zapach otulał ją i łagodził na chwile ból. Bestia oddychała równo z Marią. Ból, który czuły nagle ustąpił. Przez chwile była w innym miejscu. Uśmiechała się do własnych myśli. Nagle błogostan wywołany wrzosami został przerwany. Słodkawy zapach kwiatów zniszczył ostry zapach. Do pewnego stopnia przyjemny. Przypomniała sobie o poprzednim partnerze, był mechanikiem samochodowym. Próbował oddać ją jakimś szarlatanom. Gdy opowiedziała mu, kim jest, uznał, że zwariowała. Pewnego dnia, gdy wróciła naga z polowania, stwierdził, że ma dosyć. Wezwał pogotowie, które ją zabrało. Rano obudziła się w karetce, kałuży krwi i wnętrzności. To było kilka żyć temu. Ten zapach. Benzyna. Maria wróciła myślami do tu i teraz. Jej koc był mokry. Zanim zdążyła zareagować, zauważyła jak zapałka, która leci zza krat, a niebezpiecznie zmierza w jej kierunku. Usłyszała jeszcze — Pomogę Ci się rozebrać! - Piwnice wypełnił śmiech, a zaraz za nim ciemność rozjaśniła kula ognia. Maria zdążyła jeszcze jęknąć, gdy ogień oplótł ją swoimi mackami. Zwinęła się w kłębek. Poczuła zapach palonych włosów, niewyobrażalny ból i w uszach ogłuszający krzyk.

***
            Starzec wciśnięty w fotel poczuł odór z pyska bestii, która zamarła na chwile tuż przed jego twarzą. Jej brązowe oczy zaszły dziwną mgłą. Nie czekał dłużej. Sięgnął pod fotel po starodawną flintę. Wycelował. I wypalił. Odrzut z fuzji był tak duży, że jej drewniana kolba połamała się w drzazgi. Wnętrze wypełnił dym i zapach czarnego prochu. Potwór wyrzucony pofrunął w pobliskie krzaki. Kobieta za kierownica oszołomiona wystrzałem odzyskała na chwile jasność myślenia. Wrzuciła odpowiedni bieg i ryjąc za sobą wrzosowisko, wyjechała z miejsca zdarzeń. Mężczyzna na tylnym siedzeniu otworzył dzielącą ich szybę i wyszeptał. - Do doktor Marianny. Szybko! - Dodał resztką sił. Trzymał się za pierś. Serce starca biło ostatkiem sił.
"Zaczęło świtać, na materiale nieba zabrakło gwiazd"
            Obudził go ból głowy. Poobijana klatka piersiowa też dawała się we znaki. Ciepła kołdra zsunęła się na podłogę, bo czuł chłód, który zimnymi dłońmi chwyta go za kostkę, dłonie i ramiona. Jak przez mgłę pamięta ostatnie kilka dni. Cały czas czuje smak płynu, który podała mu Maria. Takich narkotyków nigdy nie próbował. Mózg pulsuje, czuje zbliżające się wymioty. Kapeć w ustach, posmak starego mięsa. Wszystko wiruje, tak szybko, że prawie czuje wiatr we w losach. - Zimno mi! - pomyślał i otworzył zapuchnięte oczy. Ściany pokoju zmieniły się w górę żwiru, która po przedzierana była głębokimi bruzdami, jakby ktoś drapał w nie przez dłuższą chwilę. Leżał poniżej wrzosowiska. Usiadł. Przetarł wymęczoną twarz. Przez chwile masował gałki oczne. Pod warstwą piasku, którą miał na rekach wyczuł wory pod oczami. Wszystko go bolało. Czuł się jak starzec. Podparł się jedną ręką. Drugą dotknął obolałej klatki piersiowej. Zobaczył wielkiego czerwonego strupa. Nagły spazm wywinął mu żołądek na lewą stronę. Czerwono — pomarańczowa fontanna wytrysnęła z jego ust i zasiała okolice krwistymi kropelkami. Kawałek, z zawartości żołądka utknęła mu w ustach. Wyjął to z ust, spojrzał i rozpoznał kawałek palca serdecznego. Przewrócił oczami. Zemdlał.
            Obudził go wrzask kruka, który walczył z innym ptaszyskiem o kawałek ciała, które zwymiotował. W panice zaczął się rozglądać. Siedział oparty o wysoką skarpę w starej żwirowni. Pamięta to miejsce z dzieciństwa. Chodził tu z rodzicami na grzyby. Powyżej jest wrzosowisko. Zaczął nerwowo wycierać z ust zasychającą krew. Dotknął bruzd w ścianie skarpy. Pasowały do rozstawu jego palców. Były jednak głębsze, a ich dno ostre. - Szpony. - pomyślał. Przypomniały mu się wizje z człekokształtnymi istotami. - Wilkołaki. - wyszeptał. - To głupie... - dodał w myślach. Z trudem wspiął się na nogi. Trzymając resztki ubrania przy piersi zaczął iść w gdzie pamiętał, że jest łagodne podejście na skarpę. Bose stopy ślizgały się na wilgotnej trawie. Kilka razy upadł.
- Gdzie Ty jesteś?! - Zawył wiatr. Gabriel odwrócił się, za nim tylko wiatr hulał po pustym zapadlisku. - Gdzie? - usłyszał ponownie. Głos był mu znajomy. Maria. Jej oddech niesiony wiatrem musnął jego ciało. Poczuł, że ciało pokrywa mu gęsia skórka. Upadł. Zmęczenie znowu z nim wygrało.
***
            Jej ciało dogasało. Cały czas słyszała jego śmiech. Bawił go jej ból. Zwinięta w kulkę leżała pod nadpaloną pryczą. Jej ciało pokrywało jedno wielkie poparzenie. Organizm zaczął wyzwalać antyciała, a skóra pokrywać wilgocią. Maria popiskiwała co chwilę. W myślach przeklinała los i wołała Gabriela. Piwnicę wypełniał zapach wilgoci, stęchlizny, palącego się ziela i włosów. Drżącą ręką zakrywała twarz, a przynajmniej papkę, która była kiedyś jej twarzą. W jej głowie brzmiał jeden wielki krzyk, jej krzyk i wycie wilka. Wewnętrzna istota, jeśli miała jakąś świadomość, to czuła, że zawiodła, że nie ochroniła swojego leża. Wilczyca prężyła się i czekała na wieczór. Była wściekła, pełna furii. Maria o tym wiedziała. Nie chciała jej już zatrzymywać. Ból, jaki czuła potęgował gniew jej ID. Poczuła czyjąś obecność. -On wrócił? - Bezwiednie zapytała siebie.
- Hej to ja! - usłyszała jakby w odpowiedzi. Anioł powrócił. Wystraszonymi oczami zajrzała pod łóżko. - Jezu. Co on Ci zrobił. - Nie czekała na odpowiedź Marii podeszła do ściany. Zebrała z niej jakąś narośl, wyjęła z kieszeni jakieś liście i z bransoletki z nadgarstka zerwała kawałek wilczego ziela. Roztarła w dłoni. Wsunęła się pod pryczę i podała do poparzonych ust dziewczyny. - To nie uleczy cię, ale pomoże przetrwać do wieczora. - wyszeptała.
- Wieczorem schowaj się, w najgłębszym kącie celi. Proszę. - wyszeptała do Anny.
- Widzisz to ognisko na środku piwnicy? To nie jest źródło światła, to blokuje Twoje siły. Przemienisz się, ale wilczyca będzie potulna jak szczeniaczek.
- Dziś będzie inaczej. - wyszeptała Maria ostatkiem sił. Zasnęła. Mikstura zadziałała.
- Odpoczywaj słoneczko. - Anna przykryła ciało poparzonej dziewczyny.

***
            Gabriel obudził się, gdy słońce zaczęło robić się pomarańczowe. Dzień powoli zaczął ustępować miejsca nocy. Gdy pierwsze promienie księżyca zaczęły oświetlać jego ciało. Zadrżał. Wielka rana na piersi zaczęła się gotować jak gęsta grochówka. Chłopak padł na kolana i zaczął zdrapywać z siebie skorupę zastygłej krwi, a pod nią zauważył nienaruszone ciało. Zdrowe. Dotykał chwilę myśląc, że to tylko złudzenie. Wtedy przypomniało mu się ostatnie kilkanaście godzin. Mózg zaczął pracować na wysokich obrotach. Dotarł myślami do chwili, gdy zajrzał przez rozdarty dach do wnętrza limuzyny. Zdał sobie sprawę, dlaczego bestia wtedy, na chwilę zamarła. Poczuł wtedy zapach Marii. Rozejrzał się, zobaczył rozjeżdżoną szramę w powierzchni wrzosowiska. Podbiegł. Szybciej niż kiedykolwiek się poruszał. Zrobił to właściwie na czterech kończynach. Przemiana, która z reguły była bolesna, teraz zaczęła przebiegać bezwiednie i bezboleśnie. Może przez to, że myślał o odnalezieniu Marii, a może to Wilk chciał odnaleźć wilczyce, którą była w innym wcieleniu. Bestia teraz nie walczy z jego człowieczeństwem, mają wspólny cel. Przez chwile są sprzymierzeńcami. Może po prostu jest zbyt zmęczony, żeby cokolwiek czuć, albo receptory bólu na chwilę się wyłączyły. Pogrzebał chwilę w bruździe. Nagle tuż za sobą usłyszał trzask gałęzi. Ciche kliknięcie. Odbezpieczonej broni. Wilk usłyszał bicie serca intruza. Miarowe, ale nerwowe. Słyszał jego oddech. Płytki. Kontrolowany. Intruz wstrzymał oddech. Będzie strzelał.

***
            Wielki Ochroniarz stał za drzewem. Wycelował strzelbę na słonie. Dostał polecenie by "odstrzelić wilka". Wielka rzeźbiona strzelba ciążyła mu od rana. Wsparł ją na rozgałęzionym pniu brzózki. W półmroku dostrzegł postać poruszała się nienaturalnie co chwilę wyginając i przeskakując z dwóch na cztery łapy. Pierwszy raz obserwował przemianę. Do niedawna, nie wierzył w wilkołaki, demony, czarownice i antycznych kosmitów czy w cokolwiek można sobie wyobrazić. Nogi drętwiały mu z nerwów i zmęczenia. Cały czas trzymał na muszce Człowieka w pół drogi do bestii. Miał odczekać i przynieść głowę wilka. Dlatego czekał odpowiedniej chwili i podziwiał jak szare futro wilka mieni się w promieniach księżyca. To był ostatni dzień trój pełni. Zamknął na chwilę oczy, odbezpieczył broń. Jak cicho tylko mógł. Znowu przymknął oczy. Wstrzymał oddech. Otworzył oczy. Bestii nie już nie było. Nagle poczuł na ramieniu oddech. Odwrócił się i zobaczył przed sobą ponad dwumetrową bestię. - Gdzie ONA jest! - Gabriel wycharczał przez zaciśnięte kły.

***
„Nie należysz do Nocnego Plemienia.
Jesteś mięsem.
Mięsem dla bestii.”
CB


- Nie wiem! - usłyszał. To nie była odpowiedź, jaką chciał usłyszeć. Właściwie to niebyła odpowiedź, jaką CHCIELI usłyszeć. Wilk w Gabrielu pierwszy raz chciał słuchać, uznać istnienie człowieka za ważne. Nie posiłek, worek mięsa i kości, tylko istotę, która rozumie i potrafi odczuwać. Jest częścią planety, nie chorobą. Teraz gdy usłyszał „Nie wiem” poczuł gniew, jakiego nigdy nie czuł. Zawrzała w nim krew, oczy zaczęły błyszczeć czerwienią napływającej krwi. Gabriel ostatkiem sił próbował utrzymać bestię, wiedział jednak, że tej pradawnej siły nie utrzyma tak po prostu w ryzach. Zapytał jeszcze raz — Gdzie pojechała ta limuzyna? - Wielki mężczyzna drżał, jak osika na wietrze. Gdyby wielki potwór nie trzymał go za krawat. Lekko uniesiony nad ziemię ochroniarz szuka po omacku podparcia dla stóp. Stojąc na palcach łapie lekki kontakt z ziemią. Potężny człowiek skomli o litość od bestii, która prawie zrywa się z mentalnej smyczy. W każdym jej ruchu czai się śmierć. - Pojechali do jakiejś lekarki, w centrum miasta. Nie wiem, czy tam znajdziesz to, czego szukasz! - krztusząc się, wykrzyczał przez łzy, głos mu się łamał, trochę ze strachu, a trochę przez zaciskający się na szyi krawat. Bestia już nie słuchała. - Mięso!!!!! - zaryczała. Ostatkiem sił Gabriel rzucił przesłuchiwanym w dal. Łapiąc kontrolę nad ciałem, bestia zamachnęła się drugą łapą w przestrzeni przed sobą. Pazury przeszły przez drzewo przed nim. Drzazgi pofrunęły, a drzewo zazgrzytało. Natura zawsze ostrzega, że może zrobić krzywdę. Drzewo zapłakało głośno, jego jęk wypełnił okolice. Wilk oddychał ciężko. Lekko pochylony nasłuchiwał. Uszy wilka strzygły powietrze, W okolicy czaiły się dwa lisy, sarna, kocący się królik i wystraszony człowiek. Słyszał, jak bije mu serce, jak oddycha, czuł jego zapach. Wilk pochylił się bliżej ziemi, dotknął jej i czuł, jak wibruje. W powietrzu unosiła się mgiełka, miała kolor strachu i agonii, snuła się tuż nad drzewami i wskazywała tor lotu ochroniarza. Wilkołak mógł znaleźć z zamkniętymi oczami. Wszystko mówiło, gdzie jest. Gabriel mógł już się tylko przyglądać. Jak poluje bestia. Złamane drzewo upadło. Dla bestii to był sygnał. Wilk kilkoma susami dobiegł do granicy lasu, gdzie ukrył się wśród liści, obserwowała ofiarę. Ochroniarz właśnie się ocknął. Chwilę leżał, w pozycji półleżącej twarzą do ziemi wspierał się na łokciach, próbował wstać.             Wilkołak miał właśnie wyskoczyć na niego, gdy usłyszał kawałek dalej metaliczny klik. Wsłuchał się w mrok i usłyszał kolejne bicie serca. Pułapka na wilka. Jeszcze krok i straciłby życie. Strzelec ukryty wśród liści zabezpieczony przed wilkiem. Bestia nasłuchiwała, węszyła i rozglądała się nerwowo. Nagle ochroniarz, który leżał kawałek dalej, wygiął się w dziwny sposób. Jęknął. Wilk zaczął nerwowo dreptać. Wyczuł przemianę, najwidoczniej drasnął mężczyznę podczas przesłuchania. Kawałek od niego barczysty mężczyzna wygięty w specyficzny sposób wstawał. Mruczał pod nosem. Nagle, w mgnieniu oka zniknął z pola widzenia. Ziemia, na której stał, osunęła się wzdłuż urwiska. Gabriel podskoczył. Chciał zrobić krok i szybkim susem zeskoczyć za nim, by dobić, zawahał się jednak. Ma inną misję. Szybko odskoczył wzdłuż lasu. Pobiegł w przebraniu wilka w stronę świateł miasta.

***
- Widzę Marka jak na dłoni, leży nieprzytomny. Przynęta, której nie musiałem podłożyć. - Wielki łowca wilkołaków odziany w pałatkę koloru khaki obserwował z dębu sytuację. Chwilę wcześniej mężczyzna nagle upadł, ukazał się nagle, jak podrzucony z nieba. Wymarzona przynęta. Wilk zaraz się pojawi. Odbezpieczył broń. Sięgając po menażkę, odchylił na chwilę okrycie. Natychmiast się okrył ponownie. Materiał natarty specjalnym specyfikiem nie przepuszczał zapachów i dzięki specjalnej konstrukcji dźwięków. Wytężył wzrok. Zauważył dziwnie poruszające się liście wśród pobliskich drzew. - Tam jesteś? - pomyślał. - Ja jeszcze żyję, więc mnie nie widzisz. - Uśmiechnął się szyderczo. - Będę Twoją zgubą. Zrobię sobie kurtkę z Twojej skóry. Głowa idzie dla Doriana, reszta będzie moja. - W myślach wydawał pieniądze za głowę wilka. - Może wykupię tę wiedźmę, którą trzyma w piwnicy? Ma fajny tyłeczek i działamy w tej samej branży. - Rozmarzył się chwile. - Wychodząc po prostu powiem "idę zapolować na strzygę". Skończą się kłamstwa. Chociaż coś z sumienia zejdzie. - Z rozmyślań wyrwał go widok mężczyzny nad skarpą. Zaczął się dziwnie zachowywać. - Pomiot! Cholera. - Wycelował broń. Już miał wystrzelić, gdy ziemia pod ochroniarzem usunęła się, a kątem oka zauważył jeszcze, że kawałek skarpy nie osunął się samoistnie. Na krańcach zobaczył małe, dziecięce, trupio blade rączki, które chwyciły za krańce i ściągały je w dół razem z przemieniającym się w wilka Markiem. Jednocześnie poczuł, jak ziemia zadrżała i tuż obok niego przebiegł wielki wilk. Odwrócił się i wycelował.

***

            Wśród poszumu wrzosów hulał wiatr. Poniżej w zapadlisku, gdy gwizdał, między drzewami można było usłyszeć śmiech dzieci. Jeśli było naprawdę ciemno, przebiegały obok zbłąkanych przechodniów, oczywiście, jeśli ktoś był na tyle głupi, by błąkać się po nocach po starej żwirowni. Chwytały czasami za nogawki i rękawy. Czasami o poranku było widać cienie lub obłoki pary, które tańczą w kółko . Wiatr wtedy śpiewa z nim "kółko graniaste". Tej okolicy unikali wszyscy. Poza samobójcami. Ich dusze były już martwe, wtedy małe dłonie chwytały straceńca za ręce i prowadziły do końca, uwieszały się nóg wisielców, rozmazywały krew z podciętych żył. Przy każdym znajdowano trójkątny wzór, ze wpisanym w środek kołem. Niekiedy, znajdowano ciała dopiero po długim czasie. Dopiero gdy z wrzosowisk było widać bielące się kości, a jakiś odważny grzybiarz chciał spojrzeć w otchłań. Policjanci niechętnie przyjmowali zgłoszenia ze żwirowni. Zakład wydobywał tam żwir do wojny, później chwilę robili to naziści. Mówiono, że gdy dokopali się do piekła. Przestali kopać dalej.

***
            Łowca już miał wypalić, gdy wilk zniknął za drzewami. Przeklął w myślach i pomyślał o pomiocie, Zerknął przez ramie. - Corel — przeklął znowu. Nienawidził tego miejsca. Jedną z dusz, które tam zostały, była jego zona. Targana depresją zniknęła. Po miesiącu grzybiarz znalazł jej ciało. Łowca do dziś pamięta jej wykrzywioną, zaschniętą twarz. Jej oczy. Takie przerażone. Patrzyły w bok. Zobaczyła te dzieci. Była nadwrażliwa. Widziała wiele zła, którego inni nie dostrzegali. Domy, groby naznaczone krwią. Wyrwał ją z domu wariatów, by kilka miesięcy później musieć identyfikować jej zwłoki. Oczy wielkiego mężczyzny zaszły mgłą żalu, a do kącików oka wpłynęły łzy. Dlatego teraz jest tym, kim jest. Jeśli będzie trzeba, wytłucze wszystkie potwory, choćby musiał ścigać je u samych wrót piekieł, a stąd to już blisko. Ostrożnie podszedł do krawędzi, wysunął długą szyję. Zobaczył białe cienie tańczące wokół przemieniającego się człowieka. Jedno łączyło go ze zjawami. Nienawiść do bestii. Przymierzył się i wystrzelił. Trafił wilka, który wygiął się nienaturalnie i wczołgał pod skarpę, gdzie łowca nie mógł go trafić. Mężczyzna zabezpieczył broń, przetarł zmęczone oczy i wyjmując z kieszeni zatyczki, zasłonił uszy. Nie znosił tych szeptów. Wolnym krokiem zaczął schodzić po zboczu. Mierzył każdy krok, nie chciał skręcić nogi. Czy ryzykować utratę przytomności podczas upadku. Ostrożnie poruszał się też w okolicy, gdzie leżał pomiot. One w tym stadium są bardzo żywotne i niebezpiecznie dzikie. Zauważył jego buty. Wężowa skóra, drogie rozerwane, przez wielką stopę, która teraz próbowała odepchnąć ciało głębiej, przeczuwając zgubę. Wilk miał rozerwaną klatkę. Nadział się na solidną gałąź, która sterczała mu spomiędzy żeber, które próbują się regenerować. Wnętrzności pulsując, poruszały nienaturalnie wbitym ciałem obcym. Łowca podszedł bliżej, przymierzył się do strzału i przypadkiem wytrącił z ucha zatyczkę. Palec zadrżał na spuście, gdy usłyszał głos. - Robert? - Imię, które znał, jego imię, wypowiedziane głosem, które tez znał. To była Zosia. Jego zmarła żona. Odwrócił się. Stała w białej sukni na pobliskim pagórku, za plecami oświetlał ją księżyc. Jej suknia falowała wolno, wskazywała palcem i mówiła. - Chodź kochany. - Serce zaczęło mu bić szybciej, nagle poczuł w dłoni zimno. Spojrzał w dół. Za rękę trzymała go mała dziewczynka z bladymi policzkami i niebieskimi oczami. - Zaprowadzę Cię do niej, nie bój się. - szepnęła.

"Noc złe oczy ma
Noc kapłanką zła
Słyszysz, to przytłumiony szept
Słyszysz, to jakby kroki blisko mnie
Gdy zastyga krew
Wołam, wołam cię"
S

***

            Zapadający mrok skrył okolice w cieniu, a lekko falująca mgła, podświetlana blaskiem księżyca pokrywała żwirownie pajęczą siecią, Białą, gęstą i lepką powierzchnię unoszącej się wilgoci poruszał tylko wiatr. Nagle, wyraźnie oddzielający się od srebrzystej mgły, cień zaczął się przesuwać w głąb doliny. Z uniesionymi ramionami, jak znane z filmów zombie szedł, mamrocząc coś pod nosem. Potykał się co kilka kroków, upadał na kolano i wykrzykując coś, wstawał, jak szarpany konwulsją.
- Już idę Zosiu... - szeptał, wstając. - Poczekaj na mnie. - dodawał, widząc, że postać, za którą podąża, znika.
- Spokojnie zaprowadzę Cię do niej. - usłyszał piskliwy głos tuż obok siebie. Spojrzał w dół obok, podskakując, szła dziewczynka, na oko czterolatka. Wesoło podskakiwała, wcisnęła małą rączkę w potężną dłoń mężczyzny. Ten zatrzymał się w półkroku.
- Nie jesteście prawdziwi.- wyszeptał obudzony nagłym rozbłyskiem świadomości, odrzucił dłoń dziewczynki, która momentalnie stała się zimna i lepka. Spojrzał na nią znowu. W ułamku sekundy jej blada twarzyczka rozerwał się w pół jak kartka papieru od ucha, do ucha. Zamiast wesołego uśmiechu zobaczył rząd wielkich kłów. Jej oczy świeciły pustką. Zanim zdążył się zareagować, wyskoczyła prosto na niego. Ostatnim podświadomym odruchem osłonił twarz i odepchnął istotę w dal, ta podnosząc się, wskoczyła w mgłę. Mężczyzna przetarł czoło. Zorientował się, że zdołał w tym transie dotrzeć na sam środek doliny. Księżyc rozświetlił okolicę. To było to miejsce. To tutaj podcięła sobie żyły, to tu ją znaleźli, tu skonała, tu utknęła w piekle. Tu i on zostanie. Nagle spomiędzy drzew wychyliła się postać wysokiej, smukłej kobiety. Ubrana w zwiewną sukienkę zaczęła iść w stronę mężczyzny, jej twarz skrywał cień, a włosy poruszały się w rytm jej ruchów. Chciał, żeby przyszła, zabrała go ze sobą. - Tak mogę odejść...- pomyślał. Nagle spomiędzy drzew, lekko pochylone, jak pół człowiek pół zwierze, wybiegło stworzenie. To była ta dziewczynka, tylko zmieniona. Podbiegła do kobiety objęła nogę kobiety, tuż za nią, jakby ukrywała się przed mężczyzną, tylko nieśmiało zerkała. W świetle księżyca widać było tylko zęby i lekko błyszczące oczy. Mężczyźnie uśmiech dziecka skojarzył się z kotem z „Alicji w krainie czarów". Kobieta lekko pochyliła się w kierunku stworzonka, pogłaskała je po głowie i znowu zaczęła iść w stronę Piotra. Mężczyzna patrzył zauroczony, jak lekko kołysząc biodrami, szła w jego stronę. Taką ją pamiętał. Gdy była bardzo blisko nadal nie widział jej twarzy, oszukiwał się, że to ona, instynkt kierował jego dłonią, miał w kieszeni wodę święconą w sprayu. Była już naprawdę blisko, chwiejnym ruchem dłoni sięgnęła twarzy. Wiedział, że zaraz czar pryśnie i zobaczy zdeformowane oblicze demona. Jak wiele razy wcześniej. Zacisnął dłoń na „świętym sprayu”, a zjawa przeczesała włosy z twarzy, ruchem głowy przegoniła resztę włosów. Piotr upuścił puszkę z cenną substancją. Zjawa podeszła jeszcze bliżej, dłoń oparła na jego klatce piersiowej, poczuł zimno.
- Nie możesz iść ze mną, musisz ich przyprowadzić, na wrzosowiska. - wyszeptała. Pachniała wrzosami, a jej oddech deszczem. Twarz Piotra zadrżała, a do oczu napłynęły łzy. - Do mnie. Pamiętaj. - jej dłoń przeniknęła przez tors mężczyzny, poczuł zimno i nagły skurcz na sercu. Przewrócił oczami, kątem oka zobaczył jeszcze, jak Zosia się do niego uśmiecha, jak kiedyś. Z głuchym odgłosem upadł, przez chwilę widział gwiazdy, po chwili wszystko zasłoniła mgła. Nastała ciemność. Z kolejnym skurczem zrozumiał, że to już koniec. Serce nie wytrzymało. Tak chciał odejść. Przy niej.
Nagle kolejny skurcz serca rozerwał ciemność na pół, wszystko zajaśniało. Kolejny skurcz i znowu ciemność wybuchła falą jasności.
- No już wielkoludzie! - usłyszał. Anioły mają niewyparzone pyski, pomyślał. - No cholera! - dosłyszał jakby na potwierdzenie.
Może jednak piekło. W sumie zasłużyłem sobie — pomyślał.
Nagłe szarpniecie, oderwało jego myśli z tamtego świata. Otworzył oczy, zobaczył białogłową dziewczynę. Luu.
- Nie lubię Cię. - powiedziała. - ale musimy współpracować, w tym przypadku. Jest gorzej, niż myślałam. Niż przewidywała to centrala... Zapłacimy — dodała po chwili.
Piotr zerknął na zegarek, było chwile po 2. Usiadł, zerwał z piersi elektrody. Rozejrzał się. Na polanie stały dwa samochody. Oświetlały okolicę. Reflektory raziły go. Podrapał się po głowie nerwowo. - Wszystko było snem. - wyszeptał.
- To oznacza zgodę? Czy jak? - zapytała niecierpliwie Luu.
- To nic nie znaczy. - odpowiedział. Zerknął na pierś, gdzie zauważył znamię, kształt dłoni. - Zosia. - pomyślał. - przyprowadź ich do mnie. - wyszeptał. Zapiął koszulę, zakrywając pierś.
- Jedziemy do Hrabiego. - Zarządził.
- Co? - Zaskoczona blondynka podniosła brew.
- Wilk go wytropi. Będzie dużo krwi. - Zarzucił połami płaszcza i udał się do jednego z samochodów. - Idziesz? - rzucił przez ramię.



"Płomień Twej krwi oślepia mnie
Pamięć w niepamięć zmienia się
W płomieniach krwi lemiesza nóż
Jestem jak żyzna ziemia już
Karmi się Tobą mój gniew"
MK

            Waldemar siedział zamyślany nad klawiaturą. Laptop właśnie po raz setny przeszedł w stan uśpienia. Myśli przez palce, na ekran laptopa nie szły jak kiedyś. W głowie, jak stara płyta grało „kim jesteś” za każdym razem nagranie w mózgu zarzynało się igłą gramofonu. Słowa, które usłyszał od niej, jeszcze niedawno brzmiały, czystym dźwiękiem, jakby stała obok i szeptała do ucha. Teraz, po setkach odsłuchań głos trzeszczy i bardziej przypomina głos demona, niż kobiety. Pisał kolejny artykuł do gazety, coś o ludziach i demonach. Tak źle nie było. Nie mógł przestać o niej myśleć. Nie widział jej wieki, może nigdy? Przeszło mu przez myśl, że właściwie nigdy jej nie znał. Zaginęła nagle. Jeszcze pamięta jej słowa, które teraz zarzynają mu inne myśli. - No właśnie, "kim jestem"? - wyszeptał i jak na hasło obraz laptopa rozświetlił się i zobaczył jej zdjęcie na ekranie. Prześwietlone czerwienią zdjęcie rozświetliło pokój. Dziewczyna ze zdjęcia patrzyła wzrokiem pełnym pasji i namiętności. Mężczyzna dotknął ekranu, drżącą dłonią pogładził rysy policzków. Uśmiechnął się do zdjęcia i zamknął laptopa. Spakował go do plecaka i wyszedł. Dzień pochylił się ku końcowi. Zmęczone słońce ostatkiem sił pokłoniło się światu i zaczerwienione chowało się za horyzont. Waldek chwile patrzył w słońce, widział w nim twarz Anny. Jedną ręką trzymał laptopa, a drugą dłonią sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej talizman. Zwitek sznurków, korzeń jakiejś rośliny i zawiniątko z ziołami. Całość połączona kosmykiem jej włosów. Wszystko pachniało nią. Czarownicą. - No kim jestem. - pomyślał. Pamięta jak dziś, gdy z dziecinnym uśmiechem wbiegał do domu, gdzie nie czekało nic dobrego. Szczeniacka ufnością udawał, że wszystko jest dobrze, że nie trzeba się o niego martwić. Pytania o dom maskował uśmiechem i milczeniem. Dno, które oglądał od spodu. Znalazł siły i teraz, po trzydziestu latach demony już pogrzebał. Cały czas pamięta pełzające zło, macki ciemności. Jego pokój. Grzyb na ścianie i demony wyglądające z pieca. Fototapeta z jeziorem, z którego wychodzili ONI. Teraz odbił się od dna, znalazł w sobie drogę, przebił się przez taflę lodu i teraz leci, zdobywa nagrody. Pisze setki bzdur, do tej gazety. Twarze bogów widziane w korze drzew, wampiry Wegę, wilkołaki, mamuty zamrożone w sztolniach pod zamkiem Książ. Pisał co widzi, gdy inni zamykają oczy. Teraz miał blokadę. Miasto oszalało. Wszyscy zaczęli widzieć potwory na dachach, wybuchy, żołnierze i wozy bojowe. On Nie wiedział, o czym ma pisać. Ścisnął w dłoni pakuneczek i nawet nie zauważył, jak znalazł się na ulicy.
- Anna. - wyszeptał. Poczuł jej oddech na szyi, jej długie ciemne włosy otuliły go promykiem zachodzącego słońca, jej dłoń delikatnie musnęła jego twarz. Nagłym uderzeniem, unosząc go w powietrze, w locie usłyszał pisk opon, głuchy trzask, brzdęk tłuczonej szyby. Chłopakowi kręciło się w głowie, czuł przeszywający ból, wzdłuż kręgosłupa przez kark aż do czubka głowy, gdzie płynęła krew. Płyn, z szerokiej rany, cienką strużka korytem bruzd, powstałych pd grymasu bólu na czole, spłynęła na brwi, a później wzdłuż nosa, wielkimi kroplami, z jego czubka, spadały na ziemię. Rzucony uderzeniem wpadł na pobliskie krzaki, jego głowa zawisła kilka centymetrów nad ziemią.
- O cholera - usłyszał. Z wielkiej, pobijanej limuzyny wyskoczyła kobieta. Blondynka średniego wzrostu podbiegła do mężczyzny. - żyjesz? Co Ty robiłeś na środku ulicy?
- Justyna! - Rozległ się kolejny głos. Starszy mężczyzna znad opuszczonej szyby wołał do blondynki. - Dosyć krwi na dziś. - Dodał. Odchylił się i coś powiedział do innej kobiety, która siedziała z nim w samochodzie. Ta wyskoczyła z pojazdu i jednym susem doskoczyła do blondynki. Sprawdziła puls Waldemara i — Zabieramy go! - zarządziła. Zdjęły mężczyznę z krzaków i zaczęły targać do limuzyny.
            Przez chwilę widział Anne w czerwonej sukience, tej z ekranu komputera, czerwień oślepiała go promieniami słońca, a krople karmazynu zalewały mu oczy. Próbował otworzyć oczy, przed jego oczami przesuwała się ziemia. Próbował uruchomić nogi, które z trudem go słuchały. Świat zaczął wirować. Na chwile zamknął oczy. Chłopak otworzył oczy, przez ledwie uchylone i przymrużone bólem, Zobaczył kobietę, która bandażowała mu głowę.
- już wstaje kochanie... - wyszeptał niewyraźnie.
Dobrze misiaczku. - usłyszał, poczuł jej dłoń, która delikatnie wplata długie palce, w pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca dłoń, zaczęła szarpać go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz. Ból wyrywał go ze snu. Zobaczył starca, który bacznie mu się przyglądał. Siedział wyprostowany, opierał dłonie na lasce, która bujała się na boki, gdy samochód najeżdżał na wyboje. Nad jego głową coś wisiało. Dziwnie znajome. Poczuł znajomy zapach. Próbował go rozpoznać, oddzielić od zapachu krwi i skórzanej tapicerki. To Anna, jej zioła. Wtedy rozpoznał paciorki, które wisiały w samochodzie. - Anna... - wyszeptał i osunął się na kanapę. Zobaczył niebo. Wielki księżyc zaglądał do środka przez rozerwany dach limuzyny. Mdlejąc, rozluźnił zaciśniętą dłoń i wypadła z niej paczuszka. Starzec, który siedział dotąd wyprostowany skrzywił się. Podniósł brew i krzyknął coś do kierowcy.
***
            W piwnicach panowała ciemność, oświetlał ją tylko żar koksowników. Były to wielkie kosze, rozstawione wzdłuży korytarza, które nie dawały tyle ciepła, ile odbierały stare ściany. Pośród zapachu stęchlizny, wilgoci i spalenizny unosił się słodka woń ziół i róż. Anna. Siedział wyprostowana przy pryczy Marii. Czuwała, medytując. Medytowała, czuwając. Przewracała oczami i mamrotała coś pod nosem. Jakąś modlitwę, mantrę lub zaklęcie. Maria wsłuchiwała się w jej spokojny głos, pomagało jej to w ogarnięciu myśli, ból poparzenia już ustępował. Pod warstwą spalonej tkanki pulsowała nowa skóra. Nagle Anna wygięła się w łuk i zaczęła wykrzykiwać:
- Czerwony super księżyc. Mars. Dwa księżyce. Podróżnik. Zło. - Jej ciało wyginało się nienaturalnie, a kości trzeszczały, gdy ocierały się o siebie, czym wprawiały jej ciało w dodatkowy rezonans.
            Maria próbował do niej ruszyć. Spalone resztki skóry usztywniały ją jak gips. Zaczęła zrywać z siebie spaloną skorupę, pękającą podobnie jak wafle, które w dzieciństwie łamała, rozsypując wokół okruszki. Pod zaschniętą zbroją pulsowała różowawa skóra, która lekko prześwitywała i można było zobaczyć jej mięśnie. Naga podbiegła do Anny, która w konwulsjach zaczęła powtarzać. - Zło. Brama się otworzyła. ONO tu jest. - Wiedźma jeszcze raz się wygięła, prawie upadając, w ostatniej chwili Maria złapała ją pod ramiona i uniosła. Anna spojrzała na nią, miała białe oczy, źrenice uciekły pod czaszkę. - To Ty! - Chwyciła kamień u jej stóp, chciała nim uderzyć Marie. W połowie zamachu jej źrenice wróciły na swoje miejsce. W ostatniej chwili odrzuciła kamień i przytuliła się do Wilczycy. Ciało poparzonej dziewczyny było lekko wilgotne i klejące, z każdą chwilą narastało nową tkanką. Czarownica dotknęła powierzchni jej skóry/ - Biedactwo -wyszeptała. - Piękna bestia. Pocałowała jej pierś i okryła swoim płaszczem. - Idą ciężkie dni.- wyszeptała.
            Maria próbowała zapytać, co się działo, ale nie mogła wydusić słowa, ogień, który strawił jej skórę, poparzył jeszcze jej gardło, które dopiero odzyskiwało swój kształt. Zamiast słów z jej ust wydobywały się tylko chrząknięcia. Nagłym atakiem torsji, wygięła się w stronę ściany, wypluła z siebie resztki poparzonego przełyku.

***
"Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu 
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką 
Jak śmierć kamienna bryła"
S.B.


            Marek. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w okularach. Stał na szczycie katedry. Wokół panowała cisza, jego twarz oświetlał księżyc. Po trudach wspinaczki oddychał ciężko, jego spocone czoło osuszał lekki wietrzyk. Było chwilę po północy. Pod stopami miał kilkanaście metrów. Poniżej katedry szumiała woda z pobliskiej śluzy. Opera Nova i pobliski most oświetlały kolorowe światła. Tylko łuczniczka, która powinna być srebrna, teraz wydawała się czarna. Jej niewidoczna strzała wycelowana była prosto w niego. Jego serce. Szeptał imię. Kobiece. Do obrzydzenia zdrobnione. - Trisz... - mruczał, ściskając w ręku kawałek papieru.


"Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą,
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B.

            Zerknął poniżej, zobaczył wybrukowana kocimi łbami uliczkę. Cofnął stopę i z gzymsu, na którym stał, zsunęła się dachówka. Spadła łamiąc ciszę okolicy i pękając na setki kawałków. Spłoszył ptaki. Wziął głęboki oddech, rozpostarł ręce. Wypuścił z rąk zwitek papieru, który poszybował wysoko. Niesiona wiatrem kartka zaczynała się krótką sentencją "Mam w jednej ręce samobójstwo, w drugiej różę mam". Wilgotne ręce i łzy płynące cienką stróżką zniekształciły resztę wiadomości. Wokół mężczyzny kłębiły się czarne ptaki, które chwile wcześniej spłoszył. Świat zawirował, nagłym przypływem adrenaliny, zaśmiało się życie. Zamknął przekrwione płaczem oczy. Wyszeptał jej imię i pochylił się ku otchłani.
- Zdecydował się! - Usłyszał tuż nad głową.
- Tak już jest nasz! - odpowiedział drugi głos. Marek otworzył oczy. Zobaczył wokół siebie stado czarnych ptaków. - Zmutowane gołębie? - pomyślał. Mając jeszcze kontakt z powierzchnią dachu, odwrócił się ostatkiem sił.
- Witaj! - usłyszał głos, który pochodził z góry. To ptaki mówiły setką głosów.
- Co? Jak? - Zdążył wydobyć z siebie ostatnie słowo. Patki połączyły się w jeden czarny byt, który poruszał się jak dym. Jak Wielka ręka Czerń chwyciła mężczyznę. Czyste zło czerpiąc radość z tej chwili, falowała, trzymając przerażonego mężczyznę jak kukłę na linkach. Czarna istota chwilę bawiła się ciałem. To podskakiwała nim jakby tańczącym pajacem, to znowu układała go w pozy biblijne, krzyżując go co chwilę. - Co chcesz ze mną zrobić? - wykrzyknął mężczyzna.
Bezimienny zatrzymał przedstawienie momentalnie. Samobójca uwieszony na linkach zaczął wierzgać nogami, zaraz po tym, jak czarna macka owinęła się wokół jego szyi.
- No właśnie, co zamierzasz? - rozległ się głos.
- Zamknij się! - Odezwał się z próżni kolejny.
- Napawajmy się chwilą! - wykrzyczał inny.
            Mężczyzna głośno złapał oddech. Istota z innego świat znowu zaczęła się nim bawić. Nagle zastygła. Poczuła na sobie spojrzenie. Księżyc. Luna patrzyła. Wtedy, jakby składając w ofierze, uniosła w górę, ku niebu. Nagle złamała samobójcę wpół i roześmiała się, a Marek jęknął. Mackami zaczęła wpełzać w ciało mężczyzny. Śmiech wypełnił okolice. Ciało mężczyzny zostało otoczone sarkofagiem ze smoły, czystego zła.
- Złamałeś mu kręgosłup matole! - W tym samym rozległ się dźwięk dartego materiału i z ciała Marka wypadł złamany kręgosłup.
- Co to za stan? - zajęczała masa.
- Pali w środku! - zawołała Czerń.
- To ta miłość, ta cholerna miłość! - Kula otaczająca Marka zaczęła się wić, jakby próbowała oderwać się od dawcy. - Gdzie ona się mieści?
- W sercu! - odkrzyknął głos. I w tym samym momencie po powierzchni dachu poturlało się wyrwane, jeszcze bijące serce. Zostawiło za sobą stróżkę.
- Co ja uczyniłem. - pomyślał Marek. Ostatnią myślą dotknął ukochanej. Było mu wszystko jedno. Stracił ją bezpowrotnie. Zasnął.
- Arghht — Bezkształtna masa wiła się po dachu katedry. Dachówki sypały się z dachu na ziemię. Jak wielka czarna ośmiornica wymachiwała mackami, obijając się o dach. Próbowała zawładnąć ciałem.
- Oni ciągle o tym mówią! - Z czerni wypadł język.
- Nadal pali! - krzyczało zło.
- Patrzą się na siebie, może to! - Wyjęczało w konwulsjach. Zło miotało się coraz bardziej. Widziało obrazy, wspomnienia gospodarza. Miłość, którą czuł, a wypełniała go od stóp do głów. Nagle opadło z sił całkowicie i zaczęło turlać się z dachu. W ostatniej chwili Marek chwycił krawędź rynny. Zło w nim zadrżało.
- Uciekajmy! - Wysyczało. - To nie host dla NAS! - Igiełki Czarnej mazi zaczęły spełzać z palców mężczyzny wzdłuż rynny.
- Tak. To jedyne wyjście!

Twarz mężczyzny całkowicie pokryta była smołą. Ciało bezwładnie wisiało uwieszone rynny, która powoli się obrywała. Pajęczyna czarnego śluzu zaczęła opuszczać jego ciało. Próbowała połączyć się w jedność, gdzieś dalej.
- Nie mogę! - wykrzyczała masa.
- Utknęliśmy! - odpowiedział jej drugi głos.
- Inny dawca! Szybko! - Najbliższą istota były jaskółki, które spały w pobliskich gniazdach. stróżki czarnej mazi, łącząc się w strumyczki, popłynęły w ich kierunku. Nagłymi wybuchem z gniazd wyskoczyły czarne ptaki.
- Wolny! - Jednym chórem zaśpiewały jaskółki. Siedem ptaków wirowało wokół wieży kościoła.
- Haha. Uwielbiamy być ptakiem! - Oglądały okolicę. Widziały miasto. Każdą mroczną duszę, każde rozdarcie w wymiarze, każdy błąd Boga. Zaczęły szybować w stronę nieba. Nagłym rozbłyskiem znieruchomiały, zaczęły spadać. - Co się dzieje? - pomyślała czarna istota.
            Z głośnym plaskiem mężczyzna spadł z dachu. Mrok nagle odzyskał świadomość, a Marek swoją. Widział obraz okolicy jednocześnie z siedmiu perspektyw. Zło zrozumiało, że nie może się oddzielić od ciała mężczyzny.
- Nienawidzę miłości! Nienawidzę Was! Ludzi! - krzyczały jaskółki na niebie.
            Marek dotknął twarzy. Jego usta i oczy warstwą bruzd pokrywała, Bruzdy układały się w kształt szponów, jakby coś wydrapało mu gałki. Marek oparł się o ścianę, a maź wniknęła w głąb murów.
Pomyślał o wejściu na dach i już był w połowie drogi.
"Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła 
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B

***

            Starzec wskazał palcem i współpasażerka otworzyła drzwi, wypchnęła Waldemara z samochodu. Hrabia złapał za telefon. Podał adres i bez słowa się rozłączył.
            Waldemar rzucony prędkością odśrodkową wpadł w pobliskie krzaki, jego głowa zawisła kilka centymetrów nad ziemią. Chłopak otworzył oczy, przez ledwie uchylone i przymrużone bólem, zobaczył plamę krwi. Mała kałuża falowała. Każda, nowa kropla, poruszała powierzchnia czerwonego lustra.
- Już wstaje kochanie... - wyszeptał, niewyraźnie. - dobrze serduszko. - usłyszał — co ci się stało? - poczuł jej dłoń, która delikatnie wplata długie palce, w pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca dłoń, zaczęła szarpać go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz.
- To boli — Próbował krzyczeć, ale jego głos utknął w gardle i ledwo zrozumiale wyrzęził, swoją prośbę.
- Kurna, żyje! Co robimy? - Wykrzyknął, klęczący nad ciałem mężczyzna.
- Pakuj go na nosze! - Odpowiedział drugi, otwierając pakę karetki. Chwile szarpał się z klamką, klnąc pod nosem. - Wiesz co robić. Ma dokumenty?
- Ma, nie jest stąd. Bezdomny raczej. - Chwile patrząc w dokumenty, dodaje. - To wiele ułatwia. Dziś Ty dzwonisz? - Powiedział, rzucając drugiemu ratownikowi telefon.
Chłopak bezwładnie opadł na powierzchnie noszy, poczuł, jak nieznana siła podnosi go, jak w zwolnionym tempie. Unosi się prawie do chmur, w pewnym momencie, światło, które go otaczało, zaczęło delikatnie gładzić jego powieki, mówiąc „śpij”. Ostatkiem sił odchylił powieki. Zobaczył wnętrze karetki. Lekarze o coś się kłócili, słyszał słowa, ale nie rozumiał ich znaczenia.
- Jeszcze dycha. Dzwonić? Zrobiłeś mu zastrzyk? - wykrzykiwał kierowca, wymachując rękoma i wskazując telefon.
- Jeszcze chwilę. - Odpowiedział lekarz. Trzymał na wysokości oczu ampułkę i strzykawkę. - Jeszcze tylko chwila i przestanie boleć. - Uśmiechnął się do chłopaka łagodnie i pochylił się, by zrobić zastrzyk. - Będzie dobrze. - Wyszeptał do Waldka, a jednocześnie wstrzyknął mu zimny płyn do żyły. Szybkim ruchem wyjął, pustą strzykawkę i odwrócił się w stronę kierowcy, mówiąc, stanowczym głosem. - dzwoń! - Ponownie odwrócił się, w stronę półprzytomnego chłopaka, złożył jego ręce na piersi, pogładził go, po dłoni i powiedział. - Nie bierz tego do siebie, to tylko interesy.
Przez chwilę, chłopakowi rozjaśniło się w głowie, zimno wstrzykniętego płynu, zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Usłyszał głos z szoferki, słowa, które przed chwilą nie miały znaczenia i nie układały się w zdania, teraz zaczął rozumieć.
- Cześć wam, co dziś chowacie? Mamy świeżą „skórę”. Właśnie dochodzi. Mężczyzna dwadzieścia pięć lat Waldemar Szornhern, bezdomny. Nikt nie będzie płakał. - Kierowca się roześmiał.
            Chłopak chciał krzyknąć, poczuł tylko jak gardło, zaciska się bezwładnie, próbował chwycić oddech, płuca znieruchomiały, usta rozchyliły się bezwładnie. Nagromadzona ślina zaczęła spływać do gardła, przełyk zamarł. Serce, w dziwnym porywie, rozciągnęło każde bicie w nieskończoność. Nieziemski ból przeszył jego pierś, prośba o oddech obiła się tylko, w pustych płucach głośnym echem. Nie mógł ruszyć nawet palcem, poczuł dziwne osłabienie. Rozchylone powieki patrzyły na lekarza, który nerwowo palił papierosa i coś notował. Źrenice chłopaka, rozciągnięte do granic możliwości, kaleczyły się światłem mijanych latarni. Wnętrze karetki wybuchało co chwilę, jasnością nadwrażliwych odczuć chłopaka. Serce przestało bić, krzycząc imię dziewczyny, śmierć zakładała się z diabłem, co pierwsze zawiedzie. Utopi się we własnej ślinie, umrze z braku tlenu w mózgu czy ze strachu. Lekarz spojrzał na zegarek. - Jest 13 po. godzina zgonu 19:15, przyczyna: ogólne obrażenia spowodowane wypadkiem. - Oczy chłopaka zabłysły w geście protestu. Światło rozbłysło, czuł, jak odpływa, płuca nadal wołały o oddech szarpiącym, nieruchomym bólem. Przez chwilę zrobiło się ciepło. Jasność ustąpiła miejsca ciemności.
Lekarz wstał, podszedł do nieruchomego ciała, powłóczystym gestem przymknął powieki chłopaka.
- Dobra możesz jechać na bazę. Już po wszystkim. - Rzucił przez ramie lekarz, spojrzał na fiolkę z napisem „Pavulon”, przetarł łzę wyrzutów sumienie i wsunął pusty pojemnik, do torby lekarskiej.
W ciemności słyszał głosy. Krzyki. Błagania. Może sam krzyczał. Czasem zdawało mu si, że umarł, że to już koniec. Nagle, bezgłośnie, uderzył o gładką powierzchnię szpitalnych kafelków. Uniósł ciało do pozycji półleżącej, przetarł czoło, już nie bolało, ale nadal jego źrenice były nadwrażliwe na światło, które pulsowało w dziwnych odcieniach błękitu i różu. Z trudem podniósł się i wstał. Stawiając krok za krokiem, wyszedł z pomieszczenia. Oślepiony światłem korytarza, szedł po omacku, wzdłuż ściany. Próbował zawołać kogoś, ale jego głos nadal uwiązany był w gardle, niewidzialną nicią. W pewnym momencie oparł się o ścianę, która ustąpiła pod jego ciężarem i otworzyła się drzwiami, do sali, w której panował miły półmrok. Chłopak upadł i wylądował tuż u stóp młodego mężczyzny, który stał przy łóżku. Waldek podniósł się, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna spojrzał na niego spod byka.
- Co tu robisz, zaraz po Ciebie przyjdą! - wyszeptał – Szczęściarzu, Ty nie żyjesz. - dodał.
Chłopak zamarł. Spojrzał na poważną twarz rozmówcy. - Co Ty mówisz. - z trudem odpowiedział.
Nagle światła przygasły, Waldemar usłyszał nieludzkie krzyki. Spojrzał w stronę okna, które wyglądało, jakby niewidzialne szpony rozdzierały je na kawałki. - Co... - próbował zapytać, ale niewidzialna siła złapała go za nogi i uniosła. Chłopak zdążył jeszcze chwycić kraniec łóżka. Zobaczył leżącego na nim mężczyznę. Spod plątaniny rurek i kabli wystawała twarz, dziwnie znajoma. To mężczyzna stojący przy łóżku, podtrzymywany, na siłę, przy życiu.
- Szczęściarzu... - Powtórzył mężczyzna, odginając palce zaczepionego, o ramę łóżka Waldemara. - To mój prezent. - Odprowadził chłopaka wzrokiem, a ten zniknął w jednej ze szczelin. Nagle w pokój rozświetliła jasna jarzeniówką.
- Jak się dziś czujemy? - rozległ się wesoły głos pielęgniarki, która podeszła do leżącego w śpiączce mężczyzny.
Waldemar obudził się w dziwnym pomieszczeniu, na kamiennej posadzce.
            ***
            Oparta na łokciach kobieta patrzyła w pustą kratkę. Zerknęła na brzęczący telefon. Zignorowała wiadomość, która odebrał. Po chwili zorientowała się, że to "ten" telefon. Gorąca linia. Hrabia ma problem ze zdrowiem lub jego podopieczni, a w najgorszym wypadku któraś bestia.
- W co ja się wpierdoliłam? - pomyślała i natychmiast skarciła się za słownictwo. - "D.G. Zawał. 22:45" - Odczytała na głos wiadomość, zerknęła na zegarek. 22:55. Maja opóźnienie. - skwitowała w myślach. Wzięła głęboki oddech, rozejrzała się po pokoju, szukając punkty podparcia dla myśli. - Snap back tu reality. - szepnęła.
Kim jestem, dlaczego tu siedzę? Rozejrzała się po prawie sterylnym pomieszczeniu, na ścianie wisiały dyplomy. Marianna brak nazwiska, ono zostało wydarte z dyplomu. Często przesiadywała w tym pomieszczeniu, czuła w tu zapach drewna boazerii i stare książki. Uwielbiała ten zapach. Zerknęła na telefon. Hrabia. Zaraz tu będzie i pomieszczenie wypełni się zapachem cygar. Ten lekki zapach egzotyki, który wypełni pomieszczenie, woń kakaowca przypominał fajkę, którą palił jej ojciec. Wieczorami siadał w swoim fotelu, pukał fajką o kant stolika, czym doprowadzał do pasji mamę, uśmiechając się ,odpalał. Gdy zaciągał dym Marianna, wstrzymywała oddech. W mgnieniu oka pokój wypełniał się zapachem tytoniu. Namiastkę tego miała za każdym razem, gdy pojawiał się ten dziwny gość. Atmosfera, którą wokół siebie tworzył hrabia, miała być tajemnicza, jego zachowanie było wyuczone, każdy ruch wymierzony. Zawsze patrzy z góry, ale prosto w oczy. Nie lubiła go. Zmanierowany dupek i jego cyrk potworności. Przez chwilę zastanawiała się, jak wdepnęła w znajomość z tym człowiekiem.
            Przeczesała włosy, wzięła głęboki oddech i usiadła. Znowu patrzyła na pustą kartkę, tym razem wiedziała co napisać.

"To było rok temu.
Pierwszy atak.
Kończyłam właśnie swój dwunastogodzinny dyżur. Praca na ostrym dyżurze była ciężka, ale czas mijał szybko. Nadal czuje krew. Zapach, który wgryzł się w nozdrza i ciągle jej towarzyszy. Kiedyś jej nie przeszkadzał. Do dnia, w którym runął jej cały świat. Tego dnia czułam, że coś się zbliża. Z tyłu czaszki, jak ciśnienie, które miało za chwile wywalić tam dziurę. Wszystko wokół było szare. Głosy docierały jak ze studni lub przez jakąś kosmiczną tubę. Jeszcze chwila i miałam iść odpocząć. Godzinę, potem na kolejny dyżur. Wszystko wirowało, a zapach krwi zaczął odurzać. Odliczałam minuty, sekundy do przerwy. Potrzebowałam odpoczynku bardziej niż kiedykolwiek. Wybiła szesnasta. Przecierając oczy, po omacku, wyszłam na zewnątrz. Stanęłam na podjeździe karetek. Wszystko było bardziej szare niż zwykle. Zieleń? Zgniła szarość. Wiosna nie pachniała. Chyba że zapach krwi, wnętrzności i wydzielin ciała też się liczy. Biorąc głęboki oddech, odurzyłam się spalinami miasta. Stałam chwilę oparta o barierkę, jej popielata biel poplamiona była placami rdzy. Ten widok był moim jedynym kontaktem z rzeczywistością. Korozja przypominała krople krwi. Miałam już wrócić do środka, gdy tuż przed jej nosem przejechała karetka. Wiedziałam, że już nie odpocznę. Wchodząc na salę, katem oka zauważyłam pacjenta na noszach. Wszyscy coś krzyczeli. Nagle spod koca ratunkowego wysunęła się ręka, a właściwie rączka. Przez bandaże sączyła się krew. Była bardzo czerwona, takiego wyraźnego koloru nie widziałam od dawna. Pośród całej tej szarości karmazyn raził w oczy. Z jakiegoś powodu wszyscy patrzyli na mnie." - Marianna zamyśliła się, przerywając pisanie. Z oczu popłynęły łzy. Kapiąc na kartkę, rozmyły kilka liter. Przetarła oczy i kontynuowała. - "Miała zaledwie jedenaście lat. Zosia. Tak miała na imię. Jej złote włosy falowały na wietrze, a zielone oczy migotały w świetle..." - Nagły brzdęk w sąsiednim pokoju rozproszył myśli.

            Wstała i podeszła do drzwi. Oparła głowę o drewnianą powierzchnię. Jedną ręką złapała klamkę. Drugą dłoń oparła o framugę. Delikatnie nacisnęła chromowaną klamkę, która melodyjnie zaskrzypiała. Na łóżku siedziała delikatnie wyprostowana postać. Lekko kołysząc, wpatrywała się w księżyc.
- On do mnie mówi mamusiu. - odezwała się postać. Chude policzki i blada cera nadawały jej cech marmurowego posągu.
- Tak kochanie wiem. - odpowiedziała Marianna, siadając obok dziewczynki. Pogłaskała dziecko i przytuliła. Jej zesztywniałe, zimne ciało również przypominało posąg. - Połóż się Zosiu. Zmarzłaś. - wyszeptała Marianna.
- Tak mamusiu. Będziesz miała gości. Nie lubię tego człowieka. Śmierdzi trupem… i jeszcze ktoś. - Zanim zdążyła dokończyć, rozległ się dzwonek. Marianna wstała. - Mamo. Będę obok. - szepnęła Zosia. Kobieta uśmiechnęła się, przykryła córkę i pocałowała na dobranoc. Zasłaniając okno, zauważyła ścianę szczelnie zarysowaną małymi krzyżykami. Wychodząc z pokoju, zwróciła uwagę, że podłoga również pokryta była znakami.
Zamknęła drzwi i długim korytarze poszła wpuścić gości. Nie zastanawiała się, kto dzwonił. Uchyliła tylko drzwi, za którymi stał Hrabia. Właściwie wisiał, wsparty na ramionach ochroniarza druga ręka podpierał się na lasce z wyrzeźbionym srebrnym wilkiem na uchwycie. Pierwszy raz widziała go w takim stanie. Blada twarz zlewała się z bielą koszuli, która niechlujnie rozpęta, odkrywała elektrody na piersiach mężczyzny.
- Szybko połóżcie go tam. - krzyknęła, wskazując leżankę w gabinecie. Szybko złapała przewody elektrod i podłączyła pod encefalograf. - hmmm to nie zawał. Co się wydarzyło? Serce ledwo TO wytrzymało.
- To dobra wiadomość. - odpowiedział, zrywając elektrody i wstając. - To mogę wracać do domu. - zapadła cisza.
- Chyba tak.
Nagle rozległ się dziwny dźwięk i szaleńczy skowyt psów. Kroki na dachu. Nad ich głowami zajaśniało, ktoś na dachu zapalił światło, w świetliku pojawiła się wielka plama. Postać stała chwilę, by po chwili zniknąć.
- Co to było? - zerwał się ochroniarz.
- Być może sąsiad z góry. Tam jest taras. - psy przestały szczekać.

***
"i odtąd piekło samo,
drżało przed mieczem,
który mu groził ruina"

            Wyraźnie wyczuwał zapach. Mógł zamknąć oczy i dać nieść się impulsowi. Bestia rozkoszowała się wolnością. Wskakując, na najwyższe budynki wyginała ciało w stronę księżyca i krzyczała co jakiś czas.
- Wszyscy zapłacicie! - Czasami – Jesteście tylko mięsem! - Dziki marsz trwał kilka kilometrów. Po każdym skowycie słychać było zatrzaskujące się z hukiem okna, czasem wrzaski, innym razem paniczne, pospieszne kroki. Im bliżej był, tym furia jątrząca mu trzewia wiła się mocniej. Gniew, jaki czuł i dzikość bestii zawarły ze sobą pakt, którego bałoby się samo piekło. Człowiek w ciele wilka wzdrygał się na samą myśl spotkania z porywaczami. Wilk z człowiekiem w duszy czuł niezwykłe podniecenie z tego samego powodu. W końcu dotarł w miejsce, gdzie zapachy skumulowały się, widział z daleka łunę feromonów. Wielki różowo-niebieski grzyb jak po wybuchu bomby atomowej. Jego wielkość wskazywała, że stoją tam dłuższą chwilę. Jednym susem przeskoczył z dachu na dach. Zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech, zaciągnął wielkimi chrapami powietrze i wyczuł ich strach. Podbiegł do gzymsu, zwiesił się i z niego obserwując limuzynę z rozdartym dachem. To na pewno ONI. Przez myśl przeszło mu, żeby się z nimi jeszcze pobawić, doprowadzić do szaleństwa i wtedy patrząc w oczy wyrwać przerażone serce. Już miał skoczyć z dachu na samochód, gdy zza jego pleców usłyszał głos.
-Co Ty tu robisz? - Wilk odwrócił się, zobaczył mężczyznę w szlafroku i dwa rotwailery. Psy wyczuły bestię i zawarczały. Mężczyzna zapalił światło na ganku tarasu. Zamarł przerażony. - Bież go Zeus, Apollo. Psy wyskoczyły spuszczone ze smyczy. Gabriel ukryty za maską potwora pochylił się i pokazał zęby. Psy zatrzymały się w pół drogi, w mgnieniu oka wpadły do domu, skowycząc. Po drodze przewróciły swojego właściciela. Mężczyzna nie mógł wydusić słowa, czołgając się w stronę drzwi, drżał jak osika. Rozbawiona bestia niespiesznie podchodziła do wystraszonego człowieka, który zostawiał za sobą żółtawy szlak strachu. Oczy zaszły mu łzami, a usta bezdźwięcznie krzyczały "nie". Futrzasta postać zawisła nad skulonym ciałem. W tle grało radio. Piosenka, która zaciskając pięści, zatrzymała czas, na chwile odwlekając wyrok.
„I’m a walkin’ in the rain
Tears are fallin’ and I feel the pain
Watchin’ all the place go by
Some live and others die"
            Po chwili zawieszenia broni ustało, pięść się rozluźniła, odkrywając ostre jak brzytwa pazury, a pysk rozświetlił rząd białych wilczych kłów. Mężczyzna spojrzał w płonące oczy diabła. Zemdlał. Wilk zamachnął się, z pokoju rozległ się pisk przerażonych psów. Już z pyska popłynęła ślina, która zatęskniła za smakiem krwi, gdy usłyszał za sobą głos. To był ON!
-A jak tam Twoja córka? - ponowne usłyszał głos hrabiego. Omdlały mężczyzna ocalał. Bestia otarła łapą pysk. Gabriel obejrzał się i zauważył świetlik, który wcześniej umknął jego uwagi. Podbiegł bliżej, wzbił się w powietrze i skulony wpadł w szklaną powierzchnię okna. W środku była kobieta, wielki mężczyzna i ten, na którego polował.
-Wszyscy zginiecie! - Zawarczał i rzucił się w kierunku starca. Gdy już czuł, że jego pazury zagłębia się w ciele starca, poczuł na nodze mocny uścisk, który zatrzymał go tuż przed twarzą hrabiego, który roześmiał się. Cofnął pół kroku, chwycił swoją laskę, kapelusz i skierował w stronę drzwi.
-Zabierz jego ciało, jak z nim skończysz. - wyszeptał hrabia, wychodząc. - A tobie Marianno radzę uciekać. - Rzucił jeszcze przez ramie, tak od niechcenia.
            Potężny uścisk nie utracił siły. Wielki ochroniarz z uśmiechem wywinął wilkiem, rzucając go w przeciwległy kąt. Zanim Gabriel zdążył się pozbierać, dryblas był już przy nim i chwytał go za szyje. Broniąc się, pazurami szarpał jego ciało. Po każdym ataku bestii w powietrzu fruwały kawałki ubrania. Imadło dłoni nie zelżało nawet odrobinę. Łapiąc ostatkiem sił powietrze, wilk chwycił ochroniarza za twarz, orząc mu ją, pazury zsuwały się po policzkach jak po pancernej masce. Czym rozśmieszył napastnika.
-Łaskotki mam, wrr. ty zwierzaku. - wyszeptał wielkolud, z uśmiechem. Dopiero gdy poczuł pazury na gałkach, wściekł się i rzucił wilka w kolejną ścianę tuż nad panią doktor, która próbowała otworzyć sekretny pokój. Drzwi do pokoju Zosi pękły w pół, lekko odkrywając wnętrze. Wielki siepacz hrabiego zaszedł podnoszącego wilka i założył mu nelsona. - Teraz kończymy zabawę diabelski pomiocie. - szepnął, zaciskając na szyi wielkie ramiona. Kości Gabriela zazgrzytały o krok od złamania.
            Otworzyły się drzwi do pokoju dziewczynki. Niepewnym krokiem, w białych frotowych skarpetkach i zwiewnej koszulce nocnej wyszła Zosia. Po raz pierwszy od roku odważyła się wyjść z tego pokoju. Jej ciało pokryte było małymi krzyżykami, które narysowała sobie tuż przed opuszczeniem pokoju. Zrobiła kilka kroków, stawiała stopę, za stopa jakby szła po bagnach i każdy krok mógł być niebezpieczny. Wskazała palcem na walczących siłaczy i wyszeptała — Mamo, musimy mu pomóc. - Zerknęła na matkę, która pozbierała się i podbiegła do niej.
- Spokojnie kochanie pan ochroniarz sobie radzi. - Odpowiedziała jej i mocno przytuliła.
- Nie jemu mamo...
- Skąd pomysł, że musimy pomóc potworowi? - zapytała Marianna.
- Księżyc mi powiedział. Jedyny potwór wyszedł właśnie z budynku. - Odpowiedziała dziewczynka.
- Księżyc... - Powtórzyła kobieta, podnosząc z ziemi wazon. Z całej siły łupnęła nim ochroniarza, ten przewrócił tylko oczami, puścił martwe ciało wilka i wstał. Strzelając palcami, zaczął iść w stronę Marianny.
Kobieta zasłoniła ciałem dziewczynkę. Ochroniarz się uśmiechnął.
-Danie główne i deser. - wyszeptał i obleśnie oblizał wargi. Wyjął zza pazuchy długi nóż. Wielką łapą chwycił za szyje Marianne, a nożem odciął jeden z guzików w jej bluzce. - Wolisz ostro, czy delikatnie?
Nagły huk odbił się echem po pomieszczeniu. Mężczyzna wygiął się nienaturalnie i jęknął, upadł na plecy. W progu stała postać. Skrywający półmrok rozświetlała burza białych włosów. Stała w pozycji strzeleckiej, a z lufy jej pistoletu unosiła się smużka dymu. Ogłuszający odgłos wystrzału świdrował uszy. Pokój zawirował. Marianna, mdlejąc, zauważyła, że zniknęło ciało wilkołaka, że Zosia rozmawia z księżycem, a blond anioł podbiega do niej.
W progu pojawia się kolejny człowiek, który woła do blondynki.
-Luu! Wszystko gra?

***

"Rok temu Zosia umarła. Jej stan psychiczny doprowadził ją do momentu, w którym nie dała rady sobie poradzić z rzeczywistością.
Uratował ją hrabia Jan Dor. Mam u niego dług.

Chociaż wiem, że nie odzyskałam jej w całości, to kocham ją jak wtedy gdy oddychała, była roześmiana, bawiła się, rysowała i nie rozmawiała z demonami. Chociaż właściwie już wtedy słyszała ICH głosy, ja jej nie wierzyłam. Teraz słucham. Chociaż wiem, że słucham tylko cienia swojego dziecka.
Dla mnie to ONA.
Żadne prawo, żaden Bóg i żaden dług nie jest ważniejszy od niej"


W piwnicach panowała ciemność, oświetlał ją tylko żar koksowników. Były to wielkie kosze, rozstawione wzdłuży korytarza, które nie dawały tyle ciepła, ile odbierały stare ściany. Pośród zapachu stęchlizny, wilgoci i spalenizny unosił się słodka woń ziół i róż. Anna. Siedział wyprostowana przy pryczy Marii. Czuwała, medytując. Medytowała, czuwając. Przewracała oczami i mamrotała coś pod nosem. Jakąś modlitwę, mantrę lub zaklęcie. Maria wsłuchiwała się w jej spokojny głos, pomagało jej to w ogarnięciu myśli, ból poparzenia już ustępował. Pod warstwą spalonej tkanki pulsowała nowa skóra. Nagle Anna wygięła się w łuk i zaczęła wykrzykiwać:



- Czerwony super księżyc. Mars. Dwa księżyce. Podróżnik. Zło. - Jej ciało wyginało się nienaturalnie, a kości trzeszczały, gdy ocierały się o siebie, czym wprawiały jej ciało w dodatkowy rezonans.


Maria próbował do niej ruszyć. Spalone resztki skóry usztywniały ją jak gips. Zaczęła zrywać z siebie spaloną skorupę, pękającą podobnie jak wafle, które w dzieciństwie łamała, rozsypując wokół okruszki. Pod zaschniętą zbroją pulsowała różowawa skóra, która lekko prześwitywała i można było zobaczyć jej mięśnie. Naga podbiegła do Anny, która w konwulsjach zaczęła powtarzać. - Zło. Brama się otworzyła. ONO tu jest. - Wiedźma jeszcze raz się wygięła, prawie upadając, w ostatniej chwili Maria złapała ją pod ramiona i uniosła. Anna spojrzała na nią, miała białe oczy, źrenice uciekły pod czaszkę. - To Ty! - Chwyciła kamień u jej stóp, chciała nim uderzyć Marie. W połowie zamachu jej źrenice wróciły na swoje miejsce. W ostatniej chwili odrzuciła kamień i przytuliła się do Wilczycy. Ciało poparzonej dziewczyny było lekko wilgotne i klejące, z każdą chwilą narastało nową tkanką. Czarownica dotknęła powierzchni jej skóry/ - Biedactwo -wyszeptała. - Piękna bestia. Pocałowała jej pierś i okryła swoim płaszczem. - Idą ciężkie dni.- wyszeptała.

Maria próbowała zapytać, co się działo, ale nie mogła wydusić słowa, ogień, który strawił jej skórę, poparzył jeszcze jej gardło, które dopiero odzyskiwało swój kształt. Zamiast słów z jej ust wydobywały się tylko chrząknięcia. Nagłym atakiem torsji, wygięła się w stronę ściany, wypluła z siebie resztki poparzonego przełyku.



***
"Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu 
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką 

Jak śmierć kamienna bryła"

S.B.


Marek. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w okularach. Stał na szczycie katedry. Wokół panowała cisza, jego twarz oświetlał księżyc. Po trudach wspinaczki oddychał ciężko, jego spocone czoło osuszał lekki wietrzyk. Było chwilę po północy. Pod stopami miał kilkanaście metrów. Poniżej katedry szumiała woda z pobliskiej śluzy. Opera Nova i pobliski most oświetlały kolorowe światła. Tylko łuczniczka, która powinna być srebrna, teraz wydawała się czarna. Jej niewidoczna strzała wycelowana była prosto w niego. Jego serce. Szeptał imię. Kobiece. Do obrzydzenia zdrobnione. - Trisz... - mruczał, ściskając w ręku kawałek papieru.



"Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą,

Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B.

Zerknął poniżej, zobaczył wybrukowana kocimi łbami uliczkę. Cofnął stopę i z gzymsu, na którym stał, zsunęła się dachówka. Spadła łamiąc ciszę okolicy i pękając na setki kawałków. Spłoszył ptaki. Wziął głęboki oddech, rozpostarł ręce. Wypuścił z rąk zwitek papieru, który poszybował wysoko. Niesiona wiatrem kartka zaczynała się krótką sentencją "Mam w jednej ręce samobójstwo, w drugiej różę mam". Wilgotne ręce i łzy płynące cienką stróżką zniekształciły resztę wiadomości. Wokół mężczyzny kłębiły się czarne ptaki, które chwile wcześniej spłoszył. Świat zawirował, nagłym przypływem adrenaliny, zaśmiało się życie. Zamknął przekrwione płaczem oczy. Wyszeptał jej imię i pochylił się ku otchłani.

- Zdecydował się! - Usłyszał tuż nad głową.

- Tak już jest nasz! - odpowiedział drugi głos. Marek otworzył oczy. Zobaczył wokół siebie stado czarnych ptaków. - Zmutowane gołębie? - pomyślał. Mając jeszcze kontakt z powierzchnią dachu, odwrócił się ostatkiem sił.

- Witaj! - usłyszał głos, który pochodził z góry. To ptaki mówiły setką głosów.

- Co? Jak? - Zdążył wydobyć z siebie ostatnie słowo. Patki połączyły się w jeden czarny byt, który poruszał się jak dym. Jak Wielka ręka Czerń chwyciła mężczyznę. Czyste zło czerpiąc radość z tej chwili, falowała, trzymając przerażonego mężczyznę jak kukłę na linkach. Czarna istota chwilę bawiła się ciałem. To podskakiwała nim jakby tańczącym pajacem, to znowu układała go w pozy biblijne, krzyżując go co chwilę. - Co chcesz ze mną zrobić? - wykrzyknął mężczyzna.

Bezimienny zatrzymał przedstawienie momentalnie. Samobójca uwieszony na linkach zaczął wierzgać nogami, zaraz po tym, jak czarna macka owinęła się wokół jego szyi.

- No właśnie, co zamierzasz? - rozległ się głos.

- Zamknij się! - Odezwał się z próżni kolejny.

- Napawajmy się chwilą! - wykrzyczał inny.
Mężczyzna głośno złapał oddech. Istota z innego świat znowu zaczęła się nim bawić. Nagle zastygła. Poczuła na sobie spojrzenie. Księżyc. Luna patrzyła. Wtedy, jakby składając w ofierze, uniosła w górę, ku niebu. Nagle złamała samobójcę wpół i roześmiała się, a Marek jęknął. Mackami zaczęła wpełzać w ciało mężczyzny. Śmiech wypełnił okolice. Ciało mężczyzny zostało otoczone sarkofagiem ze smoły, czystego zła.
- Złamałeś mu kręgosłup matole! - W tym samym rozległ się dźwięk dartego materiału i z ciała Marka wypadł złamany kręgosłup.
- Co to za stan? - zajęczała masa.
- Pali w środku! - zawołała Czerń.
- To ta miłość, ta cholerna miłość! - Kula otaczająca Marka zaczęła się wić, jakby próbowała oderwać się od dawcy. - Gdzie ona się mieści?

- W sercu! - odkrzyknął głos. I w tym samym momencie po powierzchni dachu poturlało się wyrwane, jeszcze bijące serce. Zostawiło za sobą stróżkę.

- Co ja uczyniłem. - pomyślał Marek. Ostatnią myślą dotknął ukochanej. Było mu wszystko jedno. Stracił ją bezpowrotnie. Zasnął.
- Arghht — Bezkształtna masa wiła się po dachu katedry. Dachówki sypały się z dachu na ziemię. Jak wielka czarna ośmiornica wymachiwała mackami, obijając się o dach. Próbowała zawładnąć ciałem.
- Oni ciągle o tym mówią! - Z czerni wypadł język.
- Nadal pali! - krzyczało zło.
- Patrzą się na siebie, może to! - Wyjęczało w konwulsjach. Zło miotało się coraz bardziej. Widziało obrazy, wspomnienia gospodarza. Miłość, którą czuł, a wypełniała go od stóp do głów. Nagle opadło z sił całkowicie i zaczęło turlać się z dachu. W ostatniej chwili Marek chwycił krawędź rynny. Zło w nim zadrżało.
- Uciekajmy! - Wysyczało. - To nie host dla NAS! - Igiełki Czarnej mazi zaczęły spełzać z palców mężczyzny wzdłuż rynny.
- Tak. To jedyne wyjście!

Twarz mężczyzny całkowicie pokryta była smołą. Ciało bezwładnie wisiało uwieszone rynny, która powoli się obrywała. Pajęczyna czarnego śluzu zaczęła opuszczać jego ciało. Próbowała połączyć się w jedność, gdzieś dalej.

- Nie mogę! - wykrzyczała masa.

- Utknęliśmy! - odpowiedział jej drugi głos.

- Inny dawca! Szybko! - Najbliższą istota były jaskółki, które spały w pobliskich gniazdach. stróżki czarnej mazi, łącząc się w strumyczki, popłynęły w ich kierunku. Nagłymi wybuchem z gniazd wyskoczyły czarne ptaki.

- Wolny! - Jednym chórem zaśpiewały jaskółki. Siedem ptaków wirowało wokół wieży kościoła.

- Haha. Uwielbiamy być ptakiem! - Oglądały okolicę. Widziały miasto. Każdą mroczną duszę, każde rozdarcie w wymiarze, każdy błąd Boga. Zaczęły szybować w stronę nieba. Nagłym rozbłyskiem znieruchomiały, zaczęły spadać. - Co się dzieje? - pomyślała czarna istota.

Z głośnym plaskiem mężczyzna spadł z dachu. Mrok nagle odzyskał świadomość, a Marek swoją. Widział obraz okolicy jednocześnie z siedmiu perspektyw. Zło zrozumiało, że nie może się oddzielić od ciała mężczyzny.

- Nienawidzę miłości! Nienawidzę Was! Ludzi! - krzyczały jaskółki na niebie.

Marek dotknął twarzy. Jego usta i oczy warstwą bruzd pokrywała, Bruzdy układały się w kształt szponów, jakby coś wydrapało mu gałki. Marek oparł się o ścianę, a maź wniknęła w głąb murów.
Pomyślał o wejściu na dach i już był w połowie drogi.
"Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła 
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B

***

Starzec wskazał palcem i współpasażerka otworzyła drzwi, wypchnęła Waldemara z samochodu. Hrabia złapał za telefon. Podał adres i bez słowa się rozłączył.

Waldemar rzucony prędkością odśrodkową wpadł w pobliskie krzaki, jego głowa zawisła kilka centymetrów nad ziemią. Chłopak otworzył oczy, przez ledwie uchylone i przymrużone bólem, zobaczył plamę krwi. Mała kałuża falowała. Każda, nowa kropla, poruszała powierzchnia czerwonego lustra.
- Już wstaje kochanie... - wyszeptał, niewyraźnie. - dobrze serduszko. - usłyszał — co ci się stało? - poczuł jej dłoń, która delikatnie wplata długie palce, w pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca dłoń, zaczęła szarpać go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz.
- To boli — Próbował krzyczeć, ale jego głos utknął w gardle i ledwo zrozumiale wyrzęził, swoją prośbę.
- Kurna, żyje! Co robimy? - Wykrzyknął, klęczący nad ciałem mężczyzna.
- Pakuj go na nosze! - Odpowiedział drugi, otwierając pakę karetki. Chwile szarpał się z klamką, klnąc pod nosem. - Wiesz co robić. Ma dokumenty?
- Ma, nie jest stąd. Bezdomny raczej. - Chwile patrząc w dokumenty, dodaje. - To wiele ułatwia. Dziś Ty dzwonisz? - Powiedział, rzucając drugiemu ratownikowi telefon.
Chłopak bezwładnie opadł na powierzchnie noszy, poczuł, jak nieznana siła podnosi go, jak w zwolnionym tempie. Unosi się prawie do chmur, w pewnym momencie, światło, które go otaczało, zaczęło delikatnie gładzić jego powieki, mówiąc „śpij”. Ostatkiem sił odchylił powieki. Zobaczył wnętrze karetki. Lekarze o coś się kłócili, słyszał słowa, ale nie rozumiał ich znaczenia.
- Jeszcze dycha. Dzwonić? Zrobiłeś mu zastrzyk? - wykrzykiwał kierowca, wymachując rękoma i wskazując telefon.
- Jeszcze chwilę. - Odpowiedział lekarz. Trzymał na wysokości oczu ampułkę i strzykawkę. - Jeszcze tylko chwila i przestanie boleć. - Uśmiechnął się do chłopaka łagodnie i pochylił się, by zrobić zastrzyk. - Będzie dobrze. - Wyszeptał do Waldka, a jednocześnie wstrzyknął mu zimny płyn do żyły. Szybkim ruchem wyjął, pustą strzykawkę i odwrócił się w stronę kierowcy, mówiąc, stanowczym głosem. - dzwoń! - Ponownie odwrócił się, w stronę półprzytomnego chłopaka, złożył jego ręce na piersi, pogładził go, po dłoni i powiedział. - Nie bierz tego do siebie, to tylko interesy.
Przez chwilę, chłopakowi rozjaśniło się w głowie, zimno wstrzykniętego płynu, zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Usłyszał głos z szoferki, słowa, które przed chwilą nie miały znaczenia i nie układały się w zdania, teraz zaczął rozumieć.
- Cześć wam, co dziś chowacie? Mamy świeżą „skórę”. Właśnie dochodzi. Mężczyzna dwadzieścia pięć lat Waldemar Szornhern, bezdomny. Nikt nie będzie płakał. - Kierowca się roześmiał.
Chłopak chciał krzyknąć, poczuł tylko jak gardło, zaciska się bezwładnie, próbował chwycić oddech, płuca znieruchomiały, usta rozchyliły się bezwładnie. Nagromadzona ślina zaczęła spływać do gardła, przełyk zamarł. Serce, w dziwnym porywie, rozciągnęło każde bicie w nieskończoność. Nieziemski ból przeszył jego pierś, prośba o oddech obiła się tylko, w pustych płucach głośnym echem. Nie mógł ruszyć nawet palcem, poczuł dziwne osłabienie. Rozchylone powieki patrzyły na lekarza, który nerwowo palił papierosa i coś notował. Źrenice chłopaka, rozciągnięte do granic możliwości, kaleczyły się światłem mijanych latarni. Wnętrze karetki wybuchało co chwilę, jasnością nadwrażliwych odczuć chłopaka. Serce przestało bić, krzycząc imię dziewczyny, śmierć zakładała się z diabłem, co pierwsze zawiedzie. Utopi się we własnej ślinie, umrze z braku tlenu w mózgu czy ze strachu. Lekarz spojrzał na zegarek. - Jest 13 po. godzina zgonu 19:15, przyczyna: ogólne obrażenia spowodowane wypadkiem. - Oczy chłopaka zabłysły w geście protestu. Światło rozbłysło, czuł, jak odpływa, płuca nadal wołały o oddech szarpiącym, nieruchomym bólem. Przez chwilę zrobiło się ciepło. Jasność ustąpiła miejsca ciemności.
Lekarz wstał, podszedł do nieruchomego ciała, powłóczystym gestem przymknął powieki chłopaka.
- Dobra możesz jechać na bazę. Już po wszystkim. - Rzucił przez ramie lekarz, spojrzał na fiolkę z napisem „Pawulon”, przetarł łzę wyrzutów sumienie i wsunął pusty pojemnik, do torby lekarskiej.
W ciemności słyszał głosy. Krzyki. Błagania. Może sam krzyczał. Czasem zdawało mu si, że umarł, że to już koniec. Nagle, bezgłośnie, uderzył o gładką powierzchnię szpitalnych kafelków. Uniósł ciało do pozycji półleżącej, przetarł czoło, już nie bolało, ale nadal jego źrenice były nadwrażliwe na światło, które pulsowało w dziwnych odcieniach błękitu i różu. Z trudem podniósł się i wstał. Stawiając krok za krokiem, wyszedł z pomieszczenia. Oślepiony światłem korytarza, szedł po omacku, wzdłuż ściany. Próbował zawołać kogoś, ale jego głos nadal uwiązany był w gardle, niewidzialną nicią. W pewnym momencie oparł się o ścianę, która ustąpiła pod jego ciężarem i otworzyła się drzwiami, do sali, w której panował miły półmrok. Chłopak upadł i wylądował tuż u stóp młodego mężczyzny, który stał  przy łóżku. Waldek podniósł się, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna spojrzał na niego spod byka.
- Co tu robisz, zaraz po Ciebie przyjdą! - wyszeptał – Szczęściarzu, Ty nie żyjesz. - dodał.
Chłopak zamarł. Spojrzał na poważną twarz rozmówcy. - Co Ty mówisz. - z trudem odpowiedział.
Nagle światła przygasły, Waldemar usłyszał nieludzkie krzyki. Spojrzał w stronę okna, które wyglądało, jakby niewidzialne szpony rozdzierały je na kawałki. - Co... - próbował zapytać, ale niewidzialna siła złapała go za nogi i uniosła. Chłopak zdążył jeszcze chwycić kraniec łóżka. Zobaczył leżącego na nim mężczyznę. Spod plątaniny rurek i kabli wystawała twarz, dziwnie znajoma. To mężczyzna stojący przy łóżku, podtrzymywany, na siłę, przy życiu.
- Szczęściarzu... - Powtórzył mężczyzna, odginając palce zaczepionego, o ramę łóżka Waldemara. - To mój prezent. - Odprowadził chłopaka wzrokiem, a ten zniknął w jednej ze szczelin. Nagle w pokój rozświetliła jasna jarzeniówką.
- Jak się dziś czujemy? - rozległ się wesoły głos pielęgniarki, która podeszła do leżącego w śpiączce mężczyzny.

Waldemar obudził się w dziwnym pomieszczeniu, na kamiennej posadzce.
Wszyscy okłamują wszystkich, najwięcej samych siebie
Nie wiem czy chcę być przewodnikiem stada
Wolę gubić się z tobą, gubić trop, kulić ogon
Obława, to chyba koniec dla nas mała
Księżyc daje światło, znajdą nas po śladach
Ten las to teraźniejszość, przed nami stoi przyszłość,
Jest tu cholernie mglisto



- Co tu się stało? - Zapytał barczysty mężczyzna. Trzymał pistolet oburącz i przyklejając się do ściany powoli wchodził do mieszkania. Każdy jego krok był wymierzony i mimo swoich gabarytów stawiał każdy krok z gracją baletnicy.


- Znaleźliśmy naszego wilka, był tu przed chwilą. - Odpowiedziała Luu sprawdzając puls Miriam.

- Co to za koleś? - Wskazał barczysty mężczyzna na leżące ciało. Poszedł w jego kierunku. Pewnie siepacz hrabiego. - Zgadywała Luu. Nagle mężczyzna podniósł się jak uniesiony nieznaną siłą. Zanim agent zdążył zareagować, ożywiony mężczyzna chwycił go za broń. Wyrwał ją i rzucił za siebie. Wtedy spojrzał na zaskoczonego mężczyznę i z nienaturalnie szerokim uśmiechem rzucił się na niego. Stan zarzuci mu ręce na szyje, splótł dłonie za jego głową i zaczął zaciskać przedramiona. Ochroniarz chwycił Stana poniżej ramion i również zaczął ściskać. Agent stracił oddech, poczuł się jak w imadle, a za każdym wydechem uścisk zaciskał się. Stan patrzył w puste oczy napastnika, z ust ochroniarza nie znikał uśmiech.

***

Nad głową aurora, pod nogami śnieg
Muszę biec, za plecami mam tylko śmierć
Jestem zgubiony, chodź zgubić się ze mną...
Mam czerwone oczy od patrzenia w przeszłość

EXTRA!

Nagła fala bieli uderzyła Gabriela. Upadł na ziemie. Pod wielkimi łapami wilk poczuł wilgotną powierzchnię. Łapiąc oddech, uchylił oczy. Zacisnął szponiaste łapy na miękkiej powierzchni . Chwycił pełną garścią mech. Uniósł głowę. Wokół zrobiło się ciemno. Wilczy instynkt przejął kontrolę. Nabrał w chrapy zimne powietrze. Poczuł czyjąś obecność. Pobliskie krzaki ożyły. Brzozowy lasek poruszył się, a zewsząd wyskoczyły wilki. Spojrzały na Gabriela z nieukrywana podejrzliwością. Wyczuły jego zapach. Obcy. Nietutejszy, niedzisiejszy. Nagły ryk samca alfa pochylił głowy wilków. Serce Gabiego zadrżało. Tuż obok niego przebiegł basior, wielki jak niedźwiedź. Pokaleczony, poraniony z jednym okiem i na trzech łapach. Zatrzymał się. Odwrócił głowę przez wilcze ramię. Jedno oko przeorane miał wielką bruzdą, zerknął na Gabriela zdrowym okiem. Wyczytał w jego wzroku pogardę. Momentalnie odwrócił łeb i zawołał wilczym głosem.

- Niech nie zostanie kamień na kamieniu! - Zawarczał i zaczął biec w głąb lasu. Wataha bezgłośnie pobiegła za przywódca.

Gabriel chwile jeszcze stał jak zaczarowany. Nagle, niesiony instynktem, pobiegł za stadem. Pędził ile sił w łapach bestii.

Po kilku minutach biegu wyskoczył za lasu. Nieopodal wrzosowiska, które znał. Wilcza wataha stała na jego skraju urwiska. Chmury odsłoniły księżyc. Alfa wydobył z piersi ryk. Skowyt tak potężny, że wataha skuliła ogony, a poniżej rozległy się głosy. Gabriel podbiegł do granicy kamieniołomu. Poniżej wśród białej mgły majaczyły delikatne światła. Wioska. - Tutaj? - zapytał siebie — Czy może raczej "kiedy"?

Zanim zdążył wyartykułować jakiekolwiek pytanie, cała wilcza banda zeskoczyła z urwiska i pobiegła w stronę chat. Po chwili dobiegły go krzyki, okolica rozbłysła pochodniami. Gabriel chwile obserwował. Wilczy instynkt zaczął się wić w jego piersi, skomleć o jakiś ruch. Nabrał w nozdrza powietrza, poczuł znajomy zapach. On dopiero go kojarzył, a podniecony wilk tylko czekał na hasło. Krew. Mięso. Głód. Oczy Gabriela zaszły dziwną czerwienią. Zanim zdążył dojść do siebie, zaczął się unosić. Bezwiednie biegł. Rządziła żądza krwi i głód. Wilk wpadł przez glinianą ścianę do wnętrza jednej z chat. Ściany uległy mu jak papier. Pochylony łapał chrapliwie powietrze. Poczuł za sobą ruch i usłyszał płacz dziecka. Odwrócił się. Zanim matka dziecka zdążyła zaprotestować, był już przy niej. Chowała za sobą kilkuletnie dziecko. Wilczy instynkt wygrał. Odepchnął kobietę, która poszybowała nad dzieckiem. Wilk pochylił się, szczerząc kły, w ułamku sekundy wyciągnął włochatą dłoń w kierunku szyi dziecka. Nagłe światło oślepiło wilka, biel zaczęła rozpuszczać świat.

***

Terytorialny instynkt, warczę o moje sny
Bo wchodzisz w nie, i nie chcesz z nich wyjść
Szczerzę kły, biegnę przez las bez butów
Gdy zawodzi instynkt zostaje tylko smak śrutu
Metaliczny, jak krew na chrapach pyska

EXTRA!

Wilk nadal trzymał go poza kontrola ciała. Kątem oka zauważył, że wilk faktycznie trzyma w szponach dziecko. Oczami wyobraźni zobaczył, jak wilk rozszarpuje niewinną istotę. Bestia poczuła opór chłopaka. Oczy dziewczynki migotały jak dwa ogniki. Wszystko wokół niemalże zamarło jak w zwolnionym tempie. Jednocześnie pokój wypełniła ciemność. Widział tylko dwa ogniki. Oczy. Ich blask stawał się coraz jaśniejszy. Niemalże widział dwa płomienie, które zbliżają się do niego. Przyglądając się hipnotycznemu tańcu, zauważył odbicie twarzy. Lekko majacząca, blada twarz patrzyła z przerażeniem. Przez chwilę zastanawiał się, czy to on, a może znowu ma wizję. Wtedy oczy zajaśniały innym światłem. Nagły rozbłysk powalił wilka na ziemię. Poczuł pod plecami zimną pierzynę śniegu. Śnieg pachniał świeżością, a mróz smagał jego futro lekkimi podmuchami wiatru. Przewrócił się na bok z boku, na którym leżał gęstą stróżką lała się krew. Usłyszał kroki, które w zamarzniętym śniegu wydawały piskliwy głos. Przez ledwo uchylone zmęczeniem powieki zauważył mężczyzn z pochodniami. Jeden trzymał wielką rusznicę, z której lufy uchodził jeszcze dym prochu ze świeżego wystrzału. W tym samym momencie drugi z mężczyzn rzucił pochodnie tuż obok wilka i przyłożył broń do twarzy. Złożony do strzału mężczyzna drżącą ręką szukał spustu. Gabriel zamknął oczy. W ciemności zamkniętych oczu usłyszał wystrzał. Zamiast bólu wyrywanego przez kule mięsa usłyszał cichy jęk i coś ciężkiego, upadło obok niego. Uchylił powieki, a tam patrzyły mu w oczy dwie martwe źrenice. Uniósł głowę. Zobaczył Alfę, właśnie rozrywał na strzępy drugiego mężczyznę. Gabriel wstał na równe nogi. Chwycił się za bok, który jeszcze bolał, ale był całkowicie zregenerowany. Przewodnik stada zawarczał na niego, przywołując do porządku. Gabriel wskoczył jednym susem na pobliski drewniany budynek. Powietrze mroźnego wieczoru orzeźwiło go na moment. Wziął głęboki oddech. Zawył. Rozejrzał się. Czuł się wilkiem w każdym calu. Zobaczył delikatne linie, które łączą biegających mieszkańców wioski. Linie te łączą się nad wioską, tworząc olbrzymią siatkę. Astralne więzy zbiegają się w jednym punkcie i plączą się w jeden wyraźny sznur, który prowadzi na pobliskie wzgórze. Na pagórku majaczy w świetle księżyca zakapturzona postać. Gabriel kilkoma susami przeskoczył kilka dachów i zaczął skradać się w kierunku postaci. Gdy był od nieznajomego na odległość skoku, zauważył jego twarz. Dziwnie znajoma, oświetlona promieniami księżyca i astralnej więzi. Ponownie zaczął iść w kierunku zakapturzonego. Poczuł jednak uścisk w nadgarstku, na ramionach i na stopach. Odwrócił głowę, zobaczył za sobą tłum ludzi, który zaczął go otaczać. Gabriel ostatkiem sił próbował wydostać się. Wyrwał rękę z oblężenia. Opadła tuż przed twarzą lalkarza. Tłum powalił Wilka, przygniótł do ziemi, Gabriel stracił oddech. Ciemność dopadła go z całym impetem.

***

Obudził ją jej własny krzyk. Podskoczyła na pryczy jak rażona piorunem. Poczuła, jakby fragment duszy urwał się bezpowrotnie. Popłynęła łza. Przerażona położyła głowę na poduszkę. - Gabriel. - wyszeptała. Jej nagły ruch obudził Anne. Uniosła głowę. Usiadła. Dotknęła skóry Marii. Była już zdrowa, oparzenia zagoiły się. Miękka skóra oświetlona przez ogień pochodni wydawała się półprzeźroczysta. Czysta i nieskalana dotykiem. Obserwowała, jak pod jej dotykiem powierzania ludzkiej materii marszczy się gęsią skórką. Anna pochyliła się, powąchała ją. Świeża skóra pachniała niesamowicie, różami, świeżym wiatrem. Żadnego nie czuła już wiele lat. Piękne doznania zapachowe zastąpił zapach stęchlizny, palonych ziół i fekalia. Jej nozdrza wypełniły się słodką wonią róż:

"Bóg na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły -

Zawołałem - zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz" - wyszeptała Anna.

Poczuła wzdłuż kręgosłupa mrowienie, wnętrzności wypełniły się żarem, który wypełnił ją całą i wyciekał nagłą radością z każdego zakamarka jej ciała. Pochyliła głowę i pocałowała Marię w ramię. Smakowała jak owocowe żelki, gdy lekko nagryzła skórę, stwierdziła, że strukturę ma podobną.

Maria podskoczyła rażona dotykiem. - Muszę się stąd wydostać — wyszeptała.

- Wiem, ja też. Jutro kochana, jutro. - odpowiedziała Anna, całując rudowłosą w policzek, ta uśmiechnęła się w myślach jak nauczyciel na obietnice podwyżki.
Jesień, najbardziej przygnębiająca pora roku, oszukuje kolorami przekwitłych liści, mami magią babiego lata, a sama szykuje drogę zimie, jak przetrwać?

Zasady są proste.

- Nie wchodź do lasu. Jesienny wilk czeka tam na Twój błąd. – powtarzała mu babcia. Nigdy nie słuchał, kochał las, a szczególnie o tej porze roku i gdy tylko odwróciła głowę, wyślizgiwał się z domu i biegł pośród drzewa. Wracał późnym popołudniem, a starsza pani czekała na progu. Zawsze w chuście na głowie, wciśnięta w stary zapadnięty, bujany fotel. W poprzek, którego, między podłokietnikami leżała stara drewniana laska. Zawsze się bał, że ten kij jest na niego, że starsza pani wymierzy nim karę. Kobiecina, ze łzami w oczach, wpatrzona w postać wysuwającą się z lasu, podnosiła się i grożąc palcem, wołała go do siebie. Siadał obok, na ryczce o trzech nogach. Kobieta chwytała mocniej laskę, a jej chude pomarszczone palce bielały. Wyglądało to, jakby kryła w sobie jakąś historię, która próbowała z niej wyjść. Z reguły, zamiast opowieści, słyszał „kolacja gotowa” lub „dzwonię do Twojej mamy i jutro wracasz, do domu” czasem „chcesz, żebym osiwiała z troski? „, co było dość zabawne, bo jej włosy już były białe, jak śnieg. Pewnego wieczoru, jakaś bariera została przełamania i po dłuższej chwili starsza pani, zaczęła swoją opowieść.

- Pamiętam, jak by to było wczoraj – zaczęła mówić- w kilka osób weszliśmy, do tego lasu. Mogło być nas pięciu lub sześciu. Szliśmy na grzyby, dużo ich było tamtej jesieni.Trzymaliśmy się razem, czasy były ciężkie. Po jakimś czasie jakoś się rozeszliśmy. Każdy zamyślony, z grupy staliśmy się grupkami, by w końcu błąkać się po lesie samotnie. Miałam na sobie białą sukienkę i fartuszek, mój koszyk już prawie wypełniony był grzybami. – Babcia kontynuowała swoja opowieść, jej oczy były nieobecne, znowu przeżywała to, o czym opowiadała. – Rozejrzałam się wtedy, po okolicy, była pusta. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, resztę promieni słońca, które zdołały przedrzeć się przez deszczowe poduchy, skradała gęstwina koron drzew. Wokół zrobiło się ponuro i dziwnie cicho. Poczułam zimny powiew i ciężkie kroki tuż za mną. – Znowu na chwilę zamilkła, spuściła oczy, zamyśliła się, podniosła palec do góry i w geście, jakby pokazywała coś za sobą i opowiadała dalej. – Gdy się odwróciłam, nikogo nie było. Poczułam oddech na szyi, przeszedł mnie zimny dreszcz, zaczęłam biec. Kątem oka zerknęłam za siebie, było pusto. Zatrzymałam się, wierzchem dłoni przetarłam zlane zimnym potem czoło.- Wychodź! – powiedziałam, a tu cisza i nawet szmeru wiatru. Tylko liście w jakiś nienaturalny sposób się poruszyły. Pomyślałam wtedy o powrocie do domu i nawet rozejrzałam się za innymi. Zdążyłam dać kilka kroków, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Poznałam po głosie, to był Bożenka, od Karasiewiczów. Gdy dobiegłam na miejsce, skąd usłyszałam krzyk, mała ośmiolatka stała nad wielkim dołem. Podbiegłam do dziewczynki i dotknęłam jej ręki, Bożenka odskoczyła i zaczęła biec, zauważyłam tylko jaka jest blada, wtedy poczułam ten zapach. Słodki, mdlący odór wydobywał się z zagłębienia w ziemi. Spojrzałam do środka. Widok był przerażający, sztucznie utworzony dół, wypełniony był wnętrznościami. Pomyślałam, że to jakiś myśliwy patroszył swoją zdobycz. Zauważyłam też, że ściany dołu miały nierówne kształty, jakby były grabione, albo jak od szponów lub łap niedźwiedzia. Stałam tam chwilę, jak zahipnotyzowana, widywałam już takie miejsca, to miało w sobie coś dziwnego, może magicznego, w swojej makabryczności, coś mnie tam trzymało. Stałam jak słup soli, głos krzyczącej Bożenki dobiegał jeszcze do mnie, ale jakbym słyszała go zanurzona w wodzie. Nagle skarpa pode mną osunęła się, zdążyłam chwycić się kępy trawy. Poczułam lepką wilgoć, jedna noga wpadła do krwistego bajora, z jego powierzchni uniosła się czarna chmura owadów. Drugą nogą, prawą, zgiętą w kolanie zaparłam się, na ścianie osuwiska. Kurczowo trzymałam się trawy, nagle noga zsunęła się i wpadła w gęstą breję i obiema stopami brodziłam w krwawym błocie. Próbowałam wesprzeć stopę, ale piasek nie dawał oparcia, dodatkowo poczułam, że coś zaplątało mi się do nogi. – Kobieta wzdrygała się na samą myśl, ale kontynuowała opowieść. – Z całych sił zaczęłam podciągać się na rękach i wspierać łokciami, poza osuwiskiem. Wolną nogą pomagałam w uwolnieniu zaplątanej, aż udało mi się wyjść z pułapki. Chwilę odpoczęłam w pozycji, w jakiej się wydostałam i wstałam. Zobaczyłam zachlapane krwią buty, odwróciłam się w stronę zapadniętej ziemi, a tam widok, który mam do dziś, przed oczami. Poniżej miejsca, gdzie walczyłam o wydostanie się, sterczało coś, co próbowało zatrzymać w dole, zaplatałam się w ludzką rękę. Ciało pozbawione było skóry, spod resztek mięśni bielały kości. Głowa szczerzyła się do mnie białymi zębami – Starsza pani zbladła, jakby znów tam była i przyglądała się dłoni, która w geście jak w wołaniu o pomoc wystawała z krwistego bajora. – Zemdlałam… – wyszeptała, patrząc na wnuka i kiwając głową. – Tak mi się wydaje. – dodała i kontynuowała. – Niemniej, gdy otworzyłam oczy, wokół było ciemno. W powietrzu unosił się zapach śmierci. Przez korony drzew przebijały się promienie księżyca, podświetlały one mgłę, która spowijała okolicę. Czasami powiew wiatru poruszał chmurami pary, wyglądała, jakby miała własną wolę. Siedziałam tam chwile, próbowałam pozbierać myśli, cicha okolica sprzyjała kontemplacji. – Uśmiechnęła się i machnęła dłonią. – Zanim doszłam do siebie, usłyszałam cichy trzask, niedaleko, jakby łamanych gałęzi. Później kroki i dziwny jęk. Od wgłębienia w ziemi dzieliło mnie kilka metrów, musiałam się sturlać z górki i uderzyć głową w drzewo. Słyszałam szum w uszach i czułam wilgoć we włosach. Wymacałam krew z tylu głowy. – Starsza pani nieznacznie odchyliła głowę i wskazała miejsce, gdzie była, skrywa pod siwymi włosami, dwu centymetrowa blizna – do dziś mam ślad. – Dodała. Szum powoli ustępował, za to dźwięki wokół, zaczęły robić się dziwne. Powyżej mojej pozycji, zaraz obok dziury w ziemi usłyszałam głośne mlaskanie, powarkiwanie i trzask kości. Zrobiło mi się słabo, zakryłam usta ręką. Widocznie zwierzęta wyczuły mięso i dostały się do bajora krwi. Nagle zwierze, które ucztowało, zaczęło ujadać i warczeć przeraźliwie. Poczułam dziwny smród, padliny lub gnijącego bagna, Pomyślałam, że zawiało zepsutym powietrzem, z dzikiego grobu powyżej. Nagle, za pobliskimi drzewami, pojawił się wielki cień, oparty o drzewo wpatrywał się w pokryty mgiełką dołek. Pomyślałam, że to ktoś mnie szuka i już miałam się odezwać, że tu jestem. Cień z nieziemskim rykiem rzucił się w stronę dziury. Blask księżyca, przez chwilę oświetlił bestie, która podpierając się przednią łapą, a drugą wyciągając w mrok, biegła w stronę resztek. Miała czarną sierść i wielkie białe kły, dzika furia, z jaką zbliżała się do dołu, była przerażająca. Zwierz taranował drzewa, łamiąc niektóre, a ziemia drżała, od każdego uderzenia łapy. Gdy dopadł do krwawego wodopoju, warczenie wzmogło się, nagle jedno ze zwierząt zawyło głośniej, jego ryk obił się echem po lesie. Nastała cisza, po chwili usłyszałam skowyt zmieniający się w skomlenie, a z dołu wyskoczył wilk, za nim drugi, uciekały z podkulonymi ogonami. Nadal słychać było warczenie, szamotanie, nagle głuchy trzask i przeraźliwy jęk zwierzęcia. Zrobiło się cicho. Bestia wydała z siebie dźwięk, głos niósł się grzmotem po okolicy. Ponownie coś zajęczało żałośnie, nagle tuż obok mnie, coś z głuchym trzaskiem upadło. Wyciągnęłam dłoń, macając mech, moja dłoń natrafiła na coś. Futro, poczułam pod dłonią ruch, zwierze oddychało jeszcze chrapliwie. Przez chwilę mrok rozświetlił księżyc, zobaczyłam tego wilka. Miał srebrne futro, miękkie, lśniące, zdrowe, jakby wesoły pysk i nic więcej. Rozerwany w pół wilk oddychał, przy każdym oddechu wypluwał z piersi falę krwi. Podskoczyłam, usłyszałam przeszywający krzyk, utrudniał myślenie, wypełnił sobą okolice, jak smród. Co gorsza, utrudniał oddychanie. – Starsza pani ucichła. – To ja krzyczałam. Nagle z dziury wyskoczyło „to”. Był wielki, cuchnący i zły. Nie widziałam co to za zwierzę, słyszałam tylko jego warczący oddech, wielkie łapy i pazury. Na tle lasu był tylko czarną plamą. Głos utknął mi w gardle, jakby przygotowywał mnie do wiecznej ciszy. Powietrze zafalowało, oddech świeżości na chwilę mnie ocucił. Natychmiast zebrałam myśli, odwróciłam się na pięcie i biegłam, ile sił w nogach. Czułam jego oddech na plecach i słyszałam jego ciężkie kroki. Bawiło go ściganie mnie, krążył wokół mnie, czasami zaraz obok. Ja biegłam, nie zważając na gałęzie, czasami się potykając, ale cały czas przed siebie. Instynktownie czułam, że jak się zatrzymam, to zaatakuje. Czasami wydawało mi się, że woła mnie, po imieniu. Opadłam z sił, zatrzymałam się, upadłam na kolano, z oczu popłynęły mi łzy. Usłyszałam, jak się zbliża, człapie prosto na mnie. Nie patrzę. Niech się dzieje co chce, nie mam sił na walkę. Świat , pod zaciśniętymi powiekami, zamigotał barwami. Dźwięki z zewnątrz docierały z opóźnieniem i jak z piwnicy. Usłyszałam człapnięcie tuż obok mnie, olbrzymie ręce uniosły moje ciało w górę. „Niech nie boli, proszę, pomyślałam. Wtedy usłyszałem głos „Basia! Gdzieś Ty była? „. To był głos Twojego pradziadka – powiedziała, wskazując na chłopaka. – Opowiedziałam mu wszystko. Na drugi dzień, wraz z kilkoma osobami, wyruszyli na poszukiwania zwierzęcia, chociaż wiem, że tata mi nie uwierzył. Nic też nie znaleźli. – Nagle drzwi domu się otworzyły i wyszła wysoka blondynka.- Opowiada Ci tę historię z niedźwiedziem? – Zapytała, wskazując palcem, od niechcenia. Chłopak przytaknął. – Andrzeju, nas w dzieciństwie też straszyła tym wielkim niedźwiedziem.-To nie był niedźwiedź, tylko… – Blondynka przerwała jej w pół zdania.- Wiem, wiem „wilkołak”. – Rzuciła, przewracając oczami. – spakowany jesteś synuś? – skierowała głowę w stronę wysokiego chłopaka, on przegarnął burze brązowych włosów i pokiwał czupryną. – A ty języka zapomniałeś?- tak. – odpowiedział.- zapomniałeś języka, ciężka sprawa. – Nerwowo syknęła blondynka.- Tak. Spakowany jestem. Mamo. – odpowiedział Andrzej, nie kryjąc irytacji.- Te hormony. – odpowiedziała mama. Chłopak, nie czekając na jej dalsze uszczypliwości, energicznie chwycił plecak. Pochylił się i pocałował babcie w policzek.- Opowiesz resztę później. Pa – przerzucił plecak przez ramię i skierował swoje kroki, w stronę samochodu.- Nie opowiadaj mu tych bzdur, mamo, proszę. – powiedziała spokojnie, ale stanowczo. -Ktoś gotowy pomyśleć, że coś nie tak z Twoją psychiką. – Dodała zatroskanym głosem, pochylił się do policzka babci . – Muszę jechać, schowaj się do domu, masz zimne policzki. Pa.- Pa. – Starsza pani, nie zdążyła zareagować, a blondynka, machając, wsiadła do samochodu. Pojechali. Trasa do domu prowadziła krętymi drogami, przez gęsty las. Zaczęło padać, asfalt zaczął świecić promieniami odbytych świateł. Chłopak, przyklejony do szyby, obserwował spływające krople. Nagle zapytał.- Mamo, Myślisz, że to prawda? – Odkleił się od szyby i spojrzał na prowadzącą samochód kobietę.- Co? – Zapytała, wyrwana z letargu. – Tak, już dojeżdżamy. – dorzuciła, losową odpowiedź.- Dobra, nieważne. – chłopak się poddał. Do końca podróży się nie odzywał. Wodził tylko palcem, po szybie, przeklinał w myślach i analizował opowieść babci.- Jesteśmy prawie na miejscu. – Rozległ się głos blondynki. Andrzej podniósł głowę, matka rozmawiała przez telefon. – Będziemy za dziesięć minut. Możesz wstawić wodę na herbatę. – chłopak uśmiechnął się, rozmowy rodziców, odkąd pamięta, zawsze go śmieszyły. Brzmiały one jak rozmowy między urzędnikami, krótko i formalnie, ale jednocześnie pełne czułości. – No pa. Buźka. Pogadamy, jak wrócę.Po powrocie do domu zastali stół zastawiony jedzeniem. Przy drzwiach powitał ich okularnik, w pomarańczowej koszuli, spodniach na kant i kapciach. Przeczesał lekko przerzedzone włosy i zasypał ich serią pytań. O podróż, o pobyt, zajęcia i tym podobne. Krótka seria ostrzegawczych pytań, puszczona w powietrze, miała swój ciąg dalszy, przy kolacji.- Babcia jak się czuje? – zapytał ojciec chłopaka, jednocześnie z nonszalancją smarując chleb masłem.- Fizycznie zdaje się zdrowa. – Podchwyciła temat blondynka, specjalnie nie kończąc zdania.- Co masz na myśli, coś nie tak z jej psyche? – Łysiejący okularnik dał się chwycić, na ten manewr.- Trochę...- Tato słyszałeś opowieść babci, o wilkołaku? – Chłopak przerwał matce, zanim zdążyła rozwinąć swoją myśl.- A, rozumiem – Odpowiedział ojciec, porozumiewawczo zerkając na żonę. – Twoja babcia, a moja mama, miała ciężkie dzieciństwo. Wojna odcisnęła na niej swoje piętno. Tak, straszyła nas „jesiennym wilkiem”, jak byliśmy w Twoim wieku.- Wierzysz jej? – zapytał Andrzej.- Wiesz synku, to bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. Kiedyś na spokojnie Ci to wyjaśnimy, porozmawiamy o tym, teraz kończ kolacje i spać.Chłopak ostentacyjnie wstał, szukając krzesłem, omalże przewracając je.- Dobranoc. – wycedził przez zęby i wyszedł, głośne tupanie na schodach przerwało, trzaśniecie drzwi.Andrzej pół nocy rozmyślał, o tym, co usłyszał od babci. Układał scenariusze, szukał poparcia w legendach, gdy wszystko zaczęło układać się w logiczną całość, zasnął. Obudził go dźwięk. Cichy szmer, kwilenie tuż za oknem. W pokoju było ciemno, przez okno wlewało się, gęstą falą, światło księżyca. Próbował wymacać włącznik, lampki nocnej. Po kilku próbach poddał się. Dźwięk za oknem zmienił się, Andrzej usłyszał, powodujące ciarki, skrobanie o szybę. Przecierając oczy, zsunął się z łóżka. Powoli podszedł do okna, czuł pod stopami ciepły dywan. Gdy stopy chłopaka, znalazły się w świetle, wpadającym przez okno, zrobiło mu się zimno. Drętwiejące stopy przestały go słuchać. Szurając nimi po dywanie, podszedł do okna, za nim było pusto. Blask miesiąca oświetlał okolicę. Chłopak poczuł ruch, tuż za nim, odwrócił głowę, e pokoju było pusto. Tylko cień. Kształt okna, który rysował księżyc na dywanie, skrywał cień, nie jego. Czarna plama na podłodze poruszała się, Andrzej obserwował dywan zahipnotyzowany. Pleciona płachta, leżąca na podłodze, nigdy nie zajęła jego myśli, na tak długo. Po chwili, w jego umyśle pojawiła się myśl, która zagrała na cienkiej nucie strachu, jak delikatny szept. „Jestem za Tobą”. Zimno stóp rozeszło się z krwią, po całym ciele. Odwrócił się do okna. Zobaczył wielką czarną plamę, która ledwo mieściła się, w ramie okna. Bestia za oknem obserwowała Andrzeja. Dyszała, a z jej ust, pomiędzy wielkimi kłamie, wydobywała się para. Wielkie źrenice potwora hipnotyzowały chłopaka. Nie mógł się ruszyć, wpatrzony, w świecące ślepia stał, jak słup soli. Nagle, monstrum zaatakowało. Zaskoczony młody mężczyzna nie zdążył zareagować, mógł tylko obserwować, jak wilkołak wyciąga wielkie łapy w jego kierunku. Szyba wygina się pod ich dotykiem i pęka bezgłośnie jak przedziurawiony, przeźroczysty kawałek materiału. Wielkie szpony zacisnęły się na szyi chłopaka. Andrzej, krzycząc, ostatkiem sił, czując na sobie ciężar bestii, przebija barierę snu. Próbując uwolnić szyje, z zaciskających się szponów, poczuł, jak niewidzialne ręce łapią go za nadgarstki. Zerknął niżej, a z cienia sięgały, w jego kierunku, setki dłoni, próbowały wciągnąć go w mrok. Gdy czerń zaczęła pochłaniać jego ciało, spojrzał w paszcze bestii, nad rzędem wielkich zębów zobaczył jej oczy. Były spokojne, prawie ludzkie, podobne miała jego babcia. W tym momencie uzmysłowił sobie, że to ona stała za oknem. Myśl, która bezgłośnym wrzaskiem, przebiła się z koszmaru w rzeczywistość „Babcia”. Bezwładnie walcząc, z niewidzialnym wrogiem, próbował wyrwać dłonie z uścisku. Usłyszał krzyki, które nie miały sensu, przez chwilę myślał, że sam wykrzykuje coś w panice, ale zaciśnięte szpony odcięły dopływ powietrza. Szum w uszach, zniekształcał słowa, wiedział, że zaraz straci przytomność i to będzie koniec. Zebrał resztki sił, zaćmiony umysł, nagle zaczął pracować. Wtedy zrozumiał, co krzyczą demony.- Andrzej! – Jakby znany głos, wołał go, z zaświatów. Wymachując rękoma, obudził się. Zlany potem chłopak, łapczywie chwytał każdy oddech. Mama przytuliła go do siebie.- Trzeba zrobić coś, z tą wariatką! – krzyknęła do męża, który siedział po drugiej stronie łóżka i przyglądał się nieprzytomnym oczom chłopaka. Mężczyzna przytaknął, bez słowa wyszedł. Blondynka trzymała w ramionach, skulonego i ciągle trzęsącego się syna.- To tylko zły sen, syneczku. – szeptała. Za oknem zaczęło świtać.Mężczyzna z urzędniczą dokładnością wybrał, wykalkulował koszt i jak słupek w Excelu przeniósł matkę, do domu spokojnej starości „Eliza”.
- Halo Andrzejku. – Usłyszał. – Tu Twoja babcia. Robi się ciemno, on wrócił i nie jest sam. – Mówiła szeptem, w dziwny sposób modulowała głos. W tle było słychać starą piosenkę, kobieta miała w domu stary gramofon. – Słyszę, jak chodzi wokół domu, skrobie ściany, puka w okna i łapie za klamkę. Boje się… Trzeba go powstrzymać, raz na zawsze. Odejdź potworze! -krzyknęła, rozległ się trzask. Chwila ciszy i w słuchawce rozległ się sygnał, przerwanej rozmowy. Chłopak opuścił wzrok i posmutniał.
- Co się stało? – zapytała, lekko pochylając głowę, szukała wzroku Andrzeja. Położyła dłoń na jego kolanie.
- Hmm, słucham? – Podskoczył jakby wyrwany ze snu. – Nic. Babcia. Zrobiło się jej gorzej. – Cedził przez zęby, monosylabami. – napiszę do mamy, że dzwoniła. – Znowu zanurkował w myślach i zawisł nad telefonem.
- Dobrze. – Dziewczyna przyglądała się, chłopakowi, który ostrożnie, jakby ważąc każde słowo, pisał SMS. Gdy zobaczyła, że wysyła wiadomość, odezwała się. – Koniec, tego zamulania, w domu. Idziemy, na miasto.
***
Wrócił późnym wieczorem, cicho otworzył drzwi i wysunął się, do środka. W salonie siedzieli rodzice. Szeptali coś, mama chłopaka, pociągała nosem. Najwyraźniej coś się stało, Andrzej, nie do końca chciał wiedzieć co. Miał za sobą ciężki dzień. Zamyślony próbował przemknąć, niepostrzeżenie, obok rodziców. Skrzypienie schodów, udaremniło jego zamiary.
- Andrzejku? – usłyszał głos matki. – to Ty? – zapytała drżącym głosem, blondynka.
-Tak, to ja. – odpowiedział, przyłapany.
- Chodź tu do nas. – odezwał się ojciec, panujący, jak zawsze, nad głosem.
Andrzej, wchodząc do salonu, nadal czuł, że nie mają dobrych wieści. Ogarnęło go nagłe zimno i jego nogi, jakby lekko się uginały.
- Znaleźli babcie. – Rozpoczął ojciec. – Siedziała na progu, swojego domu. – Dokończyła, płaczliwym głosem, za męża. Przytykając, do nosa chusteczkę, dodała. – Policja podejrzewa, że błąkała się, cały dzień po lesie. Wieczorem usiadła na progu, w bujanym fotelu i tak już została. – Blondynka zakończyła, salwą łez.
-Zawału dostała. – dodał ojciec i przytulił żonę.
Chłopak, nie wiedział, jak znalazł się, w swoim pokoju. Przed oczami miał obraz babci, jak siedzi na progu i czeka na niego.
- Dzwoniłam. Czekałam, na Ciebie. – usłyszał, za plecami. Poczuł, zimny i mocny uścisk, na ramieniu. Złapał za dłoń, która go złapała. Trzymała mocno jak skręcone imadło. Z całych sił próbował, uwolnić się, w końcu uścisk zelżał. Trzymając obcą dłoń, odwrócił się. Zobaczył twarz, która była mu znajoma.
- Babciu? – Wydusił z siebie, pytanie w głosie było odruchowe, dobrze wiedział, że to nie może być ona. – Przecież Ty…
- Nie żyje? – Postać przerwała mu, w pół zdania. – Tak i to Twoja wina. – dodała.
Chłopak poczuł, jak dłoń, którą trzyma, delikatnie wysuwa mu się z rąk. Poczuł za to, lepką, jakby galaretowatą strukturę, zetknął wtedy na dłoń. W jego rękach został strzępy skóry, a dłoń babci, odarta z powłoki odkryła mięśnie i kości. Poczuł, jak słodką falą, podchodzą mu do gardła, mdłości, wymieszane ze wszystkim, co dzisiaj jadł. Zetknął na twarz kobiety, która zbladła, jak prześcieradło, jej oczy zasłoniły się bielą. Nagle, skóra zaczęła zielenieć i łuszcząc się odpadać płatami. Nogi chłopaka zaczęły się uginać, Andrzej, próbując utrzymać się na nogach, chwile dreptał w miejscu, jakby tańczył. Upadł, a za nim pusty szkielet, by następnie zmienić się w pył. Poczuł pod twarzą, zimną, a jednocześnie miękką powierzchnię. Otworzył oczy, przed twarzą zobaczył, gęsty, pierzasty dywan. Usiadł, złapał się za głowę i próbował zrozumieć, co się stało, poprzedniej nocy.
Uznał, że to był koszmarny sen i wstał z dywanu.
***
- Żegnamy dziś, naszą siostrę… – Słowa księdza, które wypowiadał nad grobem starszej pani, w ogóle nie trafiały do Andrzeja. Jego nieobecny wzrok, krył plan, który ułożył dzień wcześniej. Kolejna, koszmarna noc, podsunęła mu rozwiązanie.
- Babciu, dziś przyjadę i dorwę drania.- powtarzał w myślach, jak mantrę, licząc, że babcia go słyszy. – dorwę...
-Z prochu powstałeś… – Ostatnie pożegnanie, miało się ku końcowi. Chłopak nie czekał. Odwrócił się i już miał wychodzić, gdy stanęła przed nim. Była smutna, może nawet bardziej niż on, spojrzała na niego, dobrotliwie się uśmiechnęła. Już miał, na końcu języka „dorwiemy drania”, gdy powiew świeżości podsunął mu myśl „siostra bliźniaczka babci”. Uściskał ją i złożył kondolencje.
- Nie zostajesz na stypie? – zapytała, chłopak był już kilka kroków dalej i nie usłyszał pytania.
Gdy dotarł, do domku babci, zaczęło robić się szaro. Domek stał na uboczu, na małej polanie, otaczał go gęsty las, za pagórkiem płynęła mała, ale wartka rzeczka. Sama chatka była drewniana i miała duże okna. Zachodzące słońce oświetlało, jedną ze ścian, sprawiając wrażenie, że ktoś tam mieszka i ma zapalone światło.
Andrzej, zaopatrzony w siekierę, czekał. Słyszał tylko tykanie zegara, czasem szczekanie psa, sąsiadów zza lasu. Za oknem było już ciemno, okolice oświetlał księżyc. Chłopak wtulony, w stary czerwony fotel, zaczął przysypiać. Poczuł ciepło, nadchodzącego snu, błogość, z siłą mechanicznego młota, przerwał trzask. Mężczyzna zastygł, w pozycji pół siedzącej. Cisza. Nawet pies, już nie szczekał.
-To tylko sen.- powiedział, do siebie. Po chwili ponownie zatopił się, w swoich myślach. Zastanawiał się, co właściwie tu robi, dlaczego goni, za szaleństwem swojej zmarłej babci. Czy sam chce dojść, do granicy, za którą jest tylko szaleństwo. Nagły rumor, tuż za drzwiami obudził jego umysł, do trzeźwości. Szaleństwo, z którym już chwytał się za klapy, nabrało realnych dźwięków, bo kształtu jeszcze nie miało.
- Halo? – zapytał, licząc na odpowiedź. Zamiast odpowiedzi, usłyszał nieludzki jęk i chaotyczne pukanie. Andrzej podszedł do okna, lekko uchylił zasłonę. W półmroku oświetlona promieniami księżyca, tłukła się, przy ścianie czarna postać. Chłopak, przez ułamek sekundy, zobaczył pokryte futrem ciało i obnażone kły. Odskoczył od okna, potrącając przy tym garnki, narobił hałasu, na całą okolicę. Na zewnątrz zrobiło się cicho, by po chwili, ze zdwojoną siłą, potwornym rykiem, uderzyć w twarz rzeczywistością. Bestia przebiła się przez stare, drewniane drzwi. Chłopak nie zdążył zareagować, gdy powietrze wypełnił potworny krzyk, kawałki rozbitych drzwi i strach. Ledwo łapiąc pion i powietrze, Andrzej wybiegł, drugim wyjściem. Zapomniał, że przyszedł tu pokonać tego potwora, że obiecał. Chłopak pobiegł, na pobliskie wzgórze. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Znowu było cicho, okolice spowijała opadająca mgła, oświetlana blaskiem księżyca. Czuł w powietrzu obecność, zawsze ją czuł, gdy ktoś umierał. Nieznany lęk, połączony z poczuciem pustki, tak jakby śmierć, krążyła jeszcze wśród bliskich i zastanawiała się „kogo jeszcze zabrać, skoro już tu jestem”. To zimne uczucie obecności, teraz było silniejsze, niż kiedykolwiek. Teraz miało też, realne kształty, jesiennego wilka. Andrzej usłyszał szelest liści jakby z kilku stron naraz. Jesień dała mu przewagę, naturalny wykrywacz ruchu. Za późno, na naukę obsługi, nauczka przyszła, nagłym ciosem. Chłopak poczuł na sobie uścisk śmierci i nagły ból, prąd przeszywający ciało, wzdłuż kręgosłupa. Bestia zatopiła kły, w jego szyi, upadli. Zaczęli toczyć się z pagórka. Andrzej całej siły próbował wyrwać się ze zwarcia. Zadał potężnego kopniaka. Stwór puścił szyję i zerwał się na równe nogi. Chłopak też pozbierał się i wstał. Bestia, skryta w mroku, znowu rozpoczęła szarżę, Andrzej był na to przygotowany. Odskoczył i nadał kopniakiem, potworowi, dodatkowego pędu. Stwór z impetem przeleciał przez krzaki i zsunął się, ze skarpy. Chłopak usłyszał, głośny plusk, bestia wpadła do rzeczki. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa płynie, gęstą stróżką krew. Złapał się, za rozerwany kark, wymacał kości. Świat zawirował, poczuł zapach gnijących liści i dotyk jesieni na twarzy. 
***
Nagle, telefon przerwał ciszę. Młodzi ludzie, zagubieni w swoim towarzystwie, spojrzeli po sobie i zignorowali. Chłopak zaczął się kręcić. Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową, wskazując na telefon. Mężczyzna wyjął telefon i przesunięciem palca odebrał.
Zemdlał.



„ Well I stepped into an avalanche,
It covered up my soul;
When I am not this hunchback that you see,
I sleep beneath the golden hill.
You who wish to conquer pain...”
Cohen


Gdy weszła do gabinetu, jego źrenice rozszerzyły się rażone promieniami słońca, które wpuściła zza drzwi. Doktor Christopher Gramza przez chwile widział tylko ciemne plamy.
- dzień dobry. - usłyszał. Delikatny, kobiecy głos zabrzmiał jak słodkie ptasie trele. Chciał ją zobaczyć. Już teraz. Cichy głos był obietnicą niewypowiedzianych słów. Jak "kocham" wyszeptane do ucha. Nerwowo przetarł oczy, próbował odzyskać zmysł, który teraz go zawodził. Nadal prawie oślepiony zobaczył, że kobieta wyciągnęła do niego rękę. Chwycił za nią, była delikatna, a jej skóra w dotyku przypominała atłasowy materiał. Pochylił się i pocałował w dłoń. Pachniała świeżym chlebem. Delikatnie słodkawy zapach jej skóry spowodował, że ciemne plamy przed oczami zawirowały i odfrunęły. Odzyskał ostrość widzenia. Zapach i dotyk jej skóry obudził w nim dawno uśpione potrzeby i żądze. Podniósł oczy znad jej dłoni i ujrzał delikatna, zawstydzoną kobietę, która ściskała w dłoni stary zżółkły notes i kartę choroby.
- W czym mogę pomoc? - zapytał, widząc, że to oficjalna wizyta.
- Ja... - Kobieta zaczęła nieśmiało. – Chciałabym prosić o pomoc.
- Znaczy, psychiatryczną? - Dopytał.
- Mam chorą córkę. - odpowiedziała po chwili wahania. Mężczyzna podniósł brew, spojrzał na dziewczynę zdziwiony i przeczesał włosy. – Wiele o Panu słyszałam, sama jestem lekarzem, ale od spraw ciała, a pan, cóż potrafi poskładać to, co w środku.
- Przepraszam. Nie dosłyszałem Pani nazwiska. – Przerwał jej nieśmiało.
- Marianna, mów mi po imieniu. – odpowiedziała i położyła na biurku kartę pacjenta i specyficznym gestem przysunęła notes. Lekarz z zaciekawieniem wziął go do ręki. Na oko stukartkowy zeszyt, lekko pożółkłe kartki pachniały stęchlizna. Otworzył go, w środku każda z kartek w niemalże idealnie zamalowane na prawie na czarno, dopiero po chwili zauważył, że są to tysiące malutkich krzyżyków nakreślonych brunatnym pisakiem. Przesuwając kciuk po kartkach notesu, przekartkował go. W dziwnym grymasie zamyślenia przesunął usta na jedną stronę twarzy. Kobieta cały czas opowiadała o symptomach. Zaczął zastanawiać się. - Może na drzwiach mam napisane „Parapsycholog”? - Już miał wstać, by ostentacyjnie sprawdzić, co jest napisane na drzwiach jego gabinetu. Chciał zapytać — to może egzorcysta?
- Cały pokój w takich krzyżykach ma wysmarowany. - Kobieta, obserwując zamyślonego mężczyznę, kontynuowała. - Rozmawia ze sobą. - Psychiatra zamierzał przerwać Mariannie, gdy padło nazwisko. Nie jej, którego nadal nie poznał. - Jan Dor skierował mnie do Pana.
- To zmienia obraz sytuacji. Proszę zostawić mi ten notes i kartę pacjenta. Od kiedy córka ma te napady? - Wyprostował się, teraz słuchał całym sobą.
***
- Już czas. - Wnętrze piwnicy wypełnił szept. Otulił zmurszałe prycze, owinął mackami kraty cel. Ściany zaczęły szeleścić radością ucieczki. Podniecenie poruszało się plątaniną pajęczych sieci uwieszonych kurczowo sufitu. Wilgoć wydawała się muskać delikatnie skórę śpiącej Marii. Mimo braku zegara i dostępu do światła z zewnątrz Anna wiedziała, że zbliża się noc. Atłasowa skóra jej przyjaciółki falowała, znaczyło to tyle, że bestia, która kryje się w ciele śpiącej dziewczyny, błaga o wypuszczenie jej na zewnątrz. Wilczyca chce zapolować. Brak aktywatora. Półboska Selene musi musnąć policzki Marii księżycowym blaskiem. - W tej zatęchłej pieczarze nie znajdzie nawet promyka. - wyszeptała wiedźma. - Mam coś innego. - dodała i zerwała z bransoletki zrobionej z ziół małą kuleczkę, owoc wilczej jagody i suszonego tojadu. Roztarła w dłoni, dodała śliny i mchu ze ściany, na spowolnienie działania. Kulała chwilę w dłoniach, mantrując jakieś modlitwy.
Czekała.
Nagle śliską ciszę błagalnych szeptów przerwał zgrzyt zamka. Nadchodził strażnik. Anna obliczyła, że będzie to Błażej, lekko przygarbiony, obleśny typ. Ślinił się na nią już dawno. Teraz gdy ściska w ramionach klucz do wolności, wykorzysta słabość tego marnego pokurcza.
Anna włożyła do ust kuleczkę trujących roślin i pochyliła się nad śpiącą rudowłosą. Lekko całując Marię, językiem rozchyliła jej wargi. Posmak stęchlizny mchu i cierpki smak trujących roślin szybko zastąpił słodki smak jej ust. Mimo warunków, w jakich przebywały, rudowłosa wydawał się świeża jak po prysznicu. Może to wilcza natura, a może to Anna, która przebywa w tym lochu zbyt długo i inaczej odczuwała zapachy i smaki. Przez chwilę w głowie zawirowało szaleństwo. Po chwili przypomniała sobie, dlaczego to robi i powtórzyła – Już czas. Mario. - Rudowłosa uniosła głowę.

***

Był późny wieczór. Sączył whiskey z lodem. Przyglądał się staremu fotelowi, na którym spał kot. Foel nie pasował do wystroju pomieszczenia. Wokół królowało dąb, mahoń i skóra. Wielka szafa wypełniona szczelnie wypełniona książkami zerkała na mebel dziełami Nietchego i oświetlał go łysiną Freud, którego szklane popiersie stało na półce. Gustownie zdobione biurko, kozetka staromodny wieszak, na którym wisiał płaszcz doktora, jego parasol. Mężczyzna siedział w wielkim, skórzanym brązowym fotelu. A Po drugiej stronie gabinetu fotel, a w nim kot. Stary, olbrzymi kot syberyjski smacznie spał zwinięty w kulkę. Wtulony w siedzisko kot pomrukiwał co jakiś czas.
- Muszę wyrzuci ten fotel. - pomyślał doktor – Może jak go spale, to portal też się zamknie? Czuje jego zapach. Siarka jak z samego dna piekła. - Obudzony nagłym spazmem kot zerwał się, wyprężył, zeskoczył z fotela i podbiegł do biurka. W ułamku sekundy siedział na skraju blatu i wyprostowany, jak wypchany czekał na pieszczoty. Psychiatra za każdym razem dawał się złapać w tę pułapkę. Gdy futrzasty kompan stwierdza, że wystarczy, bez mrugnięcia okiem zeskakuje i ucieka, po drodze potrącając teczkę mężczyzny. Wrócił na fotel. - Póki zwierze go pilnuje niech stoi. Mam go na oku. - dokończył, brutalnie przerwaną myśl. Spojrzał pod biurko, gdzie kot narobił szkód. Z przewróconej teczki wysunął się notes. Mężczyzna westchnął i podniósł go. Pogładził się po brodzie. Wyjął z szuflady fajkę i paczkę tytoniu. Takiego na specjalne okazje. Dolał do lodu brązowego płynu. Wziął głęboki oddech i jednym haustem łyknął zawartość szklanki. - To będzie długa podróż. - wysyczał, wydychając zawartość płuc. Odpalił fajkę. Pomieszczenie wypełnił korzenny zapach. Mężczyzna przygasił światła, zostawił małą lampkę, która dawała ciepłe pomarańczowe światło. Na biurku rozłożył zdjęcia, otworzył notes i czekał na wizję. Po blacie biurka zaczęły tańczyć szare języki dymu z fajki. Rozszerzone źrenice mężczyzny wpuszczały do mózgu obrazy, z reguły pojawiały się wizje. Tak było kiedyś. Ostatnio magia nie działa. Zanim zauważył, zaczął myśleć o czym innym. O Janie Dor. Jedyny człowiek, którego nie mógł rozgryźć. Hrabia, bo takim mianem się obwołał, podsyłał do Christophera dziwne przypadki. Żaden z tych pacjentów zabił mu takiego ćwieka jak Dorian, tak nazywał go Gremza. Przypominał mu postać z Greya, doktor tak właśnie wyobrażał sobie postać z powieści Oscara Wilde. - Zaraz. Zaraz, nie po to tu siedzę, żeby robić psychoanalizę starca. - skarcił się w myślach Christopher. Przetarł oczy, oparł się i wziął potężną dawkę dymu do płuc. Chwilę to trwało, gdy znalazł się w toalecie. Patrzył w lustro. Widział swoje odbicie, blady, brodaty mężczyzna próbował prześwietlić się wzrokiem. Nagle poczuł delikatne muśnięcie na szyi. Lekkie ugryzienie. Tak delikatne, jak pocałunek. - Julio to Ty? - wyszeptał. Wiedział, że to Ona. Mimo że nie nie widział jej odbicia w lustrze. W ciemnym pomieszczeniu był tylko on i jego odbicie w lustrze, które bladło z każdą chwilą. Zerknął w miejsce, gdzie poczuł ugryzienie. Zauważył dwie małe dziurki, z których sączyła się krew. Spojrzał na swoje odbicie, które było blade jak papier. Upadł. Krew strumieniem opuszczała jego ciało. Ciemne pomieszczenie zaczęło wypełniać jego osocze. Czerwony płyn poruszał się fugami, zwiększając obszar widoczności w pomieszczeniu. Nagle stróżki przestały kreślić równe kwadraty wypasionych płytek. Dotarły do kobiecych stóp. Delikatne paluszki lewej i prawej stopy zamoczone we krwi Christophera określały granice życia. Gremza próbował unieść się, ale ilość życiodajnego płynu ograniczała jego siły. Nagle Julia na czworaka, jak zwierzę zaczęła poruszać się w jego stronę. Szczerzyła do niego rząd wielkich zębów. Oczy miała spokojne, jakby spała, ale cieknąca z ust ślina oczekiwała posiłku. Jej delikatne, półnagie ciało wiło się w podnieceniu. W innej sytuacji zachwycałby się takim widokiem, ale teraz zmierzała w jego kierunku w innym celu. Krew opuszczała go szybciej niż życie i w pełni świadomy poczuł, jak wgryza się w jego trzewia. Ból był okropny.
Palący.
Jak przypalanie żywym ogniem.
- O cholera. - krzyknął, budząc się ze snu poparzony fajką, która wysunęła mu się z ust. W panice gasząc poły marynarki, podskakiwał w śmiesznym tańcu. Obudzony kot uśmiechnął się na swój sposób i nieludzkim językiem skomentował. - Jeszcze nie Twój czas doktorze.
***
- Cześć marynarzu. Chcesz do nas? - wyszeptała, wskazując na strażnika i jednocześnie przytulając się do Marii. Jednocześnie odkryła ich nagie ciała splątane w pseudo miłosnym uścisku. Wiedźma zerknęła w oczy rudowłosej. Zaczęły pulsować wilczym żarem. Sztucznie wywołana przemiana była kwestią sekund. Wiedziała, że jeśli kraty się zaraz nie otworzą, to jej gra odbije się masakrycznym rykoszetem. Jedno wiedziała. Miała dosyć tego miejsca. Piekło, w jakim utknęła, zżerało ją od środka. Tak czy inaczej, musi się to skończyć tej nocy. Poczuła pod swoim ciałem jak piersi Marii, które zaczęły pulsować u progu przemiany. Zamknęła oczy, gdy z potwornym skowytem góra rudego puchu obudziła się w morderczym szale.

- Załóżmy, że wszystko już było. Powtórzy się wiele razy, zmienią się tylko aktorzy. – Rozpoczął rozmowę łowca nagród – To tak jak z filmami. Mamy pomysł. Czasem jest to adaptacja książki, która sama z siebie jest już pierwszym życiem opowieści. Jeśli książka dotyczy prawdziwych wydarzeń, to można powiedzieć, że papierowa wersja jest drugim wcieleniem. Później, jakiś autor, powiedzmy Ridley Scott, korzystając z książki kręci film. Mamy drugie, nie, trzecie wcielenie. Po latach ktoś stwierdza, że technika poszła naprzód i może zrobić to lepiej, bo CGI. Za kilka lat nakręcą to jeszcze raz. Może w VR. Tak samo jest z życiem.
- No, a do czego pan zmierza? – przerwał mu Chris.
- Taki przykład. Wampiry. Przez wieki przewijały się legendy. Opowieści. Mity. Motyw był ten sam.
-Bestia w ciele człowieka. – Ponownie przerwał mu Gremza. – To odwieczne Id, które walczy z naszą świadomością. Niektórzy się poddają i świr w nas góruje.
- Niby tak, ale my tu jesteśmy z powodów właśnie tego ucieleśnionego Id. Kiedyś nazywano go Vlad Dracula, Vlad Palownik, a tu nazywają go Panem Nocy. Rozmawiał pan z nimi, widać w ich oczach przerażenie, a ci, którzy go spotkali? Ich obojętność, brak ludzkich odruchów, martwe oczy. Skorupa. Lunatycy.
- Spotykałem takich. Trzeba skonsultować z wirusologiem, ewentualnie botanikiem. To wygląda na odurzenie narkotyczne. Nie przekonasz mnie, że to coś metafizycznego. Wampiry, strzygi, czterolistna koniczynka, Bóg jest astronautą, Oz jest po drugiej stronie tęczy, a w Midian żyją potwory. Jestem psychiatrą od wielu lat, widziałem zbrodnie, rzeki krwi, martwe dzieci, poćwiartowane istnienia i zawsze stał za tym człowiek. Czasem jego mózg podpowiadał wizje i potrafił zakryć to za woalem strachu, przyjemności lub rozkoszy. Jesteśmy naszym własnym koszmarem. Wojny, terroryzm, ludobójstwa, nienawiść. To wszystko my! – uniósł głos.
- Ciiicho! – przerwał mu Wilhelm Winganz. Przynajmniej próbował to zrobić.
- Mam rację, te zabobony, o których… - Łowca zatkał mu usta ręką, a drugą położył na swoich wargach w geście uciszenia, a gdy zauważył, że doktorek zamilkł, wskazał mu pobliską polane. Jak wszystko wokół zalana była gęstym kożuchem mgły. Ta jednak falowała niespokojnie, jakby ktoś mieszał w szklance mleka. Cała polana wirowała.
- Piękne. – zakrzyknął psychiatra. Wilhelm chwycił go za marynarkę i pociągnął do wewnątrz powozu.
- Ruszaj! - krzyknął do woźnicy, który natychmiast zareagował. Mgła przestała wirować. Pojawiło się kilka słupów, które wystawały z mgły. Gdy rozwiała się, a właściwie spłynęła z postaci, które to przykryła swoim białym trenem. Pięć osób. Ramiona zwisały im bezwładnie, tylko głowa obserwowała odjeżdżający powóz, jak strachy na wróble. Nagle jeden z nich wskazał powóz, a reszta zaczęła biec za uciekającym pojazdem. Przez chwile biegli na dwóch nogach, po chwili wyskoczyli w górę i dalej biegli już jak zwierzęta, czasami odbijając się od drzew. Wyrównały swoją pozycję do bryczki, która podskakiwała na wybojach, a mężczyzna poganiał konie pejczem. Jeden z napastników jednym susem wskoczył na bryczkę i rzucił się na woźnicę, wyrzucił go od niechcenia, jak szmacianą lalkę. Dwóch napastników zatrzymało się przy ciele. Pasażerowie usłyszeli jego przerażający krzyk. Bryczka, bez kierowcy podskakiwała jeszcze bardziej, konie znały drogę do stajni. Winganz wyjął z kabury broń, przełożył magazynek. Nagle w oknie pojawiła się twarz. Zwisał z dachu i wpatrywał się w mężczyzn. Napastnik oblizywał się, a doktor zauważył wielkie kły.
- Wampir. – rozłożył ręce na kanapie jakby cały światopogląd wykulał się właśnie na podłogę i z hukiem roztrzaskał się.
- Nie, gdzie tam. Zwykły ćpun. – Roześmiał się łowca i wystrzelił, trafiając wampira prosto w twarz, potem wpakował resztę kul w dach, gdzie prawdopodobnie leżało ciało. Mężczyźni usłyszeli, jak napastnik przekoziołkował i wypadł zaraz za powozem. Doktor wstał i wyjrzał przez tylną szybkę. Postać przykulała się kilka razy po drodze i w ułamku sekundy wstała. Zawarczała, rozkładając ręce, ale nie kontynuowała pościgu. – Teraz ktoś musi wyjść i poprowadzić dalej. – dodał poważnym głosem. Gestem zaproponował, że doktor to zrobi. Uśmiechnął się, otworzył drzwi. Zawahał się. – Może jednak pan? – Ponownie zażartował. Wyjął zza pazuchy pistolet i wręczył go Christopherowi. Tu nacisnąć i proszę usiąść po tej stronie i celować tam. Nad panem będę siedział ja. – Pewny siebie wyskoczył na zewnątrz. Uspokoił konie i bryczka zaczęła płynąć delikatnie. Gremza nagle usłyszał, jakby coś spadło na dach, padło kilka strzałów i bryczka ponownie była bez sternika. Nagle dach rozerwała jakaś siła. Pomiędzy wyrwanym elementem doktor zauważył bladą twarz, która przyglądał mu się chwile. Nagle zakatowała. Ten był inny. Nie był tutejszy, miał białą, prawie przeźroczystą skórę. Oczy niebieskie i przekrwione. Chwycił sparaliżowanego doktora za szyje, odchylił jego głowę. Polizał miejsce, gdzie przerażona pulsowała tętnica. Wystawił wielkie kły i już miał ugryźć, gdy bryczka podrzucona wybojem przechyliła się na dwa koła. Tak poruszała się chwilę i nagle zatrzymała na jakimś drzewie. Obaj mężczyźni przekoziołkowali. Christopher zemdlał. Po chwili obudził się. Wiedział, co się zaraz wydarzy, że stanie lub już stał się pożywka dla bestii, w którą nawet nie wierzy. Otworzył oczy. Twarzą w twarz przyglądał mu się napastnik.
- Widziałem rzeczy, w których ludzie by nie uwierzyli. – przemówił chrapliwie – Statki płonące u wrót Troi. Zastygające na wieki Pompeje. Patrzyłem, jak płonie Rzym, a później Londyn mieniąc się kolorami życia i śmierci. Wszystkie te chwile zostaną utracone w czasie, jak łzy w deszczu.— uśmiechnął się do doktora, zamknął oczy — Czas umierać. – dodał po chwili. Dopiero teraz doktor zauważył, że jego prześladowca trzymał się ściany przebity elementem powozu. Nagle okolica zajaśniała. Mgła, która nigdy nie znikała, zaczęła się mienić. Jakby zaczęła płonąć. Świt. Nagle promienie dotknęły twarzy wampira. Zaczęła płonąć. Doktor patrzył jak zahipnotyzowany, gdy fale kolorowego ognia tańczyły po twarzy istoty. Nagle jakaś ręka chwyciła go za kark i wyciągnęła na zewnątrz. Wilhelm upadł zaraz obok niego. Był poharatany, ale żywy i silny. Moment później ciało wampira eksplodowało. Okolicę wypełnił ryk kilku wampirzych gardeł.

-Wiem, że patrzysz. Zagubiony w swoim świecie. Słyszę, jak czerwie żywią się Twoją duszą. -  wyszeptał, gdy przestał wrzeszczeć. - na końcu języka czuje słodki smak Twojej zguby. Kubki smakowe podskakują w ekstazie na myśl uczty, jaka mnie czeka. - bezszelestnie wyskoczył z zarośli deszczowego lasu. Pojawił się przy Julii, zanim ta zdążyła zareagować. - Byłem głodny, a Ty mnie nakarmiłaś, byłem spragniony, a Ty mnie napoiłaś… - przerwał monolog na ułamek sekundy przed wbiciem kłów w łabędzią szyję kobiety… 
Ciągle pamiętała ciszę na sali porodowej. Zrodzona z jej bólu istota milczała. Martwy pierworodny zapłakał w jej duszy. Rozdzierając ją wyrwał z serca ostatnie tchnienie. Biel sali, mdły różowy kolor jarzeniówki ukołysał jej łono do snu.
 Zemdlała. 
Obudziła się po trzech dniach. 
-Gdzie on jest? - krzyczała. - Oddajcie mi moje dziecko! Oddajcie, błagam. - do rana jej głos zdarł ból ze strun głosowych. Obsługa szpitala przyjęła z ulgą więdnący w gardle krzyk. 
-Pani Julio. Proszę odpocząć. Wkrótce zjawi się Pani mąż. - uspokajają ją pielęgniarka. 
-Po prostu mi go oddajcie… - odpowiedziała, z trudem przełykając ślinę. Położyła się na boku i wpatrzona w okno przyciągnęła kołdrę pod samą szyję. Jej wielki oczy były przekrwione od łez. Źrenice stawały się puste, a goszczący w nich błysk spłynął razem z ostatnią kropką słonej cieczy. 
Wszedł bez słowa, usiadł delikatnie przy jej nogach. 
Przepraszam.. - wyszeptała. Pogładził jej wystającą spod kołdry stopę. Julia natychmiast ją schowała. Zwinięta w embrion tonęła w bieli łóżka. Gremza właśnie wrócił z pogrzebu ich nienarodzonego syna. 
-Byli wszyscy nasi przyjaciele, rodzina, znajomi i współpracownicy. - odezwał się po dłuższej chwili. Zbierał siły. Bał się tej rozmowy. - Nie wiedzieliśmy, kiedy się obudzisz. Wszyscy radzili. 
-zabierz mnie do niego. - przerwała słabym głosem wpatrzona w kropkę wody płynące po szybie. Nie drgnęła nawet o milimetr. 
Popołudnie było deszczowe. Lało jak nigdy. Krople deszczu otulały parę. Próbując osłonić Julie przed deszczem popychał szpitalny wózek. Po chwili brodzenia w błocie dotarli do świeżego grobu. Strużka wody utworzyła potok błota niosąc świeży piach. Zsunęła się z siedzenia upadła na kolana i wsunęła dłonie pod kobierzec kwiatów. Poczuła między palcami ciepły piach. 
Chodź do mnie wyszeptała. Wyciągnęła naręcz piachu i ziemi. Przyłożyła do siebie i odsłoniła pierś. Gęsty deszcz rozmywał piaskowe dziecko. Ponownie zatopiła ręce w świeżym grobie i również deszcz zabrał jej golema. Uniosła zabłocone ręce ku niebu. - Oddaj mi go. Błagam. - Bóg w odpowiedzi oczyścić jej dłonie. Christopher odkrył ja płaszczem i ukląkł tuląc ją do siebie najmocniej jak mógł. Oboje mokli, razem cierpieli i płakali wspólnie. 
Tak było. 
Do dziś czuła zapach deszczu i błota. On też. Teraz znowu go wyczuwała. Zahipnotyzował go. Dodatkowo głos, który do niej szeptał i płacz dziecka. Po Prostu musiała tam być. Szła przed siebie, za głosem. Nagłym podmuchem wiatru omdlała. Złapał ja wpół. Pachniało deszczem, wilgocią, płatkami róż i czymś jeszcze. Tracąc świadomość nie mogła skojarzyć zapachu. Po chwili zastanowienia, przypomniała sobie. Porodówka.
To zapach krwi.
Osunęła się bezwładnie w ramiona przybysza. Ten nie przestając ssać krwi z jej szyi uniósł ja na ręce. Noc była piękna. Księżyc żniwiarz zaglądał między liśćmi na swoją ulubioną zabawkę. Okolica była cicha. Kapiąca z liści rosa rozdzierała okolice swoim niemym krzykiem. 

Leżała w pustej sali. Była głodna. Płakała. Przeklinała przez zęby. Przez zamknięte drzwi przesączało się mdłe światło. Centymetrowa szpara pod drzwiami wpuszczała delikatną wiązkę światła. Czasami wtulała się w białe światło. Wnętrze było puste. Tylko ona. Ubrana w delikatną sukienkę. Czas sprawił, że materiał jej szaty był naddarty i pobrudzona. Próbowała liczyć dni, tygodnie, a może lata jej pobytu w tym miejscu. Czasami widziała, że staje pod drzwiami.

- Wypuść mnie stąd! - krzyczała wtedy. - Jestem głodna, nakarm mnie!. -

- Wybacz. - czasem szeptał.

- Mówiłeś, że mnie kochasz. Cierpię. Umrę tu. Proszę, wypuść mnie! - Błagała i uderzała pięścią w drzwi. - Chociaż mnie zabij! Zakończ to. - Dodawała, cichnąc i zsuwając na podłogę.

- Nie umiem. - Jego głos drżał. - Bo nie umiem Ci pomóc. - Wychodził i na chwilę wszystko cichło.

Głód, który czuła rozdzierał jej pierś, czuła każdym kawałkiem ciała modlitwę o pożywienie. Wtedy po chwili zadumy krzyczała, ile miała sił w płucach. Nikt nie reagował, nikt nie słyszał. Oprócz niego. Tego, który chował głowę w ramionach i tylko kot reagował.

***

Korytarz wypełnił smród prochu i zapach krwi. Słodka woń róż ukołysała wilka. Jednym susem odbił się od podłogi, wskoczył na ścianę i wbijając szpony w zdobioną powierzchnie, odbił się w kierunku odgłosu wystrzału. Katem oka bestia zauważyła mężczyznę z wielką fuzją. W ułamku sekundy wybiła mu z ręki broń i chwyciła za szyję i uniosła go do góry. Nagle. Uwagę przemienionej Marii zwróciła olbrzymia dziura w jego ciele, to z niej wydzielał się zapach, który tak ją nęci. Nie potrafiła powstrzymać wilka. W mgnieniu oka strzelec zmienił się w krwistą papkę resztek. Wielka postać przetarła pysk z resztek ciecia i zauważyła postać. Tuż za drzwiami, zza których dopiero w wyszła. Pchnęła je. Wpuściła do środka białe światło. Ze szczytu schodów zauważyła tłum pokracznych, powykrzywianych, ale żywych istot. Niektóre z nich światło widziały pierwszy raz od wielu lat. Wilkołak wyszczerzył kły. Zobaczył kolory, które wydzielały stwory, ich zapach tworzył w jego nozdrzach paletę smaków. Wystarczył jeden sus i najadłby się na lata. Wilczyca uśmiechnęła się w myślach, a Maria dzieląca z nią pokój w głowie włochatego monstrum nie mogła nic poradzić na zbliżającą się rzeź. Zaczęła przeciągać się w ekstazie wyobraźni. Nagle zamarła gotowa do skoku. Wtedy pojawiła się dłoń, zaciśnięta w pięść, a ta trzymała w ręku woreczek. Zapach z jego wnętrza powoli utulił wilczycę, a zielonooka zaczęła odzyskiwać kontrolę.. Zerknęła wtedy wzdłuż dłoni. To była Anna. Okrywała półnagie ciało resztkami koca, trzymała w reku rewolwer. To nim powstrzymała strażnika.. Maria odwróciła się nagle i pobiegła wzdłuż korytarza. Nie zwolniła biegu, nawet gdy zauważyła wielkie wrota. Wypadła na zewnątrz. Resztki popróchniałego materiału wrót uniosło się w powietrze razem z rudą górą futra. Nad polaną świecił wielki księżyc. Maria wylądowała na wilgotnym mchu. Rozpostarła zakończone pazurami ręce i zawyła. Z radością i siłą, jakiej jeszcze nie czuła. Wiedziała, że musi wrócić do miasta i ratować drugiego wilka. - Gabriel- wysyczała przez kły.

***

Z krypty wyszła Anna. Po wilku nie było śladu. Wzięła głęboki oddech. Spojrzała w stronę księżyca, który oświetlił jej nagie ciało. Uśmiechnęła się do srebrnego skrawka nocnego nieba. - Tak kochana, wszystko jest według Twojego planu. O Pani. - wyszeptała wiedźma. Pogładziła po czuprynie trolaktóry objął jej nogę. - Chodźcie dzieci. - dodała i postawiła bosą stopę na mchu. Mała grupa stworzeń fantastycznych weszła w ciemny las. Schowany za podniszczonymi murami wejścia człowiek obserwował chwilę. Gdy blado białe ciało kobiety zniknęło, wgłębi lasu, on chwycił za telefon. Wybierał numer. Nagle z krypty wyszło coś jeszcze.

Drobnego.

- Oni wszyscy uciekli. - szepnął do słuchawki.

- Kto? - usłyszał w odpowiedzi.

- ONI! - odpowiedział i zaintonował głos. Nagle zauważył małą postać. - Dziecko? - wyszeptał, powoli odrywając telefon od ucha.

- To nie dziecko! - Wydobył się głos ze słuchawki. - uciekaj to — Nie dokończył zdania, słysząc chrupnięcie łamanych kości, zamilkł.

Stworzenie zainteresowane, mlaszcząc, podniosło telefon. Obejrzało go z każdej. Oblizało zakrwawione paluszki. Szepnęło — tata? - Sygnał się urwał. Usłyszał delikatny śpiew. Wołanie. Nastawił małe szpiczaste uszka i dalekimi susami pobiegło za dźwiękiem przyśpiewki.

***

Biegła co sił w łapach. Noc była piękna. Las spowijał mrok i otulała go mgła. Maria poruszała się szybko i nisko. Chowała się pod kołdrą mgły. Mleczna powłoka unosiła się tylko, falując, gdy pod jej osłoną rozpędzona góra futra biegła do celu. Przez głowę zielonookiej ostatnie wydarzenia przeskakiwały jak w prezentacji power point. Wszystko wydawało się zniekształcone i bez logiki jak w opowiadaniu jakiegoś zmęczonego umysłu. Bez wątku. Bez przyczyny i składu. Biegła. Nie wiedząc, czy to ma sens. Może On nigdy nie istniał. Może zawsze siedziała w tej piwnicy. Po prostu obudziła się lub zioła Anny przestały działać. Może zawsze była tylko ona. Samotna i smutna. Bez celu. Tylko dzikość, gniew i rozczarowanie. Może należała do tej nagiej wiedźmy?

Dotarła do miasta, wspięła się na pierwszy budynek. Poczuła zapach miasta. Rynsztok, syf i zgnilizna. Jej rude futro nastroszyło się w fali ekstazy. Przypomniała sobie Gabriela. Jego przemiana. Ta u niej w tajnym pokoju. Gdy przywiązany do łoża zmienił się w wilka. Poczuła jego smak w ustach. Zrozumiała, że jej miejsce jest tutaj. W tym popieprzonym mieście. - syf kiła i mogiła. - jak powtarzał jej ojciec w czasach zarazy. - uśmiechnęła się w myślach. Wielkie chrapy zaciągnęły powietrza. Oprócz smogu wyczuła delikatny swąd. To tam. Przeskakując, z dachu na dach dotarła.

***

Czuł zapach mchu. Tłum dociskał go do ziemi. Zapadała ciemność tuląca Gabriela ciepłą czerwienią. Wiedział, że to koniec. Szarość zapadającej ciemności zmienił się w czerń.

Po chwili wszyscy odchodzą. Włochate ciało leży wśród wrzosowisk. Podbiega kobieta. Maria. Płacze i pyta "co Ci jest?" - wilk nie rusza się — Nie zostawiaj mnie — dodaje przez łzy i uniosła ciężkie ciało i rozpaczliwie przytuliła do siebie. Nad kobietą stoi blondynka trzyma broń na wysokości skroni Marii. Lufa rozbłyska wystrzałem i huk zagłuszył jej ostatnie słowa. Świat ciemnieje z ostatnią łzą Marii.

***

Wcześniej.

Maria przez chwilę obserwuję sytuację przez rozbity świetlik. Rozpoznaje Blondynkę, którą spotkała w biurowcu. Luu siedziała na kanapie i pocieszała kobietę, która opowiadała o hrabim Dor. Wilczyca kątem oka zauważyła dziecko w pokoju. Zerkało na nią. Bez cienia strachu. Z uśmiechem. Dziewczynka pokryta była znaczkami. Machała do niej porozumiewawczo. Pokazywała coś w głębi pokoju. Maria domyśliła się, że okno. Wilczyca przeskoczyła na dach sąsiedniego budynku. Zobaczyła w oknie postać, która nadal do niej machała. Jednym susem przeskoczyła bliżej. Pokój dziecka miał kraty w oknach, a mieszkanka machała do wilczycy. Wskazywała szafę. Maria złapała za kłódkę, która łączyła ażurowe okiennice. Okno Było zbyt małe, by bez hałasu można było wejść do środka. Pokój dziewczynki był zamknięty, zrobiła to, gdy wołała wilczycę. Maria bez namysłu zrzuciła z siebie warstwę wilczego futra. Rudowłosa delikatnie wsunęła się do pokoju. Bezszelestnie stąpała po zimnych kafelkach we wrzosowe wzory. Julia złapała ją za rękę i prowadziła przez duży pokój. Maria złapała po drodze koc. Odziała się nim przez jedno ramie. Drugie zniewoliła delikatna rączka dziecka. Dziewczynka wskazała szafę. Zielonooka niepewnie zerknęła na Julię, która upewniając ją, kiwnęła głową. Maria złapała za drzwiczki. W ułamku sekundy wytoczyło się z niej ciało wilka. - Gabriel — krzyknęła nieświadomie. - co Ci jest? - Zapłakała.. Poczuła przeszywające zimną bijące z jego ciała - Nie zostawiaj mnie- Dodała, błagając. Ludzkimi siłami uniosła jego ciało i przytuliła. Wszystko straciło cel. Została sama. Próbowała siebie oszukiwać, że biegła za nim z obowiązku. "Bo go przemieniła, to musi go oswajać", że seks był tylko ze zwierzęcego instynktu. Potrzeby wiązania i zniewalania. Teraz wyplułaby wszystkie te myśli, żeby mu powiedzieć, że to miłość.. Nagle pouczyła zapach prochu i zaraz za tym zimną stal tuż obok skroni. Zamknęła oczy i szepnęła. - Kocham Cię.

***

Wielką pionową raną ciętą rozjaśnił się świat. Jakby Toshirō Mifune przeciął czarny materiał, odsłaniając światu słońce.

Tak wszystko się zaczęło tuż u progu końca.

"Bo gdyby księżyc miał siostrę, to taką jak Ty." - Podśpiewywała Selene, zstępując na ziemię.

Przez chwilę w powietrzu znieruchomiały płatki białego śniegu. Świat i czas na chwile zamarł. Mężczyzna, który poślizgnął się na nieodśnieżonym chodniku, zawisł tuż nad ziemią. Śnieżka rzucona przez pryszczatego rudzielca zawisła tuż obok celu, jakim była roześmiana dziewczynka.   Między chmurami przebijały promienie księżyca. Jedyny ruch. Zamazany błysk światła zstępował krok za krokiem po świetlistej ścieżce. Bose stopy Selene dotykały już zimnego bruku. Jej zwiewna i delikatna sukienka i rozwiane blond włosy opadły pod wpływem grawitacji, a razem z nią płatki śniegu zaczęły opadać.
Czas start.
Dzień pierwszy.
Zachichotała, gdy mężczyzna z głośnym bluzgiem upadł na ziemię.
 Kobieta spojrzała na księżyc, pocałunkiem kącika oka pożegnała dom. Chwile zapatrzyła się na uliczna latarnię, wokół której tańczył delikatny puch z zimowej poduszki. Księżyc posmutniał i zasłonił okna kotarami chmur. Podskakując, nie czując zimna, poszła wzdłuż ulicy. Prowadził ją delikatny ślad, cieniutka srebrna nitka. Widoczna tylko dla niej. Pod jej delikatnymi stopami ziemia lekko drżała. Gaja uśmiechnęła się na myśl o spotkaniu.

***

Luu stała z dymiącym pistoletem. Oparta się tyłem odrzwi wypaliła drugi raz. Ochroniarz nie zmniejszył uścisku, w którym uwięził Stana. kule odbijały się od grubej skóry. Trzeci wystrzał odbitym rykoszetem oderwał kawałek skóry. Dziewczyna zauważyła kanciastą powierzchnię rany.
- Golem.- wyszeptała. - To golem! - krzyknęła do kolegi, jego oczy zaczęły zachodzić mgłą.
Stan chwycił się myślami ostatniej szansy. Wziął głęboki oddech, w jakim stopniu pozwalał mu potężny uścisk pół człowieka. Wyswobodził rękę. Golem zacisnął się jeszcze bardziej, uwolnione ramię wygięte w nienaturalny sposób zazgrzytało krzykiem wyrywanych ścięgien. Dłonią wymacał twarz dryblasa, próbował wbić mu palce w oczy, wyginał nos, aż palce dotarły do ust. Z całej siły wcisnął mu dłoń do wielkiej paszczy. Ochroniarz hrabiego zaciskał szczęki. Rękawice z usztywnianego materiału chroniły palce Stana. Agent wyczuł ciało obce. Pergamin. Dwoma palcami uchwycił go, chwile siłował się z językiem. Zawiniątko zatrzymało się na chwilę w zębach. Barczysty golem wyszczerzył się ze zwitkiem między jedynkami. Luu stwierdzając, że partner zaczął kontrolować sytuację odwróciła się do przytulonej pary.  Wycelowała w skroń wilka. 
- Giń bestio - wyszeptała przez zęby. Przyłożyła pistolet do jego skroni. Powoli palec przesunął sie po linii spustu, sprężyny pistoletu za stękały z radości. Srebrna kula zachichotała ze szczęścia gdy rozległ sie wibrujacy krzyk.
Mała, pokryta krzyżykami dziewczynka w spazmatycznym wrzasku sparaliżowała wszystkich. Gliniane naczynie człowieka zadrżał. Puścił Stana i złapał się za głowę zatykając uszy. Luu zmieniła cel. wystrzeliła prosto w zęby giganta. Jedynki posypały się w proch, a papirus opadł na podłogę. Stan opadł tuż obok chwycił zawiniątko, przetoczył się pod ścianę. wyjął z kieszeni zapalniczkę benzynową. Nerwowo próbował odpalić. Dziewczynka zamilkłą. Golem upadł na kolana. Zakołysał się i podniósł wzrok. Zauważył blondynkę, jej pistolet jeszcze dymił. Wstał na równe nogi, jego twarz zmienił się w grymas psychopatycznego mordercy. Zęby, uszkodzone jeszcze chwile temu znowu były białe. Luu, w kanonadzie kul, wyskoczyła z ciasnego pokoju. Celowała w kolana potwora. Spowalniało to potwora tylko na chwilę. - Stan? - krzyknęła. W tym samym momencie papirus ze słowem "Emeth", jak tylko spłonęła pierwsza litera, tak golem stracił życie. - Nie spieszyłeś się. - dodała Luu ścierając z twarzy lepka glinę. W tym samym momencie zauważyli dziewczynkę, która z posępną miną zamyka drzwi do swojego pokoju. Rozległ się trzask drzwi. Luu zerwała się na równe nogi. - Wilki! - krzyknęła. Wskoczyła do pokoju. Był pusty. Podbiegła do otwartego okna, za którym noc otulała świat posypka śnieżnego cukru pudru. 

***


Srebrna ścieżka, cienka i czasami zanikająca, jak strużka krwi prowadzi do miejsca, które miejscowi nazywali "Parkiem Sztywnych". Trwała tam rewitalizacja Olbrzymia bruzda wzdłuż parku czekała na zagospodarowanie, wywieziono z niej doczesne szczątki pochowanych w tym miejscu. Między drzewami błąkały sie promyczki światła. Dusze, które ukochały sobie to miejsce. srebrna nić prowadziła do drzewa, które stało na skraju wykopu, jego korzenie były odkryte, poszarpane przez koparki. Jego pokryte korą ramiona zawisły nad wykopem. Pomarańczowym sprayem nasmarowano krzyżyk. Jutro zostanie usunięte.
Selene zatrzymała się przy nim. obejrzała drzewo zerknęła do wykopu. Coraz słabsza niteczka łączyła się z jednym z korzeni. - Opowiem Ci historię. 
Były czasy gdy byliśmy tylko MY. Ludzkie szczury chowały się po lasach, jaskiniach i po wszelakich dziurach. O wszystkim zanim mrok dał oręż ludziom. 
Gaja tworzyła wtedy wszelkie stwory, góry rodziły się z myśli, chciały sięgnąć nieba. Smoki czesały warkocze chmur, a olbrzymy karmiły rzeki. Po lasach biegały święte jelenie, a sam Hern doglądał ze swoimi synami las. Istoty lasu chodziły dumnie po jego ścieżkach. Wszystko to zanim ludzie podnieśli głowy i zrobili to. Wskazała dłonią wykop, który odkrył korzenie drzewa. 

*** 

Ruda tuląca wilka poczuła chłód. Otworzyła oczy. Okolicę otulała mgła. Dziewczyna poczuła pod stopami wilgotne rośliny. Jej nozdrza wypełnił zapach wrzosów. Położyła na miękkiej powierzchni ziemi Roberta, który jeszcze spał. Uniosła się ponad pajęczynę mgły. Zauważyła postać, ciało istoty delikatnie pulsowało światłem. Maria podbiegła, szukając odpowiedzi. To była dziewczynka. Krzyżyki na jej ciele migotały teraz swoim światłem tak jak jej oczy. - Idzie wielka wojna. - wyszeptała. Starałam się ją powstrzymać. Pani księżyca zstąpiła a ziemię. Obudzi stare duchy. Zagoni ludzi z powrotem w mrok. Musisz wybrać stronę. Jesteście trzecią siłą. Znajdź sojuszników, przeczekaj lub walcz. Selene zmusi Was, jesteście jej dziećmi. Znajdź sposób. Świta. Powodzenia - Dziewczynka rzucała hasłami jak zaprogramowana. Nagle zamilkła i opadła na ziemię jak podcięty kwiat. Wilczyca chciała ją złapać, ale w jej rękach znalazł się tylko strzęp koszulki. Dziewczynka zniknęła. Maria obejrzała się na Roberta. Jego policzki pokryła różowa poświata wschodzącego słońca. Maria rozejrzała się po okolicy. - Gdzie jesteśmy? - wyszeptała. - I kiedy? - dodała.

***

- To ludzie są winni temu. To oni! A Ty? Gdzie twe córy? Gdzie One, gdzie tańczą w świetle gwiazd? - Podeszła bliżej pięścią przebiła powierzchnię drzewa i wyrwała z wnętrza pulsujące srebrne serce, bijące serce przedwiecznego schowała w szkatułce. - Sama je znajdę. Królu olch. - Śpij już.





Komentarze

Popularne posty