Trzynaste piętro
Za horyzontem, gdzie milczenie znaczy niebo,
Przetykam złotą nić, przez wcieleń moich splot.
Przyznaję się do ran, do krwi...
Miłości, której wstyd..."
Abraxas
Rozdział I. Dzikość mego serca
"Jeszcze dokoła echo Twych słów,
czuję każdy nerw, bicie Twego serca,
Znów jestem sam, tak potwornie sam,
Chociaż kocham Cię, wszystko nie tak."
- Nienawidzę korporacji. – pomyślał. Wziął głęboki oddech.
Przeklął w myślach i wszedł do wysokiego, budynku. – Więzienie ze szkła. –
szepnął do siebie, gdy wielkie automatyczne wrota zamknęły się, tuż za nim.
Obejrzał się przez ramię, zauważył jak świat, za zamykającymi się drzwiami,
szarzeje. Sięgnął do kieszeni, razem z telefonem przez przypadek, wyjął z niej
monetę. Spojrzał na ekran urządzenia, nikt nie dzwonił, nikt nie pisał – w
sumie dobrze. – pomyślał i wzruszył ramionami. Wsunął telefon do kieszeni
spodni, jednocześnie przytrzymując monetę. Obrócił w kościstych palcach srebrną
blaszkę, zerknął, z niesmakiem, na automat z kawą.
- Czemu nie – szepnął do siebie, zbliżając się do maszyny. Wrzucił
monetę, która natychmiast wypadła poniżej. Młody mężczyzna nie zauważając tego,
przesuwał tylko palec, góra – dół, jakby miał zamiar wybrać produkt, na chybił
– trafił. Naciskając przycisk zorientował się, że maszyna, jak zwykle, nie
przyjęła monety. Pochylił się i zniesmaczoną miną wyjął bilon. Potarłszy ją o
bok automatu, wrzucił ponownie do otworu z nadzieją na sukces. Chłopak usłyszał
brzdęk i automat zliczył wrzuconą sumę. Uśmiechnął się. Spojrzał na wytarte
głębokimi bruzdami miejsce „naprawcze” i wybrał produkt. Rozległ się
automatyczny dźwięk, wypadł kubek i polała się kawa. Pobrał przykrywkę i
poszedł w stronę windy. Stojąc na przeciw jej drzwi widział swoją twarz. –
Wyglądasz jak trup – wyszeptał i wziął łyk kawy. Skrzywił się z niesmakiem.
- Nie jest tak źle. – Usłyszał za sobą. – Bo noc jest żeby się
wyspać. – dodała, miękkim, kobiecym głosem, postać zza pleców mężczyzny.
Obejrzał się i zobaczył Marię. Wysoka dziewczyna, o czarnych jak węgiel
włosach, czekała z pochyloną głową, na jakąkolwiek odpowiedź ze strony
chłopaka.
- Spałem… – odburknął.
- Spałem… – odburknął.
- Chyba nie w sosie, coś dziś? – zapytała, wbijając w niego, swoje
przesadnie przyjazne, zielone oczy. Uśmiechała się jakby chciała powiedzieć
„przybywam w pokoju”.
- Chyba tak. – odpowiedział, jego głos złagodniał, każde słowo machało już białą flagą. – Przepraszam, za dużo na głowie. – Skłamał. Przez ułamek sekundy pojawił mu się w głowie obraz. Twarz ze snu, zdeformowana i rozmyta, zastygła w dziwnym grymasie. Wzdrygnął się, jakby strzepując z rzęs resztę snu. – Tak za dużo pracy, chyba wyjdę dziś wcześniej. – Uśmiechnął się w myślach, na ten pomysł.
- Chyba tak. – odpowiedział, jego głos złagodniał, każde słowo machało już białą flagą. – Przepraszam, za dużo na głowie. – Skłamał. Przez ułamek sekundy pojawił mu się w głowie obraz. Twarz ze snu, zdeformowana i rozmyta, zastygła w dziwnym grymasie. Wzdrygnął się, jakby strzepując z rzęs resztę snu. – Tak za dużo pracy, chyba wyjdę dziś wcześniej. – Uśmiechnął się w myślach, na ten pomysł.
Nastąpił niezręczny moment ciszy. Przerwał go dźwięk gongu i
otwierające się drzwi. Nagle z wnętrza wypadł zestaw kijów od mopa.
Chłopak nie zdążył odskoczyć. Dziewczyna, szybkim, stanowczym ruchem odsunęła
go i zręcznie złapała kije.
- Przepraszam. – Rozległ się głos z wnętrza windy. Człowiek ubrany
w zielone ogrodniczki i białą koszulkę, z paniką w głosie jednocześnie
zdejmował z uszu słuchawki i poprawiał mopy.
- Spoko. Nic się nie stało. – Powiedzieli, prawie równocześnie i w tym samym momencie się roześmiali.
- Szybka jesteś. – powiedział chłopak i ruchem ręki zaprosił Marię do windy.
- Za dużo sobie nie wyobrażaj! – powiedziała podnosząc głos. Mężczyzna zaczerwienił się gdy zobaczył karcącą minę kobiety.
- Spoko. Nic się nie stało. – Powiedzieli, prawie równocześnie i w tym samym momencie się roześmiali.
- Szybka jesteś. – powiedział chłopak i ruchem ręki zaprosił Marię do windy.
- Za dużo sobie nie wyobrażaj! – powiedziała podnosząc głos. Mężczyzna zaczerwienił się gdy zobaczył karcącą minę kobiety.
- Ja.. Mi. Nie o to.. – Zaczął się jąkać. Dziewczyna roześmiała
się.
- Już ja wiem, o co chodziło… – szepnęła, cały czas się śmiejąc. –
Żartuje przecież, wyluzuj Gabi. Chłopak przetarł spocone czoło i uśmiechnął
się. – A ta „szybkość”, hm trzeba sobie radzić, jedni wolą chemię, ja mam swoje
naturalne sposoby, które mają swoje zalety i wady. Dają energię, ale mają swoją
cenę… – powiedziała spuszczając oczy i zniżając głos
- Ile? – Zapytał.
- Hm? co „Ile”? A. Cena, heh, to nie rzecz pieniędzy. – Znowu się
zamyśliła – Ktoś kiedyś powiedział: „Jeśli hodujesz diabła, w głębokiej studni
trzymaj go”. – Jej głos ściszył się po szept, aż chłopak musiał zbliżyć się by
słyszeć.
- Co Ty. Pakt z Diabłem podpisałaś? – zażartował.
- Nie, co Ty. – zaśmiała się i podeszła bliżej. – Gorzej… –
Spojrzała w oczy pochylając głowę w dół. – Może kiedyś Ci powiem… – dodała,
przejechała palcem po jego policzku. – Lubisz się golić? – zapytała jeszcze.
Zanim zdążył zareagować ponownie usłyszeli dźwięk gongu i drzwi windy się
otworzyły, a dziewczyna puszczając do chłopaka oko wyszła. – Zostajesz? –
rzuciła jeszcze przez ramię. Gabriel spojrzał na ozdobny licznik windy,
faktycznie wyżej jest tylko dach. Trzynaste piętro.
Wysiadł i znowu był w tym szarym świecie. Obejrzał się, drzwi powoli zamykały się zabierając ze sobą złote światło. Rozejrzał się i zobaczył labirynt boksów, wśród których był ten jego. W szumie wertowanych papierów i stukotu klawiszy, dotarł do swojego miejsca pracy. Gdy zobaczył stos papierów do przerzucenia opadły mu ręce.
Wysiadł i znowu był w tym szarym świecie. Obejrzał się, drzwi powoli zamykały się zabierając ze sobą złote światło. Rozejrzał się i zobaczył labirynt boksów, wśród których był ten jego. W szumie wertowanych papierów i stukotu klawiszy, dotarł do swojego miejsca pracy. Gdy zobaczył stos papierów do przerzucenia opadły mu ręce.
- I tyle z mojego wyjścia wcześniej.. – pomyślał siadając za
biurkiem. Zaczął się logować
Login: „Gabriel_Z”, hasło: „Gownianapraca61".
- Wszystko na wczoraj! – usłyszał licząc, że to do kogoś z boksu
obok. – Tu masz jeszcze raporty z rana, powodzenia. – Zobaczył wysokiego
blondyna w garniaku, mężczyzna przeczesał czuprynę „na szlachcica” i poszedł,
rzucając przez ramię. – o dwunastej narada, bądź gotowy! – zabrzmiał
złowieszczo. Gabriel łyknął resztę kawy, ale czar już prysł, a z nim jego
humor, który znowu się popsuł.
Czas biegł nieubłaganie, praca mniej. Wybiła jedenasta, a kupka papierów nie malała. Nagle jego biurko zasłonił cień, poczuł na sobie wzrok, obejrzał się i zobaczył Marię. Uśmiechnął się.
- Masakra.. – powiedział.
Czas biegł nieubłaganie, praca mniej. Wybiła jedenasta, a kupka papierów nie malała. Nagle jego biurko zasłonił cień, poczuł na sobie wzrok, obejrzał się i zobaczył Marię. Uśmiechnął się.
- Masakra.. – powiedział.
- No właśnie widzę, czymże podpadłeś Blondasowi?
- Czy trzeba czymś podpaść? – odpowiedział – Do tego ciężki dzień
mam. Posiedzę pewnie do wieczora.
- No właśnie, kawał z niego świni. Dasz radę. Później podejdę, idę swoja pańszczyznę odrabiać. – Poszła zostawiając za sobą chmurę duszących i słodkich perfum. Woń róż jeszcze chwilę męczyła mężczyznę. Wybiła dwunasta.
- No właśnie, kawał z niego świni. Dasz radę. Później podejdę, idę swoja pańszczyznę odrabiać. – Poszła zostawiając za sobą chmurę duszących i słodkich perfum. Woń róż jeszcze chwilę męczyła mężczyznę. Wybiła dwunasta.
Narada trwała
standardowo do trzynastej. Gabriel wrócił do swojego stanowiska, usiadł,
schował twarz w dłonie i klął w myślach.
- Co jest? – usłyszał głos, podskoczył, nie usłyszał jej kroków.
Maria położyła dłoń na jego ramieniu i usiadła na skraju biurka.
- Noc tu spędzę. – zaśmiał się z żalem w głosie.
- Ja też mam trochę roboty, jak się wyrobię to zajrzę i może coś
pomogę, ok? – zaproponowała.
- Zapraszam, ale sam muszę to ogarnąć.
- Zapraszam, ale sam muszę to ogarnąć.
Czas. Tradycyjnie mijał szybko, a przerzucanych papierów nie
ubywało w odpowiednim tempie. Cyfry zlewały się z literami i na odwrót. Gabriel
pił kawę za kawą, a za wielkimi oknami zaczęło się ściemniać. Wtedy pojawiły
się zielone oczy.
- Ja już ogarnęłam, – wykrzyknęła w euforii. – a Tobie jak idzie?
– spojrzała na rozgardiasz na biurku i już sama wiedziała. – dobra, zrób
przerwę.
- Nie mam na to czasu, wybacz. – Spojrzał na dziewczynę smutnymi
oczami.
- Zaufaj mi - powiedziała. Mrugnęła i podniosła się. – chodź. – Chłopak spojrzał na biurko, wziął głęboki oddech i wstał. Poszedł za dziewczyną. Wyprowadziła go na dach. Otulił ich wiatr i ostatnie promienie zachodzącego słońca. Jej włosy falowały w rytm podmuchów, stała wyprostowana i wpatrzona w oczy księżyca.
- Zaufaj mi - powiedziała. Mrugnęła i podniosła się. – chodź. – Chłopak spojrzał na biurko, wziął głęboki oddech i wstał. Poszedł za dziewczyną. Wyprowadziła go na dach. Otulił ich wiatr i ostatnie promienie zachodzącego słońca. Jej włosy falowały w rytm podmuchów, stała wyprostowana i wpatrzona w oczy księżyca.
- Pełnia dziś. – odezwała się po chwili i zerknęła na chłopaka. –
zawsze mnie fascynował, najwierniejszy obserwator naszych poczynań,
niewzruszony. Zastanawiałeś się kiedyś, jak to z nim jest? Po co nam
towarzyszy? Czy on myśli o nas? – Spojrzała na Gabriela, czekając na jego
odpowiedź.
- Hmm, księżyc, to księżyc, ciało niebieskie, nawet swojego światła nie ma. – odpowiedział.
Dziewczyna się skrzywiła, sięgnęła do kieszeni, wyjęła małą buteleczk. Spojrzała na jej szklaną powierzchnię, później na chłopaka.
- Hmm, księżyc, to księżyc, ciało niebieskie, nawet swojego światła nie ma. – odpowiedział.
Dziewczyna się skrzywiła, sięgnęła do kieszeni, wyjęła małą buteleczk. Spojrzała na jej szklaną powierzchnię, później na chłopaka.
- Mówiłam Ci o moich, naturalnych, wspomagaczach. – wyszeptała -
Chcesz sprawdzić? – dodała wyciągając w jego stronę dłoń z buteleczką.
- Wiesz, że nie bawię się, w narkotyki! – krzyknął.
- Czy ja mówiłam, że to narkotyk? – parsknęła śmiechem – To coś
innego, pomoże zobaczyć świat z innej strony. – Słowa dziewczyny w dziwny
sposób zabrzmiały w głowie chłopaka, zaszumiało mu przez chwilę w uszach. Sam
nie wiedział czy to wiatr, a może jej słowa. Nawet nie wiedział kiedy, w jego
dłoni znalazło się małe, szklane naczynie.
- Upij połowę! – Usłyszał, gdy jego usta spotkały się ze szklaną powierzchnią. Nabrał do ust. Przez chwilę nic nie wysmakował. Dopiero gdy czerwony płyn, otarł się o kubki smakowe poczuł piekło.
Dusząc zachwiał się na nogach, upadł na kolana. Dziewczyna, w ostatniej chwili, złapała buteleczkę. Gabriel przełknął ślinę, która smakowała jak płonąca surówka, prosto z huty. Świat zawirował.
- Jak to ma wspomagać? – pomyślał – Skoro teraz nic nie widzę. Zalałem się łzami i czuje tylko ogień?
Czerwonymi od łez oczami, spojrzał na dziewczynę, która stała i dolewała do buteleczki jeszcze jakiegoś płynu. Po chwili odzyskał czucie, w zdrętwiałym języku. Zapytał:
- Co Ty mi dałaś?
- Upij połowę! – Usłyszał, gdy jego usta spotkały się ze szklaną powierzchnią. Nabrał do ust. Przez chwilę nic nie wysmakował. Dopiero gdy czerwony płyn, otarł się o kubki smakowe poczuł piekło.
Dusząc zachwiał się na nogach, upadł na kolana. Dziewczyna, w ostatniej chwili, złapała buteleczkę. Gabriel przełknął ślinę, która smakowała jak płonąca surówka, prosto z huty. Świat zawirował.
- Jak to ma wspomagać? – pomyślał – Skoro teraz nic nie widzę. Zalałem się łzami i czuje tylko ogień?
Czerwonymi od łez oczami, spojrzał na dziewczynę, która stała i dolewała do buteleczki jeszcze jakiegoś płynu. Po chwili odzyskał czucie, w zdrętwiałym języku. Zapytał:
- Co Ty mi dałaś?
- Tabasco. – odpowiedziała z uśmiechem, jednocześnie dozowała
kropla, po kropli specyfik, do przyprawy. – Musiałeś upić trochę, bo muszę
zmieszać, TO z sosem.
- Mogłaś odlać! – wykrzyknął wypluwając, z siebie sos pomieszany ze śliną.
- No mogłam, ale i tak musisz się przyzwyczaić do tego smaku. – Zasłoniła palcem otwór w butelce i wstrząsnęła, mieszając. – No to teraz wypij to.
Gabriel złapał buteleczkę, zanim sam pomyślał, przechylił specyfik i łyknął. Gdy ostatnie krople palącego płynu zsunęły się do gardła przypomniały mu się słowa Marii.
„Jeśli hodujesz diabła, w głębokiej studni, trzymaj go”.
- Mogłaś odlać! – wykrzyknął wypluwając, z siebie sos pomieszany ze śliną.
- No mogłam, ale i tak musisz się przyzwyczaić do tego smaku. – Zasłoniła palcem otwór w butelce i wstrząsnęła, mieszając. – No to teraz wypij to.
Gabriel złapał buteleczkę, zanim sam pomyślał, przechylił specyfik i łyknął. Gdy ostatnie krople palącego płynu zsunęły się do gardła przypomniały mu się słowa Marii.
„Jeśli hodujesz diabła, w głębokiej studni, trzymaj go”.
- Dlaczego, gorzej niż pakt? – zapytał, zrobił kilka kroków w jej
stronę, poczuł jak nogi miękną. Świat stał się czerwony, a on padł na kolana.
Rozejrzał się wokół. Zamiast dziewczyny i dachu zobaczył zalany karmazynem las.
Nagle, zza drzew, wyskoczył mężczyzna, zakuty w ozdobną zbroję, celował do
niego z kuszy, odwrócił głowę szukając drogi ucieczki, w ostatniej chwili
zauważył drugiego woja, który zasadził się na niego z włócznią. Chłopak
odskoczył, metalowe ostrze broni, przeleciało tuż przed jego twarzą. Wtedy
zorientował się, że to nie na niego, zasadzili się myśliwi. Zobaczył wielkiego
wilka, który odwrócił paszczę, w stronę Gabriela. Gdy dzida przebijała
zwierzęce ciało, wielkie oczy wypełniły się bólem. Mężczyzna leżał na plecach,
wsparty na łokciach, nie mógł oderwać wzroku od wielkiej bestii, która wydawała
z siebie ostatnie tchnienie. Nagle, rycerz w ozdobnej zbroi, wskazał palcem
Gabriela. Chłopak poczuł ukłucie w ramię, świat zadrżał, jak szklana tafla i
pękł, na miliony kawałków. Gabriel wrócił na dach.
Podniósł się, spojrzał na dziewczynę z wyrzutem. Świat jeszcze wirował, ale poczuł słodki, metaliczny posmak w ustach. Dotknął ręką, zobaczył krew na palcach.
- Ugryzłeś się, w język. – wyszeptała dziewczyna, ja też to przeszłam.
- Co to było? – zapytał. Poczuł, że wszystko wraca do normy, świat staje się wyraźniejszy. Zalał go nagły przypływ energii. Zmęczenie ustąpiło.
Podniósł się, spojrzał na dziewczynę z wyrzutem. Świat jeszcze wirował, ale poczuł słodki, metaliczny posmak w ustach. Dotknął ręką, zobaczył krew na palcach.
- Ugryzłeś się, w język. – wyszeptała dziewczyna, ja też to przeszłam.
- Co to było? – zapytał. Poczuł, że wszystko wraca do normy, świat staje się wyraźniejszy. Zalał go nagły przypływ energii. Zmęczenie ustąpiło.
- Znikaj na dół, dokończ papierologię! – wyszeptała – Później Ci
wszystko wyjaśnię.
Mężczyzna uśmiechnął się podejrzliwie i odwrócił, skierował się do drzwi i zszedł na dół.
Dziewczyna została sama. Podeszła na skraj dachu. Spojrzała w dół. Letni wiatr zaplatał jej włosy. Zerknęła na księżyc. Uśmiechnęła się.
Mężczyzna uśmiechnął się podejrzliwie i odwrócił, skierował się do drzwi i zszedł na dół.
Dziewczyna została sama. Podeszła na skraj dachu. Spojrzała w dół. Letni wiatr zaplatał jej włosy. Zerknęła na księżyc. Uśmiechnęła się.
- To piękna noc będzie, mój bracie. – uśmiechnęła się do
srebrzystej powierzchni satelity, ten jej odpowiedział, tym samym. Maria chwilę
chodziła po gzymsie, później skierowała się w stronę drzwi, na schody.
Podskakując, jak mała dziewczynka, nuciła po cichu „Runaway” z czołówki „Crime
story”"
„I’m a walkin’ in the rain
Tears are fallin’ and I feel the pain
Watchin’ all the place go by
Some live and others die
And I wonder. I wa-wa-wa-wa-wonder why
Ah-why-why-why-why-why I don’t walk away
And I wonder what makes me stay
Runaway, a run-run-run-run-runaway”
Tears are fallin’ and I feel the pain
Watchin’ all the place go by
Some live and others die
And I wonder. I wa-wa-wa-wa-wonder why
Ah-why-why-why-why-why I don’t walk away
And I wonder what makes me stay
Runaway, a run-run-run-run-runaway”
Gdy zeszła do
biura, chłopak kończył właśnie, przerabiać ostatnią teczkę. Cały był
rozdygotany, poruszał się szybciej, niż sam mógł ogarnąć wzrokiem. Gdy wyłączał
komputer, spojrzał na dziewczynę.
- Co Ty mi zrobiłaś? – zapytał w dziwnej euforii – Słyszałem, jak
chodzisz po dachu, jak nucisz piosenkę i zbiegasz po schodach. Teraz bicie
Twojego serca. Co to było? – Zatkała mu usta, zatrzymując potok słów. Podeszli
do okna. Stali bokiem do niego. Był piękny zachód słońca, który oświetlał
miasto falą różu. Twarz chłopaka odbijała się w jej sargasowych źrenicach.
Pochyliła się w jego stronę, jak do pocałunku. Złapała delikatnie. Potarła
dłonią jego ramię i pchnęła w stronę okna. Brzdęk szyby, otulił wypadające
ciało aureolą drobin szkła. Maria, z rękoma w kieszeniach i z uśmiechem, od
niechcenia zaczęła iść w stronę windy. Po drodze zabrała identyfikator Gabriela
i odbiła go przy wyjściu.
Zanim chuda i
lekko przygarbiona postać dziewczyny zjawiła się na miejscu upadku, dobiegał ją
krzyk.
- Czyś ty oszalała? Patrz co mi zrobiłaś – wołał Gabriel, wyjmując
odłamek szkła z policzka – mogłem zginąć! To było trzynaste piętro – Zanim dokończył
rana w miejscu, z którego wyjął odłamek, zasklepiła się. Dziewczyna spojrzała
do górę, szukając wzrokiem okna, z którego wypadł chłopak.
- Nie mogłeś – powiedziała, uśmiechając się pod nosem.
- Nie mogłeś – powiedziała, uśmiechając się pod nosem.
***
To uczucie. Nie
lubił go. Serce biło jak zamknięte w puszce, a ktoś nieustannie nią trząsł.
Bijący mięsień uderzał o ściany blaszanego pojemnika i miał wrażenie, że zaraz
pęknie, jak dojrzałe winogron między Jej zębami. Tak, był trochę dziwny, może i
lubił inną muzykę, filmy i jedzenie, ale…
- Mam uczucia, do cholery. – krzyczał bezdźwięcznie w myślach.
Trzymał prawą dłoń na klatce piersiowej, próbował wyczuć ilość uderzeń serca. –
To nie zawał. – śmiał się z siebie, w huśtawce nastrojów. Od złości, do
totalnej beznadziei, nie zapominając o nienawiści i „pięściowaniu” ścian.
Teraz jest obok,
uśmiecha się, patrzy na niego i mówi, to co chciał by usłyszeć. Tylko teraz
może tak blisko podejść, by przejrzeć się w jej oczach. Poczuć zapach.
- Nigdy nie byłem bliżej, nie zamierza tracić okazji. – pomyślał.
- Nigdy nie byłem bliżej, nie zamierza tracić okazji. – pomyślał.
Nagły dźwięk
rozerwał materię. Jej twarz zbladła, zaczęła znikać. Dźwięk. Dziki zgrzyt.
Budzik.
- A co z Tobą? – Wyrwało mu się, w półśnie. Przetarł twarz, poczuł na niej dziwną powłokę. W półmroku, świtu wymacał włącznik lampki nocnej. Jasność, która wypełniła pokój, wymazała resztę snu. Rozejrzał się po pokoju. Wszystko pokryte było warstwą czegoś, co w tym świetle wyglądało jak pajęczyna.
- A co z Tobą? – Wyrwało mu się, w półśnie. Przetarł twarz, poczuł na niej dziwną powłokę. W półmroku, świtu wymacał włącznik lampki nocnej. Jasność, która wypełniła pokój, wymazała resztę snu. Rozejrzał się po pokoju. Wszystko pokryte było warstwą czegoś, co w tym świetle wyglądało jak pajęczyna.
- Co jest. – pomyślał.
Przetarł oczy,
poczuł, że coś pokrywa jego dłonie. Spojrzał na nie, zobaczył delikatny puch.
Co, do… – wyszeptał. Wstając wsparł się ręką na poduszce. Dłoń zanurkowała w delikatnym wypełnieniu. Zerknął, by się upewnić. Na widok poduszki, a właściwie jej resztek, tylko przewrócił oczami. Usiadł na skraju łóżka, spojrzał na zegarek. No tak. Piątek trzynastego. Wyginając komicznie usta, zdmuchnął z twarzy, warstwę piór. Wstał. Wskoczył pod prysznic. Zauważył, że spod drzwi sypialni, przeciąg wyciąga pióra, które zaczęły łączyć się, w małe stadka. Zdjął przewieszony przez szyję ręcznik i cisnął na podłogę uszczelniając pokój.
Co, do… – wyszeptał. Wstając wsparł się ręką na poduszce. Dłoń zanurkowała w delikatnym wypełnieniu. Zerknął, by się upewnić. Na widok poduszki, a właściwie jej resztek, tylko przewrócił oczami. Usiadł na skraju łóżka, spojrzał na zegarek. No tak. Piątek trzynastego. Wyginając komicznie usta, zdmuchnął z twarzy, warstwę piór. Wstał. Wskoczył pod prysznic. Zauważył, że spod drzwi sypialni, przeciąg wyciąga pióra, które zaczęły łączyć się, w małe stadka. Zdjął przewieszony przez szyję ręcznik i cisnął na podłogę uszczelniając pokój.
- Kwarantanna. Wrócę to ogarnę - pomyślał.
Stojąc, przed
wejściem przeszklonego budynku pomyślał, że nadal nienawidzi korporacji.
Kątem oka zauważył szklarzy, którzy tłumaczyli ochronie, cel swojej wizyty. Uśmiechnął się pod nosem, wspominając poprzedni wieczór i Ją. Otworzyły się drzwi windy. Jego nozdrza wypełnił słodki zapach róż. Jest już w pracy – pomyślał. Winda, lekko się kołysząc, sunęła do góry. Nagle kabina zadrżała i zatrzymała się między dwunastym, a trzynastym piętrem. Przeklął pod nosem. Uderzył pięścią, w ozdobny panel sterowniczy. Nie pomogło. Wcisnął guzik alarmu. Rozległ się cichy dźwięk, zamknął oczy i usłyszał, jak znienawidzony budynek żyje, mnogością ludzkich głosów. Mimo późnej pory, szklana bryła, wypełniona była ludźmi. Cichy szept, setek ust powoli zamieniał się w jeden krzyk, wycie, dziki skowyt. Ściany windy zaczęły pulsować w rytm głosów, z zewnątrz, które coraz ciaśniej oplatały mężczyznę. Nagle podłoga zawirowała. – Winda rusza. – pomyślał. Wtedy zgasło światło. Nagła ciemność uderzyła go w twarz, upadając na podłogę usłyszał jeszcze cichy szept.
Kątem oka zauważył szklarzy, którzy tłumaczyli ochronie, cel swojej wizyty. Uśmiechnął się pod nosem, wspominając poprzedni wieczór i Ją. Otworzyły się drzwi windy. Jego nozdrza wypełnił słodki zapach róż. Jest już w pracy – pomyślał. Winda, lekko się kołysząc, sunęła do góry. Nagle kabina zadrżała i zatrzymała się między dwunastym, a trzynastym piętrem. Przeklął pod nosem. Uderzył pięścią, w ozdobny panel sterowniczy. Nie pomogło. Wcisnął guzik alarmu. Rozległ się cichy dźwięk, zamknął oczy i usłyszał, jak znienawidzony budynek żyje, mnogością ludzkich głosów. Mimo późnej pory, szklana bryła, wypełniona była ludźmi. Cichy szept, setek ust powoli zamieniał się w jeden krzyk, wycie, dziki skowyt. Ściany windy zaczęły pulsować w rytm głosów, z zewnątrz, które coraz ciaśniej oplatały mężczyznę. Nagle podłoga zawirowała. – Winda rusza. – pomyślał. Wtedy zgasło światło. Nagła ciemność uderzyła go w twarz, upadając na podłogę usłyszał jeszcze cichy szept.
- Jesteś ostatnim z Paczki. – Nie wiedział co oznaczają słowa, ale
wiedział kto je wypowiada. Poczuł na sobie, jej zielonookie spojrzenie. Winda
nadal stała, nie zapowiadało się, że ktoś otworzy drzwi i go wypuści.
Znowu zakręciło
mu się w głowie, oparł ją o metalową ścianę i w pozycji półleżącej przysnął.
Poczuł powiew wiatru, przez moment był gdzie indziej. Otaczał go głęboki las,
on leżał pod rozłożystym dębem. Rozejrzał się, pachniało zgniłą wilgocią.
Jesień. Na niebie górował, nadnaturalnej wielkości, księżyc w pełni. Jego
światło oświetlało okolicę, było jasno, jak w dzień. Wokół było cicho, powiewał
tylko wiatr. Usłyszał kroki, zobaczył postać. Biegnąca półnaga kobieta,
oglądała i potykała się co chwilę. Nagle, przebiegając obok mężczyzny potknęła
się o wystający korzeń. Upadła kawałek dalej i przekoziołkowała. Podniosła się
na czworaka, ukrywała twarz za burzą potarganych, rudych włosów. Nagle
przegarnęła włosy, jej twarz była dziwnie zdeformowana. Oczy nieludzkie,
zwierzęce. Twarz pokrywała rudo-biała sierść. Wtem źrenice jej oczu rozszerzyły
się, na pół-ludzkiej twarzy pojawił się grymas. Nieziemski ból, który
prawdopodobnie poczuła, wygiął jej ciało w łuk, żuchwa zaczęła wychodzić z
zawiasów, a górna szczęka się wydłużać. Jej palce, zaczęły się wyginać, wbrew
prawom logiki i natury. Żebra poruszały się i falowały, jak pod palcami
szalonego pianisty. Wbijała, zniekształcone palce, w poszycie lasu i jęczała, jak
przedśmiertnej rozkoszy. Nagle, zawyła w stronę księżyca. Mężczyzna wzdrygnął
się i podskoczył. Dzika istota zauważyła go. Spojrzała na niego. Wilk –
pomyślał – Wilczyca. Kobieta wyciągnęła w jego stronę łapę. Nagle zamarła. To
przed czym uciekała, dopadło ją. Tuż nad jego uchem coś śmignęło. Oczy wilczycy
zamarły. W świetle księżyca, coś błysnęło. Uklękła. Ręce opadły wzdłuż ciała,
uniosła twarz w stronę księżyca. wyszeptała:
- Selene? – Jej oczy zamarły, były ludzkie, pełne bólu i smutku.
Sierść zsunęła się z jej twarzy, odsłoniła blade policzki. W jej piersi
sterczał błyszczący bełt. Srebrny. Mężczyzna usłyszał tętent kopyt, zza jego
pleców wyskoczył koń, a na nim jeździec w zbroi i tarczą, a na niej profil
czarnego wilka. Jeździec zatoczył koło, wokół zwłok wilczycy i przebił ją
włócznią. – Ścierwo! – wycedził przez zęby i splunął.
Nagle okolice wypełnił dziwny dźwięk. Brzmiał jak drapanie, o coś
metalicznego. Zdał sobie sprawę, że to tylko sen, a dźwięk pochodzi z realnego
świata. Jak tylko zlokalizował jego źródło, przestał go wydawać. To on drapał
podłogę windy. Spojrzał na dłoń, właściwie łapę. Zdeformowane palce zakończone
pazurami wydrapały sporą dziurę. Mężczyzna podskoczył, cała winda drgnęła.
Poczuł dziwną siłę, wyprostował się. Zawarczał.
- Nadal śpię. – wyszeptał. Wtedy, dziura w podłodze, poddała się.
Mężczyzna w skórze wilka, zaczął spadać. – Znowu gleba. – pomyślał. Przypomniał
sobie wczorajszą noc. – To nie sen – wyrzęził, gdy z impetem, wbił się w dno
szybu.
- Zamknij oczy, śpij… – Słyszał w głowie, grało jak zacięta płyta.
Doprowadzało do szału. Wgryzało się w mózg jak wiertło, jak głupia piosenka
discopolo. – Zamknij oczy, śpij, daj ponieść się emocją, pozwól by to co masz w
środku wyszło na wierzch. Czujesz ból? Krzycz. Gniew? Niszcz. Miłość? …Czujesz
jeszcze jej zapach, słyszysz jej głos, a w kącikach uszu słyszysz jej śmiech. –
Warczał do siebie. Zaczął się szamotać, jakby próbował wyrwać niewidocznemu
demonowi. Uderzał pięścią w metalowe ściany szybu windy.
Nagle, w ciemności zaczęło pulsować światełko. Mężczyzna nie mógł
określić skąd ono pada, w szale nie wiedział czy aktualnie stoi, czy leży.
Wyciągnął dłoń w stronę migoczącego świetlika.
Powyżej, kilka pięter nad nim, w miejscu, gdzie utknęła kabina
windy, technicy siłowali się z drzwiami.
- Mocno trzymają. – wysyczał jeden z nich i niewyraźnie przeklął,
na czym stoi świat. – Włodek, chyba nie puszczą… Trzeba będzie odłączyć
zasilanie pionu.
Hmmm – Odpowiedział, delikatnie poruszając wąsem Włodzimierz. Z
zawziętym, zacietrzewieniem naparł na łom, który wcisnął między połówki
rozsuwanych drzwi, te na chwilę rozchyliły się i do ciemnego wnętrza wpuściły
promyk światła, ale zaraz zatrzasnęły się. Chudy wysoki człowiek jęknął. – No
trzeba pion. Odłączyć. – dodał, po chwili. Schował łom do torby. Z
namaszczeniem zamknął ja, jakby odwlekając chwilę odłączenia prądu, jak
najdłużej. – Powiadom górę, że ich odcinamy. – wyszeptał zarzucając torbę na
ramię.
Niespiesznym krokiem udał się w kierunku schodów. Kilka pieter
niżej, zatrzymał się przy automacie do kawy. Wypił kubek gorącej kawy.
Ostentacyjnym gestem zgniótł plastikowy kubek i cisnął go w stronę kosza.
Plastikowy odpad odbił się od krawędzi. Spadł na podłogę. Włodek przewrócił
oczami. Rozejrzał się, czy nikt nie widział. Na pięcie odwrócił się w stronę
drzwi serwisowych. Zatrzymał się przy niech, szukał czegoś w kieszeniach.
Elektroniczna przepustka. Z metalicznym trzaskiem, w akompaniamencie dźwięku,
pociągania nosem, otworzyły się drzwi. Mężczyzna zamknął je za sobą i podszedł
do szafki z bezpiecznikami. Otworzył ją, palcem przeszukał listę odpowiednich i
zerknął na zegarek. Wtedy, tuż za nim rozległ się trzask i dziwny warkot.
Ściana obok mężczyzny odskoczyła jakby pchnięta od środka, przez nieznana siłę.
Zaintrygowany mężczyzna, zbliżył się do miejsca wybrzuszenia w ścianie. Położył
dłoń, poczuł uderzenie. Przyłożył ucho, usłyszał chrapliwy oddech. Odkleił ucho
od powierzchni, spojrzał na nią i zapukał pięścią. Ponownie zbliżył ucho.
Odczuł potężne uderzenie, przez chwilę dzwoniło mu w uszach, kanciapę wypełnił
łomot i nieludzki skowyt. Coś dobijało się zza ściany. Włodek stał jak wryty.
Ściana zaczęła pękać. Przez środek powstała wyrwa. Hałas ucichł, nic już się
nie szamotało. – Może to jakieś naprężenia materiału? – pomyślał. Mężczyzna usłyszał
dyszenie, jakby ktoś łapczywie próbował złapać oddech. Mechanik zbliżył się do
szpary w ścianie. W środku było ciemno, słychać tylko było oddech. – To wiatr –
pomyślał wyjmując latarkę z kieszeni. Latarka mrugając, rozświetliła wnętrze,
było pusto. Nagle zaczęła przygasać. Mężczyzna uderzył ją wnętrzem dłoni i
latarka ponownie zaświeciła, jeszcze jaśniej, lekko go oślepiając. Ponownie
zajrzał do wnętrza, tym razem głębiej. Jeszcze nie odzyskując pełnej
widoczności, wychylił się na palcach. Gdy jego wzrok, odzyskał pełna zdolność
widzenia, zauważył skuloną w koncie postać.
– Hej – krzyknął. Zanim zdążył przyjrzeć się, tuż przed jego
twarzą, pojawił się rząd wielkich biało-beżowych kłów. Włodzimierz, w ostatniej
chwili odskoczył, tuż przy jego twarzy przeleciały wielkie, powyginane szpony.
Siłą rozpędu mężczyzna wpadł w otwartą szafkę z bezpiecznikami, pokój
rozświetliły iskry, wydobywające się spod połamanych elementów elektrycznych.
Po chwili zrobiło się ciemno i cicho.
Kilka pięter wyżej. Mężczyzna zbliżył się do drzwi windy, które do
tej pory stawiały stanowczy opór. Po chwili ciemności, korytarz rozświetliło,
lekko pomarańczowe, oświetlenie z zasilania zapasowego. Wypełniło budynek złotą
poświatą. Chwycił połówkę rozsuwanych drzwi i bez problemu otworzył je.
Oświetlił wnętrze kabiny, zrobił krok do środkan. W ostatniej chwili zauważył
dziurawą podłogę. Skierował światło latarki w dół.
- Zaśnij…
– Zamknij się – wykrzyczał. – Światła rażą, kaleczą oczy,
oślepiają! Zgaś to! – Podniósł się. Wyciągnął rękę w stronę światła. Uniósł się
lekko, jakby podniosła go niewidzialna siła.
- Jest tam ktoś? – krzyknął serwisant. Usłyszał tylko skowyt,
jakby zwierzęcia. Zaczął skanować dno szybu światłem latarki, nagle wielki cień
poruszył się w dole. Z dzikim wrzaskiem, wzbił się w powietrze, odbijał od
ścian, raz z jednej strony to znowu po przeciwnej, jak kot przeskakiwał z
pietra na piętro. Mężczyzna zaczarowany tym widokiem stał, aż bestia pojawiła
się tuż przed nim. Ciężko dysząc. Stała na dwóch nogach. Na pierwszy rzut oka
przypominała człowieka, ale rysy świadczyły o zwierzęcym pochodzeniu. Bestia
stała chwilę, nagle rozłożyła ręce wzdłuż ciała, wykrzywiła palce w szpony i
wycharczała, coś co brzmiało jak:
- Mięso!!! – Mężczyzna nie miał już czasu, by wsłuchać się w dziki
wrzask, – Mięso!!
Na korytarzu, pośród dźwięku łamanych kości, rozrywanych tkanek,
rozległ się krzyk. – Niedźwiedź!?
Arghtttt!!! - Wyrywając, z pomiędzy pękniętych żeber wnętrzności,
warczał. W głowie dźwięczało mu jedno słowo – Mięso!
Na chwilę obudził go krzyk. - Niedźwiedź! - Spojrzał na swoje
ręce. Pod warstwą krwi i futra widział swoją skórę. Zacisną szpony w pięść i
znowu zawarczał nieludzko. W szaleństwie zaczął wymachiwać wielkimi owłosionymi
łapami, rozszarpując na kawałki ciało serwisanta. W pewnym momencie na
korytarzu pojawili się dwaj, dobrze zbudowani, wysocy mężczyźni. Kawałki mięsa
odbiły się od ich kamizelek, na których białymi literami mieli napisane
OCHRONA. - oż ty kur... „ - wyrwało się jednemu z mężczyzn. W panice zaczął wydobywać
z kabury pałkę. Wielka włochata bestia zaczęła biec w ich kierunku. Ochroniarze
cofnęli się o krok, Wilk przebiegając obok nich, rozepchnął się stanowczo,
wbijając ich w gipsowo-kartonowe ściany. Człowiek w wilczej skórze biegł wzdłuż
korytarza. Chwilami, w rozświetlonym awaryjnymi lampami korytarzu, pojawiała
się ciekawska głowa. Drzwi otwierały się na moment, wychylała się postać i gdy
już zobaczyła co się dzieje z okrzykiem zamykała pokój lub chowała się w
boksach. Długi korytarz w pewnym momencie skręca w prawo, na samym zakręcie
otworzyły się drzwi. Pojawił się kolejny ochroniarz. Wilkołak wskoczył na jego
piersi, warknął mu prosto w twarz i wybił się daleko. Ciało, wypadając przez
drzwi wypadło na klatkę schodową, z której przed chwilą wyszedł. Bestia
pobiegła dalej. Na końcu korytarza było wielkie okno. Nie zwalniając zwierze
wbiegło w szybę. Brzdęk tłuczonego szkła zagłuszył krzyczących wewnątrz budynku
ludzi. Wilk spadał. Przez myśl przeszło mu, że tak to się zaczęło - od upadku z
okna. Z wielkim hukiem uderzył o bruk.
Obudził się rano, lekki wietrzyk otulał go. Był nagi. Leżał w
kłębach szaroczarnego futra. Z poprzedniego wieczoru nie pamiętał nic. Spakował
futro w foliowe worki na śmieci. Wziął prysznic. Kątem oka zauważył
posiniaczone plecy. Cały czas zastanawiał się, co się wydarzyło. Czuł dziwny
zapach, słodka woń drażniła delikatnie jego nozdrza. Czuł go na dłoniach,
pomimo że umył je, dokładnie. Kilka razy. Zapach był słodki, z lekka nuta
metaliczności. Jak krew. Ubrał się i sprężystym krokiem ruszył do pracy.
Był nakręcony. W głowie przemykało mu tysiące myśli, pytań jakie zada
zielonookiej. Jak zwykle, czuł jej obecność, już od progu, gdy przeszedł za
szklane drzwi budynku. W środku panował dziwny spokój. Jakby dnia poprzedniego
nic się nie działo i to, że nie pamiętał go było równoznaczne z tym, że
faktycznie nic się nie wydarzyło. Podszedł do windy.
„WINDA NIECZYNNA „
Ruszył w
kierunku klatki schodowej. Do jego boksu, jeśli szedł schodami, prowadziła
długa droga. Jedno z pięter było zamknięte. Poczuł tam intensywny zapach, taki
jak rano w domu, ale znacznie mocniejszy. Poczuł, jak po karku przechodzą go
dreszcze. Przez chwilę miał zawroty głowy, czuł się jakby oglądał się z
zewnątrz i to co robi nie dzieje się za jego zgodą. To jakby te zawroty były
kolejką górską, a on z niej właśnie wypadł. Nie kontrolował tego co robi. Wziął
głęboki oddech. - Skup się - pomyślał. Musiał przejść przez kilka działów.
Wzrokiem szukał Marii. Gdy już dotarł do stanowiska pracy zauważył na biurku
stos papierów, Pierwsza część dnia minęła szybko, cały czas rozpierała go
energia i poczucie, że nie do końca jest sobą. Pomyślał o dziewczynie, że musi
zadać jej te wszystkie pytania, które ułożył w głowie. Podążał za słodką wonią
róż.
Rozdział II. Wolfsbane
Znalazł ją w
pomieszczeniu socjalnym. Stała oparta o stół. Ubrana w białą koszulę. Ta
delikatnie opinała jej kształty. Biały materiał wpuszczony w krótką spódniczkę,
która ledwo sięgała za linie pośladków, do tego czarne rajstopy i buty na
szpilkach. Dziewczyna popijała kawę, miała przerwę, analizowała dzień, który
dla niej właściwie mijał. Gdzieś obok pracowali ludzie, cała chmara ludzi,
mrowisko pulsowało, które dawało pozory życia. Po prostu byli. Oni – mrówki.
Budynek – mrowisko. Życie – egzystencja. Maria zastanawiała się właśnie nad
raportem, który pisała, gdy wszedł ON. Spojrzał na kobietę, która się speszyła
i poprawiła spódniczkę.
- Cześć. Często tu bywasz? - zapytał półserio. Uśmiechnął się przy
tym szelmowsko, pochylając głowę i mrużąc oczy.
- Tak... - Odpowiedziała, gryząc się w język, bo zrozumiała, że to
jakiś gryps. - Haha - zaśmiała się ratując sytuacje. - za często.
Nalał sobie kawy.
Oparł się o kontuar tuz obok niej. Czuł zapach jej perfum. Zapomniał o co
chciał zapytać. Myślał tylko o niej, że tu jest.
- Dobra ta kawa?
- Najlepsza, po tej stronie budynku. - odpowiedziała uśmiechając
się smutno. Już miała skarcić go za wybryk, z dnia powszedniego. Mężczyzna
dopił kawę. Odstawił kubek. Stanął naprzeciw niej, chwycił krawędź stołu oparł
się na nim. Zamknął dziewczynę między swoimi ramionami. Jego twarz była tuż
przy twarzy Marii. Spojrzał jej w oczy. Pochylił się do ucha. Szepnął, zanim
zdążyła zareagować.
Stała jak sparaliżowana i słuchała. Mężczyzna przez chwilę dał się
ponieść zwierzęcemu instynktowi.
- Mam na Ciebie ochotę. - wyszeptał, zielonooka podskoczyła
delikatnie - Wziął bym Cię na tym stole – Zadygotała - lub przywiązał do
krzesła i zrobił z Tobą cuda... - Zadrżała, na jej skórze pojawiły się ciarki,
które przeszły w dreszcze, już czuła jego dotyk, jak jest blisko, bardzo blisko
i dotyka. Klepie po tyłku. Krzyczy na nią. Szarpie. Wyzywa. Poniża. Wiąże i
karci.
- Też mam ochotę. Tu i teraz... - pomyślała, dając mu w twarz.
Gabriel z uśmiechem odskoczył. Puścił oko i znowu zawadiacko uśmiechnął się.
Zauważyła, że jego idealny garniak wybrzuszył się nienaturalnie tu i tam.
- To też polubię. - dodał wychodząc. - o której kończysz?
W odpowiedzi pokazała mu palec. Jednocześnie dobrze go zmierzyła.
Miał fajne pośladki, już wcześniej to zauważyła. Był wysoki i wysportowany.
Oblizała usta, przygryzła wargę. Nie mogła się skupić. Widziała siebie i jego,
w łóżku, w wielu wariantach. Na górze na dole, związaną, z zawiązanymi oczami.
On związany, a ona wiła się wokół jego ciała jak kot, lub raczej wilk, który
łapie ofiarę. Szukała w myślach jego czułego punktu, aż do piątej, gdy dzień
pracy się kończył.
Pogoda za oknem
nie wróżyła suchego powrotu do domu. Zeszła podskakując w stronę wyjścia.
Podniosła kołnierz i wyszła na ulicę. Czuła, że ktoś ją obserwuje. Wyobraźnia
podpowiadała jej wiele scenariuszy. Nagle pierwsze krople zaczęły spadać na jej
ramie. - No super. - pomyślała.
Wtedy kątem oka zauważyła samochód, który jechał wolno, tuż za
nią. Obejrzała się. To był On. Gdy zorientował się, że go zauważyła opuścił
szybę i z zadziornym uśmiechem zapytał.
- Krzesło czy stół? A może wolisz moknąć? - Znowu pokazała mu
palec, dając kilka kroków do przodu. Wtedy zaczęło mocniej padać. Zatrzymała
się, obróciła na pięcie i wskoczyła do samochodu.
- a co z palcem? Już nie mam spadać? - Ponownie pokazała mu palec.
Chwycił go i z zamkniętymi oczyma, wessał go do ust. Dziewczyna podskoczyła -
Znowu to zrobił... - pomyślała. - Będziemy tak stali? Chcesz się tu pieprzyć? -
Dodała na głos. Gabriel zaskoczony, otworzył usta, a Maria wyjęła palec z
rozdziawionych warg mężczyzny.
- Haha, zacząłeś słuchać? To dobrze. Jeszcze jeden taki numer, jak
wczoraj, to osobiście wyrwę Ci serce. Są ludzie, którzy tylko czekają, że się
ujawnimy. - Wykrzyczała jednym tchem Wyjęła z torebki zawiniątko. - Mam tu
Twoje ubranie, z wczoraj. Właściwie, to tyle co z niego zostało. - Rzuciła
paczuszkę na tylne siedzenie. - Jedziemy? - dodała - Trzeba Cię trochę
wytresować.
Mężczyzna ruszył
ostro, piszczące opony odbiły się echem wzdłuż pustej uliczki. Gdzieniegdzie
zmieniając dźwięk ruszania w słowo – Idiota! - Czego para już nie słyszała.
Dojechali do skrzyżowania, tuż przed maską samochodu wyjechała
policja. Gabriel ostro przyhamował.
- Heh. Ożywiłeś to miasto. - syknęła przez zęby.
- Ma się ten urok osobisty. Co? - uśmiechnął się.
- Samiec alfa. Cholera jasna. Nawet nie wiesz jakie problemy mogą
z tego być, jeśli nie nauczysz się kontrolować.
Przez chwile
panowała cisza. Maria wpatrzona w mijane latarnie, milczała. Układała w głowie
dzień, który mijał. Analizowała sytuacje związaną z Gabrielem. Zastanawiała
się, czy wszystkie dowody udało się jej zlokalizować? Rozdarte
rzeczy, taśmy z monitoringu, nagrania z windy. - Jestem pewna, że coś mi
umknęło!! - pomyślała. Świat za szybą samochodu migotał hipnotyzując, a czas
mijał. Padający deszcz zniekształcał świat, nadwrażliwość na dźwięki dawała o
sobie znać. Kap, kap, kap... Dach samochodu zmienił się w jedną wibrującą
powierzchnie, która w umyśle Marii zmieniała bębniącego szamana. Traciła kontrolę
nad bestią zamieszkującą jej ciało. Nagły dreszcz wzdłuż kręgosłupa, zapach
kierowcy, deszcz, bezwładność na zakręcie i przez chwilę jej oczy zmieniły się.
Zielone źrenice powiększyły się, zasłaniając biel oczu. Wielkie, zielone ,
zwierzęce oczy wpatrywały się w dal. Nagłe szarpnięcie samochodu i głos
Gabiego, obudziły dziewczynę z letargu. Korzystając z chwili przytomność
sięgnęła do torebki, wyjęła mały flakonik, wzięła łyczek i zajrzała w lusterko.
Jej oczy zamigotały, źrenice zwężały się i rozszerzyły kilka raza by po chwili
wróciły do normalnej wielkości. Dziewczyna odetchnęła. Ponownie ogarnęła myśli,
przełknęła ślinę pomieszaną z sosem tabasco i zerknęła w stronę kierowcy, który
właśnie zerkał na nią jakby czekał na coś. Jego głos, słyszałam go przed
chwilą, pytał o coś?
- Co mówiłeś? - spytała.
- Dokąd Cię odwieźć, odpłynęłaś na chwile. Wszystko gra? -
Zapytał.
- Miał minę jakby faktycznie się martwił. - pomyślała.
- Przepraszam. Zamyśliłam się. - Skłamała, do pewnego
stopnia. - Jeszcze dwie przecznice i w prawo. - Zaskoczyła samą siebie.
Wewnętrzny GPS, nadal sprawny. Uśmiechnęła się w myślach. Deszcz za oknem przestał padać, a niebo
zaczęło się rozpogadzać. Chmury odsłoniły skrawek nieba. Pojawił się księżyc.
Dobierający, księżyc odliczał dni do pełni. Promienie księżyca oświetliły twarz
mężczyzny, Gabriel zacisnął zęby, dłonie na kierownicy, wszystkie mięśnie
zaczęły nienaturalnie falować, zaczął się pocić. Maria widząc to włączyła
radio, na pełen regulator. Gabriel podskoczył. Kobieta wzięła z torebki
flakonik z ostrym sosem.
- Zaparkuj tutaj, pod tym monopolowym. - pochyliła się nad
kierownicę i wskazała palcem miejsce, gdzie ma zaparkować. - Napiła bym się
wina, a Ty? - zapytała, pokazując szereg białych zębów. Uśmiechała się tak
szeroko, że mężczyzna nie śmiał odmówić.
Zaparkował,
wyskoczył z samochodu i podbiegł do sklepu, zanim dziewczyna zdążyła
zareagować. Zatrzasnąć drzwi. Zostawił ją pochyloną w stronę drzwi kierowcy, w
pół zdania. - Weź czer... - Zwiesiła głowę i dokończyła po chwili - wone. -
Wzięła głęboki oddech i wysiadła. Podskakując, jak mała dziewczynka poszła lub
bardziej pogalopowała w stronę sklepu nocnego. Gdy była w pobliżu drzwi, z
wnętrza sklepu wytoczyła się grupka pijaczków w dresach.
- Cześć laleczko. Dokąd tak biegniesz? Może z nami wyskoczysz? -
zapytał jeden z dresiarzy. - Tam mamy furę. - Dodał wskazując samochód
zaparkowany opodal. Dziewczyna zignorowała mężczyznę. Chciała ominąć
narzucającego się człowieka, ten jednak złapał ją za nadgarstek. Maria
zatrzymała się, pochyliła głowę, wzięła głęboki oddech. Spojrzała na
napastnika. - Puść! - powiedziała stanowczo.
- Ty się puść. - Odpowiedział zbir z obleśnym uśmieszkiem, na co
jego koledzy odpowiedzieli salwą śmiechu. Dziewczyna znowu próbowała się
wyrwać. Uścisk dresiarza zacisnął się. - No. To jedziemy. - i próbował zrobić
krok w stronę samochodu. Dziewczyna odwinęła się, wygięła rękę napastnika i
pchnęła go w stronę jego ziomków. Ci go złapali. Mężczyzna skrzywił się. -
Łapać ją ! - krzyknął. Maria nawet nie zaczęła uciekać gdy cała piątka się na
nią rzuciła. Przez chwile zabrzmiało jej w głowie:
"Five to one, baby
One in five
No one here gets out alive, now"
One in five
No one here gets out alive, now"
Gdy pierwszy
napastnik był już blisko, złapała go za rękę, cofnęła o krok, pociągnęła za
sobą i nadając mu moment pędu puściła. Napastnik poleciał daleko, próbował
jeszcze przebierać nogami, ale w pewnym momencie potknął się i wybijając boczną
szybę samochodu wpadł szczupakiem do środka. Wtedy inny z dresiarzy złapał
Marię za ramię, ta chwyciła jego dłoń wykrzywiła trzymając za kciuk. Mężczyzna
skrzywił się i przyklęknął. Dostał mocnego kopa z kolanka. Na twarzy
momentalnie pojawiła się krew z nosa.
Słodkawy zapach dotarł do nozdrzy dziewczyny. Świat zawirował.
Zielone oczy znowu się zmieniły, źrenice zalały gałki oczne. Znowu zaczęło
padać, drobne krople zaczęły muskać jej twarz. Słyszała jak uderzają o ziemię.
Jak każda kropla uderza o tandetne dresy napastników. Wszystko zwolniło. Bestia
chciała wyjść. Szarpała za kraty jej cielesności, trzymała za zawiasy duszy.
Zacząć działać. - Na chwilę, mogę Cię wypuścić. - pomyślała. Przez chwilę
słyszała jak jeden z nich coś krzyczy. - Mój nos! - Świat znowu ruszył, jak
płyta didżeja, gdy puści ją po chwilowym zatrzymaniu. Trzech kolejnych rzuciło
się na nią jednocześnie. Jeden dostał z pięści w nos, upadł kawałek dalej.
Drugi zarobił kopa w jądra, złamał się w pół i piszcząc coś pod nosem upadł.
Trzeci zatrzymał się w półkroku i zawahał. Zauważył dziwne oczy dziewczyny i
się wystraszył.
- Buu ! - szepnęła Maria. Mężczyzna odskoczył, potknął się o
jednego z kolegów. Cały czas wpatrując się w oczy dziewczyny na rękach próbował
uciec. Maria zrobiła krok w jego stronę, ten wstał na równe nogi i zaczął
uciekać. Przeszło jej przez myśl rozszarpanie go. Chciała go posmakować, usłyszeć
jak skomle o życie, jaki dźwięk wydaja kości gdy się łamią. Przez chwilę, gdy
rozważała konsumpcję, menel zniknął za zakrętem, w bocznej, ciemnej uliczce. -
Dokładnie tam. Tak lubię. - pomyślała i zrobiła krok w jego kierunku. W tym
samym momencie drzwi monopolowego otworzyły się i pojawił się Gabriel. Miał
dwie butelki, białe i czerwone wino. Patrzył na etykiety. Nagle wyrwany z
zamyślenia zauważył Marie. - O, właśnie. Nie zapytałem, jakie wolisz. Wziąłem
oba rodzaje. - pokazał z uśmiechem i zauważył leżących mężczyzn. - A co tu się
stało?
- Jakaś wiejska impreza. - uśmiechnęła się i niewinnie wzruszyła
ramionami. - Jedziemy do mnie? Wolę czerwone. - Podskoczyła i dyskretnie
łyknęła tabasco z butelki. Wszystko wróciło do normy. - Jeszcze dwie przecznice
i jesteśmy u mnie.
Deszcz delikatnie zmieniał zapach ulicy, rozmywał zapach krwi,
mężczyzna jednak wyczuł jej zapach i zatrzymał się wpół kroku przed samochodem.
Maria już była od strony pasażera i w ostatniej chwili zauważyła, że Gabriel
zawisł. Zagwizdała. Na chwilę odzyskał świadomość. Wsiadł do samochodu. Ręka
mężczyzny zawisła z kluczykiem nad zamkiem. Oczy były ciemne, białko zanikło.
Teraz zwierze, które siedzi w nim woła o wyjście. - Cholera.. - wyszeptała.
Nabrała w usta tabasco i pocałowała go. Ostry i ciepły od jej śliny płyn
spłynął do jego gardła. Oczy znowu rozjaśniały, a mężczyzna podskoczył.
Dziewczyna roześmiała się. - Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś?
Gabriel po chwili doszedł do siebie. - Bardzo zabawne. -
powiedział, niby do siebie. Odpalił samochód i ruszył. Kątem oka zauważył, jak
w mijanym samochodzie siedzi, pokaleczony, bezzębny mężczyzna w dresie. - Nawet
nie chce wiedzieć... - dodał, również do siebie.
Po przejechaniu
dwóch przecznic dotarli do mieszkania Marii. To była stara kamienica, z
zabitymi dechami, oknami i powybijanymi szybami, w kilku mieszkaniach
paliło się światło.
Podwórko było zarośnięte, na tyle, że wątłe światła lamp sodowych
ledwo oświetlały okolicę. Skrzypiące schody prowadziły na samą górę. Maria
otworzyła solidne drzwi, za którymi kryły się kolejne, wygłuszone i równie
grube, co poprzednie. Weszli do środka, dziewczyna zamknęła za sobą drzwi
zerkając na korytarz, czy nikt ich nie widział.
Rzuciła na
krzesło płaszcz, zdjęła buty i odetchnęła. - Home sweet home. - wyszeptała. -
Nalejesz wina? - zapytała, jakby przypomniała sobie, że jest jeszcze on. Gość.
Spojrzała, jak nerwowo krąży po pokoju. Milczy. Nosi go, krąży jak bestia,
która biega wzdłuż klatki. Zbliża się. Szuka wyjścia. - Trzeba szybko działać.
- pomyślała. Podeszła do Gabriela, zabrała mu z ręki kieliszek. Łyknęła,
zbliżyła usta do jego ucha i zapytała. - Gdzie ten samiec alfa? - Wsunęła dłoń
pod koszul, poczuła jak jego mięśnie nierówno i dziwnie falują. Pchnęła go na
drzwi, które z hukiem uderzyły o ścianę wewnątrz. Gabriel zajrzał do środka,
zobaczył wielkie łoże. Zdjęła mu koszulę, ponownie pchnęła delikatnie do
środka, wpatrywała się w niego. Jeszcze raz pchnęła go, padł na łóżko. Łyknęła
wina, ponownie przechyliła kieliszek i nabrała w usta wina. Pocałowała
Gabriela, wpompowała mu odrobinę do ust. Chciał oddać pocałunek, chwyciła go za
policzki, pochyliła usta i szepnęła do ucha. - JA teraz rządzę - Polizała go po
szyi. Chwyciła jedną rękę i zatrzasnęła na nadgarstkach kajdanki. Chwyciła
drugą dłoń i zrobiła to samo. Przeciągnęła palcem wzdłuż szyi, przez splot
słoneczny do pępka. Patrząc mu w oczy zeszła niżej. Mężczyzna zadrżał, pojawiła
się gęsia skórka. Patrząc mu w oczy sięgnęła ręką jego nóg i tak jak ręce
przypięła je kajdankami. Ponownie wspięła się do twarzy Gabiego. Położyła głowę
na jego torsie i wsłuchała się w bicie jego serca, było szybkie, jak po szybkim
biegu.
- Co dalej? - zapytał.
- No właśnie, co dalej . - Powtórzyła. Uniosła się i wyjęła z za
jego głowy maskę. Zapięła mu na twarzy. Maska zasłaniała usta, pozwalała
oddychać, ale uniemożliwiała mówienie i blokowała ruchy. - Chwila na
przyzwyczajenie i moment ciszy.
Wstała z
mężczyzny, wyszła z pokoju, wzięła prysznic, przechodząc obok pokoju zaglądała
do środka co jakiś czas. Po dłuższej chwili wróciła do pokoju. Wyjęła z
szuflady zdobiony sztylet. Ubrana tylko w kłusy szlafrok, podeszła do
związanego mężczyzny. Chwile wodziła ostrzem po ciele mężczyzny i ponownie
wskoczyła na niego okrakiem. Spojrzała mu w oczy. Wystraszone oczy mężczyzny
wodziły po suficie w pokoju. Maria lekko przesuwała nóż po torsie mężczyzny,
dygotał. - Boisz się? - zapytała. - To nie dla Ciebie. - Dodała i zacięła się
delikatnie w wewnętrzną stronę dłoni, wycisnęła krople, która spadła pod maskę.
Mężczyzna jak tylko poczuł zapach krwi i wyczuł metaliczny smak wygiął się jak
pałąk. Dziewczyna podskoczyła na brzuchu mężczyzny gdy ten się wygiął. - Wow,
cóż za energia. - krzyknęła. Jego oczy zmieniły się, wielkie brązowe źrenice
wpatrywały się w dziewczynę. Oddychał łapczywie.
- Uwielbiam to uczucie. Jak mięśnie zmieniają się, całe
ciało faluje. Kości zmieniają położenie. Nawet jak rośnie futro. To jak jazda
konna, genialne uczucie, gdy czuje się każdy mięsień. - zamyśliła się na
chwilę. - Zawsze mi się podobałeś, czasami chciałam zagadać, zabrać na kawę,
wino jak dziś. Patrzyłam w oczy i chciałam powiedzieć co możemy robić, ale
zamiast tego zadawałam inne pytanie. Prozaiczne. Wiem, że zawsze mogła bym na
Ciebie liczyć. Kiedyś Ci powiem, bo teraz już mnie nie rozumiesz... - Mężczyzna
znowu podskoczył w konwulsji. Kobieta chwyciła pasy i zapięła je na wysokości
torsu, który powoli zmieniał i pokrywał się futrem. Maria zeszła z mężczyzny,
który sapał i jęczał z bólu. Podeszła do laptopa, zalogowała się na konto firmy
i załatwiła mężczyźnie tydzień urlopu.
- Trochę tu posiedzisz. Zanim będziesz potulnym wilczkiem. -
Szepnęła.
Maria siedziała w fotelu z jedną nogą na siedzeniu, tuż pod
pośladkami, drugą na podłodze. Wspierała podbródek na kolanie, jedna ręką
kontrolowała myszkę, druga dłoń wędrowała wzdłuż nóg. Bezmyślnie wertowała
strony raportów i maile z firmy. Nie skupiała się na tym, za bardzo. Myśli
krążyły wokół zwierzęcia, które prężyło się na łożu w drugim pokoju.
Przełączyła ekran na podgląd pokoju, przyglądała się Gabrielowi. Było w nim
coś, poza tym, że już był zwierzęciem to tkwił w nim jakiś pierwotny
pierwiastek dzikości. Może zawsze ją pociągał, dlatego go wybrała i z tego
powodu jest teraz tutaj. Myśląc o nim poczuła dreszcze, jej ciało przeszyła
rozkosz. Ciarki spowodowały szybsze bicie serca. Jej oddech zaczął
przyśpieszać. Jej skóra pokrywała się gęsią skórką. Policzki na zmianę blakły i
purpurowiały. Fale rozkoszy przepływały wzdłuż kręgosłupa, a kończyły swoją
podróż na końcach palców u stóp. Pomyślała o nim. Jej dłonie wędrowały w
poszukiwaniu tej myśli. Zsunęła się na podłogę. Wylądowała na dywanie, grube
frędzle ciężkiego splotu pojawiały się i znikały między jej palcami gdy wbijała
je w niego. Przez chwilę klęczała, z wysuniętymi nad głową rękoma, sięgała jak
najdalej, jakby próbowała sięgnąć coś, co jest tuż w zasięgu palców. Oddychała
głęboko. Jej skóra falował, częściowo przez gęsią skórkę, a częściowo pod
działaniem zwierzęcia, które ukrywało się w niej… Zajęczała. Skuliła się.
Ponownie zastękała. Zdarła z siebie koszulkę, która do tej pory skrywała jej
blade ciało. Podniosła się na równe nogi, jej jasna skóra skryta była w
gęstwinie błyszczącej sierści. Odrzuciła z siebie resztki sztucznego materiału
i zerknęła przez ramię w kierunku pokoju, gdzie leżał mężczyzna. Jej oczy
błyszczały zielenią i rządzą krwi. Jednym susem wpadła do środka. Zrobiła krok.
Upadła, jej ciało zmieniło się. Zajęczała. Spojrzała na unieruchomionego
Gabriela. Oblizała pysk. Wstała.
***
Siedziała w
fotelu, na miejscu pasażera. Siedzenie miała odsunięte jak najdalej można było.
Nogi zadarte wysoko, a stopy wsparte na kokpicie. Przyglądała się jak pierwsze
promienie słońca przesuwają się pomiędzy palcami, a cienie drzew poruszają się
po jej łydkach. Przeczesała blond włosy i kątem niebieskich oczu zauważyła
kierowcę, który również wpatrywał się w jej stopy.
- Uważaj na drogę Stan. – Zwróciła mu uwagę. Nie zareagował,
zsunęła stopy na podłogę. Wstrząsnął nieznacznie głową i spojrzał przed siebie.
- Coś mówiłaś? – Zapytał jak obudzony ze snu. Blondynka
uśmiechnęła się pod nosem. Kierowca zauważył to. – No co? – dopytał.
- Myślisz, że to ONI? – Zmieniła temat. – Że bestie powróciły?
- W raporcie jest tylko o wielkim zwierzęciu, świadkowie użyli
sformułowania „niedźwiedziowaty”, cokolwiek to znaczy. – zamilkł na chwilę –
Zdrzemnij się Luu. Jeszcze kawał drogi przed nami. – dodał. Chwycił mocniej
kierownicę. Na prawym przedramieniu, tuż pod podwiniętym rękawem białej koszuli
miał wytatuowany symbol mjolnir, zza którego wychylały się z jednej strony
kruk, z drugiej wilk.
***
Maria obudziła
się wtulona w tors Gabriela. Sierść, która zsunęła się z ich odmienionych ciał
pomieszana leżała poniżej łóżka. Podniosła głowę, wsunęła dłonie pod brodę.
Wpatrywała się w mężczyznę, który nadal tkwił w półśnie. Kobieta odchyliła
głowę, by zobaczyć, która godzina. Stwierdziła, że jeszcze chwile może poleżeć.
– Lubię się w Ciebie wpatrywać, ciekawe czy zauważyłeś. – Zaczęła mówić –
Śmieję się z Twoich żartów, nawet jak nikt inny ich nie rozumie i nie do końca
są śmieszne. Spinam się gdy jesteś obok. Ty chyba też, zamykasz się wtedy całym
ciałem. To nawet ja zauważyłam. – Uśmiechnęła się – Czy to coś oznacza? Kto zna
odpowiedź? – Dodała i zsunęła się na podłogę. Jej stopy wylądowały na kobiercu
świeżych rudo-szarych włosów. Uśmiechnęła się, pochyliła i podniosła kila
kosmyków. – Można by poduszki wypychać? – Zapytała z nieukrywanym sarkazmem.
Zmięła kosmyki, które zmieniły się w drobny pył. Resztkę proszku
zdmuchnęła w kierunku Gabriela. – Nic z tego. – zaśmiała się pod nosem – Póki
otula naszą skórę jest twarda jak stal, a gdy opadanie o poranku znika jak sen.
– dodała przez ramię kierując się w stronę łazienki. Wesoło pogwizdując wyszła
z tajnego pokoju, kręcąc przy tym nagimi pośladkami, jakby miała nadzieję, że
patrzy.
Wzięła prysznic,
ubrała się i ostatni raz zajrzała do pokoju, gdzie leżał. Oparta o framugę
przygryzała wargę i patrzyła. Po chwili chrząknęła, podeszła do mężczyzny,
nakryła go kocem, odwróciła się i wyszła zamykając pokój. Gabriel leżał
nieruchomo, oddychał płytko, jego klatka piersiowa poruszała się nieznacznie,
ale szybko. Leżał jak ryba wyrzucona na brzeg. Bezradnie łapał oddech, a wiatr
osuszał jego skórę.
Dziewczyna
dotarła do pracy tuż przed ósmą. Na korytarzach pośród pracowników poruszała
się spora grupa ochroniarzy i policjantów, którzy rozmawiali z pracowaniami,
przesłuchiwali ich. W powietrzu unosił się słodki zapach. Krew. Podtrzymywał w
Marii dreszcz podniecenia. Trwała by w tym stanie, gdyby nie inny zapach.
Gorzki, jakby starych ksiąg połączony z zapachem prochu. Poczuła dziwną aurę.
Pierwszy raz, od wielu lat wpadła w zimne ręce strachu. Poczuła zimno, oparła
się o ścianę. Wszystko zawirowało i zaczęło się zmieniać w wizję. Korytarze
zamigotały światłem pochodni, które zamocowane do ceglanych ścian jako jedyne
oświetlały pomieszczenie. Poczuła podmuch wiatru, który niósł ze sobą zapach
zgnilizny, krwi i śmierci. Osunęła się na podłogę, czuła wilgotne cegły, które
przesiąknięte bólem wciągały ją w swoja pustkę. W ciszy rozległ się nieziemski
skowyt i głos. – Trzymaj go! – usłyszała. Po chwili rozległ się ludzki krzyk i
trzask. Nagle wzdłuż korytarza coś się poruszyło, biegło w jej kierunku.
Gdy przebiegało obok zauważyła na jego ciele liczne rany. Istota zatrzymała się
pół kroku od kobiety. Dziwna postać pochyliła się i spojrzała Marii w oczy,
resztki światła oświetliły oblicze bestii. – Uciekaj… – wyrzęziła półgłosem
zniekształcona postać.
- Wszystko w porządku? - Nagle wszystko wróciło do
normy.
- Co, jak? – zapytała Maria łapiąc pierwsze oddechy
rzeczywistości. – Tak, tak ciężki poranek. Dzięki. – Tłumaczyła wspierając się
na ramieniu mężczyzny. Z drugiego końca korytarza biegła sekretarka ze szklanką
wody. Maria przewróciła oczami i szybko zniknęła za drzwiami gabinetu.
Poprawiła kostium, wzięła głęboki oddech i podeszła do biurka. Nalała szklankę
wody i z trudem oddychając wypiła ją.
***
Niewysoka
dziewczyna o prawie białych włosach przyglądając gmachowi zbliżała się do
wejścia. Dwuczęściowy kostium opinał jej kształty, a jednocześnie nie krępował
ruchów, w ręku ściskała pokaźny neseser.
- To tu? – zapytała Luu zerkając na Stana. Nie doczekała się
odpowiedzi. Tuż za progiem dopadł ich wysoki blondyn.
- Dzień dobry, to na Państwa czekam? – zapytał, wiedząc, że tak. –
Nazywam się Łukasz Kozłowski. – Wyciągnął rękę na powitanie. Blondynka
spojrzała na wyciągnięta w geście powitania dłoń.
- Luu. – odpowiedziała ignorując gest mężczyzny.
- Stanley Benz. – Odpowiedział wysoki brunet ubrany w białą
koszulę, niebieską kamizelkę, spodnie na kant, w tym samym kolorze i na błysk
wyglancowane czarne półbuty.
- Luu? Nie dosłyszałem nazwiska. – Zagadał blondyn.
- Po prostu Luu. – odpowiedziała przewracając oczami.
- Jak Madonna? – Wysilił się na żart Łukasz. Widząc, że nie trafił
na ludzi z poczuciem humoru przetarł pocące się czoło i wpuścił trochę
powietrza za kołnierz. – To może pokażę miejsce hmmm. Wypadku. – Zmienił tor
rozmowy, którą sam zagnał w ślepą uliczkę. Celowo podkreślił słowo „wypadek”.
Pokazał palcem klatkę schodową i poprowadził parę wyżej, wzdłuż zdobionej
poręczy.
***
Maria wyczuła
problemy – oj Gabi, lubiłam tu pracować. – pomyślała gdy stając na biurko
przybliżyła zapaloną zapalniczkę do czujnika dymu. W mgnieniu oka cały budynek
zawył alarmem pożarowym i wypełnił się wodą z zraszaczy.
***
Jeszcze rano,
wychodząc zerknęła w kierunku ukrytego pomieszczenia. Wysłała w jego kierunku
tęskne spojrzenie. Wzięła głęboki oddech dodając sobie otuchy. Z metalicznym
pogłosem zamknęła drzwi mieszkania. Pachniało deszczem. Szła ulicą rozglądając
się ukradkiem, mierząc przechodniów, czegoś szukała. Coś przeczuwała. Wyszła
dużo za wcześnie, potrzebowała spaceru. Chwili odosobnienia. Muszę zebrać myśli
przed pracą. – pomyślała. Szła okrężną drogą. Po raz setny próbowała ułożyć w głowie
swój świat na nowo.
- Odkąd żyje, a to bardzo długo, nie miałam takich
wątpliwości - pomyślała – co ja sobie myślałam? Odmieniłam go i co dalej.
– Przez jej głowę przewijały się obrazy, krew na ścianach, ochroniarz bez
głowy, zniszczona winda i wzrok policjanta, którego karzące spojrzenie mówiło
„to Twoja wina!!”.
-Przepraszam? Paniusiu – Z zamyślenia wyrwał ją głos. Policjant? –
masz waćpanna może „pisiąt” groszy? – Zataczający się menel wskazywał na swoją
dłoń, gdzie w garści świeciły mokre od deszczu grosze. – do bułki mi brakuje. –
Maria minęła go ignorując. Zrobiła to tak szybko, że żul stracił na moment
równowagę i zatoczył się kilka kroków. – Idę, czy nie idę… –
zamruczał pod nosem.
Stukot obcasów o mokry chodnik odbijał się echem po prawie pustej
ulicy. Różowiejąca poświata wschodzącego słońca zatopiła okolicę w miękkich
promieniach pianki lilaróż. Dziewczyna zmrużyła oczy, w oddali zauważyła
budynek. Biurowiec. Wzięła głęboki oddech i ruszyła w kierunku
wejścia. Krople rosy opadające na jej policzki łączyły się w stróżki,
które spływały po jej skórze i opadały na kołnierz. – trzeba było zabrać
parasol. – pomyślała i gdy spojrzała na twarze przechodniów, a właściwie na ich
miny to wiedziała, że myślą to samo co ona.
Mokła.
Tak jak teraz, gdy stała na biurku. – Mokry dzień. – zaśmiała się
do swoich myśli, gdy woda ze zraszaczy moczyła jej ulubiony kostium.
- Teraz wyjść niepostrzeżenie. – pomyślała. Wzięła głęboki oddech,
złapała za klamkę i wyszła na korytarz. Na zewnątrz z między boksów wybiegali
pracownicy biura. przykrywając głowy papierami biegli wzdłuż ścian. Maria
spokojnym krokiem szła w kierunku wyjścia. co jakiś czas potrącana lekko
podskakiwała. Zauważyła dziwną parę, która równie wolno szła naprzeciw. Wysoki
mężczyzna i kobieta o białych włosach. Lou w ostatnim momencie zauważyła Marie,
wzrok kobiet na chwilę się spotkał. Lekko potrącając się w ciasnym
pomieszczeniu minęły się. Zielonooka westchnęła, wyczuła coś dziwnego, przez
jej ciało przeszedł dreszcz. Przyspieszyła kroku. Lou zatrzymała się na chwilę
zerknęła przez ramię.
- Stan? – szepnęła do mężczyzny. – chyba ją mamy.
- Ją? – dopytał mężczyzna, sięgnął za pazuchę i wyciągnął
zdobiony w motywy nordyckie pistolet. – gdzie?
- Minęliśmy się z nią chwile temu. – Wskazała palcem kierunek,
gdzie Maria właśnie znikała za zakrętem. Barczysty mężczyzna przyspieszył
kroku. Wybiegając za zakręt chował pistolet do kabury. Nagle drobna, kobieca
dłoń chwyciła go za nadgarstek, bez problemu łamiąc go i olbrzym poleciał na
przeciwległą ścianę robiąc w niej potężną dziurę. Tracąc przytomność przeklął
niewyraźnie. Maria obejrzała się jeszcze i zaczęła biec. Wtedy pojawiła się
Lou. Wypaliła serię z pistoletu, jedna z kul otarła się o ramię zielonookiej
dziewczyny. Palący ból podniósł jej poziom adrenaliny. Zaczęła biec jeszcze
szybciej. Nie zatrzymała się, mimo, że nie miała dokąd uciekać. Z przytłumionym
brzdękiem, otoczona rozgwieżdżonym niebem potłuczonego szkła wypadła na
zewnątrz. Zanim białowłosa dobiegła do wybitego okna usłyszała huk. Ciało dziewczyny
wbiło sie w dach zaparkowanego poniżej samochodu. Na ulicy rozległ się krzyk.
Lou obejrzała się w kierunku Stana, który wstawał trzymając się za nadgarstek.
Kiwnęła porozumiewawczo.
- idę na dół. – Wskazała głową okno. Niespiesznym krokiem ruszyła na
parking. Wokół samochodu zgromadził się tłum. Krew ciekła po wgnieceniu w
dachu, spływała po szybie samochodu i błotniku. Na chodniku zdążyła się zrobić
niewielka kałuża. Gdy kobieta podbiegła zorientowała się, że ciała niema na
nim. – Chyba sobie jaja robisz.- pomyślała zerkając na ósme piętro skąd wypadła
Maria. Z okna wychylał się Stan. Kobieta pokiwała głową z niedowierzaniem.
Mężczyzna w pewnym momencie wskazał kierunek. Luu odwróciła się w tamtym
kierunku i zauważyła. Maria lekko utykała, szła wzdłuż bulwaru. Blondynka
wybiegła z tłumu gapiów, wskoczyła na pobliski samochód i wycelowała. Strzeliła
trafiła Marie, która się zatoczyła i obejrzała, wzięła głęboki oddech, pokazała
środkowy palec i ruszyła dalej. Kobieta z bronią wycelowała ponownie, ruch
uliczny utrudniał oddanie strzału.
- Ucieknie, do cholery. – krzyczał stan z okna. Luu przewróciła
oczami, zeskoczyła z samochodu i zaczęła biec. Już wiedziała, że zgubi kobietę.
Nagle z duży samochód zjechał na chodnik i z hukiem uderzył Marię,
która odbiła się od maski tłukąc szybę i wgniatając maskę. Jej ciało uderzone z
dużą siła uniosło się wysoko. Wyglądała jak szmaciana lalka rzucona bezwładnie
na stos zabawek. Maria przeleciała przez barierki i wpadła do wody. Jej ciało
zabrała rzeka.
Z samochodu wytoczył się potężny człowiek, w okrągłych okularach,
szarym swetrze i płaszczu do kolan.
- Tak to się u nas załatwia. – powiedział zacierając ręce.
- coś Ty za jeden? – zapytała Luu. Zerknęła na bok busa, na którym
widniał napis „Wielki Łowca Wilkołaków”. Kobieta uniosła brew. – Jak tu
trafiłeś? – Zmieniła pytanie. Mężczyzna podrapał się po głowie zerkając na
zniszczony samochód, z którego kapała krew Marii pomieszana z płynem
chłodniczym. Odchylając poły płaszcza, bez słowa gazetę z tylnej kieszeni gazetę.
Rzucił ja do Luu. Odwijając papierowy rulon zauważyła nagłówek. „Niedźwiedź czy
wilkołak. – Krew w biurowcu.”. Przewróciła oczami, jak to miała w zwyczaju i
odrzuciła brukowiec łowcy. Podeszła do barierki. – Szlag – Przeklęła.
Rozdział III.
Ze mną można tylko iść na wrzosowisko
"Ja cóż, włóczęga,
niespokojny duch
Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko:
Jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna"
ES
Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko:
Jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna"
ES
Świat cuchnie —
pomyślała, wyczołgując się po kamienistym brzegu na nadbrzeżny bulwar. Jej nogi
bezwładnie podskakiwały na kamieniach, lewa stopa wykrzywiona w nienaturalny
sposób, kolana prawej nogi wygięte w przeciwnym kierunku niż naturalnie. Była
przemoczona, wyczerpana, połamana i zła. Świat zawirował bólem. - Świat
cuchnie. Ściekami, zepsutym mięsem i chińszczyzną. Przez chwilę analizowała
ostatnie wydarzenia. Cholera! Znowu mokra jestem. - Podsumowała. - Chyba wole
od deszczu. - dodała.
Wpatrzona w niebo
zastanawiała się, ile czasu minęło odkąd upadku do wody, żebra zdążyły się
zrosnąć, ale nadal czuła uderzenie busa, błyszcząca poświatę drobinek szkła
rozbitej szyby, minę kierowcy i krzyki przechodniów. Uśmiechnęła się pod nosem.
- Znowu mi się udało. - szepnęła i chwytając piasek w dłoń, wysypywała go
delikatnie przez zaciśnięte piąstki. Przez chwilę leżała obserwując
chmury, które na czerwonym niebie przepływały jak stada czarnych barnów. Dzień
powoli się kończył, a na niebie zaczęły tańczyć pierwsze zwiastuny nocy. Gwiazdy
migocząc, nabijały się z leżącej, połamanej szmacianej lalki. Maria poczuła, że
ON zaczyna na nią patrzeć, jej skóra zaczęła falować. Ciało wygięło się w łuk,
a połamane kości zaczęły wracać na swoje miejsca, ogłuszającymi trzaskami
nastawianych kości. W pewnym momencie z pobliskich krzaków wyłoniła się czarna
postać. Poddając się spazmom Maria, zauważyła osobnika, który niebezpiecznie
się do niej zbliżał, w tej chwili była bezbronna. Oddała się księżycowi, który
aktualnie rzeźbił jej delikatne ciało. Słyszała, jak szepcze, spowiada ją ze
zmierzchu, zachodzącego słońca, z wymarłych braci wilków, zatrutego wina, które
sączy krew. Resztki materiału, które okrywały jej kształty, falowały w rytm
piosenki śpiewnej przez wiatr, Rude włosy przyłączyły się do tańca. Intruz
zbliżał się coraz pewniej. Przez chwilę stała wyprostowana, na palcach sięgając
twarzą nieba, ręce rozpostarte jak do lotu, ostatni pocałunek Luny. Księżyc
schował się za chmurami, dziewczyna upadła. Mroczna postać podbiegła. - Co tu
robisz laleczko? - rozległ się głos. Mężczyzna przyklęknął przy prawie nagiej
Marii, zmierzył ją wzrokiem i się obleśnie oblizał. - Naćpana jesteś, co?
Dobrze, dobrze. JA się Tobą zaopiekuje. - Mężczyzna drżącą dłonią pogładził
nieprzytomną dziewczynę. Wziął ją na ręce, gdy księżyc znowu wyjrzał zza chmur,
już ich nie było. Świat cuchnie — resztkami świadomości pomyślała. -
alkoholem, potem i spalinami.
***
Przez świetliki w
suficie oświetlił go blask, pod którym skóra zaczęła go swędzieć w dziwny
sposób. Na początku czuł, jakby setki małych igiełek muskały jego ramie, w
miejscu, gdzie oświetla go księżyc, potem szyje, plecy tors brzuch nogi.
Delikatne pieszczoty zmieniły się w tortury. Igiełki zmieniły się w noże, które
ktoś niewidzialną dłonią wbija w jego skórę i przesuwa wzdłuż żył i rozcina ją
co kawałek setkami ostrzy. Gabriel przywiązany dziwnym mechanizmem próbował
krzyczeć, jego głos utykał w gardle, które wypełnione płynnym metalem zaczęło
go palić. Poczuł ból w szczękach, jakby ktoś próbował wyrwać mu szczękę ze
stawów. Podobnie zachowywały się inne kończyny, które wykrzywiały się w nowe
życie. Stalowe łoże, na którym leżał, trzeszczało i podskakiwało w rytm
konwulsji Mężczyzny. Łoże przymocowane do podłogi potężnymi kołkami zaczęło
podskakiwać. Szarpiący się mężczyzna zmienił się w bestie, uwiązana
uspokoiła się. Nieludzkie ciało opadło na skórzany materac. Oko bestii
skanowało wnętrze pokoju, jego oddech stał się chrapliwi i zaczął kwilić jak
uwiązany pies.
***
- K***A, K***A, K***A! - szeptała dziewczyna o białych włosach.
Ukryta za rogiem kamienicy, nerwowo kończyła papierosa, czekała na pozwolenie z
centrali Mjolnir.
- Luu? Co Ty taka nerwowa? - Zapytał wielki mężczyzna.
- Nic. Mamy zielone światło. Jedziemy z tym, mam dość. - Wychyliła
się zza rogu, zrobiła w powietrzu kółko, wskazała budynek. W tym samym
momencie, w pobliskiej pół ciężarówce otworzyły się drzwi i wyskoczyło z niej
kilku zamaskowanych mężczyzn. Ubrani w kamizelki, z kominiarkami na twarzach i
uzbrojeni ludzie trójkami, jeden za drugim ruszyli w kierunku drzwi
wejściowych. Bezszelestnie, krok za krokiem zbliżyli się do mieszkania Marii.
Na znak jeden z zamaskowanych mężczyzn zamontował plastyk w kilku punkach
drzwi.
- Alfa jeden, ładunki założone, na mój znak odcinamy prąd. -
Szepną do rękawa saper. - za trzy, za dwie, na raz. Poszło! - Rozległ się
huk, zgasły światła, a korytarz wypełnił dym.
- Dwójka wchodzicie, strzelać bez ostrzeżenia! - Usłyszeli w
słuchawkach.
Ostrożnie ruszyli. Pierwszy żołnierz z jednostki uderzeniowej
zajrzał i wszedł, dał znać, że droga wolna i kolejnych dwóch wsunęło się do
środka. Ostrożnie przejrzeli pokoje i zameldowali.
- Czysto i pusto. Jakie rozkazy? - Odezwał się dowódca grupy AT.
- Czekajcie. - Usłyszał kobiecy głos.
- Oddajcie prąd.
***
Głowę miał wypełnioną
wrzaskiem, chaosem i nieuporządkowanym potokiem myśli. Przedświadomość. Czuł,
jak wiatr porusza jego futrem w lesie gdzieś, ale gdzie i kiedy. Resztkami
normalności trzyma się tu i teraz. W głowie słyszy głos, który woła o jedzenie.
- Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso!
Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso!
Mięso! Mięso! - Gabriel próbuje panować nad pierwotną istotą, w której został
uwięziony — Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! - wie, że
jest tu i teraz, ale jak długo zdoła ujarzmić wilka. Usłyszał wybuch. Ściany
zadrżały. Instynkt podpowiedział — Uciekaj! - W chwili, gdy usłyszał huk,
więzy puściły i elektromagnetyczna smycz uwolniła bestię. Zrywając z siebie
pęta, zawarczał cicho. Stojąc, w zamkniętym pokoju oddychał szybko, łapiąc
powietrze i nasłuchiwał. Nagle usłyszał cichy klik i pancerne drzwi
ukrytego pokoju zaczęły się odchylać.
- Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! - zawarczał.
***
Dowództwa Jedynki
nerwowo chodził po pokoju. Podszedł do okna, gdzie pojawiła się kolejna
ciężarówka Mjolnir. Odetchnął. Odwrócił się do drużyny, żeby powiedzieć o
posiłkach, zobaczył, jak jeden ze szturmowców włącza odtwarzacz CD. Przewrócił
oczami, chciał skomentować, ale odpuścił. Rozległa się mocna, heavymetalowa
nuta, po kilku taktach jedna z szaf zaczęła się otwierać. Zanim zdążył
zareagować, rozległ się potworny skowyt. Z ukrytego pomieszczenia wypadła
furia.
- O Ku... - nie zdążył zareagować jeden z żołnierzy, gdy bestia
chwyciła go w pół i cisnęła nim w drugiego, który przeładował broń i zaczął ją
unosić. W kierunku wilka.
- Mamy kontakt. Jest większy, niż opisywaliście! - wykrzyczał
dowódca, przeładowując broń.
W tym czasie Gabriel opadł kolejnego szturmowca, wgryzł się w
gardło, a jednocześnie odepchnął od siebie. Bezwładne ciało. Dowódca wypalił
serią w kierunku bestii.
***
Gabriel
postanowił nie ograniczać potwora, którym się stał. Mięso! Mięso! Mięso! Mięso!
Mięso! Mięso! Mięso! Mięso! Mięso!
Gdy poczuł
metaliczny smak w ustach, całkowicie odpłynął. Poczuł nad uchem gorąco. Kule
minęły go o kilka milimetrów, parząc uszy. Kątem oka zauważył jak w zwolnionym
tempie lecące kule. Srebro. Wszystko spowolniło, znowu był poza czasem,
obserwował, jak krew leje się po ścianach. Przez chwilę stał się tylko
widzem jak w grach w trzeciej osobie. Stojący przy oknie szturmowiec
wymierzył kolejną serię. Gabriel był już tak blisko, że ktoś nieobyty z bronią
by trafił, a co dopiero wyszkolony żołnierz. Karabin wypluł z siebie serię
srebrnych kul, które przeszyły ciało Wilka. Wielka bestia wpadła na żołnierza
ostatkiem sił i wypadli przez okno z impetem wpadli na ścinę sąsiedniego
budynku. Kilka pięter poniżej, jak czerwony pocisk ciało spadło na dach
ciężarówki.
Przeszywający ból zmiótł resztki świadomości Gabriela. Nastała
ciemność.
***
Z cichym jękiem obudziła się Maria. Leżała w jakiejś piwnicy,
czuła swąd wilgoci.
- Gabriel... pomóż... - wyszeptała i zemdlała.
***
"Jeszcze dokoła słychać Twój śmiech,
czuję zapach Twój, egzotyczny kwiat,
Siedzę znów sam, tak potwornie sam,
Nieudało się — wszystko nie tak"
D
Przez uchylone
drzwi zauważyła Gabriela. Jego szaro czarne futro migotała w świetle ulicznych
latarni. Nie spuszczała go z oka, szczerbinki i muszki. Odwrócona
do Luu plecami bestia łapczywie jadła jej towarzysza. Nagle, w
mgnieniu oka, wilk odwrócił się przez ramię. Zauważył dziewczynę, która przez
chwilę zawahała się o ułamek sekundy za długo.
- Wroahhh... - Zawarczał wilkołak. - Jego ryk zmienił się na
chwilę w dźwięk, jakby metalowe puszki spadały z betonowych schodów. Brzdęk,
brzdęk. Bum. Nagłym rozpryskiem słonecznym, uderzając Luu w twarz,
odrzuciło ją kilka metrów dalej. Tracąc grunt pod nogami i resztki świadomości
zdążyła jeszcze zauważyć, jak tuż obok niej przemknęła ciężarówka z
napisem "Wielki łowca wilkołaków". - Znowu On... - Pomyślała,
mdlejąc.
***
Chwilę wcześniej.
- Łatwa robótka... Qrna... - pomyślał zgarbiony menel, który stał
na pobliskim dachu i obserwował rozwój sytuacji. W międzyczasie kminił, na co
wyda zarobione pieniądze. Pojawiły się czarne półciężarówki. Wyskoczyło z nich
kilku uzbrojonych typów. - Ktoś ma dziś kiepski dzień... - zachichotał i wyjął
z kieszeni granaty. Jeden czerwony drugi biały. W głowie układał plan, który mu
przedstawiono. - Najpierw czerwony, później biały. Czerwony. Biały. Czerwony...
- Przekładając granaty z reki, do ręki mamrotał, pod nosem. Wyjrzał ponownie
przez murek na dachu. Zauważył mrowie "wojaków", jak ich nazwał
w myślach, którzy wchodzili ostrożnie do budynku pół przecznicy dalej. Po
chwili rozległ się huk, w jednym z okien zauważył błysk, po kolejnym momencie
zapaliły się światła w mieszkaniu. Tuz koło okna zauważył cień postaci. Coś
mówił, przyciskając palce do ucha. Komunikował się z bazą — domyślał
się Ziutek. Wtem postać przy oknie podskoczyła, w mieszkaniu zaczęło
błyskać jak na sesji fotograficznej. Postać przy oknie wygięła
się,wyciągając broń i w ułamku sekundy wypadła z okna, z taką siłą, że
uderzyła w budynek naprzeciwko. - Wow. - Podskoczył Ziutek.
- Funfle mi w to nie uwierzą.
Z wrażenia
zapomniał, który granat kiedy. Kątem oka zauważył ciężarówkę. - O prezes już
daje znak...- szepnął, gdy kierowca ciężarówki dał znać długimi światłami.
- Szoł tajm. -syknął, odrywając, zawleczkę białego granatu. - O
Kurna! Najpierw czerwony! - jęknął, gdy szarpał za zawleczkę drugiego granatu.
- Wyjrzał na ulicę, oślepiający błysk rozświetlił okolice. Mężczyzna na dachu
widział tylko białą mgłę. Poczuł się jak sarna na drodze, której w oczy świeci
tir. Przypomniał sobie, że wyjął zawleczkę z drugiego ładunku. Sarna, którą się
chwile wcześniej poczuł, uskoczyła, tuż przed ciężarówką, a Ziutek w
ostatniej chwili wyrzucił granat z dachu. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał
świszczący wybuch. Zamknął oczy i oparł się o gzyms. Widział tylko białą plamę.
Łyknął ulubionego napoju wyskokowego i nasłuchiwał.
***
Palił swoje
ulubione fajki i wdychał każdy mach, jakby to był pierwszy oddech. Nasłuchiwał
radiostacji. Przerywana krótkimi komendami cisza trwała wiecznie. Powtarzał
sobie w głowie plan, który był bardzo krótki. - Nie daj się zabić. Nie daj się
zabić. - mantrował po cichu i palił papierosy. Jednego za drugim. - Rak tak,
kula nie. - Śmiał się w myślach. Po kilku minutach w radiu usłyszał:
- Mamy kontakt. Jest większy, niż opisywaliście! - Krzyk przerwał
statyczny dźwięk zakłóceń.
- Nosz Q, w końcu! - Chwycił za kluczyk przy stacyjce.
Przekręcił. Zamiast odgłosu pracy silnika usłyszał metaliczny jęk. - Nawet mnie
nie denerwuj! Kupo złomu. - Odchylił się i z całej siły kopnął w kokpit
ciężarówki, która po ponownej próbie rozruchu zastartowała. - Jedziemy! -
Krzyknął i mrugnął "długimi" do partnera na dachu. Ruszył,
delikatnie kontrolując sprzęgło i gaz. Kątem oka zauważył, że z dachu leci
pierwsza niespodzianka dla Organizacji M. Gdy przyjrzał się bliżej, zauważył,
że kolor puszki jest inny, niż powinien. Biel oznacza ślepotę. Czasową. Zdążył
jeszcze przymknąć oczy, gdy kabinę rozświetlił błysk. Otworzył oczy, widział
tylko kontury okolicy. Zahaczył stojące przy ulicy samochody. Po chwili
odzyskał kontrole nad pojazdem i z impetem wpadł na ciężarówkę, w której
siedziała bestia. Kierowca odbił, zarzucił tyłem i znalazł się nieopodal.
Wyskoczył przez szoferkę na pakę. Kopniakiem otworzył tylne drzwi. Po drodze
chwycił kaganiec. Podbiegł do ciężarówki, zakuł wilka w kajdany, zaczepił hak
od wyciągarki i odwrócił się w stronę ciężarówki. W tym samym momencie od dachu
jego pojazdu odbiła się metaliczny przedmiot. Przez głowę Piotra przeleciała
myśl, której nie chciał. - Idiota rzucił drugi granat. - Jakby na potwierdzenie
tuż u jego stóp potoczył się granat. Piotr widział jeszcze słabo, ale a
czerwień zwróciła mu wzrok. Jednym susem wskoczył do ciężarówki. Schował się za
drzwi i nagle usłyszał huk i syczący pogłos granatu zapalającego. Gasząc po
drodze palące się kawałki podłogi, wskoczył do szoferki, odpalił wyciągarkę i
ruszył. Przez chwile ciężarówka siłowała się z linką i pakunkiem na jej końcu.
Ciało wilka, tląc się, wyskoczyło z resztek czarnego wana. Piotr dał gaz
do dechy, a ciało podskakiwało na każdym wyboju. Wyciągarka ostatkiem sił
zaciągała zdobycz do środka. Wybuch uszkodził zasilanie lamp. Po chwili stało
się całkowicie ciemno. Ciężarówka oświetlała drogę jednym ocalałym reflektorem,
ciągnąc za sobie płonącą jeszcze kulę futra. Prowadząc jedną ręką,
łowca chwycił za telefon. Wybrał numer.
- Masz to? - Rozległ się głos w słuchawce.
- Mam. Spotkajmy się za miastem, w starej żwirowni, zaraz podeśle
współrzędne.
- Ok. Czekam na koordynaty.
- Buc. - Skomentował kierowca, gdy usłyszał trzaśnięcie słuchawką
i sygnał rozłączonej rozmowy.
Piotr zatrzymał ciężarówkę, gdy usłyszał, że wciągarka skończyła
pracować. Poszedł na tył zamknąć drzwi, które nadpalone wybuchem się nie
domykały. Podszedł do wilka, który leżał nieprzytomny. Przykuł go do specjalnie
przygotowanych oczek z hartowanej stali. Przeklął w myślach wspólnika, wysłał
współrzędne spotkania i pojechał w omówione miejsce.
Stał chwile, na
zegarku zbliżała się dwudziesta trzecia. Przyjechała limuzyna. Za kierownica
siedziała blondynka. Obok niej siedziała druga kobieta, brunetka. Z tylnej
części, pasażerskiej, wysiadł wielki mężczyzna i otworzył drzwi z drugiej
strony. Z Czarnego luksusowego samochodu wysiadł pomarszczony, starszy
mężczyzna o lasce. Pokuśtykał do Wielkiego łowcy. Odprawił ochroniarza i
szepnął. - żyje? Wilkołak? Czy znowu przywiozłeś mi niedźwiedzia? - pytał
niecierpliwie. Nagle zamilkł. Rozejrzał się po okolicy i dodał — Poważnie?
Tutaj?
- o co chodzi? - Zapytał Piotr.
- Większego banału nie mogłeś wybrać. Pełnia, wilkołak i
wrzosowisko? - Pora na mnie, znowu sobie ze mnie żarty robisz! Żegnam! Zapomnij
mój numer! - Zdenerwowany starzec dał znać kierowcy i ochroniarzowi. Pierwszy
odpalił silnik, drugi otworzył drzwi limuzyny.
***
Mdła poświata
księżyca wlała się do środka ciężarówki. Oświetlone przypalone futro wilka
ożyło, zaczęło odrastać. Gabriel odzyskał na chwilę świadomość. Poczuł swąd
palonego futra, spalin z przegniłej rury wydechowej i wrzosy, które radośnie
podrygiwały w całej okolicy. W jakiś dziwny sposób wołały go, a księżyc zaczął
nucić magiczna pieśń, której słowa znały tylko wilki. Czas łowów. Poczuł, że
znowu jest spętany. Szarpnął. Paka ciężarówki lekko się ugięła. Przeszło mu
przez myśl. - Sam nie dam rady. Zawołam wilka. - wysyczał przez zęby. - Mięso!
- dodał wilk, a inni usłyszeli - Wroooaggghhhh!!!!
Starzec usłyszał
ryk, który ściął mu krew w żyłach. Ściany ciężarówki zapadły się do wewnątrz. A
przez rozerwany dach wypadł wielki Szary Wilk.
- Wrzosowisko, pełnia księżyca i wilkołak! Co może pójść nie tak?
- zawołał.
- Wroooaggghhhh!!!! - Usłyszał, zaczął biec w stronę
limuzyny.
***
"Za oknem szarość wchodzi
w czerń
Ty wciąż nie mówisz do mnie nic
Na tym pustkowiu mieszka śmierć
Czy to tylko część mojego snu, powiedz mi..."
Ty wciąż nie mówisz do mnie nic
Na tym pustkowiu mieszka śmierć
Czy to tylko część mojego snu, powiedz mi..."
Chwile, przez
zamknięte oczy, wpatrywał się w kręgi białego światła. Pulsujące nieznanymi
kształtami obrazy tworzyły fale światła jak na tafli jeziora pod kroplą wody.
Starzec modlił się do wszystkich bogów, jakich znał, a w żadnego z nich nie
wierzył. Słyszał krzyki, nie otwierał oczu. Gdy poczuł, że bestia wskakuje na
dach limuzyny, podskoczył. Sufit samochodu lekko się ugiął. Wtedy mężczyzna
otworzył oczy. Zrobiło się cicho. Wyjrzał przez okno, okolice spowijała
mgiełka, a wszystko oświetlał księżyc. Wielka srebrna tarcza patrzyła na
wszystko z politowaniem. Kierowca limuzyny obudzony nagle z letargu zaczął
chaotycznie odpalać samochód, mimo że był już on na chodzie. Okolicę wypełnił
zgrzyt rozrusznika, zaraz po nim potworne wycie. Dach znowu lekko się obniżył.
Potwór stojący na dachu drgnął.
***
Widok okolicy
działał na wilka kojąco. Przez chwilę przestał czuć słodkawą woń krwi.
Rozrzucone resztki ciał parowały intensywnie. Wypełniły zagłębienie we
wrzosowisku makabryczną mgłą. Przez chwilę chciał być bliżej księżyca, jego
srebrne oczy wołały go. Luna uśmiechała się z jego powierzchni, odbijała się w
nim twarz. Przez chwile zapomniał się w oczach. Tych, które pamięta. Zielonych.
To ona. Maria. Wskoczył na najwyższy punkt w okolicy. Wzniesienie lekko się
ugięło pod jego ciężarem. Chwilę łapał powietrze i zapach wrzosowiska.
Połączenie zapachu kwiatów, krwi i wilgoci. Nagle powierzchnia pod jego stopami
zadrżała. Okolicę wypełnił metaliczny jęk. Zawył do księżyca. Nieznośny dźwięk
wzbudził w nim gniew. Do głosu znowu doszedł potwór. Rozejrzał się z dźwiękiem,
wtedy zauważył, że stoi na metalowej powierzchni samochodu. Uderzył w nią
kosmatą łapą, ta lekko ustąpiła. Z całej próbował wbić pazury w materiał. W
pewnym momencie dach ustąpił. Wilk chwycił kawał blachy i rozerwał. Zajrzał do
środka. Zawarczał. Poczuł zapach strachu i słodkawy odór moczu. Starzec w
agonii przerażenia chwycił coś. Bestia zamarła na chwile. Przed oczami przeszła
mu wizja. Ogień. Zielone oczy. Ból. Śmierć. Nagły palący ból rozerwał mu
pierś. Serce zawyło w ostatnim podrygu.
***
Obudziło ją łomotanie o kraty. - Strażnik powrócił. - pomyślała.
Wyciągnęła rękę spod zatęchłego koca i pokazała mu palec.
- Osz ty, Sabaka! - usłyszała. To był inny głos. Niechlujny.
Trochę sepleniący. W głosie słychać gniew, to zły człowiek. Wychyliła głowę,
chciała zobaczyć osobnika. Wstała. Podeszła do kraty. Zobaczyła dziwnego,
zgarbionego i okaleczonego człowieka. Rany na jego twarzy były głębokie, ale w
oczach zobaczyła, że te w jego psychice były znacznie głębsze. Nerwowo
przyglądał się Marii. Oblizywał co chwilę i równie niespokojnie przeskakiwał z
nogi na nogę. Czuła jak jego oczy omiatają ją. Muskał wzrokiem każdy kawałek
ciała, to co widział i to, czego nie widział. Prawie czuła na sobie jego zimne,
spocone i lepkie palce. Podszedł bliżej. - Chcesz stąd wyjść? - zapytał. -
Pomogę Ci, a Ty mi się odwdzięczysz, co? Na początek zrzuć resztki tych szmat.
- Oblizał się obleśnie, wskazując jej poszarpane ubranie. - Muszę wiedzieć, czy
warto.
Maria zalotnie
podeszła do krat, chwyciła je na wysokości twarzy, mrugnęła do pokurcza, ruchem
głowy zachęciła, żeby podszedł bliżej. Kulejąc, mężczyzna podszedł, na tyle by
dziewczyna nie mogła go dosięgnąć. - Masz moje zainteresowanie, teraz zwróć na
siebie uwagę. - Sypnął kiepskim tekstem i otarł pot z czoła. Maria mrugnęła
okiem i splunęła mu w twarz. Odwróciła się i ponownie pokazała środkowy palec.
Wróciła na swoje posłanie. Dziwny mężczyzna starł dłonią jej ślinę z twarzy i
polizał. Uśmiechnął się pod nosem.
- Pomogę Ci się rozebrać. - wyszeptał.
Maria zawinięta w
koc. Starała się opanować zwierzę w niej, które nie miało teraz siły walczyć.
Czuła, że bestia, która stała się jej częścią, cierpi. Na chwilę zapomniała o
miejscu, w którym ją trzymają. Poczuła nagle zapach wrzosów, których tu nie
było. Zapach otulał ją i łagodził na chwile ból. Bestia oddychała równo z
Marią. Ból, który czuły nagle ustąpił. Przez chwile była w innym miejscu.
Uśmiechała się do własnych myśli. Nagle błogostan wywołany wrzosami został
przerwany. Słodkawy zapach kwiatów zniszczył ostry zapach. Do pewnego stopnia
przyjemny. Przypomniała sobie o poprzednim partnerze, był mechanikiem
samochodowym. Próbował oddać ją jakimś szarlatanom. Gdy opowiedziała mu, kim
jest, uznał, że zwariowała. Pewnego dnia, gdy wróciła naga z polowania,
stwierdził, że ma dosyć. Wezwał pogotowie, które ją zabrało. Rano obudziła się
w karetce, kałuży krwi i wnętrzności. To było kilka żyć temu. Ten zapach.
Benzyna. Maria wróciła myślami do tu i teraz. Jej koc był mokry. Zanim zdążyła
zareagować, zauważyła jak zapałka, która leci zza krat, a niebezpiecznie
zmierza w jej kierunku. Usłyszała jeszcze — Pomogę Ci się rozebrać! - Piwnice
wypełnił śmiech, a zaraz za nim ciemność rozjaśniła kula ognia. Maria zdążyła jeszcze
jęknąć, gdy ogień oplótł ją swoimi mackami. Zwinęła się w kłębek. Poczuła
zapach palonych włosów, niewyobrażalny ból i w uszach ogłuszający krzyk.
***
Starzec wciśnięty
w fotel poczuł odór z pyska bestii, która zamarła na chwile tuż przed jego twarzą.
Jej brązowe oczy zaszły dziwną mgłą. Nie czekał dłużej. Sięgnął pod fotel po
starodawną flintę. Wycelował. I wypalił. Odrzut z fuzji był tak duży, że jej
drewniana kolba połamała się w drzazgi. Wnętrze wypełnił dym i zapach czarnego
prochu. Potwór wyrzucony pofrunął w pobliskie krzaki. Kobieta za kierownica
oszołomiona wystrzałem odzyskała na chwile jasność myślenia. Wrzuciła
odpowiedni bieg i ryjąc za sobą wrzosowisko, wyjechała z miejsca zdarzeń.
Mężczyzna na tylnym siedzeniu otworzył dzielącą ich szybę i wyszeptał. - Do
doktor Marianny. Szybko! - Dodał resztką sił. Trzymał się za pierś. Serce
starca biło ostatkiem sił.
"Zaczęło świtać, na materiale nieba zabrakło gwiazd"
Obudził go ból
głowy. Poobijana klatka piersiowa też dawała się we znaki. Ciepła kołdra
zsunęła się na podłogę, bo czuł chłód, który zimnymi dłońmi chwyta go za
kostkę, dłonie i ramiona. Jak przez mgłę pamięta ostatnie kilka dni. Cały czas
czuje smak płynu, który podała mu Maria. Takich narkotyków nigdy nie próbował.
Mózg pulsuje, czuje zbliżające się wymioty. Kapeć w ustach, posmak starego
mięsa. Wszystko wiruje, tak szybko, że prawie czuje wiatr we w losach. - Zimno
mi! - pomyślał i otworzył zapuchnięte oczy. Ściany pokoju zmieniły się w górę
żwiru, która po przedzierana była głębokimi bruzdami, jakby ktoś drapał w nie
przez dłuższą chwilę. Leżał poniżej wrzosowiska. Usiadł. Przetarł wymęczoną
twarz. Przez chwile masował gałki oczne. Pod warstwą piasku, którą miał na
rekach wyczuł wory pod oczami. Wszystko go bolało. Czuł się jak starzec.
Podparł się jedną ręką. Drugą dotknął obolałej klatki piersiowej. Zobaczył
wielkiego czerwonego strupa. Nagły spazm wywinął mu żołądek na lewą stronę.
Czerwono — pomarańczowa fontanna wytrysnęła z jego ust i zasiała okolice
krwistymi kropelkami. Kawałek, z zawartości żołądka utknęła mu w ustach. Wyjął
to z ust, spojrzał i rozpoznał kawałek palca serdecznego. Przewrócił oczami.
Zemdlał.
Obudził go wrzask
kruka, który walczył z innym ptaszyskiem o kawałek ciała, które
zwymiotował. W panice zaczął się rozglądać. Siedział oparty o wysoką skarpę w
starej żwirowni. Pamięta to miejsce z dzieciństwa. Chodził tu z rodzicami na
grzyby. Powyżej jest wrzosowisko. Zaczął nerwowo wycierać z ust zasychającą
krew. Dotknął bruzd w ścianie skarpy. Pasowały do rozstawu jego
palców. Były jednak głębsze, a ich dno ostre. - Szpony. - pomyślał.
Przypomniały mu się wizje z człekokształtnymi istotami. - Wilkołaki. -
wyszeptał. - To głupie... - dodał w myślach. Z trudem wspiął się na nogi.
Trzymając resztki ubrania przy piersi zaczął iść w gdzie pamiętał, że jest
łagodne podejście na skarpę. Bose stopy ślizgały się na wilgotnej trawie. Kilka
razy upadł.
- Gdzie Ty jesteś?! - Zawył wiatr. Gabriel odwrócił się, za
nim tylko wiatr hulał po pustym zapadlisku. - Gdzie? - usłyszał ponownie. Głos
był mu znajomy. Maria. Jej oddech niesiony wiatrem musnął jego ciało. Poczuł,
że ciało pokrywa mu gęsia skórka. Upadł. Zmęczenie znowu z nim wygrało.
***
Jej ciało
dogasało. Cały czas słyszała jego śmiech. Bawił go jej ból. Zwinięta w
kulkę leżała pod nadpaloną pryczą. Jej ciało pokrywało jedno wielkie
poparzenie. Organizm zaczął wyzwalać antyciała, a skóra pokrywać wilgocią.
Maria popiskiwała co chwilę. W myślach przeklinała los i wołała Gabriela.
Piwnicę wypełniał zapach wilgoci, stęchlizny, palącego się ziela i włosów.
Drżącą ręką zakrywała twarz, a przynajmniej papkę, która była kiedyś jej
twarzą. W jej głowie brzmiał jeden wielki krzyk, jej krzyk i wycie wilka.
Wewnętrzna istota, jeśli miała jakąś świadomość, to czuła, że zawiodła, że nie ochroniła
swojego leża. Wilczyca prężyła się i czekała na wieczór. Była wściekła, pełna
furii. Maria o tym wiedziała. Nie chciała jej już zatrzymywać. Ból,
jaki czuła potęgował gniew jej ID. Poczuła czyjąś obecność. -On wrócił? -
Bezwiednie zapytała siebie.
- Hej to ja! - usłyszała jakby w odpowiedzi. Anioł
powrócił. Wystraszonymi oczami zajrzała pod łóżko. - Jezu. Co on Ci zrobił. -
Nie czekała na odpowiedź Marii podeszła do ściany. Zebrała z niej jakąś narośl,
wyjęła z kieszeni jakieś liście i z bransoletki z nadgarstka zerwała kawałek
wilczego ziela. Roztarła w dłoni. Wsunęła się pod pryczę i podała do
poparzonych ust dziewczyny. - To nie uleczy cię, ale pomoże przetrwać do
wieczora. - wyszeptała.
- Wieczorem schowaj się, w najgłębszym kącie celi. Proszę. -
wyszeptała do Anny.
- Widzisz to ognisko na środku piwnicy? To nie jest źródło
światła, to blokuje Twoje siły. Przemienisz się, ale wilczyca będzie potulna
jak szczeniaczek.
- Dziś będzie inaczej. - wyszeptała Maria ostatkiem sił. Zasnęła.
Mikstura zadziałała.
- Odpoczywaj słoneczko. - Anna przykryła ciało poparzonej
dziewczyny.
***
Gabriel
obudził się, gdy słońce zaczęło robić się pomarańczowe. Dzień powoli
zaczął ustępować miejsca nocy. Gdy pierwsze promienie księżyca
zaczęły oświetlać jego ciało. Zadrżał. Wielka rana na piersi zaczęła się
gotować jak gęsta grochówka. Chłopak padł na kolana i zaczął zdrapywać z siebie
skorupę zastygłej krwi, a pod nią zauważył nienaruszone ciało. Zdrowe. Dotykał
chwilę myśląc, że to tylko złudzenie. Wtedy przypomniało mu się ostatnie
kilkanaście godzin. Mózg zaczął pracować na wysokich obrotach. Dotarł myślami
do chwili, gdy zajrzał przez rozdarty dach do wnętrza limuzyny. Zdał
sobie sprawę, dlaczego bestia wtedy, na chwilę zamarła. Poczuł wtedy
zapach Marii. Rozejrzał się, zobaczył rozjeżdżoną szramę w powierzchni
wrzosowiska. Podbiegł. Szybciej niż kiedykolwiek się poruszał. Zrobił to
właściwie na czterech kończynach. Przemiana, która z reguły była bolesna, teraz
zaczęła przebiegać bezwiednie i bezboleśnie. Może przez to, że myślał o
odnalezieniu Marii, a może to Wilk chciał odnaleźć wilczyce, którą była w innym
wcieleniu. Bestia teraz nie walczy z jego człowieczeństwem, mają wspólny cel.
Przez chwile są sprzymierzeńcami. Może po prostu jest zbyt zmęczony, żeby cokolwiek
czuć, albo receptory bólu na chwilę się wyłączyły. Pogrzebał chwilę w bruździe.
Nagle tuż za sobą usłyszał trzask gałęzi. Ciche kliknięcie. Odbezpieczonej
broni. Wilk usłyszał bicie serca intruza. Miarowe, ale nerwowe. Słyszał jego
oddech. Płytki. Kontrolowany. Intruz wstrzymał oddech. Będzie strzelał.
***
Wielki Ochroniarz
stał za drzewem. Wycelował strzelbę na słonie. Dostał polecenie
by "odstrzelić wilka". Wielka rzeźbiona strzelba ciążyła mu od
rana. Wsparł ją na rozgałęzionym pniu brzózki. W półmroku dostrzegł postać
poruszała się nienaturalnie co chwilę wyginając i przeskakując z dwóch na
cztery łapy. Pierwszy raz obserwował przemianę. Do niedawna, nie wierzył w
wilkołaki, demony, czarownice i antycznych kosmitów czy w cokolwiek można sobie
wyobrazić. Nogi drętwiały mu z nerwów i zmęczenia. Cały czas trzymał na muszce
Człowieka w pół drogi do bestii. Miał odczekać i przynieść głowę wilka. Dlatego
czekał odpowiedniej chwili i podziwiał jak szare futro wilka mieni się w
promieniach księżyca. To był ostatni dzień trój pełni. Zamknął na chwilę oczy,
odbezpieczył broń. Jak cicho tylko mógł. Znowu przymknął oczy. Wstrzymał
oddech. Otworzył oczy. Bestii nie już nie było. Nagle poczuł na ramieniu
oddech. Odwrócił się i zobaczył przed sobą ponad dwumetrową bestię. - Gdzie ONA
jest! - Gabriel wycharczał przez zaciśnięte kły.
***
„Nie należysz do Nocnego Plemienia.
Jesteś mięsem.
Mięsem dla bestii.”
CB
- Nie wiem! - usłyszał. To nie była odpowiedź, jaką chciał
usłyszeć. Właściwie to niebyła odpowiedź, jaką CHCIELI usłyszeć. Wilk w
Gabrielu pierwszy raz chciał słuchać, uznać istnienie człowieka za ważne. Nie
posiłek, worek mięsa i kości, tylko istotę, która rozumie i potrafi odczuwać.
Jest częścią planety, nie chorobą. Teraz gdy usłyszał „Nie wiem” poczuł
gniew, jakiego nigdy nie czuł. Zawrzała w nim krew, oczy zaczęły błyszczeć
czerwienią napływającej krwi. Gabriel ostatkiem sił próbował utrzymać bestię,
wiedział jednak, że tej pradawnej siły nie utrzyma tak po prostu w ryzach.
Zapytał jeszcze raz — Gdzie pojechała ta limuzyna? - Wielki mężczyzna drżał,
jak osika na wietrze. Gdyby wielki potwór nie trzymał go za krawat. Lekko
uniesiony nad ziemię ochroniarz szuka po omacku podparcia dla stóp. Stojąc na
palcach łapie lekki kontakt z ziemią. Potężny człowiek skomli o litość od
bestii, która prawie zrywa się z mentalnej smyczy. W każdym jej ruchu czai się
śmierć. - Pojechali do jakiejś lekarki, w centrum miasta. Nie wiem, czy tam
znajdziesz to, czego szukasz! - krztusząc się, wykrzyczał przez łzy, głos mu
się łamał, trochę ze strachu, a trochę przez zaciskający się na szyi krawat.
Bestia już nie słuchała. - Mięso!!!!! - zaryczała. Ostatkiem sił Gabriel rzucił
przesłuchiwanym w dal. Łapiąc kontrolę nad ciałem, bestia zamachnęła się drugą
łapą w przestrzeni przed sobą. Pazury przeszły przez drzewo przed nim. Drzazgi
pofrunęły, a drzewo zazgrzytało. Natura zawsze ostrzega, że może zrobić
krzywdę. Drzewo zapłakało głośno, jego jęk wypełnił okolice. Wilk oddychał
ciężko. Lekko pochylony nasłuchiwał. Uszy wilka strzygły powietrze, W okolicy
czaiły się dwa lisy, sarna, kocący się królik i wystraszony człowiek. Słyszał,
jak bije mu serce, jak oddycha, czuł jego zapach. Wilk pochylił się bliżej
ziemi, dotknął jej i czuł, jak wibruje. W powietrzu unosiła się mgiełka, miała
kolor strachu i agonii, snuła się tuż nad drzewami i wskazywała tor lotu
ochroniarza. Wilkołak mógł znaleźć z zamkniętymi oczami. Wszystko mówiło, gdzie
jest. Gabriel mógł już się tylko przyglądać. Jak poluje bestia. Złamane drzewo
upadło. Dla bestii to był sygnał. Wilk kilkoma susami dobiegł do granicy lasu,
gdzie ukrył się wśród liści, obserwowała ofiarę. Ochroniarz właśnie
się ocknął. Chwilę leżał, w pozycji półleżącej twarzą do ziemi wspierał
się na łokciach, próbował wstać. Wilkołak
miał właśnie wyskoczyć na niego, gdy usłyszał kawałek dalej metaliczny klik.
Wsłuchał się w mrok i usłyszał kolejne bicie serca. Pułapka na wilka. Jeszcze
krok i straciłby życie. Strzelec ukryty wśród liści zabezpieczony przed
wilkiem. Bestia nasłuchiwała, węszyła i rozglądała się nerwowo. Nagle
ochroniarz, który leżał kawałek dalej, wygiął się w dziwny sposób. Jęknął. Wilk
zaczął nerwowo dreptać. Wyczuł przemianę, najwidoczniej drasnął mężczyznę
podczas przesłuchania. Kawałek od niego barczysty mężczyzna wygięty w
specyficzny sposób wstawał. Mruczał pod nosem. Nagle, w mgnieniu oka zniknął z
pola widzenia. Ziemia, na której stał, osunęła się wzdłuż urwiska. Gabriel
podskoczył. Chciał zrobić krok i szybkim susem zeskoczyć za nim, by dobić,
zawahał się jednak. Ma inną misję. Szybko odskoczył wzdłuż lasu. Pobiegł w
przebraniu wilka w stronę świateł miasta.
***
- Widzę Marka jak na dłoni, leży nieprzytomny. Przynęta, której
nie musiałem podłożyć. - Wielki łowca wilkołaków odziany w pałatkę koloru khaki
obserwował z dębu sytuację. Chwilę wcześniej mężczyzna nagle upadł, ukazał się
nagle, jak podrzucony z nieba. Wymarzona przynęta. Wilk zaraz się pojawi.
Odbezpieczył broń. Sięgając po menażkę, odchylił na chwilę okrycie. Natychmiast
się okrył ponownie. Materiał natarty specjalnym specyfikiem nie przepuszczał
zapachów i dzięki specjalnej konstrukcji dźwięków. Wytężył wzrok. Zauważył
dziwnie poruszające się liście wśród pobliskich drzew. - Tam jesteś? -
pomyślał. - Ja jeszcze żyję, więc mnie nie widzisz. - Uśmiechnął się szyderczo.
- Będę Twoją zgubą. Zrobię sobie kurtkę z Twojej skóry. Głowa idzie dla
Doriana, reszta będzie moja. - W myślach wydawał pieniądze za głowę wilka. -
Może wykupię tę wiedźmę, którą trzyma w piwnicy? Ma fajny tyłeczek i działamy w
tej samej branży. - Rozmarzył się chwile. - Wychodząc po prostu
powiem "idę zapolować na strzygę". Skończą się kłamstwa. Chociaż
coś z sumienia zejdzie. - Z rozmyślań wyrwał go widok mężczyzny nad skarpą.
Zaczął się dziwnie zachowywać. - Pomiot! Cholera. - Wycelował broń. Już miał
wystrzelić, gdy ziemia pod ochroniarzem usunęła się, a kątem oka zauważył
jeszcze, że kawałek skarpy nie osunął się samoistnie. Na krańcach zobaczył
małe, dziecięce, trupio blade rączki, które chwyciły za krańce i ściągały je w
dół razem z przemieniającym się w wilka Markiem. Jednocześnie poczuł, jak
ziemia zadrżała i tuż obok niego przebiegł wielki wilk. Odwrócił się i
wycelował.
***
Wśród poszumu
wrzosów hulał wiatr. Poniżej w zapadlisku, gdy gwizdał, między drzewami można
było usłyszeć śmiech dzieci. Jeśli było naprawdę ciemno, przebiegały obok
zbłąkanych przechodniów, oczywiście, jeśli ktoś był na tyle głupi, by błąkać
się po nocach po starej żwirowni. Chwytały czasami za nogawki i rękawy. Czasami
o poranku było widać cienie lub obłoki pary, które tańczą w kółko . Wiatr
wtedy śpiewa z nim "kółko graniaste". Tej okolicy unikali
wszyscy. Poza samobójcami. Ich dusze były już martwe, wtedy małe dłonie
chwytały straceńca za ręce i prowadziły do końca, uwieszały się nóg wisielców,
rozmazywały krew z podciętych żył. Przy każdym znajdowano trójkątny wzór,
ze wpisanym w środek kołem. Niekiedy, znajdowano ciała dopiero po długim
czasie. Dopiero gdy z wrzosowisk było widać bielące się kości, a jakiś
odważny grzybiarz chciał spojrzeć w otchłań. Policjanci niechętnie przyjmowali
zgłoszenia ze żwirowni. Zakład wydobywał tam żwir do wojny, później chwilę
robili to naziści. Mówiono, że gdy dokopali się do piekła. Przestali kopać
dalej.
***
Łowca już miał
wypalić, gdy wilk zniknął za drzewami. Przeklął w myślach i pomyślał o pomiocie,
Zerknął przez ramie. - Corel — przeklął znowu. Nienawidził tego miejsca. Jedną
z dusz, które tam zostały, była jego zona. Targana depresją zniknęła. Po
miesiącu grzybiarz znalazł jej ciało. Łowca do dziś pamięta jej wykrzywioną,
zaschniętą twarz. Jej oczy. Takie przerażone. Patrzyły w bok. Zobaczyła te
dzieci. Była nadwrażliwa. Widziała wiele zła, którego inni nie dostrzegali.
Domy, groby naznaczone krwią. Wyrwał ją z domu wariatów, by kilka miesięcy
później musieć identyfikować jej zwłoki. Oczy wielkiego mężczyzny zaszły mgłą
żalu, a do kącików oka wpłynęły łzy. Dlatego teraz jest tym, kim jest. Jeśli
będzie trzeba, wytłucze wszystkie potwory, choćby musiał ścigać je u samych
wrót piekieł, a stąd to już blisko. Ostrożnie podszedł do krawędzi, wysunął
długą szyję. Zobaczył białe cienie tańczące wokół przemieniającego się
człowieka. Jedno łączyło go ze zjawami. Nienawiść do bestii. Przymierzył się i
wystrzelił. Trafił wilka, który wygiął się nienaturalnie i wczołgał pod skarpę,
gdzie łowca nie mógł go trafić. Mężczyzna zabezpieczył broń, przetarł zmęczone
oczy i wyjmując z kieszeni zatyczki, zasłonił uszy. Nie znosił tych szeptów.
Wolnym krokiem zaczął schodzić po zboczu. Mierzył każdy krok, nie chciał
skręcić nogi. Czy ryzykować utratę przytomności podczas upadku. Ostrożnie
poruszał się też w okolicy, gdzie leżał pomiot. One w tym stadium są bardzo
żywotne i niebezpiecznie dzikie. Zauważył jego buty. Wężowa skóra, drogie
rozerwane, przez wielką stopę, która teraz próbowała odepchnąć ciało głębiej,
przeczuwając zgubę. Wilk miał rozerwaną klatkę. Nadział się na solidną gałąź,
która sterczała mu spomiędzy żeber, które próbują się regenerować. Wnętrzności
pulsując, poruszały nienaturalnie wbitym ciałem obcym. Łowca podszedł bliżej,
przymierzył się do strzału i przypadkiem wytrącił z ucha zatyczkę. Palec
zadrżał na spuście, gdy usłyszał głos. - Robert? - Imię, które znał, jego imię,
wypowiedziane głosem, które tez znał. To była Zosia. Jego zmarła żona. Odwrócił
się. Stała w białej sukni na pobliskim pagórku, za plecami oświetlał ją
księżyc. Jej suknia falowała wolno, wskazywała palcem i mówiła. - Chodź
kochany. - Serce zaczęło mu bić szybciej, nagle poczuł w dłoni zimno. Spojrzał
w dół. Za rękę trzymała go mała dziewczynka z bladymi policzkami i niebieskimi
oczami. - Zaprowadzę Cię do niej, nie bój się. - szepnęła.
"Noc złe oczy ma
Noc kapłanką zła
Słyszysz, to przytłumiony szept
Słyszysz, to jakby kroki blisko mnie
Gdy zastyga krew
Wołam, wołam cię"
S
***
Zapadający mrok
skrył okolice w cieniu, a lekko falująca mgła, podświetlana blaskiem księżyca
pokrywała żwirownie pajęczą siecią, Białą, gęstą i lepką powierzchnię unoszącej
się wilgoci poruszał tylko wiatr. Nagle, wyraźnie oddzielający się od
srebrzystej mgły, cień zaczął się przesuwać w głąb doliny. Z uniesionymi
ramionami, jak znane z filmów zombie szedł, mamrocząc coś pod nosem. Potykał
się co kilka kroków, upadał na kolano i wykrzykując coś, wstawał, jak szarpany
konwulsją.
- Już idę Zosiu... - szeptał, wstając. - Poczekaj na mnie. -
dodawał, widząc, że postać, za którą podąża, znika.
- Spokojnie zaprowadzę Cię do niej. - usłyszał piskliwy głos tuż
obok siebie. Spojrzał w dół obok, podskakując, szła dziewczynka, na oko
czterolatka. Wesoło podskakiwała, wcisnęła małą rączkę w potężną dłoń
mężczyzny. Ten zatrzymał się w półkroku.
- Nie jesteście prawdziwi.- wyszeptał obudzony nagłym rozbłyskiem
świadomości, odrzucił dłoń dziewczynki, która momentalnie stała się zimna i
lepka. Spojrzał na nią znowu. W ułamku sekundy jej blada twarzyczka rozerwał
się w pół jak kartka papieru od ucha, do ucha. Zamiast wesołego uśmiechu
zobaczył rząd wielkich kłów. Jej oczy świeciły pustką. Zanim zdążył się
zareagować, wyskoczyła prosto na niego. Ostatnim podświadomym odruchem osłonił
twarz i odepchnął istotę w dal, ta podnosząc się, wskoczyła w mgłę. Mężczyzna
przetarł czoło. Zorientował się, że zdołał w tym transie dotrzeć na sam środek
doliny. Księżyc rozświetlił okolicę. To było to miejsce. To tutaj podcięła
sobie żyły, to tu ją znaleźli, tu skonała, tu utknęła w piekle. Tu i on
zostanie. Nagle spomiędzy drzew wychyliła się postać wysokiej, smukłej kobiety.
Ubrana w zwiewną sukienkę zaczęła iść w stronę mężczyzny, jej twarz skrywał
cień, a włosy poruszały się w rytm jej ruchów. Chciał, żeby przyszła, zabrała
go ze sobą. - Tak mogę odejść...- pomyślał. Nagle spomiędzy drzew, lekko
pochylone, jak pół człowiek pół zwierze, wybiegło stworzenie. To była ta
dziewczynka, tylko zmieniona. Podbiegła do kobiety objęła nogę kobiety, tuż za
nią, jakby ukrywała się przed mężczyzną, tylko nieśmiało zerkała. W świetle
księżyca widać było tylko zęby i lekko błyszczące oczy. Mężczyźnie uśmiech
dziecka skojarzył się z kotem z „Alicji w krainie czarów". Kobieta
lekko pochyliła się w kierunku stworzonka, pogłaskała je po głowie i znowu
zaczęła iść w stronę Piotra. Mężczyzna patrzył zauroczony, jak lekko kołysząc
biodrami, szła w jego stronę. Taką ją pamiętał. Gdy była bardzo blisko nadal
nie widział jej twarzy, oszukiwał się, że to ona, instynkt kierował jego
dłonią, miał w kieszeni wodę święconą w sprayu. Była już naprawdę blisko,
chwiejnym ruchem dłoni sięgnęła twarzy. Wiedział, że zaraz czar pryśnie i
zobaczy zdeformowane oblicze demona. Jak wiele razy wcześniej. Zacisnął dłoń
na „świętym sprayu”, a zjawa przeczesała włosy z twarzy, ruchem głowy
przegoniła resztę włosów. Piotr upuścił puszkę z cenną substancją. Zjawa
podeszła jeszcze bliżej, dłoń oparła na jego klatce piersiowej, poczuł zimno.
- Nie możesz iść ze mną, musisz ich przyprowadzić, na wrzosowiska.
- wyszeptała. Pachniała wrzosami, a jej oddech deszczem. Twarz Piotra zadrżała,
a do oczu napłynęły łzy. - Do mnie. Pamiętaj. - jej dłoń przeniknęła przez tors
mężczyzny, poczuł zimno i nagły skurcz na sercu. Przewrócił oczami, kątem oka
zobaczył jeszcze, jak Zosia się do niego uśmiecha, jak kiedyś. Z głuchym
odgłosem upadł, przez chwilę widział gwiazdy, po chwili wszystko zasłoniła
mgła. Nastała ciemność. Z kolejnym skurczem zrozumiał, że to już koniec. Serce
nie wytrzymało. Tak chciał odejść. Przy niej.
Nagle kolejny skurcz serca rozerwał ciemność na pół, wszystko
zajaśniało. Kolejny skurcz i znowu ciemność wybuchła falą jasności.
- No już wielkoludzie! - usłyszał. Anioły mają niewyparzone pyski,
pomyślał. - No cholera! - dosłyszał jakby na potwierdzenie.
Może jednak piekło. W sumie zasłużyłem sobie — pomyślał.
Nagłe szarpniecie, oderwało jego myśli z tamtego świata. Otworzył
oczy, zobaczył białogłową dziewczynę. Luu.
- Nie lubię Cię. - powiedziała. - ale musimy współpracować, w tym
przypadku. Jest gorzej, niż myślałam. Niż przewidywała to centrala... Zapłacimy
— dodała po chwili.
Piotr zerknął na zegarek, było chwile po 2. Usiadł, zerwał z
piersi elektrody. Rozejrzał się. Na polanie stały dwa samochody. Oświetlały
okolicę. Reflektory raziły go. Podrapał się po głowie nerwowo. - Wszystko było
snem. - wyszeptał.
- To oznacza zgodę? Czy jak? - zapytała niecierpliwie Luu.
- To nic nie znaczy. - odpowiedział. Zerknął na pierś, gdzie
zauważył znamię, kształt dłoni. - Zosia. - pomyślał. - przyprowadź ich do mnie.
- wyszeptał. Zapiął koszulę, zakrywając pierś.
- Jedziemy do Hrabiego. - Zarządził.
- Co? - Zaskoczona blondynka podniosła brew.
- Wilk go wytropi. Będzie dużo krwi. - Zarzucił połami płaszcza i
udał się do jednego z samochodów. - Idziesz? - rzucił przez ramię.
"Płomień Twej krwi oślepia mnie
Pamięć w niepamięć zmienia się
W płomieniach krwi lemiesza nóż
Jestem jak żyzna ziemia już
Karmi się Tobą mój gniew"
MK
Waldemar siedział
zamyślany nad klawiaturą. Laptop właśnie po raz setny przeszedł w stan
uśpienia. Myśli przez palce, na ekran laptopa nie szły jak kiedyś. W głowie,
jak stara płyta grało „kim jesteś” za każdym razem nagranie w mózgu
zarzynało się igłą gramofonu. Słowa, które usłyszał od niej, jeszcze niedawno
brzmiały, czystym dźwiękiem, jakby stała obok i szeptała do ucha. Teraz, po
setkach odsłuchań głos trzeszczy i bardziej przypomina głos demona, niż
kobiety. Pisał kolejny artykuł do gazety, coś o ludziach i demonach. Tak źle
nie było. Nie mógł przestać o niej myśleć. Nie widział jej wieki, może nigdy?
Przeszło mu przez myśl, że właściwie nigdy jej nie znał. Zaginęła nagle.
Jeszcze pamięta jej słowa, które teraz zarzynają mu inne myśli. - No
właśnie, "kim jestem"? - wyszeptał i jak na hasło obraz laptopa
rozświetlił się i zobaczył jej zdjęcie na ekranie. Prześwietlone czerwienią zdjęcie
rozświetliło pokój. Dziewczyna ze zdjęcia patrzyła wzrokiem pełnym pasji i
namiętności. Mężczyzna dotknął ekranu, drżącą dłonią pogładził rysy policzków.
Uśmiechnął się do zdjęcia i zamknął laptopa. Spakował go do plecaka i wyszedł.
Dzień pochylił się ku końcowi. Zmęczone słońce ostatkiem sił pokłoniło się
światu i zaczerwienione chowało się za horyzont. Waldek chwile patrzył w
słońce, widział w nim twarz Anny. Jedną ręką trzymał laptopa, a drugą dłonią
sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej talizman. Zwitek sznurków, korzeń jakiejś
rośliny i zawiniątko z ziołami. Całość połączona kosmykiem jej włosów. Wszystko
pachniało nią. Czarownicą. - No kim jestem. - pomyślał. Pamięta jak dziś, gdy z
dziecinnym uśmiechem wbiegał do domu, gdzie nie czekało nic dobrego.
Szczeniacka ufnością udawał, że wszystko jest dobrze, że nie trzeba się o niego
martwić. Pytania o dom maskował uśmiechem i milczeniem. Dno, które oglądał od
spodu. Znalazł siły i teraz, po trzydziestu latach demony już pogrzebał.
Cały czas pamięta pełzające zło, macki ciemności. Jego pokój. Grzyb na ścianie
i demony wyglądające z pieca. Fototapeta z jeziorem, z którego wychodzili ONI.
Teraz odbił się od dna, znalazł w sobie drogę, przebił się przez taflę
lodu i teraz leci, zdobywa nagrody. Pisze setki bzdur, do tej gazety. Twarze
bogów widziane w korze drzew, wampiry Wegę, wilkołaki, mamuty zamrożone w
sztolniach pod zamkiem Książ. Pisał co widzi, gdy inni zamykają oczy. Teraz
miał blokadę. Miasto oszalało. Wszyscy zaczęli widzieć potwory na dachach, wybuchy,
żołnierze i wozy bojowe. On Nie wiedział, o czym ma pisać. Ścisnął w dłoni
pakuneczek i nawet nie zauważył, jak znalazł się na ulicy.
- Anna. - wyszeptał. Poczuł jej oddech na szyi, jej długie ciemne
włosy otuliły go promykiem zachodzącego słońca, jej dłoń delikatnie musnęła
jego twarz. Nagłym uderzeniem, unosząc go w powietrze, w locie usłyszał pisk
opon, głuchy trzask, brzdęk tłuczonej szyby. Chłopakowi kręciło się w głowie,
czuł przeszywający ból, wzdłuż kręgosłupa przez kark aż do czubka głowy, gdzie
płynęła krew. Płyn, z szerokiej rany, cienką strużka korytem bruzd, powstałych
pd grymasu bólu na czole, spłynęła na brwi, a później wzdłuż nosa, wielkimi
kroplami, z jego czubka, spadały na ziemię. Rzucony uderzeniem wpadł na
pobliskie krzaki, jego głowa zawisła kilka centymetrów nad ziemią.
- O cholera - usłyszał. Z wielkiej, pobijanej limuzyny wyskoczyła
kobieta. Blondynka średniego wzrostu podbiegła do mężczyzny. - żyjesz? Co Ty
robiłeś na środku ulicy?
- Justyna! - Rozległ się kolejny głos. Starszy mężczyzna znad
opuszczonej szyby wołał do blondynki. - Dosyć krwi na dziś. - Dodał. Odchylił
się i coś powiedział do innej kobiety, która siedziała z nim w samochodzie. Ta
wyskoczyła z pojazdu i jednym susem doskoczyła do blondynki. Sprawdziła puls
Waldemara i — Zabieramy go! - zarządziła. Zdjęły mężczyznę z krzaków i zaczęły
targać do limuzyny.
Przez chwilę
widział Anne w czerwonej sukience, tej z ekranu komputera, czerwień oślepiała
go promieniami słońca, a krople karmazynu zalewały mu oczy. Próbował otworzyć
oczy, przed jego oczami przesuwała się ziemia. Próbował uruchomić nogi, które z
trudem go słuchały. Świat zaczął wirować. Na chwile zamknął oczy. Chłopak
otworzył oczy, przez ledwie uchylone i przymrużone bólem, Zobaczył kobietę,
która bandażowała mu głowę.
- już wstaje kochanie... - wyszeptał niewyraźnie.
Dobrze misiaczku. - usłyszał, poczuł jej dłoń, która delikatnie
wplata długie palce, w pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca
dłoń, zaczęła szarpać go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz. Ból wyrywał
go ze snu. Zobaczył starca, który bacznie mu się przyglądał. Siedział
wyprostowany, opierał dłonie na lasce, która bujała się na boki, gdy samochód
najeżdżał na wyboje. Nad jego głową coś wisiało. Dziwnie znajome. Poczuł
znajomy zapach. Próbował go rozpoznać, oddzielić od zapachu krwi i skórzanej
tapicerki. To Anna, jej zioła. Wtedy rozpoznał paciorki, które wisiały w
samochodzie. - Anna... - wyszeptał i osunął się na kanapę. Zobaczył niebo.
Wielki księżyc zaglądał do środka przez rozerwany dach limuzyny. Mdlejąc,
rozluźnił zaciśniętą dłoń i wypadła z niej paczuszka. Starzec, który siedział
dotąd wyprostowany skrzywił się. Podniósł brew i krzyknął coś do kierowcy.
***
W piwnicach panowała ciemność, oświetlał ją tylko żar koksowników. Były to wielkie kosze, rozstawione wzdłuży korytarza, które nie dawały tyle ciepła, ile odbierały stare ściany. Pośród zapachu stęchlizny, wilgoci i spalenizny unosił się słodka woń ziół i róż. Anna. Siedział wyprostowana przy pryczy Marii. Czuwała, medytując. Medytowała, czuwając. Przewracała oczami i mamrotała coś pod nosem. Jakąś modlitwę, mantrę lub zaklęcie. Maria wsłuchiwała się w jej spokojny głos, pomagało jej to w ogarnięciu myśli, ból poparzenia już ustępował. Pod warstwą spalonej tkanki pulsowała nowa skóra. Nagle Anna wygięła się w łuk i zaczęła wykrzykiwać:
W piwnicach panowała ciemność, oświetlał ją tylko żar koksowników. Były to wielkie kosze, rozstawione wzdłuży korytarza, które nie dawały tyle ciepła, ile odbierały stare ściany. Pośród zapachu stęchlizny, wilgoci i spalenizny unosił się słodka woń ziół i róż. Anna. Siedział wyprostowana przy pryczy Marii. Czuwała, medytując. Medytowała, czuwając. Przewracała oczami i mamrotała coś pod nosem. Jakąś modlitwę, mantrę lub zaklęcie. Maria wsłuchiwała się w jej spokojny głos, pomagało jej to w ogarnięciu myśli, ból poparzenia już ustępował. Pod warstwą spalonej tkanki pulsowała nowa skóra. Nagle Anna wygięła się w łuk i zaczęła wykrzykiwać:
- Czerwony super księżyc. Mars. Dwa księżyce. Podróżnik. Zło. -
Jej ciało wyginało się nienaturalnie, a kości trzeszczały, gdy ocierały się o
siebie, czym wprawiały jej ciało w dodatkowy rezonans.
Maria próbował do
niej ruszyć. Spalone resztki skóry usztywniały ją jak gips. Zaczęła zrywać z
siebie spaloną skorupę, pękającą podobnie jak wafle, które w dzieciństwie
łamała, rozsypując wokół okruszki. Pod zaschniętą zbroją pulsowała różowawa skóra,
która lekko prześwitywała i można było zobaczyć jej mięśnie. Naga podbiegła do
Anny, która w konwulsjach zaczęła powtarzać. - Zło. Brama się otworzyła. ONO tu
jest. - Wiedźma jeszcze raz się wygięła, prawie upadając, w ostatniej chwili
Maria złapała ją pod ramiona i uniosła. Anna spojrzała na nią, miała białe
oczy, źrenice uciekły pod czaszkę. - To Ty! - Chwyciła kamień u jej stóp,
chciała nim uderzyć Marie. W połowie zamachu jej źrenice wróciły na swoje
miejsce. W ostatniej chwili odrzuciła kamień i przytuliła się do Wilczycy.
Ciało poparzonej dziewczyny było lekko wilgotne i klejące, z każdą chwilą
narastało nową tkanką. Czarownica dotknęła powierzchni jej skóry/ - Biedactwo
-wyszeptała. - Piękna bestia. Pocałowała jej pierś i okryła swoim płaszczem. -
Idą ciężkie dni.- wyszeptała.
Maria próbowała
zapytać, co się działo, ale nie mogła wydusić słowa, ogień, który strawił jej
skórę, poparzył jeszcze jej gardło, które dopiero odzyskiwało swój kształt.
Zamiast słów z jej ust wydobywały się tylko chrząknięcia. Nagłym atakiem
torsji, wygięła się w stronę ściany, wypluła z siebie resztki poparzonego
przełyku.
***
"Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak śmierć kamienna bryła"
S.B.
Marek. Wysoki,
dobrze zbudowany mężczyzna w okularach. Stał na szczycie katedry. Wokół
panowała cisza, jego twarz oświetlał księżyc. Po trudach wspinaczki oddychał
ciężko, jego spocone czoło osuszał lekki wietrzyk. Było chwilę po północy. Pod
stopami miał kilkanaście metrów. Poniżej katedry szumiała woda z pobliskiej
śluzy. Opera Nova i pobliski most oświetlały kolorowe światła. Tylko
łuczniczka, która powinna być srebrna, teraz wydawała się czarna. Jej
niewidoczna strzała wycelowana była prosto w niego. Jego serce. Szeptał imię.
Kobiece. Do obrzydzenia zdrobnione. - Trisz... - mruczał, ściskając w ręku
kawałek papieru.
"Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą,
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B.
Zerknął poniżej,
zobaczył wybrukowana kocimi łbami uliczkę. Cofnął stopę i z gzymsu, na którym
stał, zsunęła się dachówka. Spadła łamiąc ciszę okolicy i pękając na setki
kawałków. Spłoszył ptaki. Wziął głęboki oddech, rozpostarł ręce. Wypuścił z rąk
zwitek papieru, który poszybował wysoko. Niesiona wiatrem kartka zaczynała się
krótką sentencją "Mam w jednej ręce samobójstwo, w drugiej różę
mam". Wilgotne ręce i łzy płynące cienką stróżką zniekształciły resztę
wiadomości. Wokół mężczyzny kłębiły się czarne ptaki, które chwile wcześniej
spłoszył. Świat zawirował, nagłym przypływem adrenaliny, zaśmiało się życie.
Zamknął przekrwione płaczem oczy. Wyszeptał jej imię i pochylił się ku
otchłani.
- Zdecydował się! - Usłyszał tuż nad głową.
- Tak już jest nasz! - odpowiedział drugi głos. Marek otworzył
oczy. Zobaczył wokół siebie stado czarnych ptaków. - Zmutowane gołębie? -
pomyślał. Mając jeszcze kontakt z powierzchnią dachu, odwrócił się ostatkiem
sił.
- Witaj! - usłyszał głos, który pochodził z góry. To ptaki mówiły
setką głosów.
- Co? Jak? - Zdążył wydobyć z siebie ostatnie słowo. Patki
połączyły się w jeden czarny byt, który poruszał się jak dym. Jak Wielka ręka
Czerń chwyciła mężczyznę. Czyste zło czerpiąc radość z tej chwili, falowała,
trzymając przerażonego mężczyznę jak kukłę na linkach. Czarna istota chwilę
bawiła się ciałem. To podskakiwała nim jakby tańczącym pajacem, to znowu
układała go w pozy biblijne, krzyżując go co chwilę. - Co chcesz ze mną zrobić?
- wykrzyknął mężczyzna.
Bezimienny zatrzymał przedstawienie momentalnie. Samobójca
uwieszony na linkach zaczął wierzgać nogami, zaraz po tym, jak czarna macka
owinęła się wokół jego szyi.
- No właśnie, co zamierzasz? - rozległ się głos.
- Zamknij się! - Odezwał się z próżni kolejny.
- Napawajmy się chwilą! - wykrzyczał inny.
Mężczyzna głośno
złapał oddech. Istota z innego świat znowu zaczęła się nim bawić. Nagle
zastygła. Poczuła na sobie spojrzenie. Księżyc. Luna patrzyła. Wtedy, jakby
składając w ofierze, uniosła w górę, ku niebu. Nagle złamała samobójcę wpół i
roześmiała się, a Marek jęknął. Mackami zaczęła wpełzać w ciało mężczyzny.
Śmiech wypełnił okolice. Ciało mężczyzny zostało otoczone sarkofagiem ze smoły,
czystego zła.
- Złamałeś mu kręgosłup matole! - W tym samym rozległ się dźwięk
dartego materiału i z ciała Marka wypadł złamany kręgosłup.
- Co to za stan? - zajęczała masa.
- Pali w środku! - zawołała Czerń.
- To ta miłość, ta cholerna miłość! - Kula otaczająca Marka
zaczęła się wić, jakby próbowała oderwać się od dawcy. - Gdzie ona się mieści?
- W sercu! - odkrzyknął głos. I w tym samym momencie po
powierzchni dachu poturlało się wyrwane, jeszcze bijące serce. Zostawiło za
sobą stróżkę.
- Co ja uczyniłem. - pomyślał Marek. Ostatnią myślą dotknął
ukochanej. Było mu wszystko jedno. Stracił ją bezpowrotnie. Zasnął.
- Arghht — Bezkształtna masa wiła się po dachu katedry.
Dachówki sypały się z dachu na ziemię. Jak wielka czarna ośmiornica wymachiwała
mackami, obijając się o dach. Próbowała zawładnąć ciałem.
- Oni ciągle o tym mówią! - Z czerni wypadł język.
- Nadal pali! - krzyczało zło.
- Patrzą się na siebie, może to! - Wyjęczało w konwulsjach. Zło
miotało się coraz bardziej. Widziało obrazy, wspomnienia gospodarza. Miłość,
którą czuł, a wypełniała go od stóp do głów. Nagle opadło z sił całkowicie i
zaczęło turlać się z dachu. W ostatniej chwili Marek chwycił krawędź rynny. Zło
w nim zadrżało.
- Uciekajmy! - Wysyczało. - To nie host dla NAS! - Igiełki Czarnej
mazi zaczęły spełzać z palców mężczyzny wzdłuż rynny.
- Tak. To jedyne wyjście!
Twarz mężczyzny całkowicie pokryta była smołą. Ciało bezwładnie
wisiało uwieszone rynny, która powoli się obrywała. Pajęczyna czarnego śluzu
zaczęła opuszczać jego ciało. Próbowała połączyć się w jedność, gdzieś dalej.
- Nie mogę! - wykrzyczała masa.
- Utknęliśmy! - odpowiedział jej drugi głos.
- Inny dawca! Szybko! - Najbliższą istota były jaskółki, które
spały w pobliskich gniazdach. stróżki czarnej mazi, łącząc się w strumyczki,
popłynęły w ich kierunku. Nagłymi wybuchem z gniazd wyskoczyły czarne ptaki.
- Wolny! - Jednym chórem zaśpiewały jaskółki. Siedem ptaków
wirowało wokół wieży kościoła.
- Haha. Uwielbiamy być ptakiem! - Oglądały okolicę. Widziały
miasto. Każdą mroczną duszę, każde rozdarcie w wymiarze, każdy błąd Boga. Zaczęły
szybować w stronę nieba. Nagłym rozbłyskiem znieruchomiały, zaczęły spadać. -
Co się dzieje? - pomyślała czarna istota.
Z głośnym
plaskiem mężczyzna spadł z dachu. Mrok nagle odzyskał świadomość, a Marek
swoją. Widział obraz okolicy jednocześnie z siedmiu perspektyw. Zło zrozumiało,
że nie może się oddzielić od ciała mężczyzny.
- Nienawidzę miłości! Nienawidzę Was! Ludzi! - krzyczały jaskółki
na niebie.
Marek dotknął
twarzy. Jego usta i oczy warstwą bruzd pokrywała, Bruzdy układały się w kształt
szponów, jakby coś wydrapało mu gałki. Marek oparł się o ścianę, a maź wniknęła
w głąb murów.
Pomyślał o wejściu na dach i już był w połowie drogi.
"Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B
***
Starzec wskazał
palcem i współpasażerka otworzyła drzwi, wypchnęła Waldemara z samochodu.
Hrabia złapał za telefon. Podał adres i bez słowa się rozłączył.
Waldemar rzucony
prędkością odśrodkową wpadł w pobliskie krzaki, jego głowa zawisła kilka centymetrów
nad ziemią. Chłopak otworzył oczy, przez ledwie uchylone i przymrużone bólem,
zobaczył plamę krwi. Mała kałuża falowała. Każda, nowa kropla, poruszała
powierzchnia czerwonego lustra.
- Już wstaje kochanie... - wyszeptał, niewyraźnie. - dobrze serduszko.
- usłyszał — co ci się stało? - poczuł jej dłoń, która delikatnie wplata długie
palce, w pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca dłoń, zaczęła
szarpać go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz.
- To boli — Próbował krzyczeć, ale jego głos utknął w gardle i
ledwo zrozumiale wyrzęził, swoją prośbę.
- Kurna, żyje! Co robimy? - Wykrzyknął, klęczący nad ciałem
mężczyzna.
- Pakuj go na nosze! - Odpowiedział drugi, otwierając pakę
karetki. Chwile szarpał się z klamką, klnąc pod nosem. - Wiesz co robić. Ma
dokumenty?
- Ma, nie jest stąd. Bezdomny raczej. - Chwile patrząc w
dokumenty, dodaje. - To wiele ułatwia. Dziś Ty dzwonisz? - Powiedział, rzucając
drugiemu ratownikowi telefon.
Chłopak bezwładnie opadł na powierzchnie noszy, poczuł, jak nieznana
siła podnosi go, jak w zwolnionym tempie. Unosi się prawie do chmur, w pewnym
momencie, światło, które go otaczało, zaczęło delikatnie gładzić jego powieki,
mówiąc „śpij”. Ostatkiem sił odchylił powieki. Zobaczył wnętrze karetki.
Lekarze o coś się kłócili, słyszał słowa, ale nie rozumiał ich znaczenia.
- Jeszcze dycha. Dzwonić? Zrobiłeś mu zastrzyk? - wykrzykiwał
kierowca, wymachując rękoma i wskazując telefon.
- Jeszcze chwilę. - Odpowiedział lekarz. Trzymał na wysokości oczu
ampułkę i strzykawkę. - Jeszcze tylko chwila i przestanie boleć. - Uśmiechnął
się do chłopaka łagodnie i pochylił się, by zrobić zastrzyk. - Będzie dobrze. -
Wyszeptał do Waldka, a jednocześnie wstrzyknął mu zimny płyn do żyły. Szybkim
ruchem wyjął, pustą strzykawkę i odwrócił się w stronę kierowcy, mówiąc,
stanowczym głosem. - dzwoń! - Ponownie odwrócił się, w stronę półprzytomnego
chłopaka, złożył jego ręce na piersi, pogładził go, po dłoni i powiedział. -
Nie bierz tego do siebie, to tylko interesy.
Przez chwilę, chłopakowi rozjaśniło się w głowie, zimno
wstrzykniętego płynu, zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Usłyszał głos z
szoferki, słowa, które przed chwilą nie miały znaczenia i nie układały się w
zdania, teraz zaczął rozumieć.
- Cześć wam, co dziś chowacie? Mamy świeżą „skórę”. Właśnie
dochodzi. Mężczyzna dwadzieścia pięć lat Waldemar Szornhern, bezdomny. Nikt nie
będzie płakał. - Kierowca się roześmiał.
Chłopak chciał
krzyknąć, poczuł tylko jak gardło, zaciska się bezwładnie, próbował chwycić
oddech, płuca znieruchomiały, usta rozchyliły się bezwładnie. Nagromadzona
ślina zaczęła spływać do gardła, przełyk zamarł. Serce, w dziwnym porywie,
rozciągnęło każde bicie w nieskończoność. Nieziemski ból przeszył jego pierś,
prośba o oddech obiła się tylko, w pustych płucach głośnym echem. Nie mógł
ruszyć nawet palcem, poczuł dziwne osłabienie. Rozchylone powieki patrzyły na
lekarza, który nerwowo palił papierosa i coś notował. Źrenice chłopaka,
rozciągnięte do granic możliwości, kaleczyły się światłem mijanych latarni.
Wnętrze karetki wybuchało co chwilę, jasnością nadwrażliwych odczuć chłopaka.
Serce przestało bić, krzycząc imię dziewczyny, śmierć zakładała się z diabłem,
co pierwsze zawiedzie. Utopi się we własnej ślinie, umrze z braku tlenu w mózgu
czy ze strachu. Lekarz spojrzał na zegarek. - Jest 13 po. godzina zgonu 19:15,
przyczyna: ogólne obrażenia spowodowane wypadkiem. - Oczy chłopaka zabłysły w
geście protestu. Światło rozbłysło, czuł, jak odpływa, płuca nadal wołały o
oddech szarpiącym, nieruchomym bólem. Przez chwilę zrobiło się ciepło. Jasność
ustąpiła miejsca ciemności.
Lekarz wstał, podszedł do nieruchomego ciała, powłóczystym gestem
przymknął powieki chłopaka.
- Dobra możesz jechać na bazę. Już po wszystkim. - Rzucił przez
ramie lekarz, spojrzał na fiolkę z napisem „Pavulon”, przetarł łzę wyrzutów
sumienie i wsunął pusty pojemnik, do torby lekarskiej.
W ciemności słyszał głosy. Krzyki. Błagania. Może sam krzyczał.
Czasem zdawało mu si, że umarł, że to już koniec. Nagle, bezgłośnie, uderzył o
gładką powierzchnię szpitalnych kafelków. Uniósł ciało do pozycji półleżącej,
przetarł czoło, już nie bolało, ale nadal jego źrenice były nadwrażliwe na
światło, które pulsowało w dziwnych odcieniach błękitu i różu. Z trudem
podniósł się i wstał. Stawiając krok za krokiem, wyszedł z pomieszczenia.
Oślepiony światłem korytarza, szedł po omacku, wzdłuż ściany. Próbował zawołać
kogoś, ale jego głos nadal uwiązany był w gardle, niewidzialną nicią. W pewnym
momencie oparł się o ścianę, która ustąpiła pod jego ciężarem i otworzyła się drzwiami,
do sali, w której panował miły półmrok. Chłopak upadł i wylądował tuż u stóp
młodego mężczyzny, który stał przy łóżku. Waldek podniósł się, jakby nic się
nie wydarzyło. Mężczyzna spojrzał na niego spod byka.
- Co tu robisz, zaraz po Ciebie przyjdą! - wyszeptał –
Szczęściarzu, Ty nie żyjesz. - dodał.
Chłopak zamarł. Spojrzał na poważną twarz rozmówcy. - Co Ty
mówisz. - z trudem odpowiedział.
Nagle światła przygasły, Waldemar usłyszał nieludzkie krzyki.
Spojrzał w stronę okna, które wyglądało, jakby niewidzialne szpony rozdzierały
je na kawałki. - Co... - próbował zapytać, ale niewidzialna siła złapała go za
nogi i uniosła. Chłopak zdążył jeszcze chwycić kraniec łóżka. Zobaczył leżącego
na nim mężczyznę. Spod plątaniny rurek i kabli wystawała twarz, dziwnie
znajoma. To mężczyzna stojący przy łóżku, podtrzymywany, na siłę, przy życiu.
- Szczęściarzu... - Powtórzył mężczyzna, odginając palce
zaczepionego, o ramę łóżka Waldemara. - To mój prezent. - Odprowadził chłopaka
wzrokiem, a ten zniknął w jednej ze szczelin. Nagle w pokój rozświetliła jasna
jarzeniówką.
- Jak się dziś czujemy? - rozległ się wesoły głos pielęgniarki,
która podeszła do leżącego w śpiączce mężczyzny.
Waldemar obudził się w dziwnym pomieszczeniu, na kamiennej
posadzce.
***
Oparta na łokciach
kobieta patrzyła w pustą kratkę. Zerknęła na brzęczący telefon. Zignorowała
wiadomość, która odebrał. Po chwili zorientowała się, że
to "ten" telefon. Gorąca linia. Hrabia ma problem ze
zdrowiem lub jego podopieczni, a w najgorszym wypadku któraś bestia.
- W co ja się wpierdoliłam? - pomyślała i natychmiast skarciła się
za słownictwo. - "D.G. Zawał. 22:45" - Odczytała na głos
wiadomość, zerknęła na zegarek. 22:55. Maja opóźnienie. - skwitowała w myślach.
Wzięła głęboki oddech, rozejrzała się po pokoju, szukając punkty podparcia dla
myśli. - Snap back tu reality. - szepnęła.
Kim jestem, dlaczego tu siedzę? Rozejrzała się po prawie sterylnym
pomieszczeniu, na ścianie wisiały dyplomy. Marianna brak nazwiska, ono zostało
wydarte z dyplomu. Często przesiadywała w tym pomieszczeniu, czuła w tu zapach
drewna boazerii i stare książki. Uwielbiała ten zapach. Zerknęła na telefon.
Hrabia. Zaraz tu będzie i pomieszczenie wypełni się zapachem cygar. Ten lekki
zapach egzotyki, który wypełni pomieszczenie, woń kakaowca przypominał fajkę,
którą palił jej ojciec. Wieczorami siadał w swoim fotelu, pukał fajką o kant
stolika, czym doprowadzał do pasji mamę, uśmiechając się ,odpalał. Gdy
zaciągał dym Marianna, wstrzymywała oddech. W mgnieniu oka pokój wypełniał się
zapachem tytoniu. Namiastkę tego miała za każdym razem, gdy pojawiał się ten
dziwny gość. Atmosfera, którą wokół siebie tworzył hrabia, miała być
tajemnicza, jego zachowanie było wyuczone, każdy ruch wymierzony. Zawsze patrzy
z góry, ale prosto w oczy. Nie lubiła go. Zmanierowany dupek i jego cyrk
potworności. Przez chwilę zastanawiała się, jak wdepnęła w znajomość z tym
człowiekiem.
Przeczesała
włosy, wzięła głęboki oddech i usiadła. Znowu patrzyła na pustą kartkę, tym
razem wiedziała co napisać.
"To było rok temu.
Pierwszy atak.
Kończyłam właśnie swój dwunastogodzinny dyżur. Praca na ostrym
dyżurze była ciężka, ale czas mijał szybko. Nadal czuje krew. Zapach, który
wgryzł się w nozdrza i ciągle jej towarzyszy. Kiedyś jej nie przeszkadzał. Do
dnia, w którym runął jej cały świat. Tego dnia czułam, że coś się zbliża. Z
tyłu czaszki, jak ciśnienie, które miało za chwile wywalić tam dziurę. Wszystko
wokół było szare. Głosy docierały jak ze studni lub przez jakąś kosmiczną tubę.
Jeszcze chwila i miałam iść odpocząć. Godzinę, potem na kolejny dyżur. Wszystko
wirowało, a zapach krwi zaczął odurzać. Odliczałam minuty, sekundy do przerwy.
Potrzebowałam odpoczynku bardziej niż kiedykolwiek. Wybiła szesnasta.
Przecierając oczy, po omacku, wyszłam na zewnątrz. Stanęłam na podjeździe
karetek. Wszystko było bardziej szare niż zwykle. Zieleń? Zgniła szarość.
Wiosna nie pachniała. Chyba że zapach krwi, wnętrzności i wydzielin ciała też
się liczy. Biorąc głęboki oddech, odurzyłam się spalinami miasta. Stałam chwilę
oparta o barierkę, jej popielata biel poplamiona była placami rdzy. Ten widok
był moim jedynym kontaktem z rzeczywistością. Korozja przypominała krople krwi.
Miałam już wrócić do środka, gdy tuż przed jej nosem przejechała karetka.
Wiedziałam, że już nie odpocznę. Wchodząc na salę, katem oka zauważyłam
pacjenta na noszach. Wszyscy coś krzyczeli. Nagle spod koca ratunkowego
wysunęła się ręka, a właściwie rączka. Przez bandaże sączyła się krew. Była
bardzo czerwona, takiego wyraźnego koloru nie widziałam od dawna. Pośród całej
tej szarości karmazyn raził w oczy. Z jakiegoś powodu wszyscy patrzyli na
mnie." - Marianna zamyśliła się,
przerywając pisanie. Z oczu popłynęły łzy. Kapiąc na kartkę, rozmyły kilka
liter. Przetarła oczy i kontynuowała. - "Miała zaledwie jedenaście
lat. Zosia. Tak miała na imię. Jej złote włosy falowały na wietrze, a zielone
oczy migotały w świetle..." - Nagły brzdęk w sąsiednim pokoju
rozproszył myśli.
Wstała i podeszła
do drzwi. Oparła głowę o drewnianą powierzchnię. Jedną ręką złapała klamkę.
Drugą dłoń oparła o framugę. Delikatnie nacisnęła chromowaną klamkę, która
melodyjnie zaskrzypiała. Na łóżku siedziała delikatnie wyprostowana postać.
Lekko kołysząc, wpatrywała się w księżyc.
- On do mnie mówi mamusiu. - odezwała się postać. Chude policzki i
blada cera nadawały jej cech marmurowego posągu.
- Tak kochanie wiem. - odpowiedziała Marianna, siadając obok
dziewczynki. Pogłaskała dziecko i przytuliła. Jej zesztywniałe, zimne ciało
również przypominało posąg. - Połóż się Zosiu. Zmarzłaś. - wyszeptała Marianna.
- Tak mamusiu. Będziesz miała gości. Nie lubię tego człowieka.
Śmierdzi trupem… i jeszcze ktoś. - Zanim zdążyła dokończyć, rozległ się
dzwonek. Marianna wstała. - Mamo. Będę obok. - szepnęła Zosia. Kobieta
uśmiechnęła się, przykryła córkę i pocałowała na dobranoc. Zasłaniając okno,
zauważyła ścianę szczelnie zarysowaną małymi krzyżykami. Wychodząc z pokoju,
zwróciła uwagę, że podłoga również pokryta była znakami.
Zamknęła drzwi i długim korytarze poszła wpuścić gości. Nie
zastanawiała się, kto dzwonił. Uchyliła tylko drzwi, za którymi stał Hrabia.
Właściwie wisiał, wsparty na ramionach ochroniarza druga ręka podpierał się na
lasce z wyrzeźbionym srebrnym wilkiem na uchwycie. Pierwszy raz widziała go w
takim stanie. Blada twarz zlewała się z bielą koszuli, która niechlujnie
rozpęta, odkrywała elektrody na piersiach mężczyzny.
- Szybko połóżcie go tam. - krzyknęła, wskazując leżankę w
gabinecie. Szybko złapała przewody elektrod i podłączyła pod encefalograf. -
hmmm to nie zawał. Co się wydarzyło? Serce ledwo TO wytrzymało.
- To dobra wiadomość. - odpowiedział, zrywając elektrody i
wstając. - To mogę wracać do domu. - zapadła cisza.
- Chyba tak.
Nagle rozległ się dziwny dźwięk i szaleńczy skowyt psów. Kroki na
dachu. Nad ich głowami zajaśniało, ktoś na dachu zapalił światło, w świetliku
pojawiła się wielka plama. Postać stała chwilę, by po chwili zniknąć.
- Co to było? - zerwał się ochroniarz.
- Być może sąsiad z góry. Tam jest taras. - psy przestały
szczekać.
***
"i odtąd piekło samo,
drżało przed mieczem,
który mu groził ruina"
Wyraźnie wyczuwał
zapach. Mógł zamknąć oczy i dać nieść się impulsowi. Bestia rozkoszowała się
wolnością. Wskakując, na najwyższe budynki wyginała ciało w stronę księżyca i
krzyczała co jakiś czas.
- Wszyscy zapłacicie! - Czasami – Jesteście tylko mięsem! - Dziki
marsz trwał kilka kilometrów. Po każdym skowycie słychać było zatrzaskujące się
z hukiem okna, czasem wrzaski, innym razem paniczne, pospieszne kroki. Im
bliżej był, tym furia jątrząca mu trzewia wiła się mocniej. Gniew, jaki czuł i
dzikość bestii zawarły ze sobą pakt, którego bałoby się samo piekło. Człowiek w
ciele wilka wzdrygał się na samą myśl spotkania z porywaczami. Wilk z
człowiekiem w duszy czuł niezwykłe podniecenie z tego samego powodu. W końcu
dotarł w miejsce, gdzie zapachy skumulowały się, widział z daleka łunę
feromonów. Wielki różowo-niebieski grzyb jak po wybuchu bomby atomowej. Jego
wielkość wskazywała, że stoją tam dłuższą chwilę. Jednym susem przeskoczył z
dachu na dach. Zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech, zaciągnął
wielkimi chrapami powietrze i wyczuł ich strach. Podbiegł do gzymsu, zwiesił
się i z niego obserwując limuzynę z rozdartym dachem. To na pewno ONI. Przez
myśl przeszło mu, żeby się z nimi jeszcze pobawić, doprowadzić do szaleństwa i
wtedy patrząc w oczy wyrwać przerażone serce. Już miał skoczyć z dachu na
samochód, gdy zza jego pleców usłyszał głos.
-Co Ty tu robisz? - Wilk odwrócił się, zobaczył mężczyznę w
szlafroku i dwa rotwailery. Psy wyczuły bestię i zawarczały. Mężczyzna zapalił
światło na ganku tarasu. Zamarł przerażony. - Bież go Zeus, Apollo. Psy
wyskoczyły spuszczone ze smyczy. Gabriel ukryty za maską potwora pochylił się i
pokazał zęby. Psy zatrzymały się w pół drogi, w mgnieniu oka wpadły do domu,
skowycząc. Po drodze przewróciły swojego właściciela. Mężczyzna nie mógł
wydusić słowa, czołgając się w stronę drzwi, drżał jak osika. Rozbawiona bestia
niespiesznie podchodziła do wystraszonego człowieka, który zostawiał za sobą
żółtawy szlak strachu. Oczy zaszły mu łzami, a usta bezdźwięcznie
krzyczały "nie". Futrzasta postać zawisła nad skulonym
ciałem. W tle grało radio. Piosenka, która zaciskając pięści, zatrzymała czas,
na chwile odwlekając wyrok.
„I’m a walkin’ in the rain
Tears are fallin’ and I feel the pain
Watchin’ all the place go by
Some live and others die"
Po chwili
zawieszenia broni ustało, pięść się rozluźniła, odkrywając ostre jak brzytwa
pazury, a pysk rozświetlił rząd białych wilczych kłów. Mężczyzna spojrzał w
płonące oczy diabła. Zemdlał. Wilk zamachnął się, z pokoju rozległ się pisk
przerażonych psów. Już z pyska popłynęła ślina, która zatęskniła za smakiem
krwi, gdy usłyszał za sobą głos. To był ON!
-A jak tam Twoja córka? - ponowne usłyszał głos hrabiego. Omdlały
mężczyzna ocalał. Bestia otarła łapą pysk. Gabriel obejrzał się i zauważył
świetlik, który wcześniej umknął jego uwagi. Podbiegł bliżej, wzbił się w
powietrze i skulony wpadł w szklaną powierzchnię okna. W środku była kobieta,
wielki mężczyzna i ten, na którego polował.
-Wszyscy zginiecie! - Zawarczał i rzucił się w kierunku starca.
Gdy już czuł, że jego pazury zagłębia się w ciele starca, poczuł na nodze mocny
uścisk, który zatrzymał go tuż przed twarzą hrabiego, który roześmiał się.
Cofnął pół kroku, chwycił swoją laskę, kapelusz i skierował w stronę drzwi.
-Zabierz jego ciało, jak z nim skończysz. - wyszeptał hrabia,
wychodząc. - A tobie Marianno radzę uciekać. - Rzucił jeszcze przez ramie, tak
od niechcenia.
Potężny uścisk
nie utracił siły. Wielki ochroniarz z uśmiechem wywinął wilkiem, rzucając go w
przeciwległy kąt. Zanim Gabriel zdążył się pozbierać, dryblas był już przy nim
i chwytał go za szyje. Broniąc się, pazurami szarpał jego ciało. Po każdym
ataku bestii w powietrzu fruwały kawałki ubrania. Imadło dłoni nie zelżało
nawet odrobinę. Łapiąc ostatkiem sił powietrze, wilk chwycił ochroniarza
za twarz, orząc mu ją, pazury zsuwały się po policzkach jak po pancernej
masce. Czym rozśmieszył napastnika.
-Łaskotki mam, wrr. ty zwierzaku. - wyszeptał wielkolud, z
uśmiechem. Dopiero gdy poczuł pazury na gałkach, wściekł się i rzucił wilka w
kolejną ścianę tuż nad panią doktor, która próbowała otworzyć sekretny pokój.
Drzwi do pokoju Zosi pękły w pół, lekko odkrywając wnętrze. Wielki siepacz
hrabiego zaszedł podnoszącego wilka i założył mu nelsona. - Teraz kończymy
zabawę diabelski pomiocie. - szepnął, zaciskając na szyi wielkie ramiona. Kości
Gabriela zazgrzytały o krok od złamania.
Otworzyły się
drzwi do pokoju dziewczynki. Niepewnym krokiem, w białych frotowych skarpetkach
i zwiewnej koszulce nocnej wyszła Zosia. Po raz pierwszy od roku odważyła się
wyjść z tego pokoju. Jej ciało pokryte było małymi krzyżykami, które narysowała
sobie tuż przed opuszczeniem pokoju. Zrobiła kilka kroków, stawiała stopę, za
stopa jakby szła po bagnach i każdy krok mógł być niebezpieczny. Wskazała
palcem na walczących siłaczy i wyszeptała — Mamo, musimy mu pomóc. - Zerknęła
na matkę, która pozbierała się i podbiegła do niej.
- Spokojnie kochanie pan ochroniarz sobie radzi. - Odpowiedziała
jej i mocno przytuliła.
- Nie jemu mamo...
- Skąd pomysł, że musimy pomóc potworowi? - zapytała Marianna.
- Księżyc mi powiedział. Jedyny potwór wyszedł właśnie z budynku.
- Odpowiedziała dziewczynka.
- Księżyc... - Powtórzyła kobieta, podnosząc z ziemi wazon. Z
całej siły łupnęła nim ochroniarza, ten przewrócił tylko oczami, puścił martwe
ciało wilka i wstał. Strzelając palcami, zaczął iść w stronę Marianny.
Kobieta zasłoniła ciałem dziewczynkę. Ochroniarz się uśmiechnął.
-Danie główne i deser. - wyszeptał i obleśnie oblizał wargi. Wyjął
zza pazuchy długi nóż. Wielką łapą chwycił za szyje Marianne, a nożem odciął
jeden z guzików w jej bluzce. - Wolisz ostro, czy delikatnie?
Nagły huk odbił się echem po pomieszczeniu. Mężczyzna wygiął się
nienaturalnie i jęknął, upadł na plecy. W progu stała postać. Skrywający
półmrok rozświetlała burza białych włosów. Stała w pozycji strzeleckiej, a z
lufy jej pistoletu unosiła się smużka dymu. Ogłuszający odgłos wystrzału
świdrował uszy. Pokój zawirował. Marianna, mdlejąc, zauważyła, że zniknęło
ciało wilkołaka, że Zosia rozmawia z księżycem, a blond anioł podbiega do niej.
W progu pojawia się kolejny człowiek, który woła do blondynki.
-Luu! Wszystko gra?
***
"Rok temu Zosia umarła. Jej stan psychiczny doprowadził ją do
momentu, w którym nie dała rady sobie poradzić z rzeczywistością.
Uratował ją hrabia Jan Dor. Mam u niego dług.
Chociaż wiem, że nie odzyskałam jej w całości, to kocham ją jak
wtedy gdy oddychała, była roześmiana, bawiła się, rysowała i nie rozmawiała z
demonami. Chociaż właściwie już wtedy słyszała ICH głosy, ja jej nie wierzyłam.
Teraz słucham. Chociaż wiem, że słucham tylko cienia swojego dziecka.
Dla mnie to ONA.
Żadne prawo, żaden Bóg i żaden dług nie jest ważniejszy od
niej"
W piwnicach
panowała ciemność, oświetlał ją tylko żar koksowników. Były to wielkie kosze,
rozstawione wzdłuży korytarza, które nie dawały tyle ciepła, ile odbierały
stare ściany. Pośród zapachu stęchlizny, wilgoci i spalenizny unosił się słodka
woń ziół i róż. Anna. Siedział wyprostowana przy pryczy Marii. Czuwała,
medytując. Medytowała, czuwając. Przewracała oczami i mamrotała coś pod nosem.
Jakąś modlitwę, mantrę lub zaklęcie. Maria wsłuchiwała się w jej spokojny głos,
pomagało jej to w ogarnięciu myśli, ból poparzenia już ustępował. Pod warstwą
spalonej tkanki pulsowała nowa skóra. Nagle Anna wygięła się w łuk i zaczęła
wykrzykiwać:
-
Czerwony super księżyc. Mars. Dwa księżyce. Podróżnik. Zło. - Jej ciało
wyginało się nienaturalnie, a kości trzeszczały, gdy ocierały się o siebie,
czym wprawiały jej ciało w dodatkowy rezonans.
Maria
próbował do niej ruszyć. Spalone resztki skóry usztywniały ją jak gips. Zaczęła
zrywać z siebie spaloną skorupę, pękającą podobnie jak wafle, które w
dzieciństwie łamała, rozsypując wokół okruszki. Pod zaschniętą zbroją pulsowała
różowawa skóra, która lekko prześwitywała i można było zobaczyć jej mięśnie.
Naga podbiegła do Anny, która w konwulsjach zaczęła powtarzać. - Zło. Brama się
otworzyła. ONO tu jest. - Wiedźma jeszcze raz się wygięła, prawie upadając, w
ostatniej chwili Maria złapała ją pod ramiona i uniosła. Anna spojrzała na nią,
miała białe oczy, źrenice uciekły pod czaszkę. - To Ty! - Chwyciła kamień u jej
stóp, chciała nim uderzyć Marie. W połowie zamachu jej źrenice wróciły na swoje
miejsce. W ostatniej chwili odrzuciła kamień i przytuliła się do Wilczycy.
Ciało poparzonej dziewczyny było lekko wilgotne i klejące, z każdą chwilą
narastało nową tkanką. Czarownica dotknęła powierzchni jej skóry/ - Biedactwo
-wyszeptała. - Piękna bestia. Pocałowała jej pierś i okryła swoim płaszczem. -
Idą ciężkie dni.- wyszeptała.
Maria
próbowała zapytać, co się działo, ale nie mogła wydusić słowa, ogień, który
strawił jej skórę, poparzył jeszcze jej gardło, które dopiero odzyskiwało swój
kształt. Zamiast słów z jej ust wydobywały się tylko chrząknięcia. Nagłym
atakiem torsji, wygięła się w stronę ściany, wypluła z siebie resztki
poparzonego przełyku.
***
"Nagła
smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra
ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak
śmierć kamienna bryła"
S.B.
Marek.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w okularach. Stał na szczycie katedry. Wokół
panowała cisza, jego twarz oświetlał księżyc. Po trudach wspinaczki oddychał
ciężko, jego spocone czoło osuszał lekki wietrzyk. Było chwilę po północy. Pod
stopami miał kilkanaście metrów. Poniżej katedry szumiała woda z pobliskiej
śluzy. Opera Nova i pobliski most oświetlały kolorowe światła. Tylko
łuczniczka, która powinna być srebrna, teraz wydawała się czarna. Jej
niewidoczna strzała wycelowana była prosto w niego. Jego serce. Szeptał imię.
Kobiece. Do obrzydzenia zdrobnione. - Trisz... - mruczał, ściskając w ręku
kawałek papieru.
"Nie
przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą,
Lotu
swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża
mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka
czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B.
Zerknął
poniżej, zobaczył wybrukowana kocimi łbami uliczkę. Cofnął stopę i z gzymsu, na
którym stał, zsunęła się dachówka. Spadła łamiąc ciszę okolicy i pękając na
setki kawałków. Spłoszył ptaki. Wziął głęboki oddech, rozpostarł ręce. Wypuścił
z rąk zwitek papieru, który poszybował wysoko. Niesiona wiatrem kartka
zaczynała się krótką sentencją "Mam w jednej ręce samobójstwo, w
drugiej różę mam". Wilgotne ręce i łzy płynące cienką stróżką zniekształciły
resztę wiadomości. Wokół mężczyzny kłębiły się czarne ptaki, które chwile
wcześniej spłoszył. Świat zawirował, nagłym przypływem adrenaliny, zaśmiało się
życie. Zamknął przekrwione płaczem oczy. Wyszeptał jej imię i pochylił się ku
otchłani.
-
Zdecydował się! - Usłyszał tuż nad głową.
-
Tak już jest nasz! - odpowiedział drugi głos. Marek otworzył oczy. Zobaczył
wokół siebie stado czarnych ptaków. - Zmutowane gołębie? - pomyślał. Mając
jeszcze kontakt z powierzchnią dachu, odwrócił się ostatkiem sił.
-
Witaj! - usłyszał głos, który pochodził z góry. To ptaki mówiły setką głosów.
-
Co? Jak? - Zdążył wydobyć z siebie ostatnie słowo. Patki połączyły się w jeden
czarny byt, który poruszał się jak dym. Jak Wielka ręka Czerń chwyciła
mężczyznę. Czyste zło czerpiąc radość z tej chwili, falowała, trzymając
przerażonego mężczyznę jak kukłę na linkach. Czarna istota chwilę bawiła się
ciałem. To podskakiwała nim jakby tańczącym pajacem, to znowu układała go w
pozy biblijne, krzyżując go co chwilę. - Co chcesz ze mną zrobić? - wykrzyknął
mężczyzna.
Bezimienny
zatrzymał przedstawienie momentalnie. Samobójca uwieszony na linkach zaczął
wierzgać nogami, zaraz po tym, jak czarna macka owinęła się wokół jego szyi.
-
No właśnie, co zamierzasz? - rozległ się głos.
-
Zamknij się! - Odezwał się z próżni kolejny.
-
Napawajmy się chwilą! - wykrzyczał inny.
Mężczyzna
głośno złapał oddech. Istota z innego świat znowu zaczęła się nim bawić. Nagle
zastygła. Poczuła na sobie spojrzenie. Księżyc. Luna patrzyła. Wtedy, jakby
składając w ofierze, uniosła w górę, ku niebu. Nagle złamała samobójcę wpół i
roześmiała się, a Marek jęknął. Mackami zaczęła wpełzać w ciało mężczyzny.
Śmiech wypełnił okolice. Ciało mężczyzny zostało otoczone sarkofagiem ze smoły,
czystego zła.
-
Złamałeś mu kręgosłup matole! - W tym samym rozległ się dźwięk dartego
materiału i z ciała Marka wypadł złamany kręgosłup.
-
Co to za stan? - zajęczała masa.
-
Pali w środku! - zawołała Czerń.
-
To ta miłość, ta cholerna miłość! - Kula otaczająca Marka zaczęła się wić,
jakby próbowała oderwać się od dawcy. - Gdzie ona się mieści?
-
W sercu! - odkrzyknął głos. I w tym samym momencie po powierzchni dachu
poturlało się wyrwane, jeszcze bijące serce. Zostawiło za sobą stróżkę.
-
Co ja uczyniłem. - pomyślał Marek. Ostatnią myślą dotknął ukochanej. Było mu
wszystko jedno. Stracił ją bezpowrotnie. Zasnął.
- Arghht —
Bezkształtna masa wiła się po dachu katedry. Dachówki sypały się z dachu na
ziemię. Jak wielka czarna ośmiornica wymachiwała mackami, obijając się o dach.
Próbowała zawładnąć ciałem.
-
Oni ciągle o tym mówią! - Z czerni wypadł język.
-
Nadal pali! - krzyczało zło.
-
Patrzą się na siebie, może to! - Wyjęczało w konwulsjach. Zło miotało się coraz
bardziej. Widziało obrazy, wspomnienia gospodarza. Miłość, którą czuł, a
wypełniała go od stóp do głów. Nagle opadło z sił całkowicie i zaczęło turlać
się z dachu. W ostatniej chwili Marek chwycił krawędź rynny. Zło w nim
zadrżało.
-
Uciekajmy! - Wysyczało. - To nie host dla NAS! - Igiełki Czarnej mazi zaczęły
spełzać z palców mężczyzny wzdłuż rynny.
-
Tak. To jedyne wyjście!
Twarz
mężczyzny całkowicie pokryta była smołą. Ciało bezwładnie wisiało uwieszone
rynny, która powoli się obrywała. Pajęczyna czarnego śluzu zaczęła opuszczać
jego ciało. Próbowała połączyć się w jedność, gdzieś dalej.
-
Nie mogę! - wykrzyczała masa.
-
Utknęliśmy! - odpowiedział jej drugi głos.
-
Inny dawca! Szybko! - Najbliższą istota były jaskółki, które spały w pobliskich
gniazdach. stróżki czarnej mazi, łącząc się w strumyczki, popłynęły w ich kierunku.
Nagłymi wybuchem z gniazd wyskoczyły czarne ptaki.
-
Wolny! - Jednym chórem zaśpiewały jaskółki. Siedem ptaków wirowało wokół wieży
kościoła.
- Haha.
Uwielbiamy być ptakiem! - Oglądały okolicę. Widziały miasto. Każdą mroczną
duszę, każde rozdarcie w wymiarze, każdy błąd Boga. Zaczęły szybować w stronę
nieba. Nagłym rozbłyskiem znieruchomiały, zaczęły spadać. - Co się dzieje? -
pomyślała czarna istota.
Z
głośnym plaskiem mężczyzna spadł z dachu. Mrok nagle odzyskał świadomość, a
Marek swoją. Widział obraz okolicy jednocześnie z siedmiu perspektyw. Zło
zrozumiało, że nie może się oddzielić od ciała mężczyzny.
-
Nienawidzę miłości! Nienawidzę Was! Ludzi! - krzyczały jaskółki na niebie.
Marek
dotknął twarzy. Jego usta i oczy warstwą bruzd pokrywała, Bruzdy układały się w
kształt szponów, jakby coś wydrapało mu gałki. Marek oparł się o ścianę, a maź
wniknęła w głąb murów.
Pomyślał
o wejściu na dach i już był w połowie drogi.
"Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła"
S.B
***
Starzec
wskazał palcem i współpasażerka otworzyła drzwi, wypchnęła Waldemara z
samochodu. Hrabia złapał za telefon. Podał adres i bez słowa się rozłączył.
Waldemar
rzucony prędkością odśrodkową wpadł w pobliskie krzaki, jego głowa zawisła
kilka centymetrów nad ziemią. Chłopak otworzył oczy, przez ledwie uchylone i
przymrużone bólem, zobaczył plamę krwi. Mała kałuża falowała. Każda, nowa
kropla, poruszała powierzchnia czerwonego lustra.
-
Już wstaje kochanie... - wyszeptał, niewyraźnie. - dobrze serduszko. - usłyszał
— co ci się stało? - poczuł jej dłoń, która delikatnie wplata długie palce, w
pierścionki jego kruczoczarnych włosów. Nagle, błądząca dłoń, zaczęła szarpać
go za loki, jak zaplątany we włosy nietoperz.
-
To boli — Próbował krzyczeć, ale jego głos utknął w gardle i ledwo zrozumiale
wyrzęził, swoją prośbę.
-
Kurna, żyje! Co robimy? - Wykrzyknął, klęczący nad ciałem mężczyzna.
-
Pakuj go na nosze! - Odpowiedział drugi, otwierając pakę karetki. Chwile
szarpał się z klamką, klnąc pod nosem. - Wiesz co robić. Ma dokumenty?
-
Ma, nie jest stąd. Bezdomny raczej. - Chwile patrząc w dokumenty, dodaje. - To
wiele ułatwia. Dziś Ty dzwonisz? - Powiedział, rzucając drugiemu ratownikowi
telefon.
Chłopak
bezwładnie opadł na powierzchnie noszy, poczuł, jak nieznana siła podnosi go,
jak w zwolnionym tempie. Unosi się prawie do chmur, w pewnym momencie, światło,
które go otaczało, zaczęło delikatnie gładzić jego powieki, mówiąc „śpij”.
Ostatkiem sił odchylił powieki. Zobaczył wnętrze karetki. Lekarze o coś się
kłócili, słyszał słowa, ale nie rozumiał ich znaczenia.
-
Jeszcze dycha. Dzwonić? Zrobiłeś mu zastrzyk? - wykrzykiwał kierowca,
wymachując rękoma i wskazując telefon.
-
Jeszcze chwilę. - Odpowiedział lekarz. Trzymał na wysokości oczu ampułkę i
strzykawkę. - Jeszcze tylko chwila i przestanie boleć. - Uśmiechnął się do
chłopaka łagodnie i pochylił się, by zrobić zastrzyk. - Będzie dobrze. -
Wyszeptał do Waldka, a jednocześnie wstrzyknął mu zimny płyn do żyły. Szybkim
ruchem wyjął, pustą strzykawkę i odwrócił się w stronę kierowcy, mówiąc,
stanowczym głosem. - dzwoń! - Ponownie odwrócił się, w stronę półprzytomnego
chłopaka, złożył jego ręce na piersi, pogładził go, po dłoni i powiedział. -
Nie bierz tego do siebie, to tylko interesy.
Przez
chwilę, chłopakowi rozjaśniło się w głowie, zimno wstrzykniętego płynu, zaczęło
rozchodzić się po całym ciele. Usłyszał głos z szoferki, słowa, które przed
chwilą nie miały znaczenia i nie układały się w zdania, teraz zaczął rozumieć.
-
Cześć wam, co dziś chowacie? Mamy świeżą „skórę”. Właśnie dochodzi. Mężczyzna
dwadzieścia pięć lat Waldemar Szornhern, bezdomny. Nikt nie będzie płakał. -
Kierowca się roześmiał.
Chłopak
chciał krzyknąć, poczuł tylko jak gardło, zaciska się bezwładnie, próbował chwycić
oddech, płuca znieruchomiały, usta rozchyliły się bezwładnie. Nagromadzona
ślina zaczęła spływać do gardła, przełyk zamarł. Serce, w dziwnym porywie,
rozciągnęło każde bicie w nieskończoność. Nieziemski ból przeszył jego pierś,
prośba o oddech obiła się tylko, w pustych płucach głośnym echem. Nie mógł
ruszyć nawet palcem, poczuł dziwne osłabienie. Rozchylone powieki patrzyły na
lekarza, który nerwowo palił papierosa i coś notował. Źrenice chłopaka,
rozciągnięte do granic możliwości, kaleczyły się światłem mijanych latarni.
Wnętrze karetki wybuchało co chwilę, jasnością nadwrażliwych odczuć chłopaka.
Serce przestało bić, krzycząc imię dziewczyny, śmierć zakładała się z diabłem,
co pierwsze zawiedzie. Utopi się we własnej ślinie, umrze z braku tlenu w mózgu
czy ze strachu. Lekarz spojrzał na zegarek. - Jest 13 po. godzina zgonu 19:15,
przyczyna: ogólne obrażenia spowodowane wypadkiem. - Oczy chłopaka zabłysły w
geście protestu. Światło rozbłysło, czuł, jak odpływa, płuca nadal wołały o
oddech szarpiącym, nieruchomym bólem. Przez chwilę zrobiło się ciepło. Jasność
ustąpiła miejsca ciemności.
Lekarz
wstał, podszedł do nieruchomego ciała, powłóczystym gestem przymknął powieki
chłopaka.
-
Dobra możesz jechać na bazę. Już po wszystkim. - Rzucił przez ramie lekarz,
spojrzał na fiolkę z napisem „Pawulon”, przetarł łzę wyrzutów sumienie i wsunął
pusty pojemnik, do torby lekarskiej.
W
ciemności słyszał głosy. Krzyki. Błagania. Może sam krzyczał. Czasem zdawało mu
si, że umarł, że to już koniec. Nagle, bezgłośnie, uderzył o gładką
powierzchnię szpitalnych kafelków. Uniósł ciało do pozycji półleżącej, przetarł
czoło, już nie bolało, ale nadal jego źrenice były nadwrażliwe na światło,
które pulsowało w dziwnych odcieniach błękitu i różu. Z trudem podniósł się i
wstał. Stawiając krok za krokiem, wyszedł z pomieszczenia. Oślepiony światłem
korytarza, szedł po omacku, wzdłuż ściany. Próbował zawołać kogoś, ale jego
głos nadal uwiązany był w gardle, niewidzialną nicią. W pewnym momencie oparł
się o ścianę, która ustąpiła pod jego ciężarem i otworzyła się drzwiami, do
sali, w której panował miły półmrok. Chłopak upadł i wylądował tuż u stóp
młodego mężczyzny, który stał przy łóżku. Waldek podniósł się, jakby nic
się nie wydarzyło. Mężczyzna spojrzał na niego spod byka.
-
Co tu robisz, zaraz po Ciebie przyjdą! - wyszeptał – Szczęściarzu, Ty nie
żyjesz. - dodał.
Chłopak
zamarł. Spojrzał na poważną twarz rozmówcy. - Co Ty mówisz. - z trudem
odpowiedział.
Nagle
światła przygasły, Waldemar usłyszał nieludzkie krzyki. Spojrzał w stronę okna,
które wyglądało, jakby niewidzialne szpony rozdzierały je na kawałki. - Co... -
próbował zapytać, ale niewidzialna siła złapała go za nogi i uniosła. Chłopak
zdążył jeszcze chwycić kraniec łóżka. Zobaczył leżącego na nim mężczyznę. Spod
plątaniny rurek i kabli wystawała twarz, dziwnie znajoma. To mężczyzna stojący
przy łóżku, podtrzymywany, na siłę, przy życiu.
-
Szczęściarzu... - Powtórzył mężczyzna, odginając palce zaczepionego, o ramę
łóżka Waldemara. - To mój prezent. - Odprowadził chłopaka wzrokiem, a ten
zniknął w jednej ze szczelin. Nagle w pokój rozświetliła jasna jarzeniówką.
-
Jak się dziś czujemy? - rozległ się wesoły głos pielęgniarki, która podeszła do
leżącego w śpiączce mężczyzny.
Waldemar
obudził się w dziwnym pomieszczeniu, na kamiennej posadzce.
Wszyscy okłamują wszystkich,
najwięcej samych siebie
Nie wiem czy chcę być
przewodnikiem stada
Wolę gubić się z tobą, gubić trop,
kulić ogon
Obława, to chyba koniec dla
nas mała
Księżyc daje światło, znajdą nas
po śladach
Ten las to teraźniejszość, przed
nami stoi przyszłość,
Jest tu cholernie mglisto
-
Co tu się stało? - Zapytał barczysty mężczyzna. Trzymał pistolet oburącz
i przyklejając się do ściany powoli wchodził do mieszkania. Każdy
jego krok był wymierzony i mimo swoich gabarytów stawiał każdy krok z gracją
baletnicy.
-
Znaleźliśmy naszego wilka, był tu przed chwilą. -
Odpowiedziała Luu sprawdzając puls Miriam.
-
Co to za koleś? - Wskazał barczysty mężczyzna na leżące ciało. Poszedł w jego
kierunku. Pewnie siepacz hrabiego. - Zgadywała Luu. Nagle mężczyzna
podniósł się jak uniesiony nieznaną siłą. Zanim agent zdążył zareagować,
ożywiony mężczyzna chwycił go za broń. Wyrwał ją i rzucił za siebie. Wtedy
spojrzał na zaskoczonego mężczyznę i z nienaturalnie szerokim uśmiechem rzucił
się na niego. Stan zarzuci mu ręce na szyje, splótł dłonie za jego głową i
zaczął zaciskać przedramiona. Ochroniarz chwycił Stana poniżej ramion i również
zaczął ściskać. Agent stracił oddech, poczuł się jak w imadle, a za każdym
wydechem uścisk zaciskał się. Stan patrzył w puste oczy napastnika, z ust
ochroniarza nie znikał uśmiech.
***
Nad głową aurora, pod nogami śnieg
Muszę biec, za plecami mam
tylko śmierć
Jestem zgubiony, chodź zgubić się
ze mną...
Mam czerwone oczy od patrzenia
w przeszłość
EXTRA!
Nagła
fala bieli uderzyła Gabriela. Upadł na ziemie. Pod wielkimi łapami wilk poczuł
wilgotną powierzchnię. Łapiąc oddech, uchylił oczy. Zacisnął szponiaste łapy na
miękkiej powierzchni . Chwycił pełną garścią mech. Uniósł głowę.
Wokół zrobiło się ciemno. Wilczy instynkt przejął kontrolę. Nabrał w chrapy
zimne powietrze. Poczuł czyjąś obecność. Pobliskie krzaki ożyły. Brzozowy lasek
poruszył się, a zewsząd wyskoczyły wilki. Spojrzały na Gabriela z nieukrywana
podejrzliwością. Wyczuły jego zapach. Obcy. Nietutejszy, niedzisiejszy. Nagły
ryk samca alfa pochylił głowy wilków. Serce Gabiego zadrżało. Tuż
obok niego przebiegł basior, wielki jak niedźwiedź. Pokaleczony, poraniony z
jednym okiem i na trzech łapach. Zatrzymał się. Odwrócił głowę przez wilcze
ramię. Jedno oko przeorane miał wielką bruzdą, zerknął na Gabriela zdrowym
okiem. Wyczytał w jego wzroku pogardę. Momentalnie odwrócił łeb i zawołał
wilczym głosem.
-
Niech nie zostanie kamień na kamieniu! - Zawarczał i zaczął biec w głąb lasu.
Wataha bezgłośnie pobiegła za przywódca.
Gabriel
chwile jeszcze stał jak zaczarowany. Nagle, niesiony instynktem, pobiegł za
stadem. Pędził ile sił w łapach bestii.
Po
kilku minutach biegu wyskoczył za lasu. Nieopodal wrzosowiska, które znał.
Wilcza wataha stała na jego skraju urwiska. Chmury odsłoniły księżyc. Alfa
wydobył z piersi ryk. Skowyt tak potężny, że wataha skuliła ogony, a poniżej
rozległy się głosy. Gabriel podbiegł do granicy kamieniołomu. Poniżej wśród
białej mgły majaczyły delikatne światła. Wioska. - Tutaj? - zapytał siebie —
Czy może raczej "kiedy"?
Zanim
zdążył wyartykułować jakiekolwiek pytanie, cała wilcza banda zeskoczyła z
urwiska i pobiegła w stronę chat. Po chwili dobiegły go krzyki, okolica
rozbłysła pochodniami. Gabriel chwile obserwował. Wilczy instynkt zaczął się
wić w jego piersi, skomleć o jakiś ruch. Nabrał w nozdrza powietrza, poczuł
znajomy zapach. On dopiero go kojarzył, a podniecony wilk tylko czekał na
hasło. Krew. Mięso. Głód. Oczy Gabriela zaszły dziwną czerwienią. Zanim zdążył
dojść do siebie, zaczął się unosić. Bezwiednie biegł. Rządziła żądza krwi i
głód. Wilk wpadł przez glinianą ścianę do wnętrza jednej z chat. Ściany uległy
mu jak papier. Pochylony łapał chrapliwie powietrze. Poczuł za sobą ruch i
usłyszał płacz dziecka. Odwrócił się. Zanim matka dziecka zdążyła
zaprotestować, był już przy niej. Chowała za sobą kilkuletnie dziecko. Wilczy
instynkt wygrał. Odepchnął kobietę, która poszybowała nad dzieckiem. Wilk
pochylił się, szczerząc kły, w ułamku sekundy wyciągnął włochatą dłoń w
kierunku szyi dziecka. Nagłe światło oślepiło wilka, biel zaczęła rozpuszczać
świat.
***
Terytorialny instynkt, warczę o
moje sny
Bo wchodzisz w nie, i nie
chcesz z nich wyjść
Szczerzę kły, biegnę przez las
bez butów
Gdy zawodzi instynkt zostaje tylko
smak śrutu
Metaliczny, jak krew na
chrapach pyska
EXTRA!
Wilk
nadal trzymał go poza kontrola ciała. Kątem oka zauważył, że wilk faktycznie
trzyma w szponach dziecko. Oczami wyobraźni zobaczył, jak wilk rozszarpuje
niewinną istotę. Bestia poczuła opór chłopaka. Oczy dziewczynki migotały jak
dwa ogniki. Wszystko wokół niemalże zamarło jak w zwolnionym tempie.
Jednocześnie pokój wypełniła ciemność. Widział tylko dwa ogniki. Oczy. Ich
blask stawał się coraz jaśniejszy. Niemalże widział dwa płomienie, które zbliżają
się do niego. Przyglądając się hipnotycznemu tańcu, zauważył odbicie twarzy.
Lekko majacząca, blada twarz patrzyła z przerażeniem. Przez chwilę zastanawiał
się, czy to on, a może znowu ma wizję. Wtedy oczy zajaśniały innym światłem.
Nagły rozbłysk powalił wilka na ziemię. Poczuł pod plecami zimną pierzynę
śniegu. Śnieg pachniał świeżością, a mróz smagał jego futro lekkimi podmuchami
wiatru. Przewrócił się na bok z boku, na którym leżał gęstą stróżką lała
się krew. Usłyszał kroki, które w zamarzniętym śniegu wydawały piskliwy
głos. Przez ledwo uchylone zmęczeniem powieki zauważył mężczyzn z pochodniami.
Jeden trzymał wielką rusznicę, z której lufy uchodził jeszcze dym prochu ze
świeżego wystrzału. W tym samym momencie drugi z mężczyzn rzucił pochodnie tuż
obok wilka i przyłożył broń do twarzy. Złożony do strzału mężczyzna drżącą ręką
szukał spustu. Gabriel zamknął oczy. W ciemności zamkniętych oczu usłyszał
wystrzał. Zamiast bólu wyrywanego przez kule mięsa usłyszał cichy jęk i coś
ciężkiego, upadło obok niego. Uchylił powieki, a tam patrzyły mu w oczy dwie
martwe źrenice. Uniósł głowę. Zobaczył Alfę, właśnie rozrywał na strzępy
drugiego mężczyznę. Gabriel wstał na równe nogi. Chwycił się za bok, który
jeszcze bolał, ale był całkowicie zregenerowany. Przewodnik stada zawarczał na
niego, przywołując do porządku. Gabriel wskoczył jednym susem na pobliski
drewniany budynek. Powietrze mroźnego wieczoru orzeźwiło go na moment. Wziął
głęboki oddech. Zawył. Rozejrzał się. Czuł się wilkiem w każdym calu. Zobaczył
delikatne linie, które łączą biegających mieszkańców wioski. Linie te łączą się
nad wioską, tworząc olbrzymią siatkę. Astralne więzy zbiegają się w jednym
punkcie i plączą się w jeden wyraźny sznur, który prowadzi na pobliskie
wzgórze. Na pagórku majaczy w świetle księżyca zakapturzona postać. Gabriel
kilkoma susami przeskoczył kilka dachów i zaczął skradać się w kierunku
postaci. Gdy był od nieznajomego na odległość skoku, zauważył jego twarz.
Dziwnie znajoma, oświetlona promieniami księżyca i astralnej więzi. Ponownie
zaczął iść w kierunku zakapturzonego. Poczuł jednak uścisk w nadgarstku, na
ramionach i na stopach. Odwrócił głowę, zobaczył za sobą tłum ludzi, który
zaczął go otaczać. Gabriel ostatkiem sił próbował wydostać się. Wyrwał
rękę z oblężenia. Opadła tuż przed twarzą lalkarza. Tłum powalił Wilka,
przygniótł do ziemi, Gabriel stracił oddech. Ciemność dopadła go z całym
impetem.
***
Obudził
ją jej własny krzyk. Podskoczyła na pryczy jak rażona piorunem. Poczuła, jakby
fragment duszy urwał się bezpowrotnie. Popłynęła łza. Przerażona położyła głowę
na poduszkę. - Gabriel. - wyszeptała. Jej nagły ruch obudził Anne. Uniosła
głowę. Usiadła. Dotknęła skóry Marii. Była już zdrowa, oparzenia
zagoiły się. Miękka skóra oświetlona przez ogień pochodni wydawała się
półprzeźroczysta. Czysta i nieskalana dotykiem. Obserwowała, jak pod jej
dotykiem powierzania ludzkiej materii marszczy się gęsią skórką. Anna pochyliła
się, powąchała ją. Świeża skóra pachniała niesamowicie, różami, świeżym
wiatrem. Żadnego nie czuła już wiele lat. Piękne doznania zapachowe zastąpił
zapach stęchlizny, palonych ziół i fekalia. Jej nozdrza wypełniły się słodką
wonią róż:
"Bóg
na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły -
Zawołałem
- zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj
lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz" - wyszeptała Anna.
Poczuła
wzdłuż kręgosłupa mrowienie, wnętrzności wypełniły się żarem, który wypełnił ją
całą i wyciekał nagłą radością z każdego zakamarka jej ciała. Pochyliła głowę i
pocałowała Marię w ramię. Smakowała jak owocowe żelki, gdy lekko nagryzła
skórę, stwierdziła, że strukturę ma podobną.
Maria
podskoczyła rażona dotykiem. - Muszę się stąd wydostać — wyszeptała.
-
Wiem, ja też. Jutro kochana, jutro. - odpowiedziała Anna, całując rudowłosą w
policzek, ta uśmiechnęła się w myślach jak nauczyciel na obietnice podwyżki.
Jesień,
najbardziej przygnębiająca pora roku, oszukuje kolorami przekwitłych liści,
mami magią babiego lata, a sama szykuje drogę zimie, jak przetrwać?
Zasady
są proste.
-
Nie wchodź do lasu. Jesienny wilk czeka tam na Twój błąd. – powtarzała mu
babcia. Nigdy nie słuchał, kochał las, a szczególnie o tej porze roku i gdy
tylko odwróciła głowę, wyślizgiwał się z domu i biegł pośród drzewa. Wracał
późnym popołudniem, a starsza pani czekała na progu. Zawsze w chuście na
głowie, wciśnięta w stary zapadnięty, bujany fotel. W poprzek, którego, między
podłokietnikami leżała stara drewniana laska. Zawsze się bał, że ten kij jest
na niego, że starsza pani wymierzy nim karę. Kobiecina, ze łzami w oczach,
wpatrzona w postać wysuwającą się z lasu, podnosiła się i grożąc palcem, wołała
go do siebie. Siadał obok, na ryczce o trzech nogach. Kobieta chwytała mocniej
laskę, a jej chude pomarszczone palce bielały. Wyglądało to, jakby kryła w sobie
jakąś historię, która próbowała z niej wyjść. Z reguły, zamiast opowieści,
słyszał „kolacja gotowa” lub „dzwonię do Twojej mamy i jutro wracasz, do domu”
czasem „chcesz, żebym osiwiała z troski? „, co było dość zabawne, bo
jej włosy już były białe, jak śnieg. Pewnego wieczoru, jakaś bariera została
przełamania i po dłuższej chwili starsza pani, zaczęła swoją opowieść.
- Pamiętam, jak by to było wczoraj – zaczęła mówić- w kilka osób weszliśmy, do tego lasu. Mogło być nas pięciu lub sześciu. Szliśmy na grzyby, dużo ich było tamtej jesieni.Trzymaliśmy się razem, czasy były ciężkie. Po jakimś czasie jakoś się rozeszliśmy. Każdy zamyślony, z grupy staliśmy się grupkami, by w końcu błąkać się po lesie samotnie. Miałam na sobie białą sukienkę i fartuszek, mój koszyk już prawie wypełniony był grzybami. – Babcia kontynuowała swoja opowieść, jej oczy były nieobecne, znowu przeżywała to, o czym opowiadała. – Rozejrzałam się wtedy, po okolicy, była pusta. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, resztę promieni słońca, które zdołały przedrzeć się przez deszczowe poduchy, skradała gęstwina koron drzew. Wokół zrobiło się ponuro i dziwnie cicho. Poczułam zimny powiew i ciężkie kroki tuż za mną. – Znowu na chwilę zamilkła, spuściła oczy, zamyśliła się, podniosła palec do góry i w geście, jakby pokazywała coś za sobą i opowiadała dalej. – Gdy się odwróciłam, nikogo nie było. Poczułam oddech na szyi, przeszedł mnie zimny dreszcz, zaczęłam biec. Kątem oka zerknęłam za siebie, było pusto. Zatrzymałam się, wierzchem dłoni przetarłam zlane zimnym potem czoło.- Wychodź! – powiedziałam, a tu cisza i nawet szmeru wiatru. Tylko liście w jakiś nienaturalny sposób się poruszyły. Pomyślałam wtedy o powrocie do domu i nawet rozejrzałam się za innymi. Zdążyłam dać kilka kroków, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Poznałam po głosie, to był Bożenka, od Karasiewiczów. Gdy dobiegłam na miejsce, skąd usłyszałam krzyk, mała ośmiolatka stała nad wielkim dołem. Podbiegłam do dziewczynki i dotknęłam jej ręki, Bożenka odskoczyła i zaczęła biec, zauważyłam tylko jaka jest blada, wtedy poczułam ten zapach. Słodki, mdlący odór wydobywał się z zagłębienia w ziemi. Spojrzałam do środka. Widok był przerażający, sztucznie utworzony dół, wypełniony był wnętrznościami. Pomyślałam, że to jakiś myśliwy patroszył swoją zdobycz. Zauważyłam też, że ściany dołu miały nierówne kształty, jakby były grabione, albo jak od szponów lub łap niedźwiedzia. Stałam tam chwilę, jak zahipnotyzowana, widywałam już takie miejsca, to miało w sobie coś dziwnego, może magicznego, w swojej makabryczności, coś mnie tam trzymało. Stałam jak słup soli, głos krzyczącej Bożenki dobiegał jeszcze do mnie, ale jakbym słyszała go zanurzona w wodzie. Nagle skarpa pode mną osunęła się, zdążyłam chwycić się kępy trawy. Poczułam lepką wilgoć, jedna noga wpadła do krwistego bajora, z jego powierzchni uniosła się czarna chmura owadów. Drugą nogą, prawą, zgiętą w kolanie zaparłam się, na ścianie osuwiska. Kurczowo trzymałam się trawy, nagle noga zsunęła się i wpadła w gęstą breję i obiema stopami brodziłam w krwawym błocie. Próbowałam wesprzeć stopę, ale piasek nie dawał oparcia, dodatkowo poczułam, że coś zaplątało mi się do nogi. – Kobieta wzdrygała się na samą myśl, ale kontynuowała opowieść. – Z całych sił zaczęłam podciągać się na rękach i wspierać łokciami, poza osuwiskiem. Wolną nogą pomagałam w uwolnieniu zaplątanej, aż udało mi się wyjść z pułapki. Chwilę odpoczęłam w pozycji, w jakiej się wydostałam i wstałam. Zobaczyłam zachlapane krwią buty, odwróciłam się w stronę zapadniętej ziemi, a tam widok, który mam do dziś, przed oczami. Poniżej miejsca, gdzie walczyłam o wydostanie się, sterczało coś, co próbowało zatrzymać w dole, zaplatałam się w ludzką rękę. Ciało pozbawione było skóry, spod resztek mięśni bielały kości. Głowa szczerzyła się do mnie białymi zębami – Starsza pani zbladła, jakby znów tam była i przyglądała się dłoni, która w geście jak w wołaniu o pomoc wystawała z krwistego bajora. – Zemdlałam… – wyszeptała, patrząc na wnuka i kiwając głową. – Tak mi się wydaje. – dodała i kontynuowała. – Niemniej, gdy otworzyłam oczy, wokół było ciemno. W powietrzu unosił się zapach śmierci. Przez korony drzew przebijały się promienie księżyca, podświetlały one mgłę, która spowijała okolicę. Czasami powiew wiatru poruszał chmurami pary, wyglądała, jakby miała własną wolę. Siedziałam tam chwile, próbowałam pozbierać myśli, cicha okolica sprzyjała kontemplacji. – Uśmiechnęła się i machnęła dłonią. – Zanim doszłam do siebie, usłyszałam cichy trzask, niedaleko, jakby łamanych gałęzi. Później kroki i dziwny jęk. Od wgłębienia w ziemi dzieliło mnie kilka metrów, musiałam się sturlać z górki i uderzyć głową w drzewo. Słyszałam szum w uszach i czułam wilgoć we włosach. Wymacałam krew z tylu głowy. – Starsza pani nieznacznie odchyliła głowę i wskazała miejsce, gdzie była, skrywa pod siwymi włosami, dwu centymetrowa blizna – do dziś mam ślad. – Dodała. Szum powoli ustępował, za to dźwięki wokół, zaczęły robić się dziwne. Powyżej mojej pozycji, zaraz obok dziury w ziemi usłyszałam głośne mlaskanie, powarkiwanie i trzask kości. Zrobiło mi się słabo, zakryłam usta ręką. Widocznie zwierzęta wyczuły mięso i dostały się do bajora krwi. Nagle zwierze, które ucztowało, zaczęło ujadać i warczeć przeraźliwie. Poczułam dziwny smród, padliny lub gnijącego bagna, Pomyślałam, że zawiało zepsutym powietrzem, z dzikiego grobu powyżej. Nagle, za pobliskimi drzewami, pojawił się wielki cień, oparty o drzewo wpatrywał się w pokryty mgiełką dołek. Pomyślałam, że to ktoś mnie szuka i już miałam się odezwać, że tu jestem. Cień z nieziemskim rykiem rzucił się w stronę dziury. Blask księżyca, przez chwilę oświetlił bestie, która podpierając się przednią łapą, a drugą wyciągając w mrok, biegła w stronę resztek. Miała czarną sierść i wielkie białe kły, dzika furia, z jaką zbliżała się do dołu, była przerażająca. Zwierz taranował drzewa, łamiąc niektóre, a ziemia drżała, od każdego uderzenia łapy. Gdy dopadł do krwawego wodopoju, warczenie wzmogło się, nagle jedno ze zwierząt zawyło głośniej, jego ryk obił się echem po lesie. Nastała cisza, po chwili usłyszałam skowyt zmieniający się w skomlenie, a z dołu wyskoczył wilk, za nim drugi, uciekały z podkulonymi ogonami. Nadal słychać było warczenie, szamotanie, nagle głuchy trzask i przeraźliwy jęk zwierzęcia. Zrobiło się cicho. Bestia wydała z siebie dźwięk, głos niósł się grzmotem po okolicy. Ponownie coś zajęczało żałośnie, nagle tuż obok mnie, coś z głuchym trzaskiem upadło. Wyciągnęłam dłoń, macając mech, moja dłoń natrafiła na coś. Futro, poczułam pod dłonią ruch, zwierze oddychało jeszcze chrapliwie. Przez chwilę mrok rozświetlił księżyc, zobaczyłam tego wilka. Miał srebrne futro, miękkie, lśniące, zdrowe, jakby wesoły pysk i nic więcej. Rozerwany w pół wilk oddychał, przy każdym oddechu wypluwał z piersi falę krwi. Podskoczyłam, usłyszałam przeszywający krzyk, utrudniał myślenie, wypełnił sobą okolice, jak smród. Co gorsza, utrudniał oddychanie. – Starsza pani ucichła. – To ja krzyczałam. Nagle z dziury wyskoczyło „to”. Był wielki, cuchnący i zły. Nie widziałam co to za zwierzę, słyszałam tylko jego warczący oddech, wielkie łapy i pazury. Na tle lasu był tylko czarną plamą. Głos utknął mi w gardle, jakby przygotowywał mnie do wiecznej ciszy. Powietrze zafalowało, oddech świeżości na chwilę mnie ocucił. Natychmiast zebrałam myśli, odwróciłam się na pięcie i biegłam, ile sił w nogach. Czułam jego oddech na plecach i słyszałam jego ciężkie kroki. Bawiło go ściganie mnie, krążył wokół mnie, czasami zaraz obok. Ja biegłam, nie zważając na gałęzie, czasami się potykając, ale cały czas przed siebie. Instynktownie czułam, że jak się zatrzymam, to zaatakuje. Czasami wydawało mi się, że woła mnie, po imieniu. Opadłam z sił, zatrzymałam się, upadłam na kolano, z oczu popłynęły mi łzy. Usłyszałam, jak się zbliża, człapie prosto na mnie. Nie patrzę. Niech się dzieje co chce, nie mam sił na walkę. Świat , pod zaciśniętymi powiekami, zamigotał barwami. Dźwięki z zewnątrz docierały z opóźnieniem i jak z piwnicy. Usłyszałam człapnięcie tuż obok mnie, olbrzymie ręce uniosły moje ciało w górę. „Niech nie boli, proszę, pomyślałam. Wtedy usłyszałem głos „Basia! Gdzieś Ty była? „. To był głos Twojego pradziadka – powiedziała, wskazując na chłopaka. – Opowiedziałam mu wszystko. Na drugi dzień, wraz z kilkoma osobami, wyruszyli na poszukiwania zwierzęcia, chociaż wiem, że tata mi nie uwierzył. Nic też nie znaleźli. – Nagle drzwi domu się otworzyły i wyszła wysoka blondynka.- Opowiada Ci tę historię z niedźwiedziem? – Zapytała, wskazując palcem, od niechcenia. Chłopak przytaknął. – Andrzeju, nas w dzieciństwie też straszyła tym wielkim niedźwiedziem.-To nie był niedźwiedź, tylko… – Blondynka przerwała jej w pół zdania.- Wiem, wiem „wilkołak”. – Rzuciła, przewracając oczami. – spakowany jesteś synuś? – skierowała głowę w stronę wysokiego chłopaka, on przegarnął burze brązowych włosów i pokiwał czupryną. – A ty języka zapomniałeś?- tak. – odpowiedział.- zapomniałeś języka, ciężka sprawa. – Nerwowo syknęła blondynka.- Tak. Spakowany jestem. Mamo. – odpowiedział Andrzej, nie kryjąc irytacji.- Te hormony. – odpowiedziała mama. Chłopak, nie czekając na jej dalsze uszczypliwości, energicznie chwycił plecak. Pochylił się i pocałował babcie w policzek.- Opowiesz resztę później. Pa – przerzucił plecak przez ramię i skierował swoje kroki, w stronę samochodu.- Nie opowiadaj mu tych bzdur, mamo, proszę. – powiedziała spokojnie, ale stanowczo. -Ktoś gotowy pomyśleć, że coś nie tak z Twoją psychiką. – Dodała zatroskanym głosem, pochylił się do policzka babci . – Muszę jechać, schowaj się do domu, masz zimne policzki. Pa.- Pa. – Starsza pani, nie zdążyła zareagować, a blondynka, machając, wsiadła do samochodu. Pojechali. Trasa do domu prowadziła krętymi drogami, przez gęsty las. Zaczęło padać, asfalt zaczął świecić promieniami odbytych świateł. Chłopak, przyklejony do szyby, obserwował spływające krople. Nagle zapytał.- Mamo, Myślisz, że to prawda? – Odkleił się od szyby i spojrzał na prowadzącą samochód kobietę.- Co? – Zapytała, wyrwana z letargu. – Tak, już dojeżdżamy. – dorzuciła, losową odpowiedź.- Dobra, nieważne. – chłopak się poddał. Do końca podróży się nie odzywał. Wodził tylko palcem, po szybie, przeklinał w myślach i analizował opowieść babci.- Jesteśmy prawie na miejscu. – Rozległ się głos blondynki. Andrzej podniósł głowę, matka rozmawiała przez telefon. – Będziemy za dziesięć minut. Możesz wstawić wodę na herbatę. – chłopak uśmiechnął się, rozmowy rodziców, odkąd pamięta, zawsze go śmieszyły. Brzmiały one jak rozmowy między urzędnikami, krótko i formalnie, ale jednocześnie pełne czułości. – No pa. Buźka. Pogadamy, jak wrócę.Po powrocie do domu zastali stół zastawiony jedzeniem. Przy drzwiach powitał ich okularnik, w pomarańczowej koszuli, spodniach na kant i kapciach. Przeczesał lekko przerzedzone włosy i zasypał ich serią pytań. O podróż, o pobyt, zajęcia i tym podobne. Krótka seria ostrzegawczych pytań, puszczona w powietrze, miała swój ciąg dalszy, przy kolacji.- Babcia jak się czuje? – zapytał ojciec chłopaka, jednocześnie z nonszalancją smarując chleb masłem.- Fizycznie zdaje się zdrowa. – Podchwyciła temat blondynka, specjalnie nie kończąc zdania.- Co masz na myśli, coś nie tak z jej psyche? – Łysiejący okularnik dał się chwycić, na ten manewr.- Trochę...- Tato słyszałeś opowieść babci, o wilkołaku? – Chłopak przerwał matce, zanim zdążyła rozwinąć swoją myśl.- A, rozumiem – Odpowiedział ojciec, porozumiewawczo zerkając na żonę. – Twoja babcia, a moja mama, miała ciężkie dzieciństwo. Wojna odcisnęła na niej swoje piętno. Tak, straszyła nas „jesiennym wilkiem”, jak byliśmy w Twoim wieku.- Wierzysz jej? – zapytał Andrzej.- Wiesz synku, to bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. Kiedyś na spokojnie Ci to wyjaśnimy, porozmawiamy o tym, teraz kończ kolacje i spać.Chłopak ostentacyjnie wstał, szukając krzesłem, omalże przewracając je.- Dobranoc. – wycedził przez zęby i wyszedł, głośne tupanie na schodach przerwało, trzaśniecie drzwi.Andrzej pół nocy rozmyślał, o tym, co usłyszał od babci. Układał scenariusze, szukał poparcia w legendach, gdy wszystko zaczęło układać się w logiczną całość, zasnął. Obudził go dźwięk. Cichy szmer, kwilenie tuż za oknem. W pokoju było ciemno, przez okno wlewało się, gęstą falą, światło księżyca. Próbował wymacać włącznik, lampki nocnej. Po kilku próbach poddał się. Dźwięk za oknem zmienił się, Andrzej usłyszał, powodujące ciarki, skrobanie o szybę. Przecierając oczy, zsunął się z łóżka. Powoli podszedł do okna, czuł pod stopami ciepły dywan. Gdy stopy chłopaka, znalazły się w świetle, wpadającym przez okno, zrobiło mu się zimno. Drętwiejące stopy przestały go słuchać. Szurając nimi po dywanie, podszedł do okna, za nim było pusto. Blask miesiąca oświetlał okolicę. Chłopak poczuł ruch, tuż za nim, odwrócił głowę, e pokoju było pusto. Tylko cień. Kształt okna, który rysował księżyc na dywanie, skrywał cień, nie jego. Czarna plama na podłodze poruszała się, Andrzej obserwował dywan zahipnotyzowany. Pleciona płachta, leżąca na podłodze, nigdy nie zajęła jego myśli, na tak długo. Po chwili, w jego umyśle pojawiła się myśl, która zagrała na cienkiej nucie strachu, jak delikatny szept. „Jestem za Tobą”. Zimno stóp rozeszło się z krwią, po całym ciele. Odwrócił się do okna. Zobaczył wielką czarną plamę, która ledwo mieściła się, w ramie okna. Bestia za oknem obserwowała Andrzeja. Dyszała, a z jej ust, pomiędzy wielkimi kłamie, wydobywała się para. Wielkie źrenice potwora hipnotyzowały chłopaka. Nie mógł się ruszyć, wpatrzony, w świecące ślepia stał, jak słup soli. Nagle, monstrum zaatakowało. Zaskoczony młody mężczyzna nie zdążył zareagować, mógł tylko obserwować, jak wilkołak wyciąga wielkie łapy w jego kierunku. Szyba wygina się pod ich dotykiem i pęka bezgłośnie jak przedziurawiony, przeźroczysty kawałek materiału. Wielkie szpony zacisnęły się na szyi chłopaka. Andrzej, krzycząc, ostatkiem sił, czując na sobie ciężar bestii, przebija barierę snu. Próbując uwolnić szyje, z zaciskających się szponów, poczuł, jak niewidzialne ręce łapią go za nadgarstki. Zerknął niżej, a z cienia sięgały, w jego kierunku, setki dłoni, próbowały wciągnąć go w mrok. Gdy czerń zaczęła pochłaniać jego ciało, spojrzał w paszcze bestii, nad rzędem wielkich zębów zobaczył jej oczy. Były spokojne, prawie ludzkie, podobne miała jego babcia. W tym momencie uzmysłowił sobie, że to ona stała za oknem. Myśl, która bezgłośnym wrzaskiem, przebiła się z koszmaru w rzeczywistość „Babcia”. Bezwładnie walcząc, z niewidzialnym wrogiem, próbował wyrwać dłonie z uścisku. Usłyszał krzyki, które nie miały sensu, przez chwilę myślał, że sam wykrzykuje coś w panice, ale zaciśnięte szpony odcięły dopływ powietrza. Szum w uszach, zniekształcał słowa, wiedział, że zaraz straci przytomność i to będzie koniec. Zebrał resztki sił, zaćmiony umysł, nagle zaczął pracować. Wtedy zrozumiał, co krzyczą demony.- Andrzej! – Jakby znany głos, wołał go, z zaświatów. Wymachując rękoma, obudził się. Zlany potem chłopak, łapczywie chwytał każdy oddech. Mama przytuliła go do siebie.- Trzeba zrobić coś, z tą wariatką! – krzyknęła do męża, który siedział po drugiej stronie łóżka i przyglądał się nieprzytomnym oczom chłopaka. Mężczyzna przytaknął, bez słowa wyszedł. Blondynka trzymała w ramionach, skulonego i ciągle trzęsącego się syna.- To tylko zły sen, syneczku. – szeptała. Za oknem zaczęło świtać.Mężczyzna z urzędniczą dokładnością wybrał, wykalkulował koszt i jak słupek w Excelu przeniósł matkę, do domu spokojnej starości „Eliza”.
- Halo Andrzejku. – Usłyszał. – Tu Twoja babcia. Robi się ciemno, on wrócił i nie jest sam. – Mówiła szeptem, w dziwny sposób modulowała głos. W tle było słychać starą piosenkę, kobieta miała w domu stary gramofon. – Słyszę, jak chodzi wokół domu, skrobie ściany, puka w okna i łapie za klamkę. Boje się… Trzeba go powstrzymać, raz na zawsze. Odejdź potworze! -krzyknęła, rozległ się trzask. Chwila ciszy i w słuchawce rozległ się sygnał, przerwanej rozmowy. Chłopak opuścił wzrok i posmutniał.
- Co się stało? – zapytała, lekko pochylając głowę, szukała wzroku Andrzeja. Położyła dłoń na jego kolanie.
- Hmm, słucham? – Podskoczył jakby wyrwany ze snu. – Nic. Babcia. Zrobiło się jej gorzej. – Cedził przez zęby, monosylabami. – napiszę do mamy, że dzwoniła. – Znowu zanurkował w myślach i zawisł nad telefonem.
- Dobrze. – Dziewczyna przyglądała się, chłopakowi, który ostrożnie, jakby ważąc każde słowo, pisał SMS. Gdy zobaczyła, że wysyła wiadomość, odezwała się. – Koniec, tego zamulania, w domu. Idziemy, na miasto.
***
Wrócił późnym wieczorem, cicho otworzył drzwi i wysunął się, do środka. W salonie siedzieli rodzice. Szeptali coś, mama chłopaka, pociągała nosem. Najwyraźniej coś się stało, Andrzej, nie do końca chciał wiedzieć co. Miał za sobą ciężki dzień. Zamyślony próbował przemknąć, niepostrzeżenie, obok rodziców. Skrzypienie schodów, udaremniło jego zamiary.
- Andrzejku? – usłyszał głos matki. – to Ty? – zapytała drżącym głosem, blondynka.
-Tak, to ja. – odpowiedział, przyłapany.
- Chodź tu do nas. – odezwał się ojciec, panujący, jak zawsze, nad głosem.
Andrzej, wchodząc do salonu, nadal czuł, że nie mają dobrych wieści. Ogarnęło go nagłe zimno i jego nogi, jakby lekko się uginały.
- Znaleźli babcie. – Rozpoczął ojciec. – Siedziała na progu, swojego domu. – Dokończyła, płaczliwym głosem, za męża. Przytykając, do nosa chusteczkę, dodała. – Policja podejrzewa, że błąkała się, cały dzień po lesie. Wieczorem usiadła na progu, w bujanym fotelu i tak już została. – Blondynka zakończyła, salwą łez.
-Zawału dostała. – dodał ojciec i przytulił żonę.
Chłopak, nie wiedział, jak znalazł się, w swoim pokoju. Przed oczami miał obraz babci, jak siedzi na progu i czeka na niego.
- Dzwoniłam. Czekałam, na Ciebie. – usłyszał, za plecami. Poczuł, zimny i mocny uścisk, na ramieniu. Złapał za dłoń, która go złapała. Trzymała mocno jak skręcone imadło. Z całych sił próbował, uwolnić się, w końcu uścisk zelżał. Trzymając obcą dłoń, odwrócił się. Zobaczył twarz, która była mu znajoma.
- Babciu? – Wydusił z siebie, pytanie w głosie było odruchowe, dobrze wiedział, że to nie może być ona. – Przecież Ty…
- Nie żyje? – Postać przerwała mu, w pół zdania. – Tak i to Twoja wina. – dodała.
Chłopak poczuł, jak dłoń, którą trzyma, delikatnie wysuwa mu się z rąk. Poczuł za to, lepką, jakby galaretowatą strukturę, zetknął wtedy na dłoń. W jego rękach został strzępy skóry, a dłoń babci, odarta z powłoki odkryła mięśnie i kości. Poczuł, jak słodką falą, podchodzą mu do gardła, mdłości, wymieszane ze wszystkim, co dzisiaj jadł. Zetknął na twarz kobiety, która zbladła, jak prześcieradło, jej oczy zasłoniły się bielą. Nagle, skóra zaczęła zielenieć i łuszcząc się odpadać płatami. Nogi chłopaka zaczęły się uginać, Andrzej, próbując utrzymać się na nogach, chwile dreptał w miejscu, jakby tańczył. Upadł, a za nim pusty szkielet, by następnie zmienić się w pył. Poczuł pod twarzą, zimną, a jednocześnie miękką powierzchnię. Otworzył oczy, przed twarzą zobaczył, gęsty, pierzasty dywan. Usiadł, złapał się za głowę i próbował zrozumieć, co się stało, poprzedniej nocy.
Uznał, że to był koszmarny sen i wstał z dywanu.
***
- Żegnamy dziś, naszą siostrę… – Słowa księdza, które wypowiadał nad grobem starszej pani, w ogóle nie trafiały do Andrzeja. Jego nieobecny wzrok, krył plan, który ułożył dzień wcześniej. Kolejna, koszmarna noc, podsunęła mu rozwiązanie.
- Babciu, dziś przyjadę i dorwę drania.- powtarzał w myślach, jak mantrę, licząc, że babcia go słyszy. – dorwę...
-Z prochu powstałeś… – Ostatnie pożegnanie, miało się ku końcowi. Chłopak nie czekał. Odwrócił się i już miał wychodzić, gdy stanęła przed nim. Była smutna, może nawet bardziej niż on, spojrzała na niego, dobrotliwie się uśmiechnęła. Już miał, na końcu języka „dorwiemy drania”, gdy powiew świeżości podsunął mu myśl „siostra bliźniaczka babci”. Uściskał ją i złożył kondolencje.
- Nie zostajesz na stypie? – zapytała, chłopak był już kilka kroków dalej i nie usłyszał pytania.
Gdy dotarł, do domku babci, zaczęło robić się szaro. Domek stał na uboczu, na małej polanie, otaczał go gęsty las, za pagórkiem płynęła mała, ale wartka rzeczka. Sama chatka była drewniana i miała duże okna. Zachodzące słońce oświetlało, jedną ze ścian, sprawiając wrażenie, że ktoś tam mieszka i ma zapalone światło.
Andrzej, zaopatrzony w siekierę, czekał. Słyszał tylko tykanie zegara, czasem szczekanie psa, sąsiadów zza lasu. Za oknem było już ciemno, okolice oświetlał księżyc. Chłopak wtulony, w stary czerwony fotel, zaczął przysypiać. Poczuł ciepło, nadchodzącego snu, błogość, z siłą mechanicznego młota, przerwał trzask. Mężczyzna zastygł, w pozycji pół siedzącej. Cisza. Nawet pies, już nie szczekał.
-To tylko sen.- powiedział, do siebie. Po chwili ponownie zatopił się, w swoich myślach. Zastanawiał się, co właściwie tu robi, dlaczego goni, za szaleństwem swojej zmarłej babci. Czy sam chce dojść, do granicy, za którą jest tylko szaleństwo. Nagły rumor, tuż za drzwiami obudził jego umysł, do trzeźwości. Szaleństwo, z którym już chwytał się za klapy, nabrało realnych dźwięków, bo kształtu jeszcze nie miało.
- Halo? – zapytał, licząc na odpowiedź. Zamiast odpowiedzi, usłyszał nieludzki jęk i chaotyczne pukanie. Andrzej podszedł do okna, lekko uchylił zasłonę. W półmroku oświetlona promieniami księżyca, tłukła się, przy ścianie czarna postać. Chłopak, przez ułamek sekundy, zobaczył pokryte futrem ciało i obnażone kły. Odskoczył od okna, potrącając przy tym garnki, narobił hałasu, na całą okolicę. Na zewnątrz zrobiło się cicho, by po chwili, ze zdwojoną siłą, potwornym rykiem, uderzyć w twarz rzeczywistością. Bestia przebiła się przez stare, drewniane drzwi. Chłopak nie zdążył zareagować, gdy powietrze wypełnił potworny krzyk, kawałki rozbitych drzwi i strach. Ledwo łapiąc pion i powietrze, Andrzej wybiegł, drugim wyjściem. Zapomniał, że przyszedł tu pokonać tego potwora, że obiecał. Chłopak pobiegł, na pobliskie wzgórze. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Znowu było cicho, okolice spowijała opadająca mgła, oświetlana blaskiem księżyca. Czuł w powietrzu obecność, zawsze ją czuł, gdy ktoś umierał. Nieznany lęk, połączony z poczuciem pustki, tak jakby śmierć, krążyła jeszcze wśród bliskich i zastanawiała się „kogo jeszcze zabrać, skoro już tu jestem”. To zimne uczucie obecności, teraz było silniejsze, niż kiedykolwiek. Teraz miało też, realne kształty, jesiennego wilka. Andrzej usłyszał szelest liści jakby z kilku stron naraz. Jesień dała mu przewagę, naturalny wykrywacz ruchu. Za późno, na naukę obsługi, nauczka przyszła, nagłym ciosem. Chłopak poczuł na sobie uścisk śmierci i nagły ból, prąd przeszywający ciało, wzdłuż kręgosłupa. Bestia zatopiła kły, w jego szyi, upadli. Zaczęli toczyć się z pagórka. Andrzej całej siły próbował wyrwać się ze zwarcia. Zadał potężnego kopniaka. Stwór puścił szyję i zerwał się na równe nogi. Chłopak też pozbierał się i wstał. Bestia, skryta w mroku, znowu rozpoczęła szarżę, Andrzej był na to przygotowany. Odskoczył i nadał kopniakiem, potworowi, dodatkowego pędu. Stwór z impetem przeleciał przez krzaki i zsunął się, ze skarpy. Chłopak usłyszał, głośny plusk, bestia wpadła do rzeczki. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa płynie, gęstą stróżką krew. Złapał się, za rozerwany kark, wymacał kości. Świat zawirował, poczuł zapach gnijących liści i dotyk jesieni na twarzy.
- Pamiętam, jak by to było wczoraj – zaczęła mówić- w kilka osób weszliśmy, do tego lasu. Mogło być nas pięciu lub sześciu. Szliśmy na grzyby, dużo ich było tamtej jesieni.Trzymaliśmy się razem, czasy były ciężkie. Po jakimś czasie jakoś się rozeszliśmy. Każdy zamyślony, z grupy staliśmy się grupkami, by w końcu błąkać się po lesie samotnie. Miałam na sobie białą sukienkę i fartuszek, mój koszyk już prawie wypełniony był grzybami. – Babcia kontynuowała swoja opowieść, jej oczy były nieobecne, znowu przeżywała to, o czym opowiadała. – Rozejrzałam się wtedy, po okolicy, była pusta. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, resztę promieni słońca, które zdołały przedrzeć się przez deszczowe poduchy, skradała gęstwina koron drzew. Wokół zrobiło się ponuro i dziwnie cicho. Poczułam zimny powiew i ciężkie kroki tuż za mną. – Znowu na chwilę zamilkła, spuściła oczy, zamyśliła się, podniosła palec do góry i w geście, jakby pokazywała coś za sobą i opowiadała dalej. – Gdy się odwróciłam, nikogo nie było. Poczułam oddech na szyi, przeszedł mnie zimny dreszcz, zaczęłam biec. Kątem oka zerknęłam za siebie, było pusto. Zatrzymałam się, wierzchem dłoni przetarłam zlane zimnym potem czoło.- Wychodź! – powiedziałam, a tu cisza i nawet szmeru wiatru. Tylko liście w jakiś nienaturalny sposób się poruszyły. Pomyślałam wtedy o powrocie do domu i nawet rozejrzałam się za innymi. Zdążyłam dać kilka kroków, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Poznałam po głosie, to był Bożenka, od Karasiewiczów. Gdy dobiegłam na miejsce, skąd usłyszałam krzyk, mała ośmiolatka stała nad wielkim dołem. Podbiegłam do dziewczynki i dotknęłam jej ręki, Bożenka odskoczyła i zaczęła biec, zauważyłam tylko jaka jest blada, wtedy poczułam ten zapach. Słodki, mdlący odór wydobywał się z zagłębienia w ziemi. Spojrzałam do środka. Widok był przerażający, sztucznie utworzony dół, wypełniony był wnętrznościami. Pomyślałam, że to jakiś myśliwy patroszył swoją zdobycz. Zauważyłam też, że ściany dołu miały nierówne kształty, jakby były grabione, albo jak od szponów lub łap niedźwiedzia. Stałam tam chwilę, jak zahipnotyzowana, widywałam już takie miejsca, to miało w sobie coś dziwnego, może magicznego, w swojej makabryczności, coś mnie tam trzymało. Stałam jak słup soli, głos krzyczącej Bożenki dobiegał jeszcze do mnie, ale jakbym słyszała go zanurzona w wodzie. Nagle skarpa pode mną osunęła się, zdążyłam chwycić się kępy trawy. Poczułam lepką wilgoć, jedna noga wpadła do krwistego bajora, z jego powierzchni uniosła się czarna chmura owadów. Drugą nogą, prawą, zgiętą w kolanie zaparłam się, na ścianie osuwiska. Kurczowo trzymałam się trawy, nagle noga zsunęła się i wpadła w gęstą breję i obiema stopami brodziłam w krwawym błocie. Próbowałam wesprzeć stopę, ale piasek nie dawał oparcia, dodatkowo poczułam, że coś zaplątało mi się do nogi. – Kobieta wzdrygała się na samą myśl, ale kontynuowała opowieść. – Z całych sił zaczęłam podciągać się na rękach i wspierać łokciami, poza osuwiskiem. Wolną nogą pomagałam w uwolnieniu zaplątanej, aż udało mi się wyjść z pułapki. Chwilę odpoczęłam w pozycji, w jakiej się wydostałam i wstałam. Zobaczyłam zachlapane krwią buty, odwróciłam się w stronę zapadniętej ziemi, a tam widok, który mam do dziś, przed oczami. Poniżej miejsca, gdzie walczyłam o wydostanie się, sterczało coś, co próbowało zatrzymać w dole, zaplatałam się w ludzką rękę. Ciało pozbawione było skóry, spod resztek mięśni bielały kości. Głowa szczerzyła się do mnie białymi zębami – Starsza pani zbladła, jakby znów tam była i przyglądała się dłoni, która w geście jak w wołaniu o pomoc wystawała z krwistego bajora. – Zemdlałam… – wyszeptała, patrząc na wnuka i kiwając głową. – Tak mi się wydaje. – dodała i kontynuowała. – Niemniej, gdy otworzyłam oczy, wokół było ciemno. W powietrzu unosił się zapach śmierci. Przez korony drzew przebijały się promienie księżyca, podświetlały one mgłę, która spowijała okolicę. Czasami powiew wiatru poruszał chmurami pary, wyglądała, jakby miała własną wolę. Siedziałam tam chwile, próbowałam pozbierać myśli, cicha okolica sprzyjała kontemplacji. – Uśmiechnęła się i machnęła dłonią. – Zanim doszłam do siebie, usłyszałam cichy trzask, niedaleko, jakby łamanych gałęzi. Później kroki i dziwny jęk. Od wgłębienia w ziemi dzieliło mnie kilka metrów, musiałam się sturlać z górki i uderzyć głową w drzewo. Słyszałam szum w uszach i czułam wilgoć we włosach. Wymacałam krew z tylu głowy. – Starsza pani nieznacznie odchyliła głowę i wskazała miejsce, gdzie była, skrywa pod siwymi włosami, dwu centymetrowa blizna – do dziś mam ślad. – Dodała. Szum powoli ustępował, za to dźwięki wokół, zaczęły robić się dziwne. Powyżej mojej pozycji, zaraz obok dziury w ziemi usłyszałam głośne mlaskanie, powarkiwanie i trzask kości. Zrobiło mi się słabo, zakryłam usta ręką. Widocznie zwierzęta wyczuły mięso i dostały się do bajora krwi. Nagle zwierze, które ucztowało, zaczęło ujadać i warczeć przeraźliwie. Poczułam dziwny smród, padliny lub gnijącego bagna, Pomyślałam, że zawiało zepsutym powietrzem, z dzikiego grobu powyżej. Nagle, za pobliskimi drzewami, pojawił się wielki cień, oparty o drzewo wpatrywał się w pokryty mgiełką dołek. Pomyślałam, że to ktoś mnie szuka i już miałam się odezwać, że tu jestem. Cień z nieziemskim rykiem rzucił się w stronę dziury. Blask księżyca, przez chwilę oświetlił bestie, która podpierając się przednią łapą, a drugą wyciągając w mrok, biegła w stronę resztek. Miała czarną sierść i wielkie białe kły, dzika furia, z jaką zbliżała się do dołu, była przerażająca. Zwierz taranował drzewa, łamiąc niektóre, a ziemia drżała, od każdego uderzenia łapy. Gdy dopadł do krwawego wodopoju, warczenie wzmogło się, nagle jedno ze zwierząt zawyło głośniej, jego ryk obił się echem po lesie. Nastała cisza, po chwili usłyszałam skowyt zmieniający się w skomlenie, a z dołu wyskoczył wilk, za nim drugi, uciekały z podkulonymi ogonami. Nadal słychać było warczenie, szamotanie, nagle głuchy trzask i przeraźliwy jęk zwierzęcia. Zrobiło się cicho. Bestia wydała z siebie dźwięk, głos niósł się grzmotem po okolicy. Ponownie coś zajęczało żałośnie, nagle tuż obok mnie, coś z głuchym trzaskiem upadło. Wyciągnęłam dłoń, macając mech, moja dłoń natrafiła na coś. Futro, poczułam pod dłonią ruch, zwierze oddychało jeszcze chrapliwie. Przez chwilę mrok rozświetlił księżyc, zobaczyłam tego wilka. Miał srebrne futro, miękkie, lśniące, zdrowe, jakby wesoły pysk i nic więcej. Rozerwany w pół wilk oddychał, przy każdym oddechu wypluwał z piersi falę krwi. Podskoczyłam, usłyszałam przeszywający krzyk, utrudniał myślenie, wypełnił sobą okolice, jak smród. Co gorsza, utrudniał oddychanie. – Starsza pani ucichła. – To ja krzyczałam. Nagle z dziury wyskoczyło „to”. Był wielki, cuchnący i zły. Nie widziałam co to za zwierzę, słyszałam tylko jego warczący oddech, wielkie łapy i pazury. Na tle lasu był tylko czarną plamą. Głos utknął mi w gardle, jakby przygotowywał mnie do wiecznej ciszy. Powietrze zafalowało, oddech świeżości na chwilę mnie ocucił. Natychmiast zebrałam myśli, odwróciłam się na pięcie i biegłam, ile sił w nogach. Czułam jego oddech na plecach i słyszałam jego ciężkie kroki. Bawiło go ściganie mnie, krążył wokół mnie, czasami zaraz obok. Ja biegłam, nie zważając na gałęzie, czasami się potykając, ale cały czas przed siebie. Instynktownie czułam, że jak się zatrzymam, to zaatakuje. Czasami wydawało mi się, że woła mnie, po imieniu. Opadłam z sił, zatrzymałam się, upadłam na kolano, z oczu popłynęły mi łzy. Usłyszałam, jak się zbliża, człapie prosto na mnie. Nie patrzę. Niech się dzieje co chce, nie mam sił na walkę. Świat , pod zaciśniętymi powiekami, zamigotał barwami. Dźwięki z zewnątrz docierały z opóźnieniem i jak z piwnicy. Usłyszałam człapnięcie tuż obok mnie, olbrzymie ręce uniosły moje ciało w górę. „Niech nie boli, proszę, pomyślałam. Wtedy usłyszałem głos „Basia! Gdzieś Ty była? „. To był głos Twojego pradziadka – powiedziała, wskazując na chłopaka. – Opowiedziałam mu wszystko. Na drugi dzień, wraz z kilkoma osobami, wyruszyli na poszukiwania zwierzęcia, chociaż wiem, że tata mi nie uwierzył. Nic też nie znaleźli. – Nagle drzwi domu się otworzyły i wyszła wysoka blondynka.- Opowiada Ci tę historię z niedźwiedziem? – Zapytała, wskazując palcem, od niechcenia. Chłopak przytaknął. – Andrzeju, nas w dzieciństwie też straszyła tym wielkim niedźwiedziem.-To nie był niedźwiedź, tylko… – Blondynka przerwała jej w pół zdania.- Wiem, wiem „wilkołak”. – Rzuciła, przewracając oczami. – spakowany jesteś synuś? – skierowała głowę w stronę wysokiego chłopaka, on przegarnął burze brązowych włosów i pokiwał czupryną. – A ty języka zapomniałeś?- tak. – odpowiedział.- zapomniałeś języka, ciężka sprawa. – Nerwowo syknęła blondynka.- Tak. Spakowany jestem. Mamo. – odpowiedział Andrzej, nie kryjąc irytacji.- Te hormony. – odpowiedziała mama. Chłopak, nie czekając na jej dalsze uszczypliwości, energicznie chwycił plecak. Pochylił się i pocałował babcie w policzek.- Opowiesz resztę później. Pa – przerzucił plecak przez ramię i skierował swoje kroki, w stronę samochodu.- Nie opowiadaj mu tych bzdur, mamo, proszę. – powiedziała spokojnie, ale stanowczo. -Ktoś gotowy pomyśleć, że coś nie tak z Twoją psychiką. – Dodała zatroskanym głosem, pochylił się do policzka babci . – Muszę jechać, schowaj się do domu, masz zimne policzki. Pa.- Pa. – Starsza pani, nie zdążyła zareagować, a blondynka, machając, wsiadła do samochodu. Pojechali. Trasa do domu prowadziła krętymi drogami, przez gęsty las. Zaczęło padać, asfalt zaczął świecić promieniami odbytych świateł. Chłopak, przyklejony do szyby, obserwował spływające krople. Nagle zapytał.- Mamo, Myślisz, że to prawda? – Odkleił się od szyby i spojrzał na prowadzącą samochód kobietę.- Co? – Zapytała, wyrwana z letargu. – Tak, już dojeżdżamy. – dorzuciła, losową odpowiedź.- Dobra, nieważne. – chłopak się poddał. Do końca podróży się nie odzywał. Wodził tylko palcem, po szybie, przeklinał w myślach i analizował opowieść babci.- Jesteśmy prawie na miejscu. – Rozległ się głos blondynki. Andrzej podniósł głowę, matka rozmawiała przez telefon. – Będziemy za dziesięć minut. Możesz wstawić wodę na herbatę. – chłopak uśmiechnął się, rozmowy rodziców, odkąd pamięta, zawsze go śmieszyły. Brzmiały one jak rozmowy między urzędnikami, krótko i formalnie, ale jednocześnie pełne czułości. – No pa. Buźka. Pogadamy, jak wrócę.Po powrocie do domu zastali stół zastawiony jedzeniem. Przy drzwiach powitał ich okularnik, w pomarańczowej koszuli, spodniach na kant i kapciach. Przeczesał lekko przerzedzone włosy i zasypał ich serią pytań. O podróż, o pobyt, zajęcia i tym podobne. Krótka seria ostrzegawczych pytań, puszczona w powietrze, miała swój ciąg dalszy, przy kolacji.- Babcia jak się czuje? – zapytał ojciec chłopaka, jednocześnie z nonszalancją smarując chleb masłem.- Fizycznie zdaje się zdrowa. – Podchwyciła temat blondynka, specjalnie nie kończąc zdania.- Co masz na myśli, coś nie tak z jej psyche? – Łysiejący okularnik dał się chwycić, na ten manewr.- Trochę...- Tato słyszałeś opowieść babci, o wilkołaku? – Chłopak przerwał matce, zanim zdążyła rozwinąć swoją myśl.- A, rozumiem – Odpowiedział ojciec, porozumiewawczo zerkając na żonę. – Twoja babcia, a moja mama, miała ciężkie dzieciństwo. Wojna odcisnęła na niej swoje piętno. Tak, straszyła nas „jesiennym wilkiem”, jak byliśmy w Twoim wieku.- Wierzysz jej? – zapytał Andrzej.- Wiesz synku, to bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. Kiedyś na spokojnie Ci to wyjaśnimy, porozmawiamy o tym, teraz kończ kolacje i spać.Chłopak ostentacyjnie wstał, szukając krzesłem, omalże przewracając je.- Dobranoc. – wycedził przez zęby i wyszedł, głośne tupanie na schodach przerwało, trzaśniecie drzwi.Andrzej pół nocy rozmyślał, o tym, co usłyszał od babci. Układał scenariusze, szukał poparcia w legendach, gdy wszystko zaczęło układać się w logiczną całość, zasnął. Obudził go dźwięk. Cichy szmer, kwilenie tuż za oknem. W pokoju było ciemno, przez okno wlewało się, gęstą falą, światło księżyca. Próbował wymacać włącznik, lampki nocnej. Po kilku próbach poddał się. Dźwięk za oknem zmienił się, Andrzej usłyszał, powodujące ciarki, skrobanie o szybę. Przecierając oczy, zsunął się z łóżka. Powoli podszedł do okna, czuł pod stopami ciepły dywan. Gdy stopy chłopaka, znalazły się w świetle, wpadającym przez okno, zrobiło mu się zimno. Drętwiejące stopy przestały go słuchać. Szurając nimi po dywanie, podszedł do okna, za nim było pusto. Blask miesiąca oświetlał okolicę. Chłopak poczuł ruch, tuż za nim, odwrócił głowę, e pokoju było pusto. Tylko cień. Kształt okna, który rysował księżyc na dywanie, skrywał cień, nie jego. Czarna plama na podłodze poruszała się, Andrzej obserwował dywan zahipnotyzowany. Pleciona płachta, leżąca na podłodze, nigdy nie zajęła jego myśli, na tak długo. Po chwili, w jego umyśle pojawiła się myśl, która zagrała na cienkiej nucie strachu, jak delikatny szept. „Jestem za Tobą”. Zimno stóp rozeszło się z krwią, po całym ciele. Odwrócił się do okna. Zobaczył wielką czarną plamę, która ledwo mieściła się, w ramie okna. Bestia za oknem obserwowała Andrzeja. Dyszała, a z jej ust, pomiędzy wielkimi kłamie, wydobywała się para. Wielkie źrenice potwora hipnotyzowały chłopaka. Nie mógł się ruszyć, wpatrzony, w świecące ślepia stał, jak słup soli. Nagle, monstrum zaatakowało. Zaskoczony młody mężczyzna nie zdążył zareagować, mógł tylko obserwować, jak wilkołak wyciąga wielkie łapy w jego kierunku. Szyba wygina się pod ich dotykiem i pęka bezgłośnie jak przedziurawiony, przeźroczysty kawałek materiału. Wielkie szpony zacisnęły się na szyi chłopaka. Andrzej, krzycząc, ostatkiem sił, czując na sobie ciężar bestii, przebija barierę snu. Próbując uwolnić szyje, z zaciskających się szponów, poczuł, jak niewidzialne ręce łapią go za nadgarstki. Zerknął niżej, a z cienia sięgały, w jego kierunku, setki dłoni, próbowały wciągnąć go w mrok. Gdy czerń zaczęła pochłaniać jego ciało, spojrzał w paszcze bestii, nad rzędem wielkich zębów zobaczył jej oczy. Były spokojne, prawie ludzkie, podobne miała jego babcia. W tym momencie uzmysłowił sobie, że to ona stała za oknem. Myśl, która bezgłośnym wrzaskiem, przebiła się z koszmaru w rzeczywistość „Babcia”. Bezwładnie walcząc, z niewidzialnym wrogiem, próbował wyrwać dłonie z uścisku. Usłyszał krzyki, które nie miały sensu, przez chwilę myślał, że sam wykrzykuje coś w panice, ale zaciśnięte szpony odcięły dopływ powietrza. Szum w uszach, zniekształcał słowa, wiedział, że zaraz straci przytomność i to będzie koniec. Zebrał resztki sił, zaćmiony umysł, nagle zaczął pracować. Wtedy zrozumiał, co krzyczą demony.- Andrzej! – Jakby znany głos, wołał go, z zaświatów. Wymachując rękoma, obudził się. Zlany potem chłopak, łapczywie chwytał każdy oddech. Mama przytuliła go do siebie.- Trzeba zrobić coś, z tą wariatką! – krzyknęła do męża, który siedział po drugiej stronie łóżka i przyglądał się nieprzytomnym oczom chłopaka. Mężczyzna przytaknął, bez słowa wyszedł. Blondynka trzymała w ramionach, skulonego i ciągle trzęsącego się syna.- To tylko zły sen, syneczku. – szeptała. Za oknem zaczęło świtać.Mężczyzna z urzędniczą dokładnością wybrał, wykalkulował koszt i jak słupek w Excelu przeniósł matkę, do domu spokojnej starości „Eliza”.
- Halo Andrzejku. – Usłyszał. – Tu Twoja babcia. Robi się ciemno, on wrócił i nie jest sam. – Mówiła szeptem, w dziwny sposób modulowała głos. W tle było słychać starą piosenkę, kobieta miała w domu stary gramofon. – Słyszę, jak chodzi wokół domu, skrobie ściany, puka w okna i łapie za klamkę. Boje się… Trzeba go powstrzymać, raz na zawsze. Odejdź potworze! -krzyknęła, rozległ się trzask. Chwila ciszy i w słuchawce rozległ się sygnał, przerwanej rozmowy. Chłopak opuścił wzrok i posmutniał.
- Co się stało? – zapytała, lekko pochylając głowę, szukała wzroku Andrzeja. Położyła dłoń na jego kolanie.
- Hmm, słucham? – Podskoczył jakby wyrwany ze snu. – Nic. Babcia. Zrobiło się jej gorzej. – Cedził przez zęby, monosylabami. – napiszę do mamy, że dzwoniła. – Znowu zanurkował w myślach i zawisł nad telefonem.
- Dobrze. – Dziewczyna przyglądała się, chłopakowi, który ostrożnie, jakby ważąc każde słowo, pisał SMS. Gdy zobaczyła, że wysyła wiadomość, odezwała się. – Koniec, tego zamulania, w domu. Idziemy, na miasto.
***
Wrócił późnym wieczorem, cicho otworzył drzwi i wysunął się, do środka. W salonie siedzieli rodzice. Szeptali coś, mama chłopaka, pociągała nosem. Najwyraźniej coś się stało, Andrzej, nie do końca chciał wiedzieć co. Miał za sobą ciężki dzień. Zamyślony próbował przemknąć, niepostrzeżenie, obok rodziców. Skrzypienie schodów, udaremniło jego zamiary.
- Andrzejku? – usłyszał głos matki. – to Ty? – zapytała drżącym głosem, blondynka.
-Tak, to ja. – odpowiedział, przyłapany.
- Chodź tu do nas. – odezwał się ojciec, panujący, jak zawsze, nad głosem.
Andrzej, wchodząc do salonu, nadal czuł, że nie mają dobrych wieści. Ogarnęło go nagłe zimno i jego nogi, jakby lekko się uginały.
- Znaleźli babcie. – Rozpoczął ojciec. – Siedziała na progu, swojego domu. – Dokończyła, płaczliwym głosem, za męża. Przytykając, do nosa chusteczkę, dodała. – Policja podejrzewa, że błąkała się, cały dzień po lesie. Wieczorem usiadła na progu, w bujanym fotelu i tak już została. – Blondynka zakończyła, salwą łez.
-Zawału dostała. – dodał ojciec i przytulił żonę.
Chłopak, nie wiedział, jak znalazł się, w swoim pokoju. Przed oczami miał obraz babci, jak siedzi na progu i czeka na niego.
- Dzwoniłam. Czekałam, na Ciebie. – usłyszał, za plecami. Poczuł, zimny i mocny uścisk, na ramieniu. Złapał za dłoń, która go złapała. Trzymała mocno jak skręcone imadło. Z całych sił próbował, uwolnić się, w końcu uścisk zelżał. Trzymając obcą dłoń, odwrócił się. Zobaczył twarz, która była mu znajoma.
- Babciu? – Wydusił z siebie, pytanie w głosie było odruchowe, dobrze wiedział, że to nie może być ona. – Przecież Ty…
- Nie żyje? – Postać przerwała mu, w pół zdania. – Tak i to Twoja wina. – dodała.
Chłopak poczuł, jak dłoń, którą trzyma, delikatnie wysuwa mu się z rąk. Poczuł za to, lepką, jakby galaretowatą strukturę, zetknął wtedy na dłoń. W jego rękach został strzępy skóry, a dłoń babci, odarta z powłoki odkryła mięśnie i kości. Poczuł, jak słodką falą, podchodzą mu do gardła, mdłości, wymieszane ze wszystkim, co dzisiaj jadł. Zetknął na twarz kobiety, która zbladła, jak prześcieradło, jej oczy zasłoniły się bielą. Nagle, skóra zaczęła zielenieć i łuszcząc się odpadać płatami. Nogi chłopaka zaczęły się uginać, Andrzej, próbując utrzymać się na nogach, chwile dreptał w miejscu, jakby tańczył. Upadł, a za nim pusty szkielet, by następnie zmienić się w pył. Poczuł pod twarzą, zimną, a jednocześnie miękką powierzchnię. Otworzył oczy, przed twarzą zobaczył, gęsty, pierzasty dywan. Usiadł, złapał się za głowę i próbował zrozumieć, co się stało, poprzedniej nocy.
Uznał, że to był koszmarny sen i wstał z dywanu.
***
- Żegnamy dziś, naszą siostrę… – Słowa księdza, które wypowiadał nad grobem starszej pani, w ogóle nie trafiały do Andrzeja. Jego nieobecny wzrok, krył plan, który ułożył dzień wcześniej. Kolejna, koszmarna noc, podsunęła mu rozwiązanie.
- Babciu, dziś przyjadę i dorwę drania.- powtarzał w myślach, jak mantrę, licząc, że babcia go słyszy. – dorwę...
-Z prochu powstałeś… – Ostatnie pożegnanie, miało się ku końcowi. Chłopak nie czekał. Odwrócił się i już miał wychodzić, gdy stanęła przed nim. Była smutna, może nawet bardziej niż on, spojrzała na niego, dobrotliwie się uśmiechnęła. Już miał, na końcu języka „dorwiemy drania”, gdy powiew świeżości podsunął mu myśl „siostra bliźniaczka babci”. Uściskał ją i złożył kondolencje.
- Nie zostajesz na stypie? – zapytała, chłopak był już kilka kroków dalej i nie usłyszał pytania.
Gdy dotarł, do domku babci, zaczęło robić się szaro. Domek stał na uboczu, na małej polanie, otaczał go gęsty las, za pagórkiem płynęła mała, ale wartka rzeczka. Sama chatka była drewniana i miała duże okna. Zachodzące słońce oświetlało, jedną ze ścian, sprawiając wrażenie, że ktoś tam mieszka i ma zapalone światło.
Andrzej, zaopatrzony w siekierę, czekał. Słyszał tylko tykanie zegara, czasem szczekanie psa, sąsiadów zza lasu. Za oknem było już ciemno, okolice oświetlał księżyc. Chłopak wtulony, w stary czerwony fotel, zaczął przysypiać. Poczuł ciepło, nadchodzącego snu, błogość, z siłą mechanicznego młota, przerwał trzask. Mężczyzna zastygł, w pozycji pół siedzącej. Cisza. Nawet pies, już nie szczekał.
-To tylko sen.- powiedział, do siebie. Po chwili ponownie zatopił się, w swoich myślach. Zastanawiał się, co właściwie tu robi, dlaczego goni, za szaleństwem swojej zmarłej babci. Czy sam chce dojść, do granicy, za którą jest tylko szaleństwo. Nagły rumor, tuż za drzwiami obudził jego umysł, do trzeźwości. Szaleństwo, z którym już chwytał się za klapy, nabrało realnych dźwięków, bo kształtu jeszcze nie miało.
- Halo? – zapytał, licząc na odpowiedź. Zamiast odpowiedzi, usłyszał nieludzki jęk i chaotyczne pukanie. Andrzej podszedł do okna, lekko uchylił zasłonę. W półmroku oświetlona promieniami księżyca, tłukła się, przy ścianie czarna postać. Chłopak, przez ułamek sekundy, zobaczył pokryte futrem ciało i obnażone kły. Odskoczył od okna, potrącając przy tym garnki, narobił hałasu, na całą okolicę. Na zewnątrz zrobiło się cicho, by po chwili, ze zdwojoną siłą, potwornym rykiem, uderzyć w twarz rzeczywistością. Bestia przebiła się przez stare, drewniane drzwi. Chłopak nie zdążył zareagować, gdy powietrze wypełnił potworny krzyk, kawałki rozbitych drzwi i strach. Ledwo łapiąc pion i powietrze, Andrzej wybiegł, drugim wyjściem. Zapomniał, że przyszedł tu pokonać tego potwora, że obiecał. Chłopak pobiegł, na pobliskie wzgórze. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Znowu było cicho, okolice spowijała opadająca mgła, oświetlana blaskiem księżyca. Czuł w powietrzu obecność, zawsze ją czuł, gdy ktoś umierał. Nieznany lęk, połączony z poczuciem pustki, tak jakby śmierć, krążyła jeszcze wśród bliskich i zastanawiała się „kogo jeszcze zabrać, skoro już tu jestem”. To zimne uczucie obecności, teraz było silniejsze, niż kiedykolwiek. Teraz miało też, realne kształty, jesiennego wilka. Andrzej usłyszał szelest liści jakby z kilku stron naraz. Jesień dała mu przewagę, naturalny wykrywacz ruchu. Za późno, na naukę obsługi, nauczka przyszła, nagłym ciosem. Chłopak poczuł na sobie uścisk śmierci i nagły ból, prąd przeszywający ciało, wzdłuż kręgosłupa. Bestia zatopiła kły, w jego szyi, upadli. Zaczęli toczyć się z pagórka. Andrzej całej siły próbował wyrwać się ze zwarcia. Zadał potężnego kopniaka. Stwór puścił szyję i zerwał się na równe nogi. Chłopak też pozbierał się i wstał. Bestia, skryta w mroku, znowu rozpoczęła szarżę, Andrzej był na to przygotowany. Odskoczył i nadał kopniakiem, potworowi, dodatkowego pędu. Stwór z impetem przeleciał przez krzaki i zsunął się, ze skarpy. Chłopak usłyszał, głośny plusk, bestia wpadła do rzeczki. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa płynie, gęstą stróżką krew. Złapał się, za rozerwany kark, wymacał kości. Świat zawirował, poczuł zapach gnijących liści i dotyk jesieni na twarzy.
***
Nagle,
telefon przerwał ciszę. Młodzi ludzie, zagubieni w swoim towarzystwie,
spojrzeli po sobie i zignorowali. Chłopak zaczął się kręcić. Dziewczyna
uśmiechnęła się i skinęła głową, wskazując na telefon. Mężczyzna wyjął telefon
i przesunięciem palca odebrał.
Zemdlał.
„ Well I stepped into an avalanche,
It covered up my soul;
When I am not this hunchback that you see,
I sleep beneath the golden hill.
You who wish to conquer pain...”
Cohen
Gdy weszła do gabinetu, jego źrenice rozszerzyły się rażone
promieniami słońca, które wpuściła zza drzwi. Doktor Christopher Gramza przez
chwile widział tylko ciemne plamy.
- dzień dobry. - usłyszał. Delikatny, kobiecy głos zabrzmiał jak słodkie ptasie trele. Chciał ją zobaczyć. Już teraz. Cichy głos był obietnicą niewypowiedzianych słów. Jak "kocham" wyszeptane do ucha. Nerwowo przetarł oczy, próbował odzyskać zmysł, który teraz go zawodził. Nadal prawie oślepiony zobaczył, że kobieta wyciągnęła do niego rękę. Chwycił za nią, była delikatna, a jej skóra w dotyku przypominała atłasowy materiał. Pochylił się i pocałował w dłoń. Pachniała świeżym chlebem. Delikatnie słodkawy zapach jej skóry spowodował, że ciemne plamy przed oczami zawirowały i odfrunęły. Odzyskał ostrość widzenia. Zapach i dotyk jej skóry obudził w nim dawno uśpione potrzeby i żądze. Podniósł oczy znad jej dłoni i ujrzał delikatna, zawstydzoną kobietę, która ściskała w dłoni stary zżółkły notes i kartę choroby.
- W czym mogę pomoc? - zapytał, widząc, że to oficjalna wizyta.
- Ja... - Kobieta zaczęła nieśmiało. – Chciałabym prosić o pomoc.
- Znaczy, psychiatryczną? - Dopytał.
- Mam chorą córkę. - odpowiedziała po chwili wahania. Mężczyzna podniósł brew, spojrzał na dziewczynę zdziwiony i przeczesał włosy. – Wiele o Panu słyszałam, sama jestem lekarzem, ale od spraw ciała, a pan, cóż potrafi poskładać to, co w środku.
- Przepraszam. Nie dosłyszałem Pani nazwiska. – Przerwał jej nieśmiało.
- Marianna, mów mi po imieniu. – odpowiedziała i położyła na biurku kartę pacjenta i specyficznym gestem przysunęła notes. Lekarz z zaciekawieniem wziął go do ręki. Na oko stukartkowy zeszyt, lekko pożółkłe kartki pachniały stęchlizna. Otworzył go, w środku każda z kartek w niemalże idealnie zamalowane na prawie na czarno, dopiero po chwili zauważył, że są to tysiące malutkich krzyżyków nakreślonych brunatnym pisakiem. Przesuwając kciuk po kartkach notesu, przekartkował go. W dziwnym grymasie zamyślenia przesunął usta na jedną stronę twarzy. Kobieta cały czas opowiadała o symptomach. Zaczął zastanawiać się. - Może na drzwiach mam napisane „Parapsycholog”? - Już miał wstać, by ostentacyjnie sprawdzić, co jest napisane na drzwiach jego gabinetu. Chciał zapytać — to może egzorcysta?
- Cały pokój w takich krzyżykach ma wysmarowany. - Kobieta, obserwując zamyślonego mężczyznę, kontynuowała. - Rozmawia ze sobą. - Psychiatra zamierzał przerwać Mariannie, gdy padło nazwisko. Nie jej, którego nadal nie poznał. - Jan Dor skierował mnie do Pana.
- To zmienia obraz sytuacji. Proszę zostawić mi ten notes i kartę pacjenta. Od kiedy córka ma te napady? - Wyprostował się, teraz słuchał całym sobą.
***
- Już czas. - Wnętrze piwnicy wypełnił szept. Otulił zmurszałe prycze, owinął mackami kraty cel. Ściany zaczęły szeleścić radością ucieczki. Podniecenie poruszało się plątaniną pajęczych sieci uwieszonych kurczowo sufitu. Wilgoć wydawała się muskać delikatnie skórę śpiącej Marii. Mimo braku zegara i dostępu do światła z zewnątrz Anna wiedziała, że zbliża się noc. Atłasowa skóra jej przyjaciółki falowała, znaczyło to tyle, że bestia, która kryje się w ciele śpiącej dziewczyny, błaga o wypuszczenie jej na zewnątrz. Wilczyca chce zapolować. Brak aktywatora. Półboska Selene musi musnąć policzki Marii księżycowym blaskiem. - W tej zatęchłej pieczarze nie znajdzie nawet promyka. - wyszeptała wiedźma. - Mam coś innego. - dodała i zerwała z bransoletki zrobionej z ziół małą kuleczkę, owoc wilczej jagody i suszonego tojadu. Roztarła w dłoni, dodała śliny i mchu ze ściany, na spowolnienie działania. Kulała chwilę w dłoniach, mantrując jakieś modlitwy.
Czekała.
Nagle śliską ciszę błagalnych szeptów przerwał zgrzyt zamka. Nadchodził strażnik. Anna obliczyła, że będzie to Błażej, lekko przygarbiony, obleśny typ. Ślinił się na nią już dawno. Teraz gdy ściska w ramionach klucz do wolności, wykorzysta słabość tego marnego pokurcza.
Anna włożyła do ust kuleczkę trujących roślin i pochyliła się nad śpiącą rudowłosą. Lekko całując Marię, językiem rozchyliła jej wargi. Posmak stęchlizny mchu i cierpki smak trujących roślin szybko zastąpił słodki smak jej ust. Mimo warunków, w jakich przebywały, rudowłosa wydawał się świeża jak po prysznicu. Może to wilcza natura, a może to Anna, która przebywa w tym lochu zbyt długo i inaczej odczuwała zapachy i smaki. Przez chwilę w głowie zawirowało szaleństwo. Po chwili przypomniała sobie, dlaczego to robi i powtórzyła – Już czas. Mario. - Rudowłosa uniosła głowę.
- dzień dobry. - usłyszał. Delikatny, kobiecy głos zabrzmiał jak słodkie ptasie trele. Chciał ją zobaczyć. Już teraz. Cichy głos był obietnicą niewypowiedzianych słów. Jak "kocham" wyszeptane do ucha. Nerwowo przetarł oczy, próbował odzyskać zmysł, który teraz go zawodził. Nadal prawie oślepiony zobaczył, że kobieta wyciągnęła do niego rękę. Chwycił za nią, była delikatna, a jej skóra w dotyku przypominała atłasowy materiał. Pochylił się i pocałował w dłoń. Pachniała świeżym chlebem. Delikatnie słodkawy zapach jej skóry spowodował, że ciemne plamy przed oczami zawirowały i odfrunęły. Odzyskał ostrość widzenia. Zapach i dotyk jej skóry obudził w nim dawno uśpione potrzeby i żądze. Podniósł oczy znad jej dłoni i ujrzał delikatna, zawstydzoną kobietę, która ściskała w dłoni stary zżółkły notes i kartę choroby.
- W czym mogę pomoc? - zapytał, widząc, że to oficjalna wizyta.
- Ja... - Kobieta zaczęła nieśmiało. – Chciałabym prosić o pomoc.
- Znaczy, psychiatryczną? - Dopytał.
- Mam chorą córkę. - odpowiedziała po chwili wahania. Mężczyzna podniósł brew, spojrzał na dziewczynę zdziwiony i przeczesał włosy. – Wiele o Panu słyszałam, sama jestem lekarzem, ale od spraw ciała, a pan, cóż potrafi poskładać to, co w środku.
- Przepraszam. Nie dosłyszałem Pani nazwiska. – Przerwał jej nieśmiało.
- Marianna, mów mi po imieniu. – odpowiedziała i położyła na biurku kartę pacjenta i specyficznym gestem przysunęła notes. Lekarz z zaciekawieniem wziął go do ręki. Na oko stukartkowy zeszyt, lekko pożółkłe kartki pachniały stęchlizna. Otworzył go, w środku każda z kartek w niemalże idealnie zamalowane na prawie na czarno, dopiero po chwili zauważył, że są to tysiące malutkich krzyżyków nakreślonych brunatnym pisakiem. Przesuwając kciuk po kartkach notesu, przekartkował go. W dziwnym grymasie zamyślenia przesunął usta na jedną stronę twarzy. Kobieta cały czas opowiadała o symptomach. Zaczął zastanawiać się. - Może na drzwiach mam napisane „Parapsycholog”? - Już miał wstać, by ostentacyjnie sprawdzić, co jest napisane na drzwiach jego gabinetu. Chciał zapytać — to może egzorcysta?
- Cały pokój w takich krzyżykach ma wysmarowany. - Kobieta, obserwując zamyślonego mężczyznę, kontynuowała. - Rozmawia ze sobą. - Psychiatra zamierzał przerwać Mariannie, gdy padło nazwisko. Nie jej, którego nadal nie poznał. - Jan Dor skierował mnie do Pana.
- To zmienia obraz sytuacji. Proszę zostawić mi ten notes i kartę pacjenta. Od kiedy córka ma te napady? - Wyprostował się, teraz słuchał całym sobą.
***
- Już czas. - Wnętrze piwnicy wypełnił szept. Otulił zmurszałe prycze, owinął mackami kraty cel. Ściany zaczęły szeleścić radością ucieczki. Podniecenie poruszało się plątaniną pajęczych sieci uwieszonych kurczowo sufitu. Wilgoć wydawała się muskać delikatnie skórę śpiącej Marii. Mimo braku zegara i dostępu do światła z zewnątrz Anna wiedziała, że zbliża się noc. Atłasowa skóra jej przyjaciółki falowała, znaczyło to tyle, że bestia, która kryje się w ciele śpiącej dziewczyny, błaga o wypuszczenie jej na zewnątrz. Wilczyca chce zapolować. Brak aktywatora. Półboska Selene musi musnąć policzki Marii księżycowym blaskiem. - W tej zatęchłej pieczarze nie znajdzie nawet promyka. - wyszeptała wiedźma. - Mam coś innego. - dodała i zerwała z bransoletki zrobionej z ziół małą kuleczkę, owoc wilczej jagody i suszonego tojadu. Roztarła w dłoni, dodała śliny i mchu ze ściany, na spowolnienie działania. Kulała chwilę w dłoniach, mantrując jakieś modlitwy.
Czekała.
Nagle śliską ciszę błagalnych szeptów przerwał zgrzyt zamka. Nadchodził strażnik. Anna obliczyła, że będzie to Błażej, lekko przygarbiony, obleśny typ. Ślinił się na nią już dawno. Teraz gdy ściska w ramionach klucz do wolności, wykorzysta słabość tego marnego pokurcza.
Anna włożyła do ust kuleczkę trujących roślin i pochyliła się nad śpiącą rudowłosą. Lekko całując Marię, językiem rozchyliła jej wargi. Posmak stęchlizny mchu i cierpki smak trujących roślin szybko zastąpił słodki smak jej ust. Mimo warunków, w jakich przebywały, rudowłosa wydawał się świeża jak po prysznicu. Może to wilcza natura, a może to Anna, która przebywa w tym lochu zbyt długo i inaczej odczuwała zapachy i smaki. Przez chwilę w głowie zawirowało szaleństwo. Po chwili przypomniała sobie, dlaczego to robi i powtórzyła – Już czas. Mario. - Rudowłosa uniosła głowę.
***
Był późny
wieczór. Sączył whiskey z lodem. Przyglądał się staremu fotelowi, na którym
spał kot. Foel nie pasował do wystroju pomieszczenia. Wokół królowało
dąb, mahoń i skóra. Wielka szafa wypełniona szczelnie wypełniona książkami
zerkała na mebel dziełami Nietchego i oświetlał go łysiną Freud,
którego szklane popiersie stało na półce. Gustownie zdobione biurko, kozetka
staromodny wieszak, na którym wisiał płaszcz doktora, jego parasol. Mężczyzna
siedział w wielkim, skórzanym brązowym fotelu. A Po drugiej stronie gabinetu
fotel, a w nim kot. Stary, olbrzymi kot syberyjski smacznie spał zwinięty w
kulkę. Wtulony w siedzisko kot pomrukiwał co jakiś czas.
- Muszę wyrzuci ten fotel. - pomyślał doktor – Może jak go spale, to portal też się zamknie? Czuje jego zapach. Siarka jak z samego dna piekła. - Obudzony nagłym spazmem kot zerwał się, wyprężył, zeskoczył z fotela i podbiegł do biurka. W ułamku sekundy siedział na skraju blatu i wyprostowany, jak wypchany czekał na pieszczoty. Psychiatra za każdym razem dawał się złapać w tę pułapkę. Gdy futrzasty kompan stwierdza, że wystarczy, bez mrugnięcia okiem zeskakuje i ucieka, po drodze potrącając teczkę mężczyzny. Wrócił na fotel. - Póki zwierze go pilnuje niech stoi. Mam go na oku. - dokończył, brutalnie przerwaną myśl. Spojrzał pod biurko, gdzie kot narobił szkód. Z przewróconej teczki wysunął się notes. Mężczyzna westchnął i podniósł go. Pogładził się po brodzie. Wyjął z szuflady fajkę i paczkę tytoniu. Takiego na specjalne okazje. Dolał do lodu brązowego płynu. Wziął głęboki oddech i jednym haustem łyknął zawartość szklanki. - To będzie długa podróż. - wysyczał, wydychając zawartość płuc. Odpalił fajkę. Pomieszczenie wypełnił korzenny zapach. Mężczyzna przygasił światła, zostawił małą lampkę, która dawała ciepłe pomarańczowe światło. Na biurku rozłożył zdjęcia, otworzył notes i czekał na wizję. Po blacie biurka zaczęły tańczyć szare języki dymu z fajki. Rozszerzone źrenice mężczyzny wpuszczały do mózgu obrazy, z reguły pojawiały się wizje. Tak było kiedyś. Ostatnio magia nie działa. Zanim zauważył, zaczął myśleć o czym innym. O Janie Dor. Jedyny człowiek, którego nie mógł rozgryźć. Hrabia, bo takim mianem się obwołał, podsyłał do Christophera dziwne przypadki. Żaden z tych pacjentów zabił mu takiego ćwieka jak Dorian, tak nazywał go Gremza. Przypominał mu postać z Greya, doktor tak właśnie wyobrażał sobie postać z powieści Oscara Wilde. - Zaraz. Zaraz, nie po to tu siedzę, żeby robić psychoanalizę starca. - skarcił się w myślach Christopher. Przetarł oczy, oparł się i wziął potężną dawkę dymu do płuc. Chwilę to trwało, gdy znalazł się w toalecie. Patrzył w lustro. Widział swoje odbicie, blady, brodaty mężczyzna próbował prześwietlić się wzrokiem. Nagle poczuł delikatne muśnięcie na szyi. Lekkie ugryzienie. Tak delikatne, jak pocałunek. - Julio to Ty? - wyszeptał. Wiedział, że to Ona. Mimo że nie nie widział jej odbicia w lustrze. W ciemnym pomieszczeniu był tylko on i jego odbicie w lustrze, które bladło z każdą chwilą. Zerknął w miejsce, gdzie poczuł ugryzienie. Zauważył dwie małe dziurki, z których sączyła się krew. Spojrzał na swoje odbicie, które było blade jak papier. Upadł. Krew strumieniem opuszczała jego ciało. Ciemne pomieszczenie zaczęło wypełniać jego osocze. Czerwony płyn poruszał się fugami, zwiększając obszar widoczności w pomieszczeniu. Nagle stróżki przestały kreślić równe kwadraty wypasionych płytek. Dotarły do kobiecych stóp. Delikatne paluszki lewej i prawej stopy zamoczone we krwi Christophera określały granice życia. Gremza próbował unieść się, ale ilość życiodajnego płynu ograniczała jego siły. Nagle Julia na czworaka, jak zwierzę zaczęła poruszać się w jego stronę. Szczerzyła do niego rząd wielkich zębów. Oczy miała spokojne, jakby spała, ale cieknąca z ust ślina oczekiwała posiłku. Jej delikatne, półnagie ciało wiło się w podnieceniu. W innej sytuacji zachwycałby się takim widokiem, ale teraz zmierzała w jego kierunku w innym celu. Krew opuszczała go szybciej niż życie i w pełni świadomy poczuł, jak wgryza się w jego trzewia. Ból był okropny.
Palący.
Jak przypalanie żywym ogniem.
- O cholera. - krzyknął, budząc się ze snu poparzony fajką, która wysunęła mu się z ust. W panice gasząc poły marynarki, podskakiwał w śmiesznym tańcu. Obudzony kot uśmiechnął się na swój sposób i nieludzkim językiem skomentował. - Jeszcze nie Twój czas doktorze.
***
- Cześć marynarzu. Chcesz do nas? - wyszeptała, wskazując na strażnika i jednocześnie przytulając się do Marii. Jednocześnie odkryła ich nagie ciała splątane w pseudo miłosnym uścisku. Wiedźma zerknęła w oczy rudowłosej. Zaczęły pulsować wilczym żarem. Sztucznie wywołana przemiana była kwestią sekund. Wiedziała, że jeśli kraty się zaraz nie otworzą, to jej gra odbije się masakrycznym rykoszetem. Jedno wiedziała. Miała dosyć tego miejsca. Piekło, w jakim utknęła, zżerało ją od środka. Tak czy inaczej, musi się to skończyć tej nocy. Poczuła pod swoim ciałem jak piersi Marii, które zaczęły pulsować u progu przemiany. Zamknęła oczy, gdy z potwornym skowytem góra rudego puchu obudziła się w morderczym szale.
- Muszę wyrzuci ten fotel. - pomyślał doktor – Może jak go spale, to portal też się zamknie? Czuje jego zapach. Siarka jak z samego dna piekła. - Obudzony nagłym spazmem kot zerwał się, wyprężył, zeskoczył z fotela i podbiegł do biurka. W ułamku sekundy siedział na skraju blatu i wyprostowany, jak wypchany czekał na pieszczoty. Psychiatra za każdym razem dawał się złapać w tę pułapkę. Gdy futrzasty kompan stwierdza, że wystarczy, bez mrugnięcia okiem zeskakuje i ucieka, po drodze potrącając teczkę mężczyzny. Wrócił na fotel. - Póki zwierze go pilnuje niech stoi. Mam go na oku. - dokończył, brutalnie przerwaną myśl. Spojrzał pod biurko, gdzie kot narobił szkód. Z przewróconej teczki wysunął się notes. Mężczyzna westchnął i podniósł go. Pogładził się po brodzie. Wyjął z szuflady fajkę i paczkę tytoniu. Takiego na specjalne okazje. Dolał do lodu brązowego płynu. Wziął głęboki oddech i jednym haustem łyknął zawartość szklanki. - To będzie długa podróż. - wysyczał, wydychając zawartość płuc. Odpalił fajkę. Pomieszczenie wypełnił korzenny zapach. Mężczyzna przygasił światła, zostawił małą lampkę, która dawała ciepłe pomarańczowe światło. Na biurku rozłożył zdjęcia, otworzył notes i czekał na wizję. Po blacie biurka zaczęły tańczyć szare języki dymu z fajki. Rozszerzone źrenice mężczyzny wpuszczały do mózgu obrazy, z reguły pojawiały się wizje. Tak było kiedyś. Ostatnio magia nie działa. Zanim zauważył, zaczął myśleć o czym innym. O Janie Dor. Jedyny człowiek, którego nie mógł rozgryźć. Hrabia, bo takim mianem się obwołał, podsyłał do Christophera dziwne przypadki. Żaden z tych pacjentów zabił mu takiego ćwieka jak Dorian, tak nazywał go Gremza. Przypominał mu postać z Greya, doktor tak właśnie wyobrażał sobie postać z powieści Oscara Wilde. - Zaraz. Zaraz, nie po to tu siedzę, żeby robić psychoanalizę starca. - skarcił się w myślach Christopher. Przetarł oczy, oparł się i wziął potężną dawkę dymu do płuc. Chwilę to trwało, gdy znalazł się w toalecie. Patrzył w lustro. Widział swoje odbicie, blady, brodaty mężczyzna próbował prześwietlić się wzrokiem. Nagle poczuł delikatne muśnięcie na szyi. Lekkie ugryzienie. Tak delikatne, jak pocałunek. - Julio to Ty? - wyszeptał. Wiedział, że to Ona. Mimo że nie nie widział jej odbicia w lustrze. W ciemnym pomieszczeniu był tylko on i jego odbicie w lustrze, które bladło z każdą chwilą. Zerknął w miejsce, gdzie poczuł ugryzienie. Zauważył dwie małe dziurki, z których sączyła się krew. Spojrzał na swoje odbicie, które było blade jak papier. Upadł. Krew strumieniem opuszczała jego ciało. Ciemne pomieszczenie zaczęło wypełniać jego osocze. Czerwony płyn poruszał się fugami, zwiększając obszar widoczności w pomieszczeniu. Nagle stróżki przestały kreślić równe kwadraty wypasionych płytek. Dotarły do kobiecych stóp. Delikatne paluszki lewej i prawej stopy zamoczone we krwi Christophera określały granice życia. Gremza próbował unieść się, ale ilość życiodajnego płynu ograniczała jego siły. Nagle Julia na czworaka, jak zwierzę zaczęła poruszać się w jego stronę. Szczerzyła do niego rząd wielkich zębów. Oczy miała spokojne, jakby spała, ale cieknąca z ust ślina oczekiwała posiłku. Jej delikatne, półnagie ciało wiło się w podnieceniu. W innej sytuacji zachwycałby się takim widokiem, ale teraz zmierzała w jego kierunku w innym celu. Krew opuszczała go szybciej niż życie i w pełni świadomy poczuł, jak wgryza się w jego trzewia. Ból był okropny.
Palący.
Jak przypalanie żywym ogniem.
- O cholera. - krzyknął, budząc się ze snu poparzony fajką, która wysunęła mu się z ust. W panice gasząc poły marynarki, podskakiwał w śmiesznym tańcu. Obudzony kot uśmiechnął się na swój sposób i nieludzkim językiem skomentował. - Jeszcze nie Twój czas doktorze.
***
- Cześć marynarzu. Chcesz do nas? - wyszeptała, wskazując na strażnika i jednocześnie przytulając się do Marii. Jednocześnie odkryła ich nagie ciała splątane w pseudo miłosnym uścisku. Wiedźma zerknęła w oczy rudowłosej. Zaczęły pulsować wilczym żarem. Sztucznie wywołana przemiana była kwestią sekund. Wiedziała, że jeśli kraty się zaraz nie otworzą, to jej gra odbije się masakrycznym rykoszetem. Jedno wiedziała. Miała dosyć tego miejsca. Piekło, w jakim utknęła, zżerało ją od środka. Tak czy inaczej, musi się to skończyć tej nocy. Poczuła pod swoim ciałem jak piersi Marii, które zaczęły pulsować u progu przemiany. Zamknęła oczy, gdy z potwornym skowytem góra rudego puchu obudziła się w morderczym szale.
- Załóżmy, że wszystko już było. Powtórzy się wiele razy, zmienią się tylko aktorzy. – Rozpoczął rozmowę łowca nagród – To tak jak z filmami. Mamy pomysł. Czasem jest to adaptacja książki, która sama z siebie jest już pierwszym życiem opowieści. Jeśli książka dotyczy prawdziwych wydarzeń, to można powiedzieć, że papierowa wersja jest drugim wcieleniem. Później, jakiś autor, powiedzmy Ridley Scott, korzystając z książki kręci film. Mamy drugie, nie, trzecie wcielenie. Po latach ktoś stwierdza, że technika poszła naprzód i może zrobić to lepiej, bo CGI. Za kilka lat nakręcą to jeszcze raz. Może w VR. Tak samo jest z życiem.
- No, a do czego pan zmierza? – przerwał mu Chris.
- Taki przykład. Wampiry. Przez wieki przewijały się legendy.
Opowieści. Mity. Motyw był ten sam.
-Bestia w ciele człowieka. – Ponownie przerwał mu Gremza. – To
odwieczne Id, które walczy z naszą świadomością. Niektórzy się poddają i świr w
nas góruje.
- Niby tak, ale my tu jesteśmy z powodów właśnie tego
ucieleśnionego Id. Kiedyś nazywano go Vlad Dracula, Vlad Palownik, a tu
nazywają go Panem Nocy. Rozmawiał pan z nimi, widać w ich oczach przerażenie, a
ci, którzy go spotkali? Ich obojętność, brak ludzkich odruchów, martwe oczy.
Skorupa. Lunatycy.
- Spotykałem takich. Trzeba skonsultować z wirusologiem,
ewentualnie botanikiem. To wygląda na odurzenie narkotyczne. Nie przekonasz
mnie, że to coś metafizycznego. Wampiry, strzygi, czterolistna koniczynka, Bóg
jest astronautą, Oz jest po drugiej stronie tęczy, a w Midian żyją potwory.
Jestem psychiatrą od wielu lat, widziałem zbrodnie, rzeki krwi, martwe dzieci,
poćwiartowane istnienia i zawsze stał za tym człowiek. Czasem jego mózg
podpowiadał wizje i potrafił zakryć to za woalem strachu, przyjemności lub
rozkoszy. Jesteśmy naszym własnym koszmarem. Wojny, terroryzm, ludobójstwa,
nienawiść. To wszystko my! – uniósł głos.
- Ciiicho! – przerwał mu Wilhelm Winganz. Przynajmniej próbował to
zrobić.
- Mam rację, te zabobony, o których… - Łowca zatkał mu usta ręką,
a drugą położył na swoich wargach w geście uciszenia, a gdy zauważył, że
doktorek zamilkł, wskazał mu pobliską polane. Jak wszystko wokół zalana była
gęstym kożuchem mgły. Ta jednak falowała niespokojnie, jakby ktoś mieszał w
szklance mleka. Cała polana wirowała.
- Piękne. – zakrzyknął psychiatra. Wilhelm chwycił go za marynarkę
i pociągnął do wewnątrz powozu.
- Ruszaj! - krzyknął do woźnicy, który natychmiast zareagował.
Mgła przestała wirować. Pojawiło się kilka słupów, które wystawały z mgły. Gdy
rozwiała się, a właściwie spłynęła z postaci, które to przykryła swoim białym
trenem. Pięć osób. Ramiona zwisały im bezwładnie, tylko głowa obserwowała
odjeżdżający powóz, jak strachy na wróble. Nagle jeden z nich wskazał powóz, a
reszta zaczęła biec za uciekającym pojazdem. Przez chwile biegli na dwóch
nogach, po chwili wyskoczyli w górę i dalej biegli już jak zwierzęta, czasami
odbijając się od drzew. Wyrównały swoją pozycję do bryczki, która podskakiwała
na wybojach, a mężczyzna poganiał konie pejczem. Jeden z napastników jednym
susem wskoczył na bryczkę i rzucił się na woźnicę, wyrzucił go od niechcenia, jak
szmacianą lalkę. Dwóch napastników zatrzymało się przy ciele. Pasażerowie
usłyszeli jego przerażający krzyk. Bryczka, bez kierowcy podskakiwała jeszcze
bardziej, konie znały drogę do stajni. Winganz wyjął z kabury broń, przełożył
magazynek. Nagle w oknie pojawiła się twarz. Zwisał z dachu i wpatrywał się w
mężczyzn. Napastnik oblizywał się, a doktor zauważył wielkie kły.
- Wampir. – rozłożył ręce na kanapie jakby cały światopogląd
wykulał się właśnie na podłogę i z hukiem roztrzaskał się.
- Nie, gdzie tam. Zwykły ćpun. – Roześmiał się łowca i wystrzelił,
trafiając wampira prosto w twarz, potem wpakował resztę kul w dach, gdzie
prawdopodobnie leżało ciało. Mężczyźni usłyszeli, jak napastnik przekoziołkował
i wypadł zaraz za powozem. Doktor wstał i wyjrzał przez tylną szybkę. Postać
przykulała się kilka razy po drodze i w ułamku sekundy wstała. Zawarczała,
rozkładając ręce, ale nie kontynuowała pościgu. – Teraz ktoś musi wyjść i
poprowadzić dalej. – dodał poważnym głosem. Gestem zaproponował, że doktor to
zrobi. Uśmiechnął się, otworzył drzwi. Zawahał się. – Może jednak pan? –
Ponownie zażartował. Wyjął zza pazuchy pistolet i wręczył go Christopherowi. Tu
nacisnąć i proszę usiąść po tej stronie i celować tam. Nad panem będę siedział
ja. – Pewny siebie wyskoczył na zewnątrz. Uspokoił konie i bryczka zaczęła
płynąć delikatnie. Gremza nagle usłyszał, jakby coś spadło na dach, padło kilka
strzałów i bryczka ponownie była bez sternika. Nagle dach rozerwała jakaś siła.
Pomiędzy wyrwanym elementem doktor zauważył bladą twarz, która przyglądał mu
się chwile. Nagle zakatowała. Ten był inny. Nie był tutejszy, miał białą,
prawie przeźroczystą skórę. Oczy niebieskie i przekrwione. Chwycił
sparaliżowanego doktora za szyje, odchylił jego głowę. Polizał miejsce, gdzie
przerażona pulsowała tętnica. Wystawił wielkie kły i już miał ugryźć, gdy
bryczka podrzucona wybojem przechyliła się na dwa koła. Tak poruszała się
chwilę i nagle zatrzymała na jakimś drzewie. Obaj mężczyźni przekoziołkowali.
Christopher zemdlał. Po chwili obudził się. Wiedział, co się zaraz wydarzy, że
stanie lub już stał się pożywka dla bestii, w którą nawet nie wierzy. Otworzył
oczy. Twarzą w twarz przyglądał mu się napastnik.
- Widziałem rzeczy, w których ludzie by nie uwierzyli. – przemówił
chrapliwie – Statki płonące u wrót Troi. Zastygające na wieki Pompeje.
Patrzyłem, jak płonie Rzym, a później Londyn mieniąc się kolorami życia i
śmierci. Wszystkie te chwile zostaną utracone w czasie, jak łzy w deszczu.—
uśmiechnął się do doktora, zamknął oczy — Czas umierać. – dodał po chwili.
Dopiero teraz doktor zauważył, że jego prześladowca trzymał się ściany przebity
elementem powozu. Nagle okolica zajaśniała. Mgła, która nigdy nie znikała,
zaczęła się mienić. Jakby zaczęła płonąć. Świt. Nagle promienie dotknęły twarzy
wampira. Zaczęła płonąć. Doktor patrzył jak zahipnotyzowany, gdy fale
kolorowego ognia tańczyły po twarzy istoty. Nagle jakaś ręka chwyciła go za
kark i wyciągnęła na zewnątrz. Wilhelm upadł zaraz obok niego. Był poharatany,
ale żywy i silny. Moment później ciało wampira eksplodowało. Okolicę wypełnił
ryk kilku wampirzych gardeł.
-Wiem, że patrzysz. Zagubiony w swoim świecie. Słyszę,
jak czerwie żywią się Twoją duszą. - wyszeptał, gdy przestał wrzeszczeć.
- na końcu języka czuje słodki smak Twojej zguby. Kubki smakowe podskakują w
ekstazie na myśl uczty, jaka mnie czeka. - bezszelestnie wyskoczył z zarośli
deszczowego lasu. Pojawił się przy Julii, zanim ta zdążyła zareagować. - Byłem
głodny, a Ty mnie nakarmiłaś, byłem spragniony, a Ty mnie napoiłaś… - przerwał
monolog na ułamek sekundy przed wbiciem kłów w łabędzią szyję kobiety…
Ciągle pamiętała ciszę
na sali porodowej. Zrodzona z jej bólu istota milczała. Martwy pierworodny
zapłakał w jej duszy. Rozdzierając ją wyrwał z serca ostatnie tchnienie. Biel
sali, mdły różowy kolor jarzeniówki ukołysał jej łono do snu.
Zemdlała.
Obudziła się po trzech
dniach.
-Gdzie on jest? -
krzyczała. - Oddajcie mi moje dziecko! Oddajcie, błagam. - do rana jej głos
zdarł ból ze strun głosowych. Obsługa szpitala przyjęła z ulgą więdnący w
gardle krzyk.
-Pani Julio. Proszę
odpocząć. Wkrótce zjawi się Pani mąż. - uspokajają ją pielęgniarka.
-Po prostu mi go
oddajcie… - odpowiedziała, z trudem przełykając ślinę. Położyła się na boku i
wpatrzona w okno przyciągnęła kołdrę pod samą szyję. Jej wielki oczy były
przekrwione od łez. Źrenice stawały się puste, a goszczący w nich błysk spłynął
razem z ostatnią kropką słonej cieczy.
Wszedł bez słowa,
usiadł delikatnie przy jej nogach.
Przepraszam.. -
wyszeptała. Pogładził jej wystającą spod kołdry stopę. Julia natychmiast ją
schowała. Zwinięta w embrion tonęła w bieli łóżka. Gremza właśnie wrócił z
pogrzebu ich nienarodzonego syna.
-Byli wszyscy nasi
przyjaciele, rodzina, znajomi i współpracownicy. - odezwał się po dłuższej
chwili. Zbierał siły. Bał się tej rozmowy. - Nie wiedzieliśmy, kiedy się
obudzisz. Wszyscy radzili.
-zabierz mnie do
niego. - przerwała słabym głosem wpatrzona w kropkę wody płynące po szybie. Nie
drgnęła nawet o milimetr.
Popołudnie było
deszczowe. Lało jak nigdy. Krople deszczu otulały parę. Próbując osłonić Julie
przed deszczem popychał szpitalny wózek. Po chwili brodzenia w błocie dotarli
do świeżego grobu. Strużka wody utworzyła potok błota niosąc świeży piach.
Zsunęła się z siedzenia upadła na kolana i wsunęła dłonie pod kobierzec
kwiatów. Poczuła między palcami ciepły piach.
Chodź do mnie
wyszeptała. Wyciągnęła naręcz piachu i ziemi. Przyłożyła do siebie i odsłoniła
pierś. Gęsty deszcz rozmywał piaskowe dziecko. Ponownie zatopiła ręce w świeżym
grobie i również deszcz zabrał jej golema. Uniosła zabłocone ręce ku niebu. -
Oddaj mi go. Błagam. - Bóg w odpowiedzi oczyścić jej dłonie. Christopher odkrył
ja płaszczem i ukląkł tuląc ją do siebie najmocniej jak mógł. Oboje mokli,
razem cierpieli i płakali wspólnie.
Tak było.
Do dziś czuła zapach
deszczu i błota. On też. Teraz znowu go wyczuwała. Zahipnotyzował go. Dodatkowo
głos, który do niej szeptał i płacz dziecka. Po Prostu musiała tam być. Szła
przed siebie, za głosem. Nagłym podmuchem wiatru omdlała. Złapał ja wpół.
Pachniało deszczem, wilgocią, płatkami róż i czymś jeszcze. Tracąc świadomość
nie mogła skojarzyć zapachu. Po chwili zastanowienia,
przypomniała sobie. Porodówka.
To zapach krwi.
To zapach krwi.
Osunęła się bezwładnie
w ramiona przybysza. Ten nie przestając ssać krwi z jej szyi uniósł ja na ręce.
Noc była piękna. Księżyc żniwiarz zaglądał między liśćmi na swoją ulubioną
zabawkę. Okolica była cicha. Kapiąca z liści rosa rozdzierała okolice swoim
niemym krzykiem.
Leżała w pustej sali. Była głodna. Płakała. Przeklinała przez zęby. Przez zamknięte drzwi przesączało się mdłe światło. Centymetrowa szpara pod drzwiami wpuszczała delikatną wiązkę światła. Czasami wtulała się w białe światło. Wnętrze było puste. Tylko ona. Ubrana w delikatną sukienkę. Czas sprawił, że materiał jej szaty był naddarty i pobrudzona. Próbowała liczyć dni, tygodnie, a może lata jej pobytu w tym miejscu. Czasami widziała, że staje pod drzwiami.
- Wypuść mnie stąd! - krzyczała wtedy. - Jestem głodna, nakarm mnie!. -
- Wybacz. - czasem szeptał.
- Mówiłeś, że mnie kochasz. Cierpię. Umrę tu. Proszę, wypuść mnie! - Błagała i uderzała pięścią w drzwi. - Chociaż mnie zabij! Zakończ to. - Dodawała, cichnąc i zsuwając na podłogę.
- Nie umiem. - Jego głos drżał. - Bo nie umiem Ci pomóc. - Wychodził i na chwilę wszystko cichło.
Głód, który czuła rozdzierał jej pierś, czuła każdym kawałkiem ciała modlitwę o pożywienie. Wtedy po chwili zadumy krzyczała, ile miała sił w płucach. Nikt nie reagował, nikt nie słyszał. Oprócz niego. Tego, który chował głowę w ramionach i tylko kot reagował.
***
Korytarz wypełnił smród prochu i zapach krwi. Słodka woń róż ukołysała wilka. Jednym susem odbił się od podłogi, wskoczył na ścianę i wbijając szpony w zdobioną powierzchnie, odbił się w kierunku odgłosu wystrzału. Katem oka bestia zauważyła mężczyznę z wielką fuzją. W ułamku sekundy wybiła mu z ręki broń i chwyciła za szyję i uniosła go do góry. Nagle. Uwagę przemienionej Marii zwróciła olbrzymia dziura w jego ciele, to z niej wydzielał się zapach, który tak ją nęci. Nie potrafiła powstrzymać wilka. W mgnieniu oka strzelec zmienił się w krwistą papkę resztek. Wielka postać przetarła pysk z resztek ciecia i zauważyła postać. Tuż za drzwiami, zza których dopiero w wyszła. Pchnęła je. Wpuściła do środka białe światło. Ze szczytu schodów zauważyła tłum pokracznych, powykrzywianych, ale żywych istot. Niektóre z nich światło widziały pierwszy raz od wielu lat. Wilkołak wyszczerzył kły. Zobaczył kolory, które wydzielały stwory, ich zapach tworzył w jego nozdrzach paletę smaków. Wystarczył jeden sus i najadłby się na lata. Wilczyca uśmiechnęła się w myślach, a Maria dzieląca z nią pokój w głowie włochatego monstrum nie mogła nic poradzić na zbliżającą się rzeź. Zaczęła przeciągać się w ekstazie wyobraźni. Nagle zamarła gotowa do skoku. Wtedy pojawiła się dłoń, zaciśnięta w pięść, a ta trzymała w ręku woreczek. Zapach z jego wnętrza powoli utulił wilczycę, a zielonooka zaczęła odzyskiwać kontrolę.. Zerknęła wtedy wzdłuż dłoni. To była Anna. Okrywała półnagie ciało resztkami koca, trzymała w reku rewolwer. To nim powstrzymała strażnika.. Maria odwróciła się nagle i pobiegła wzdłuż korytarza. Nie zwolniła biegu, nawet gdy zauważyła wielkie wrota. Wypadła na zewnątrz. Resztki popróchniałego materiału wrót uniosło się w powietrze razem z rudą górą futra. Nad polaną świecił wielki księżyc. Maria wylądowała na wilgotnym mchu. Rozpostarła zakończone pazurami ręce i zawyła. Z radością i siłą, jakiej jeszcze nie czuła. Wiedziała, że musi wrócić do miasta i ratować drugiego wilka. - Gabriel- wysyczała przez kły.
***
Z krypty wyszła Anna. Po wilku nie było śladu. Wzięła głęboki oddech. Spojrzała w stronę księżyca, który oświetlił jej nagie ciało. Uśmiechnęła się do srebrnego skrawka nocnego nieba. - Tak kochana, wszystko jest według Twojego planu. O Pani. - wyszeptała wiedźma. Pogładziła po czuprynie trola, który objął jej nogę. - Chodźcie dzieci. - dodała i postawiła bosą stopę na mchu. Mała grupa stworzeń fantastycznych weszła w ciemny las. Schowany za podniszczonymi murami wejścia człowiek obserwował chwilę. Gdy blado białe ciało kobiety zniknęło, wgłębi lasu, on chwycił za telefon. Wybierał numer. Nagle z krypty wyszło coś jeszcze.
Drobnego.
- Oni wszyscy uciekli. - szepnął do słuchawki.
- Kto? - usłyszał w odpowiedzi.
- ONI! - odpowiedział i zaintonował głos. Nagle zauważył małą postać. - Dziecko? - wyszeptał, powoli odrywając telefon od ucha.
- To nie dziecko! - Wydobył się głos ze słuchawki. - uciekaj to — Nie dokończył zdania, słysząc chrupnięcie łamanych kości, zamilkł.
Stworzenie zainteresowane, mlaszcząc, podniosło telefon. Obejrzało go z każdej. Oblizało zakrwawione paluszki. Szepnęło — tata? - Sygnał się urwał. Usłyszał delikatny śpiew. Wołanie. Nastawił małe szpiczaste uszka i dalekimi susami pobiegło za dźwiękiem przyśpiewki.
***
Biegła co sił w łapach. Noc była piękna. Las spowijał mrok i otulała go mgła. Maria poruszała się szybko i nisko. Chowała się pod kołdrą mgły. Mleczna powłoka unosiła się tylko, falując, gdy pod jej osłoną rozpędzona góra futra biegła do celu. Przez głowę zielonookiej ostatnie wydarzenia przeskakiwały jak w prezentacji power point. Wszystko wydawało się zniekształcone i bez logiki jak w opowiadaniu jakiegoś zmęczonego umysłu. Bez wątku. Bez przyczyny i składu. Biegła. Nie wiedząc, czy to ma sens. Może On nigdy nie istniał. Może zawsze siedziała w tej piwnicy. Po prostu obudziła się lub zioła Anny przestały działać. Może zawsze była tylko ona. Samotna i smutna. Bez celu. Tylko dzikość, gniew i rozczarowanie. Może należała do tej nagiej wiedźmy?
Dotarła do miasta, wspięła się na pierwszy budynek. Poczuła zapach miasta. Rynsztok, syf i zgnilizna. Jej rude futro nastroszyło się w fali ekstazy. Przypomniała sobie Gabriela. Jego przemiana. Ta u niej w tajnym pokoju. Gdy przywiązany do łoża zmienił się w wilka. Poczuła jego smak w ustach. Zrozumiała, że jej miejsce jest tutaj. W tym popieprzonym mieście. - syf kiła i mogiła. - jak powtarzał jej ojciec w czasach zarazy. - uśmiechnęła się w myślach. Wielkie chrapy zaciągnęły powietrza. Oprócz smogu wyczuła delikatny swąd. To tam. Przeskakując, z dachu na dach dotarła.
***
Czuł zapach mchu. Tłum dociskał go do ziemi. Zapadała ciemność tuląca Gabriela ciepłą czerwienią. Wiedział, że to koniec. Szarość zapadającej ciemności zmienił się w czerń.
Po chwili wszyscy odchodzą. Włochate ciało leży wśród wrzosowisk. Podbiega kobieta. Maria. Płacze i pyta "co Ci jest?" - wilk nie rusza się — Nie zostawiaj mnie — dodaje przez łzy i uniosła ciężkie ciało i rozpaczliwie przytuliła do siebie. Nad kobietą stoi blondynka trzyma broń na wysokości skroni Marii. Lufa rozbłyska wystrzałem i huk zagłuszył jej ostatnie słowa. Świat ciemnieje z ostatnią łzą Marii.
***
Wcześniej.
Maria przez chwilę obserwuję sytuację przez rozbity świetlik. Rozpoznaje Blondynkę, którą spotkała w biurowcu. Luu siedziała na kanapie i pocieszała kobietę, która opowiadała o hrabim Dor. Wilczyca kątem oka zauważyła dziecko w pokoju. Zerkało na nią. Bez cienia strachu. Z uśmiechem. Dziewczynka pokryta była znaczkami. Machała do niej porozumiewawczo. Pokazywała coś w głębi pokoju. Maria domyśliła się, że okno. Wilczyca przeskoczyła na dach sąsiedniego budynku. Zobaczyła w oknie postać, która nadal do niej machała. Jednym susem przeskoczyła bliżej. Pokój dziecka miał kraty w oknach, a mieszkanka machała do wilczycy. Wskazywała szafę. Maria złapała za kłódkę, która łączyła ażurowe okiennice. Okno Było zbyt małe, by bez hałasu można było wejść do środka. Pokój dziewczynki był zamknięty, zrobiła to, gdy wołała wilczycę. Maria bez namysłu zrzuciła z siebie warstwę wilczego futra. Rudowłosa delikatnie wsunęła się do pokoju. Bezszelestnie stąpała po zimnych kafelkach we wrzosowe wzory. Julia złapała ją za rękę i prowadziła przez duży pokój. Maria złapała po drodze koc. Odziała się nim przez jedno ramie. Drugie zniewoliła delikatna rączka dziecka. Dziewczynka wskazała szafę. Zielonooka niepewnie zerknęła na Julię, która upewniając ją, kiwnęła głową. Maria złapała za drzwiczki. W ułamku sekundy wytoczyło się z niej ciało wilka. - Gabriel — krzyknęła nieświadomie. - co Ci jest? - Zapłakała.. Poczuła przeszywające zimną bijące z jego ciała - Nie zostawiaj mnie- Dodała, błagając. Ludzkimi siłami uniosła jego ciało i przytuliła. Wszystko straciło cel. Została sama. Próbowała siebie oszukiwać, że biegła za nim z obowiązku. "Bo go przemieniła, to musi go oswajać", że seks był tylko ze zwierzęcego instynktu. Potrzeby wiązania i zniewalania. Teraz wyplułaby wszystkie te myśli, żeby mu powiedzieć, że to miłość.. Nagle pouczyła zapach prochu i zaraz za tym zimną stal tuż obok skroni. Zamknęła oczy i szepnęła. - Kocham Cię.
***
Wielką pionową raną ciętą rozjaśnił się świat. Jakby Toshirō Mifune przeciął czarny materiał, odsłaniając światu słońce.
Tak wszystko się zaczęło tuż u progu końca.
- "Bo gdyby księżyc miał siostrę, to taką jak Ty." - Podśpiewywała Selene, zstępując na ziemię.
Leżała w pustej sali. Była głodna. Płakała. Przeklinała przez zęby. Przez zamknięte drzwi przesączało się mdłe światło. Centymetrowa szpara pod drzwiami wpuszczała delikatną wiązkę światła. Czasami wtulała się w białe światło. Wnętrze było puste. Tylko ona. Ubrana w delikatną sukienkę. Czas sprawił, że materiał jej szaty był naddarty i pobrudzona. Próbowała liczyć dni, tygodnie, a może lata jej pobytu w tym miejscu. Czasami widziała, że staje pod drzwiami.
- Wypuść mnie stąd! - krzyczała wtedy. - Jestem głodna, nakarm mnie!. -
- Wybacz. - czasem szeptał.
- Mówiłeś, że mnie kochasz. Cierpię. Umrę tu. Proszę, wypuść mnie! - Błagała i uderzała pięścią w drzwi. - Chociaż mnie zabij! Zakończ to. - Dodawała, cichnąc i zsuwając na podłogę.
- Nie umiem. - Jego głos drżał. - Bo nie umiem Ci pomóc. - Wychodził i na chwilę wszystko cichło.
Głód, który czuła rozdzierał jej pierś, czuła każdym kawałkiem ciała modlitwę o pożywienie. Wtedy po chwili zadumy krzyczała, ile miała sił w płucach. Nikt nie reagował, nikt nie słyszał. Oprócz niego. Tego, który chował głowę w ramionach i tylko kot reagował.
***
Korytarz wypełnił smród prochu i zapach krwi. Słodka woń róż ukołysała wilka. Jednym susem odbił się od podłogi, wskoczył na ścianę i wbijając szpony w zdobioną powierzchnie, odbił się w kierunku odgłosu wystrzału. Katem oka bestia zauważyła mężczyznę z wielką fuzją. W ułamku sekundy wybiła mu z ręki broń i chwyciła za szyję i uniosła go do góry. Nagle. Uwagę przemienionej Marii zwróciła olbrzymia dziura w jego ciele, to z niej wydzielał się zapach, który tak ją nęci. Nie potrafiła powstrzymać wilka. W mgnieniu oka strzelec zmienił się w krwistą papkę resztek. Wielka postać przetarła pysk z resztek ciecia i zauważyła postać. Tuż za drzwiami, zza których dopiero w wyszła. Pchnęła je. Wpuściła do środka białe światło. Ze szczytu schodów zauważyła tłum pokracznych, powykrzywianych, ale żywych istot. Niektóre z nich światło widziały pierwszy raz od wielu lat. Wilkołak wyszczerzył kły. Zobaczył kolory, które wydzielały stwory, ich zapach tworzył w jego nozdrzach paletę smaków. Wystarczył jeden sus i najadłby się na lata. Wilczyca uśmiechnęła się w myślach, a Maria dzieląca z nią pokój w głowie włochatego monstrum nie mogła nic poradzić na zbliżającą się rzeź. Zaczęła przeciągać się w ekstazie wyobraźni. Nagle zamarła gotowa do skoku. Wtedy pojawiła się dłoń, zaciśnięta w pięść, a ta trzymała w ręku woreczek. Zapach z jego wnętrza powoli utulił wilczycę, a zielonooka zaczęła odzyskiwać kontrolę.. Zerknęła wtedy wzdłuż dłoni. To była Anna. Okrywała półnagie ciało resztkami koca, trzymała w reku rewolwer. To nim powstrzymała strażnika.. Maria odwróciła się nagle i pobiegła wzdłuż korytarza. Nie zwolniła biegu, nawet gdy zauważyła wielkie wrota. Wypadła na zewnątrz. Resztki popróchniałego materiału wrót uniosło się w powietrze razem z rudą górą futra. Nad polaną świecił wielki księżyc. Maria wylądowała na wilgotnym mchu. Rozpostarła zakończone pazurami ręce i zawyła. Z radością i siłą, jakiej jeszcze nie czuła. Wiedziała, że musi wrócić do miasta i ratować drugiego wilka. - Gabriel- wysyczała przez kły.
***
Z krypty wyszła Anna. Po wilku nie było śladu. Wzięła głęboki oddech. Spojrzała w stronę księżyca, który oświetlił jej nagie ciało. Uśmiechnęła się do srebrnego skrawka nocnego nieba. - Tak kochana, wszystko jest według Twojego planu. O Pani. - wyszeptała wiedźma. Pogładziła po czuprynie trola, który objął jej nogę. - Chodźcie dzieci. - dodała i postawiła bosą stopę na mchu. Mała grupa stworzeń fantastycznych weszła w ciemny las. Schowany za podniszczonymi murami wejścia człowiek obserwował chwilę. Gdy blado białe ciało kobiety zniknęło, wgłębi lasu, on chwycił za telefon. Wybierał numer. Nagle z krypty wyszło coś jeszcze.
Drobnego.
- Oni wszyscy uciekli. - szepnął do słuchawki.
- Kto? - usłyszał w odpowiedzi.
- ONI! - odpowiedział i zaintonował głos. Nagle zauważył małą postać. - Dziecko? - wyszeptał, powoli odrywając telefon od ucha.
- To nie dziecko! - Wydobył się głos ze słuchawki. - uciekaj to — Nie dokończył zdania, słysząc chrupnięcie łamanych kości, zamilkł.
Stworzenie zainteresowane, mlaszcząc, podniosło telefon. Obejrzało go z każdej. Oblizało zakrwawione paluszki. Szepnęło — tata? - Sygnał się urwał. Usłyszał delikatny śpiew. Wołanie. Nastawił małe szpiczaste uszka i dalekimi susami pobiegło za dźwiękiem przyśpiewki.
***
Biegła co sił w łapach. Noc była piękna. Las spowijał mrok i otulała go mgła. Maria poruszała się szybko i nisko. Chowała się pod kołdrą mgły. Mleczna powłoka unosiła się tylko, falując, gdy pod jej osłoną rozpędzona góra futra biegła do celu. Przez głowę zielonookiej ostatnie wydarzenia przeskakiwały jak w prezentacji power point. Wszystko wydawało się zniekształcone i bez logiki jak w opowiadaniu jakiegoś zmęczonego umysłu. Bez wątku. Bez przyczyny i składu. Biegła. Nie wiedząc, czy to ma sens. Może On nigdy nie istniał. Może zawsze siedziała w tej piwnicy. Po prostu obudziła się lub zioła Anny przestały działać. Może zawsze była tylko ona. Samotna i smutna. Bez celu. Tylko dzikość, gniew i rozczarowanie. Może należała do tej nagiej wiedźmy?
Dotarła do miasta, wspięła się na pierwszy budynek. Poczuła zapach miasta. Rynsztok, syf i zgnilizna. Jej rude futro nastroszyło się w fali ekstazy. Przypomniała sobie Gabriela. Jego przemiana. Ta u niej w tajnym pokoju. Gdy przywiązany do łoża zmienił się w wilka. Poczuła jego smak w ustach. Zrozumiała, że jej miejsce jest tutaj. W tym popieprzonym mieście. - syf kiła i mogiła. - jak powtarzał jej ojciec w czasach zarazy. - uśmiechnęła się w myślach. Wielkie chrapy zaciągnęły powietrza. Oprócz smogu wyczuła delikatny swąd. To tam. Przeskakując, z dachu na dach dotarła.
***
Czuł zapach mchu. Tłum dociskał go do ziemi. Zapadała ciemność tuląca Gabriela ciepłą czerwienią. Wiedział, że to koniec. Szarość zapadającej ciemności zmienił się w czerń.
Po chwili wszyscy odchodzą. Włochate ciało leży wśród wrzosowisk. Podbiega kobieta. Maria. Płacze i pyta "co Ci jest?" - wilk nie rusza się — Nie zostawiaj mnie — dodaje przez łzy i uniosła ciężkie ciało i rozpaczliwie przytuliła do siebie. Nad kobietą stoi blondynka trzyma broń na wysokości skroni Marii. Lufa rozbłyska wystrzałem i huk zagłuszył jej ostatnie słowa. Świat ciemnieje z ostatnią łzą Marii.
***
Wcześniej.
Maria przez chwilę obserwuję sytuację przez rozbity świetlik. Rozpoznaje Blondynkę, którą spotkała w biurowcu. Luu siedziała na kanapie i pocieszała kobietę, która opowiadała o hrabim Dor. Wilczyca kątem oka zauważyła dziecko w pokoju. Zerkało na nią. Bez cienia strachu. Z uśmiechem. Dziewczynka pokryta była znaczkami. Machała do niej porozumiewawczo. Pokazywała coś w głębi pokoju. Maria domyśliła się, że okno. Wilczyca przeskoczyła na dach sąsiedniego budynku. Zobaczyła w oknie postać, która nadal do niej machała. Jednym susem przeskoczyła bliżej. Pokój dziecka miał kraty w oknach, a mieszkanka machała do wilczycy. Wskazywała szafę. Maria złapała za kłódkę, która łączyła ażurowe okiennice. Okno Było zbyt małe, by bez hałasu można było wejść do środka. Pokój dziewczynki był zamknięty, zrobiła to, gdy wołała wilczycę. Maria bez namysłu zrzuciła z siebie warstwę wilczego futra. Rudowłosa delikatnie wsunęła się do pokoju. Bezszelestnie stąpała po zimnych kafelkach we wrzosowe wzory. Julia złapała ją za rękę i prowadziła przez duży pokój. Maria złapała po drodze koc. Odziała się nim przez jedno ramie. Drugie zniewoliła delikatna rączka dziecka. Dziewczynka wskazała szafę. Zielonooka niepewnie zerknęła na Julię, która upewniając ją, kiwnęła głową. Maria złapała za drzwiczki. W ułamku sekundy wytoczyło się z niej ciało wilka. - Gabriel — krzyknęła nieświadomie. - co Ci jest? - Zapłakała.. Poczuła przeszywające zimną bijące z jego ciała - Nie zostawiaj mnie- Dodała, błagając. Ludzkimi siłami uniosła jego ciało i przytuliła. Wszystko straciło cel. Została sama. Próbowała siebie oszukiwać, że biegła za nim z obowiązku. "Bo go przemieniła, to musi go oswajać", że seks był tylko ze zwierzęcego instynktu. Potrzeby wiązania i zniewalania. Teraz wyplułaby wszystkie te myśli, żeby mu powiedzieć, że to miłość.. Nagle pouczyła zapach prochu i zaraz za tym zimną stal tuż obok skroni. Zamknęła oczy i szepnęła. - Kocham Cię.
***
Wielką pionową raną ciętą rozjaśnił się świat. Jakby Toshirō Mifune przeciął czarny materiał, odsłaniając światu słońce.
Tak wszystko się zaczęło tuż u progu końca.
- "Bo gdyby księżyc miał siostrę, to taką jak Ty." - Podśpiewywała Selene, zstępując na ziemię.
Czas start.
Dzień pierwszy.
Zachichotała, gdy mężczyzna z głośnym bluzgiem upadł na ziemię.
Kobieta spojrzała na księżyc, pocałunkiem kącika oka pożegnała dom. Chwile zapatrzyła się na uliczna latarnię, wokół której tańczył delikatny puch z zimowej poduszki. Księżyc posmutniał i zasłonił okna kotarami chmur. Podskakując, nie czując zimna, poszła wzdłuż ulicy. Prowadził ją delikatny ślad, cieniutka srebrna nitka. Widoczna tylko dla niej. Pod jej delikatnymi stopami ziemia lekko drżała. Gaja uśmiechnęła się na myśl o spotkaniu.
***
Luu stała z dymiącym pistoletem. Oparta się tyłem odrzwi wypaliła drugi raz. Ochroniarz nie zmniejszył uścisku, w którym uwięził Stana. kule odbijały się od grubej skóry. Trzeci wystrzał odbitym rykoszetem oderwał kawałek skóry. Dziewczyna zauważyła kanciastą powierzchnię rany.
- Golem.- wyszeptała. - To golem! - krzyknęła do kolegi, jego oczy zaczęły zachodzić mgłą.
Stan chwycił się myślami ostatniej szansy. Wziął głęboki oddech, w jakim stopniu pozwalał mu potężny uścisk pół człowieka. Wyswobodził rękę. Golem zacisnął się jeszcze bardziej, uwolnione ramię wygięte w nienaturalny sposób zazgrzytało krzykiem wyrywanych ścięgien. Dłonią wymacał twarz dryblasa, próbował wbić mu palce w oczy, wyginał nos, aż palce dotarły do ust. Z całej siły wcisnął mu dłoń do wielkiej paszczy. Ochroniarz hrabiego zaciskał szczęki. Rękawice z usztywnianego materiału chroniły palce Stana. Agent wyczuł ciało obce. Pergamin. Dwoma palcami uchwycił go, chwile siłował się z językiem. Zawiniątko zatrzymało się na chwilę w zębach. Barczysty golem wyszczerzył się ze zwitkiem między jedynkami. Luu stwierdzając, że partner zaczął kontrolować sytuację odwróciła się do przytulonej pary. Wycelowała w skroń wilka.
- Giń bestio - wyszeptała przez zęby. Przyłożyła pistolet do jego skroni. Powoli palec przesunął sie po linii spustu, sprężyny pistoletu za stękały z radości. Srebrna kula zachichotała ze szczęścia gdy rozległ sie wibrujacy krzyk.
Mała, pokryta krzyżykami dziewczynka w spazmatycznym wrzasku sparaliżowała wszystkich. Gliniane naczynie człowieka zadrżał. Puścił Stana i złapał się za głowę zatykając uszy. Luu zmieniła cel. wystrzeliła prosto w zęby giganta. Jedynki posypały się w proch, a papirus opadł na podłogę. Stan opadł tuż obok chwycił zawiniątko, przetoczył się pod ścianę. wyjął z kieszeni zapalniczkę benzynową. Nerwowo próbował odpalić. Dziewczynka zamilkłą. Golem upadł na kolana. Zakołysał się i podniósł wzrok. Zauważył blondynkę, jej pistolet jeszcze dymił. Wstał na równe nogi, jego twarz zmienił się w grymas psychopatycznego mordercy. Zęby, uszkodzone jeszcze chwile temu znowu były białe. Luu, w kanonadzie kul, wyskoczyła z ciasnego pokoju. Celowała w kolana potwora. Spowalniało to potwora tylko na chwilę. - Stan? - krzyknęła. W tym samym momencie papirus ze słowem "Emeth", jak tylko spłonęła pierwsza litera, tak golem stracił życie. - Nie spieszyłeś się. - dodała Luu ścierając z twarzy lepka glinę. W tym samym momencie zauważyli dziewczynkę, która z posępną miną zamyka drzwi do swojego pokoju. Rozległ się trzask drzwi. Luu zerwała się na równe nogi. - Wilki! - krzyknęła. Wskoczyła do pokoju. Był pusty. Podbiegła do otwartego okna, za którym noc otulała świat posypka śnieżnego cukru pudru.
***
Srebrna ścieżka, cienka i czasami zanikająca, jak strużka krwi prowadzi do miejsca, które miejscowi nazywali "Parkiem Sztywnych". Trwała tam rewitalizacja Olbrzymia bruzda wzdłuż parku czekała na zagospodarowanie, wywieziono z niej doczesne szczątki pochowanych w tym miejscu. Między drzewami błąkały sie promyczki światła. Dusze, które ukochały sobie to miejsce. srebrna nić prowadziła do drzewa, które stało na skraju wykopu, jego korzenie były odkryte, poszarpane przez koparki. Jego pokryte korą ramiona zawisły nad wykopem. Pomarańczowym sprayem nasmarowano krzyżyk. Jutro zostanie usunięte.
Selene zatrzymała się przy nim. obejrzała drzewo zerknęła do wykopu. Coraz słabsza niteczka łączyła się z jednym z korzeni. - Opowiem Ci historię.
Były czasy gdy byliśmy tylko MY. Ludzkie szczury chowały się po lasach, jaskiniach i po wszelakich dziurach. O wszystkim zanim mrok dał oręż ludziom.
Gaja tworzyła wtedy wszelkie stwory, góry rodziły się z myśli, chciały sięgnąć nieba. Smoki czesały warkocze chmur, a olbrzymy karmiły rzeki. Po lasach biegały święte jelenie, a sam Hern doglądał ze swoimi synami las. Istoty lasu chodziły dumnie po jego ścieżkach. Wszystko to zanim ludzie podnieśli głowy i zrobili to. Wskazała dłonią wykop, który odkrył korzenie drzewa.
***
Ruda tuląca wilka poczuła chłód. Otworzyła oczy. Okolicę otulała mgła. Dziewczyna poczuła pod stopami wilgotne rośliny. Jej nozdrza wypełnił zapach wrzosów. Położyła na miękkiej powierzchni ziemi Roberta, który jeszcze spał. Uniosła się ponad pajęczynę mgły. Zauważyła postać, ciało istoty delikatnie pulsowało światłem. Maria podbiegła, szukając odpowiedzi. To była dziewczynka. Krzyżyki na jej ciele migotały teraz swoim światłem tak jak jej oczy. - Idzie wielka wojna. - wyszeptała. Starałam się ją powstrzymać. Pani księżyca zstąpiła a ziemię. Obudzi stare duchy. Zagoni ludzi z powrotem w mrok. Musisz wybrać stronę. Jesteście trzecią siłą. Znajdź sojuszników, przeczekaj lub walcz. Selene zmusi Was, jesteście jej dziećmi. Znajdź sposób. Świta. Powodzenia - Dziewczynka rzucała hasłami jak zaprogramowana. Nagle zamilkła i opadła na ziemię jak podcięty kwiat. Wilczyca chciała ją złapać, ale w jej rękach znalazł się tylko strzęp koszulki. Dziewczynka zniknęła. Maria obejrzała się na Roberta. Jego policzki pokryła różowa poświata wschodzącego słońca. Maria rozejrzała się po okolicy. - Gdzie jesteśmy? - wyszeptała. - I kiedy? - dodała.
***
- To ludzie są winni temu. To oni! A Ty? Gdzie twe córy? Gdzie One, gdzie tańczą w świetle gwiazd? - Podeszła bliżej pięścią przebiła powierzchnię drzewa i wyrwała z wnętrza pulsujące srebrne serce, bijące serce przedwiecznego schowała w szkatułce. - Sama je znajdę. Królu olch. - Śpij już.
Komentarze
Prześlij komentarz