Ucieczka z Badghost


Ucieczka z Badghost


Dzień siódmy:
Spojrzał w lustro jego twarz, zawsze zarumieniona, teraz, była blada i ziemista.
- Nie tak, k***a, nie tak… Ja wiem jak żyć, zawsze wiedziałem, kto umiał wypić najwięcej? – krzyczał na siebie w lustrze
- Bogdan, weź się w garść, do cholery, kto umiał wypić duszkiem połówkę? Kto po kracie piwa wsiadał za kółko? Spadł z 2 piętra, by wieczorem bawić się do białego rana – mówił coraz słabszym głosem, wsparty o umywalkę, z twarzą prawie przy lustrze, skroplone słowa żalu osiadały na połyskliwej powierzchni odbijającej jego twarz, która przypominała już tylko biel papieru.
- Nie od jednego zwykłego ugryzienia… – jego oczy zmatowiały, błysk goszczący na co dzień zamarł, zastąpiony martwą bielą.
- Jestem niezniszczalny, kuu… – po czym jego martwe ciało bezwładnie opadło na kafelki z głuchym plaskiem, przygotowane na nowe życie.
Po prostu, przetrwaj…
Lipiec, 2013
Przez szpary miedzy deskami zabitych okien wpływa czerwień wschodzącego słońca, rzucając jaskrawe kształty na podłogę. Ja, oparty o ścianę obok okna nasłuchuje, słyszę ICH. Drepczą, szurają, włóczą nogami, szeleszczą, tupią i człapią!!!!! chowam głowę w ramiona, zasłaniając uszy, mocno, jak się tylko da. Mam dość, wyjdę niech się dzieje co chce! Może już będzie cisza i ja będę tak krążył, strasząc, szukając pożywienia, a może już taki jestem. Martwy. Może zawsze byłem jak ONI, a możne po prostu na chwilę się ocknąłem. Może, może, może… Cholera, więcej pytań niż odpowiedzi, jeśli jest już tylko jedna droga? To, że siedzę tu pisząc wiadomości w pustkę oznacza, że jestem już tylko ja,,, Czas się poddać, jako ostatni zgasić światło, położyć się i czekać lub raz nie rozbić MU głowy, na chwilę się odwrócić, niech wstanie i zabierze mnie.  Nie, nie mogę, obiecałem, „przetrwam i znajdę drogę do domu”. Będę pisał, żeby nie oszaleć i może inni się nauczą, jak przeżyć. Może też szukają drogi do domu.
Bo ONI drepczą, szurają, włóczą nogami, szeleszczą, tupią i człapią…
Nie od deszczu mokry…
Lipiec, 2013
Pada. Nareszcie. Jeden z niewielu momentów, w których można beztrosko wyjść. Szum jaki powoduje deszcze miesza IM w głowach. Większość krąży po okolicy, jak zwykle, ale już bez jakiegoś celu. Zdarza się, że stoją wpatrzeni w niebo, a ich twarze wydaja się wtedy takie spokojne. Można przejść zaraz obok niezauważonym. Nawet jak któryś z NICH mnie zauważy, wystarczy spokojnie iść dalej zrobi w moim kierunku najwyżej kilka kroków i traci zainteresowanie.
Druga zaletą deszczu jest, w jakimś stopniu, odświeżone powietrze, nie czuć tak, tego słodkawego smrodu zgnilizny, no chyba, że zaraz przed burzą, wtedy to nos wykręca na lewą stronę.
Wychodzę. Nie mogę siedzieć w tym miejscu za długo. Już okolica się nimi zaroiła. Zbyt długa obecność w jednym miejscu zwraca ich uwagę, a każdy zainteresowany to sygnał dla innych „Tam jest jedzenie„. W taki sposób przy dłuższym postoju można zamknąć się w pułapce, a im dłużej krążą tym rośnie prawdopodobieństwo, że znajdą wejście. Jeśli nie ONI, to wejdzie głód.
Tu wpadła mi do głowy druga zasada przetrwania „Mądrze dobieraj kryjówki„. Gdzie pierwsza? A „po prostu przetrwaj” ?
Ciągle pada…
Lipiec, 2013
Rzęsisty deszcz zmywał z ulicy brud i kurz, niekiedy resztki gnijących ciał i liście. Jesień. Kiedyś była moją ulubioną porą roku. Dziś dodatkowo daje schronienie w strugach deszczu. Koniec lipca? To jeszcze lato… Zmęczenie daje się we znaki. Czas na odpoczynek.
Tap-tap-tap. Krople deszczu pukają o płaszczyznę pałatki. Mokry świat zmienia się w jednostajny dźwięk. Zniekształcają postrzeganie, wydaje się, ze struchlaki to żywi ludzie, spacerujący w strugach letniego deszczu. Chciało by się podejść klepnąć w ramię i zapytać o drogę, zdrowie, czas lub zagaić śliczną dziewczynę. Oni stoją i patrzą w niebo, a deszcz obmywa ich niegojące się rany. Czasem tylko gdy potrącę coś na ulicy zwracają na mnie uwagę jak w „zwykły” dzień, tak jak teraz, wyszedłem z za zakrętu  wpadłem n małą grupkę sztywnych. Kilku wpatrzonych w chmury, dwóch może trzech kołyszących się jak na niewidzialnej nitce. Ja oczywiście wpadłem w sam środek towarzystwa. „Jak za dawnych czasów”, przyszło mi do głowy, może usłyszę „masz jakiś problem?”. Zamiast tego doszło do mych uszu „ymmmyyyyyym”. Zamarłem. Zaszumiała mi krew w uszach, już nie słyszę deszczu.
Nie patrzę nawet na nich. Widzę już kątem jak zbliżają się ich zniszczone buty. Zabłocone, lekko poczerwieniałe , pewnie po ostatnim,który się tak wpakował.  Zacznę biec to cała ulica ożyje, oglądałem to nie raz. Dodatkowo mokra pałatka nie ułatwiła by mi ucieczki. Tak więc stoję i czekam. Zauważyłem, że takie grupy mają lidera, zombika, który jest pierwszy przy „mięsie”. Reszta wtedy jakby zwalnia kroku. Jeden taki właśnie stanął przede mną. Faktycznie spowolniły, tak samo jak cały świat. Strach.
Lekko pochylona postać stanęła przede mną. Zachodzące słońce oświetliło prawą połowę jej twarzy. Była czysta nie oszpecona w najmniejszym stopniu. Wpatrujące się we mnie monstrum nie drgnęło nawet, blade, martwe policzki nadawały mu cechy marmurowego posagu. stoimy tak dłuższą chwilę, która może przeciągnąć się w wieczność. Nagle poruszony jakimś impulsem wyprężył się w moją stronę z rozpostartymi rękoma. To koniec. Naprężyłem mięśnie chcąc odskoczyć.
Znieruchomiał. Jego ręce z palcami wykrzywionymi jak szpony zawisły tuż przed moją twarzą. Poczułem zapach gnijącego ciała. Jego marmurowe oblicze patrzyło już nie na mnie, a jego szare oczy szukały „czegoś” poza mną.
Rozległ się głośny trzask, teraz też go usłyszałem. Oprawca spojrzał w prawo, odsłaniając lewą część twarzy, która nie jest taka gładka. Od oka do samej brody ma jedną wielką szramę, jakby rozszarpaną przez nieludzką dłoń. Brak skory w tym miejscu odsłonił mięśnie mimiczne, a niżej zęby i szczękę. Nadmiar skóry zwisa z podbródka. Nagle zaczął biec w tamtym kierunku, za nim reszta pogibańców. Odetchnąłem. Znowu mi się udało dziesiąty raz, a może setny, a być może ostatni…
„Sen to zło nie ma złudzeń
sen ogarnął wszystkich ludzi
Czarno wokół, miasto śpi
nikt nie może się obudzić
Kot na dachu, szczur w kanale
Księżyc kusi mundurki białe
Zielonego światła brak
Lunatycy otaczają mnie”
Dżem „Wokół sami lunatycy”
Równonoc
Lipiec, 2013
Już nie pada.  Znalezienie schronienia na noc.
Zmęczenie zamyka oczy, pobieżnie sprawdziłem pokoje zastawiłem okna i drzwi.
Spać - dźwięczy mi w głowie jednostajnym tonem. Spojrzałem na okolice, dziwnie pusta, ale nie ma co narzekać, dom pusty. Bezpieczny. rano sprawdzę zapasy.
Zachód słońca rozlał na okolice czarę krwi, kiedyś zachód słońca wzbudzał we mnie zachwyt, grając w umyśle:
„Znowu widzę kolejny zachód słońca,
znowu udało mi się doczekać końca,
mniej szczęścia mieli inni,
ilu ich było nawet nie liczyłem.”
Kult
Słowa piosenki, które teraz nabierają nowego sensu, a zachód słońca, na prawie bezchmurnym niebie rzuca czerwony cień na ruiny dumnego miasta, budynki zaś w geście podziękowania pochyliły się, nad własnym grobem.
Dobranoc.
Dziś jest jutrem, którego baliśmy się wczoraj.
Sierpień, 2013
Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem, ledwo kojarzę moment wejścia do tego domu.
Jak zawsze, po obudzeniu, chwile leżę. W ciszy, nasłuchuje. Powoli otwieram oczy, najpierw przez ledwo uchylone powieki, oceniam co przede mną. Widzę  sufit, na środku wisi lampa, zakurzona: „bo gosposia ma wychodne”. Otwieram oczy, nadal nieruchomy, kątem oka lustruje pokój. Na ścianach stare, gdzieniegdzie pozdzierane, PRL-owskie wzory kwiatowe. Oprócz paskudnie oklejonych ścian, podniszczonych mebli i mnie, pusto. Bezpiecznie. Szybko sprawdzam stan fizyczny, naprężając mięśnie od stóp, rąk do głowy. Wszystko gra, nic nie ubyło. Można podnieść się, powoli i cicho.
Przez szare firanki wpada do środka słabe światło dnia, która godzina, jaki dzień? Kto by liczył, po prostu „następny dzień”. Dziele życie na krótkie chwile. Zamglone WCZORAJ. Szare i realne, aż do bólu, TERAZ. Niepewne JUTRO. Zastanawiam się czym ten stan, różni się od życia „przed”. Wstawałem rano do pracy, na siódmą, robiłem swoje 8 godzin, wracałem do domu, jadłem, kładłem się spać, wstawałem rano… Koniec filozofowania. Śniadanie samo się nie zrobi. Zaglądam do plecaka, słabo z prowiantem. Ostatnia puszka, zupka błyskawiczna i suchary. Pora rozejrzeć się w spiżarni „pani domu”. Odstawiam krzesło od drzwi, lekko naciskam klamkę. Powoli uchylam drzwi. Skrzypienie rozdarło grobową ciszę. Zastygam, czekam na odpowiedź. Cisza. Wychodzę, przede mną długi korytarz, na jego końcu okno, równie brudne jak to w pokoju. Światło dnia minimalnie rozjaśnia korytarzyk. Na podłodze widać dywanik, pokryty szarością kurzu. Ściany pomalowane na jasny kolor, który ciężko określić. Wzdłuż ściany można zauważyć lamperie, farba olejna lekko połyskuje spod warstwy pajęczyn, które pokrywają tu wszystko.
Powoli idę w stronę schodów, znajdujących się obok okienka. Mijam jeszcze inne drzwi, podejrzewam, że kolejny pokój i łazienkę. Nie zaprzątam sobie głowy sprawdzaniem „obecności”. Wrota otwierały się tak głośno, że wywabiły by kogokolwiek by tam był.
Dotarcie do schodów zajęło mi dłuższa chwilę, przerywane licznymi postojami po skrzypnięciu podłogi.
Oparłem się o ścianę u szczytu zejścia. Zerkam nerwowo w dół i nasłuchuje. Cisza, brak oznak życia i nieżycia, co ważniejsze. Wolnym krokiem, oparty o ścianę, praktycznie zsuwam się, po stopniach pokrytych zielonym chodnikiem.
Po sprawdzeniu pokoi na dole i zabezpieczeniu okien, chwila refleksji. Kuchnia. Butla z gazem, posiłek na ciepło. Szybko przeszukałem szafki, mięso w puszce. Hm z data ważności i nie szwedzkie. Trochę wody, przyprawy i kuchnia wypełniła się słodkim zapachem gulaszu nawinie („co się nawinie to do garnka”). Rzadko mam możliwość, kosztowania takiego posiłku.
Znalazłem talerze sztućce, z namaszczeniem rozłożyłem wszystko jak się należy, gdyby to był wieczór zapalił bym jeszcze świece i zaprosił kogoś, na wykwintny posiłek. Niestety, pora nie odpowiednia i miejsce, a srebrne widelce wyszły, na korzyść aluminiowych. Przełyk już nie nadąża pozbywać się śliny. Czas zasiadać. Mały kawałek poproszę – powiedziałem do siebie – taki na posmakowanie – jednocześnie nałożyłem solidna łychę gulaszu. Ciepłe mięso rozpływało się w ustach, słodycz ta spływała do żołądka, paradoksalnie napawając nadzieją, na przyszłe dni. Spakowałem trochę do słoika, zagotowałem go, by zamknął się i być może wystarczył na następny posiłek. Wróciłem do stołu i z uśmiechem powiedziałem -dokładkę? Oczywiście  - szybko odpowiedziałem. Biorąc kilka kawałków poczułem, że mięso ma dziwny zapach, jak mogłem nie zauważyć. Zepsute, czuć zgniliznę. Nadziałem kawałek mięsa na widelec, by powąchać go. Zbliżyłem do nosa. Pachnie dobrze, jak za pierwszym razem, przyprawami. Więc skąd ten zapach?
Już nie miałem wątpliwości skąd, gdy usłyszałem, tuż za sobą przeciągłe:
-  mmmmmmmmm…
Śniadanie u …
Sierpień, 2013
Instynktownie odskoczyłem na bok. Usłyszałem, jak truposz wpada, z całym impetem na stół. Zrobiłem przewrót, z trzaskiem zatrzymała mnie szafa, uderzyłem głową. Tak oparty o nią plecami, poczułem jak cały świat się zakołysał. Tylko nie mdlej – wyszeptałem do siebie. Wstając czuje, nogi z waty. Wsparty łokciami o blat stołu, próbuje złapać pion. Czuje dziwne swędzenie z tyłu głowy. Krwawię. Muszę się ogarnąć. To dość lipna sytuacja. Śniadanie, z nieproszonym gościem.
„Przedmiot, który widzisz po Twojej lewej stronie, posłuży Ci jako broń podczas apokalipsy zombie” – zagrało mi w głowie.
Uśmiechnąłem się i spojrzałem co to jest, patelnia. Nie myśląc długo chwyciłem ją. W tym samym monecie, gość wstał odrzucając, resztki stołu. Wyciągając martwe ręce, zaczął biec w moją stronę. Tak go nie trafie, odpowiednio – pomyślałem. Odskoczyłem ponownie, ledwo utrzymując się, na jeszcze miękkich nogach. Monstrum mierzące ok 190 cm wpadło w szafkę rozbijając jej front. Coś chrupnęło, inaczej niż pęka płyta drewnopochodna. Pochylił się nad blatem, wsparł o niego. Trwało to tylko chwile. Przewrócił mebel, w nieżywej złości. Ze środka wytoczyła się butla gazu, ograniczona brązowym wężem. Zdechlak zrobił w moja stronę kilka kroków. Kuleje. Jego ruchy już nie są takie szybkie. Jak filmowa karykatura, ciągnie za sobą nogę. Na jego martwej, sinej twarzy, nie widać śladu bólu. Patrzy zbielałymi oczami i człapie się za mną. Zrobiliśmy rundkę wokół kuchni. Po drodze z ledwością pokonywał, jakąkolwiek nierówność. Skierowałem go na butle. Przewrócił się o nią. To była odpowiednia chwila na pacyfikacje potwora. Już się miał podnosić, gdy z całą swoją siłą, z doskoku uderzyłem go w głowę. Patelnia zadrżała, a metaliczny dźwięk, odbił się echem, po pustym domu. Bezwładne ciało upadając poruszyło butlę z gazem, która potoczyła się jeszcze kawałek. Co do końca zmęczyło i tak już skruszałego węża. Syczący przewód, miotał się po podłodze. Dobiegłem do niego, żeby zakręcić gaz. Brak zaworu. W tym samym momencie usłyszałem trzask, wyważanych drzwi. Tego się obawiałem, cała okolica „słyszała” szamotaninę. Dom zapewne otoczony. W kuchni bomba i jeszcze barykada przełamana. Chwyciłem szybko słoik z obiadem, podręczną torbę i pobiegłem w stronę schodów. Wyskakując z kuchni, kątem oka zauważyłem jeszcze, że faktycznie drzwi stały otworem, a w korytarzu zaczęło się zbierać, kilku GOŚCI.
Nie spuszczając jednego oka, z „nowo przybyłych”, mało co nie wdepnąłem na schodach, w gospodarza domu. Czołgające się, ze schodów, resztki mieszkańca wyciągały właśnie w moim kierunku kikuty rąk. Całkowicie odkryte zęby, poruszały się jak przy przeżuwaniu. Definitywnie trzeba było sprawdzić górę – zakląłem w myślach. Pokonanie przeszkody na schodach, nie sprawiło problemu. Podstawa to „porządny obcas”. Dzięki o wielki Szewcze, za obuwie całoroczne typu „glan”.
Dwa – trzy susy i jestem na górze. Wpadłem do pokoju, z którego niedawno wyszedłem. ocena sytuacji przez okno. Lipa. Morze martwych głów, otoczyły dom szarością. Olśnienie.
Wyskoczyłem z pokoju, przecież z okna obok schodów widać jakiś dach. W momencie, jak ja wyskoczyłem na korytarz, na schodach stanął pierwszy ze struchlaków. Więc to wyjście odcięte. Gniew na samego siebie wezbrał, z bezsilności. No to masz swoje śniadanie.
Sztywniak, na szczycie schodów, jeszcze mnie nie zauważył. Ubrany w czarny ubrudzony garnitur stał i patrzył w dal. Jego blada, wychudzona twarz i kołyszące ruchy, przywodziły na myśl aktora pantomimy. Poczułem gaz. Mam pomysł – głupi – ale w tej sytuacji jedyny. Nie analizując, „za” i „przeciw”, wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę, na benzynę. Próby zapalenia płomienia, zwróciły uwagę zombie. Spojrzał w moja stronę, lekko zdziwiony. Zapal się! Szmelc – wyszeptałem. Pstryk! Jest ogień.
„I hate mimes” – powiedziałem, rzucając zapalniczkę, w stronę postaci na schodach.
Obserwował, jak ognista kula leci w jego stronę. Odbiła się tuż obok niego. Zapalniczka zniknęła z pola widzenia, spadając ze schodów. Ogień, zapalniczki ożywił, niewidzialnego ducha. Usłyszałem nieludzki jęk. Padłem na ziemię, gdy całym budynkiem wstrząsnęła eksplozja. Z sufitu posypał się tynk. Postać na schodach, liźnięta językiem ognia, uderzyła o ścianę, odbijając się. Jeszcze stoi, zauważyłem. Dymiące monstrum, pochylone zrobiło trzy kroki i kołysząc się bezwładnie padło na ziemię, jak worek kartofli.
Wstałem, w uszach słyszę jeszcze huk. Lekko ogłuszony, dobiegłem do okienka. Otworzyłem, rozejrzałem się,  zrzuciłem plecak na dach. O klamkę zahaczyłem sznurek, by okienko zatrzasnęło się, zaraz za mną.  Na chwile przycupnąłem, rozglądając się po okolicy. widać jak wybuch powalił TYCH, którzy stali najbliżej drzwi. Głośna eksplozja zwabiła świrów z całej okolicy.
Tuż za przybudówką jest mur, oddzielający „okupantów”, od reszty okolicy. Chyba się uda, pomyślałem. Powoli ześlizgnąłem się,  z dachu na pustą uliczkę.
Ciężka noc.
Sierpień, 2013
Dzień zero.
Był późny wieczór. Siedziałem przed komputerem i przeglądałem notatki na spotkanie w pracy. W tle grała muzyka. Nagle rozległ się dźwięk czatu. Spojrzałem od niechcenia. Bogdan. Zanim zdążyłem przeczytać pierwszą wiadomość „Cześć. Gotowy na „wielkie” jutro?„ Wysłał jeszcze dwie:
Ogarniam notatki, nic nie układa się w logiczną całość.
To będzie ciężki dzień.
W czasie gdy pisałem odpowiedź, dostałem kolejna wiadomość. Bogdan jest typem nadpobudliwego dziecka, robi jedno, mówi co zrobi za chwile, a w międzyczasie myśli co uczyni jeszcze później. Zdarzają się chwile, w których wszystko mu się miesza i wyskakuje z jakimś tekstem, niepasującym do kontekstu. Tak jak teraz:
Dziś pogoda też jakaś ciężka, co chwile słychać policyjne syreny.
Właściwie to kontr-rozmówca Bogdanowi tylko przeszkadza. Nierzadko rozmawialiśmy po kilka godzin, w których JA powiedziałem ledwie kilka zdań.
Za oknem menele gonią jakiegoś gościa, mówię Ci masakra co w tym mieście się dzieje – kontynuował monolog – strach wyjść, a kino masz zaraz za oknem.
Zw. Idę kawę sobie zrobić – napisałem.
Spoko. Zrób mi tez.
Ty, właśnie tamten gościu, z menelami goni grupkę dresów. HaHa.
Kurcze! Jakiś koleś szarpie mojego sąsiada. Idę ich poukładać.
Jak wróciłem z kawą i przekąską Bogdana jeszcze nie było. Minęło około dwudziestu minut, zanim pojawił się ponownie.
Co za świat, *** – Napisał
Co się stało?
Taka wdzięczność, jak pisałem, sąsiada jakiś szczyl szarpał, to wypadłem z klatki, posłałem dresiarzowi prawy sierpowy w ryj. Się poskładał i padł. Coś tam stękał i leżał. Nokaut, jak zawsze – Bogdan miał ok stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu i wielkie bary. W skrócie „kawał chłopa”. – To pozbierałem sąsiada i go do klatki prowadzę, a ten coś zastękał i mnie użarł w rękę. Idiota. To go cisnąłem w krzaki, niech trzeźwieje.
Odkaziłeś rękę? Zapytałem – Bo wiesz naście zastrzyków w brzuch, przeciw wściekliźnie, ha ha
Bardzo śmieszne ;P. Dobra, opatrzę rękę i spać idę. Dziwnie w głowie się kreci, a w dłoni mrowienie. Brr
ok. dobranoc
Więcej wiadomości od niego nie dostałem. Sam poukładałem jeszcze notatki, dopiłem kawę i poszedłem spać. Ciężka to była noc, faktycznie co chwilę było słychać sygnał policji, straży lub karetki. Czasem ktoś gdzieś krzyczał. Pełnia dziś czy co?  Dodatkowo na poligonie mieli nocne strzelanie. Jeszcze kawa działała. Wreszcie zasnąłem, niespokojnym snem. Jak czas pokazał, ostatnim bezpiecznym.
Dzień pierwszy
Obudziłem się, zlany potem, ciężkimi powiekami, a zawroty głowy nie pozwoliły wstać. Chwila zastanowienia. Która godzina? Dlaczego się obudziłem? Już miałem położyć głowę na poduszce, gdy z ulicy dobiegł kolejny krzyk, później głośny trzask i cisza. Panująca noc, wzmocniona zgaszonymi lampami wywołała cichy, nieokreślony lęk. Okno, jeszcze przez chwile gapiło się w moje oczy czarnymi źrenicami. Zasnąłem, a noc była piękna, tylko sierp księżyca przybrał kolor czerwieni.
Świt obudził mnie chłodnym pocałunkiem. Sięgnąłem, by zapalić światło, nic. Brak prądu. Chwyciłem telefon, na którym wyświetlony był komunikat >. Wstawanie zawsze boli – pomyślałem – ciężka separacja z Morfeuszem, objawia się ciężką traumą, której nie pozbędę się do drugiej lub trzeciej godziny.  Przetarłem oczy i świecącsobie telefonem zacząłem powoli poruszać się w stronę łazienki. Prysznic mnie obudzi – pomyślałem. Odkręciłem kurek.  Srebrna powierzchnia kranu tylko zadrżała i podskakując nerwowo wypluła z siebie tylko powietrze. Co za dzień, wody z miasta też brak.
Wziąłem kubek pokryty wygrawerowanymi wzorami, nabrałem trochę wody z bojlera. Resztę wody zużyłem na poranną toaletę. No to kawy się nie napije, pomyślałem biorąc łyk wody z kubka. Pierwszy, nie był taki straszny, nabrałem powietrza zanurzyłem usta i po prostu napiłem się. Dopiero gdy wypuściłem powierzę z płuc poczułem mdły metaliczny posmak. Drugiego już nie było.
Wziąłem śniadanie, notatki i zacząłem wychodzić. Ulica była pusta, z daleka majaczyły postacie ludzi.
Nagle rozległ się głośny krzyk, nie to syrena alarmowa. Tak wcześnie rano? Pomyślałem, dziwne. Chwile później zawyła druga, trzecia i Bóg wie ile bo dźwięk zlał się w jeden monotonny jęk, bezlitośnie wiercący mózg. Wtedy rozległ się głośny grzmot, który zagłuszył wycie wszystkich syren. Spojrzałem w tamtym kierunku, zobaczyłem wielka chmurę pyłu, coś wybuchło.
Zaraz drugi grzmot z błyskiem. Nagle obudzony, zerwałem się na równe nogi, gotowy do walki, o życie. Burza. Znowu grzmot i błysk pioruna. Poczułem na sobie czyjś nierealny wzrok. Znowu błysk i za oknem zamigotał jakby cień. Takie sny zawsze mnie rozbijają na chwile, a zmysły wariują. Jestem na trzecim pietrze. Kto miał by patrzeć zza okna? Głową, po wczorajszej przygodzie, jeszcze boli.
Grzmot, połączony z hukiem, był blisko, poczułem jak cała kamienica zadrżała, chyba piorun w nią uderzył.
Save us…
Sierpień, 2013
Już nie mogłem zasnąć. Nie wiem, czy to przez ten sen, a może burza. Dodatkowo cień, który chwile wcześniej mignął w oknie, dał do myślenia. Podszedłem do okna, żeby się rozejrzeć. Leje, jak z cebra. Noc rozdzierana co chwile, przez błyskawice, grzmot niknący w szumie deszczu. Gdy ciemność rozświetla błysk, widać ICH, jak chodzą po ulicy, zagubieni, niektórzy biegną w stronę skąd zabrzmi piorun. Inni, jak zawsze w deszczu patrzą w niebo. Jedna poczwara przykuła moja uwagę. Bezkształtny, zgarbiony, pochylony, przywiązany rękoma do wózka, chyba sklepowego. Pewnie z czasów, gdy „wszystko było pod kontrolą”.
Dzień drugi z wielu
Siedzę w domu. Stan klęski żywiołowej, epidemiologicznej, terrorystycznej, kosmicznego kataklizmu, czy inwazji obcych. Nikt nie wiedział co tak naprawdę się dzieje. Telewizja pokazywała wesołe obrazki, komedie, teledyski. Tylko cały czas, na dole ekranu w pasku wiadomości wyświetlał się komunikat: „prosimy pozostać w domach”.
Pierwszego dnia, próbowałem wyjechać stąd. Na rogatkach miasta policyjna blokada.
Proszę wrócić do domu – powiedział barczysty policjant, w przyłbicy jak do pacyfikacji pseudokibiców Zawiszy – KWARANTANNA – dodał.
Wróciłem, po drodze zebrałem kilka potrzebnych rzeczy, z punktu zarządzania kryzysowego.
Woda: pięć litrów, chleb, latarka, ładowarka ręczna, apteczka i koc, życzy Pan sobie koc? – Zapytała ubrana w mundur ruda dziewczyna. Na jej twarzy malował się smutek połączony ze zmęczeniem.
Nie dzięki, koc mam. Co się dzieje? Zapytałem
Ćwiczenia, wszystko jest pod kontrola, proszę wrócić do domu i nie wychodzić, chyba, że alarm zostanie odwołany, – mina dziewczyny mówiła „bla bla bla”, czyli ciągle ktoś o to pyta. Przynajmniej wiem skąd jej zmęczenie – a i od dwudziestej jest godzina policyjna! Dodała z powagą – Głowa nisko, żeby kulki nie dostać – dodała z nieukrywana zgryźliwością.
Zabrałem swój kartonik z zestawem do przetrwania Za plecami usłyszałem, jak mówi „Woda pięć litrów, chleb, latarka…”  do kolejnego petenta.
Wróciłem do domu podkręciłem głośność telewizora. Z za okna, co jakiś czas było słychać syrenę lub strzał. Zagłuszyłem to muzyką. Poszedłem zrobić kawę, podśpiewując pod nosem.
Nagle muzyka ucichła, a reporter zimnym głosem powiedział:
„Przenosimy się do Centralnego Ośrodka Zarządzania Kryzysowego, gdzie konferencje zwołał minister Gozbardzki”
Konferencja już trwała, a minister mówił:
Stanęliśmy, przed nowym zagrożeniem. Według mojej wiedzy, jaką dostaje z Regionalnych Placówek Zarządzania Kryzysowego, ogólna sytuacja jest opanowana. Z chaosu wychodzimy obronna ręką. Wszystko idzie w dobrym kierunku, jeszcze dwa góra trzy dni wszystko się unormuje. Będziemy mogli bezpiecznie wracać do domów. Póki do tego nie doprowadzimy ogłaszam, z woli Prezydenta, stan wojenny na obszarze całego kraju. Związana jest z tym zwiększona kontrola i godzina policyjna od godziny dwudziestej. Za wszelkie niedogodności przepraszamy i liczymy na wyrozumiałość.
Mam pytanie – rozległ się głos z sali, dziewczyny w czerwonej sukience – Mówi Pan „nowe zagrożenie”, co ma Pan na myśli? Z czym mamy do czynienia.
Minister w ciszy wysłuchał i kontynuował:
„Dostawy prądu i wody będą, nie przerwane. Dziękuje za uwagę.”
Zignorował pytanie, a prąd zniknął po trzech dniach, woda kolejnych dwóch. Więcej konferencji nie było, a my nadal nie wiedzieliśmy co się dzieje.
Następne dni mijały, na słuchaniu muzyki, oglądaniu filmów, spacery wśród kordonów policji. Już widzieliśmy, że mamy do czynienia z martwymi. Wszystko było pod kontrolą póki był prąd, woda i amunicja. W nocy przestałem słyszeć  strzały. W dzień zaczęli ICH łapać „żywcem”. Zabierając „gdzieś”.  Często można było spotkać jak człapią ulicami. Podjeżdżała wtedy suka, wysiadał policjant, zarzucał gruby worek na głowę ożywieńca i wrzucał do więźniarki. W nocy już nie jeździli, więc liczba trupów chodzących po ulicach, w dzień, rosła.
Strach, lub jego oswajanie, powoduje, że ludzie wpadają na najdziwniejsze pomysły. Dlatego można było spotkać Zombie z kartką „kopnij mnie”, lub sznurkiem z przywiązanymi puszkami. Tak jak ten na dole, ktoś uznał to za dobry żart i przywiązał go do wózka zakupowego.
Świta. Zamyśliłem się nad przeszłością. Czas ruszać. Spakowałem swoje manele i cicho zszedłem do wyjścia. Na zewnątrz, kątem oka zauważyłem zombie z wózkiem. Boże. To nie wózek sklepowy, tylko dziecięcy. Na jego boku napisane jest:
„Ocalcie JĄ”
Danse Macabre
Sierpień, 2013
Obserwuje wózek już trzy, może cztery godziny. Ciągle otacza go dużą grupa. Odchodzą i wracają. Raz udało mi się, na chwilę podejść dość blisko, by usłyszeć  jak skrzypią kółka. Nawet wtedy nie mogłem wychylić się na tyle, żeby zajrzeć dokładnie. Wózek raczej jest pusty. Sumienie nie da mi spokoju, póki nie zajrzę i nie sprawdzę.
Teraz znowu jestem daleko, ale widzę jeszcze kształt.
Potrzebuje jakiegoś fortelu. Wiem, rzucę kamieniem w okno, po drugiej stronie ulicy. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Mizerny skutek. Horda zrobiła kilka kroków, ale znowu zainteresowała się wózkiem. Siedzę za  samochodem, w południowym słońcu. Znowu czuje się nieswojo. Kątem oka widzę odbicie na srebrnej powierzchni lakieru. Odwróciłem się. Dach, ktory odbijał się na samochodzie byl pusty. Zaczynam swirować, od tego słońca. Trzeba zacząć działać. Zbite okno, hałas, tak. Plan był dobry, ale krótkotrwały. Potrzeba czegoś, co  na dłużej odciągnie ich uwagę. Wiem, odpale, któregoś z tych gratów, może mają jeszcze sprawne aku i paliwo.
Rozejrzałem się po okolicy. Żeby plan okazał się skuteczny, to muszę znaleźć pojazd, ale trochę dalej. Liczę też, że zombie z wózkiem nie ruszy z miejsca, za szybko.
Jako, że większość ożywieńców „pilnuje” wózka miałem czas by wybrać samochód. Określić droge ucieczki. Jeszcze raz w myślach powtarzam plan.
1. Odpale samochód.
2. Ucieknę, przez klatkę schodową i podwórze przejdę na ulicę, gdzie stoi cel.
3. Zajrzę do wózka.
4.  Szybka ewakuacja.
Wziąłem głęboki oddech. Złapałem za klamkę samochodu. Wsunąłem się do środka, szwajcarskim scyzorykiem otworzyłem panel z kablami. Plan musiałem szybko zmienić. Rozległ się ogłuszający alarm.
Oszołomiony wyskoczyłem z samochodu. Ulica ożyła. Z kopa otworzyłem drzwi do kamienicy. Oparłem się o nie na chwilę. Chcąc dopilnować,  żeby żaden nie wskoczył za mną do środka. Alarm wył jak szalony, obudził wszystkich sztywnych w okolicy. Zrobiłem dwa kroki, w stronę wyjścia na podwórze i zauważyłem jak człapią, w moim kierunku. Jeden, powolnym krokiem, schodzi ze schodów. Przy każdym kroku głowa kiwa mu się, góra, dół. Doskoczyłem do niego z toporkiem.  Wyskoczyłem i z półobrotu przebiłem czaszkę zombie. Przytrzymałem jego ciało, by upadając nie narobiło niepotrzebnie rumoru. Drugi szedł na dworze. Był to niewysoki mężczyzna w dresie i koszulce na ramiączkach. Podchodząc do niego, wybrałem miejsce cięcia. Już byłem koło drzwi, gdy z za rogu wyskoczył jeszcze jeden. Miał około 175 cm wzrostu, poszarpany t-shirt i jeansy. Strasznie agresywny i zawzięty. Wytracił mi toporek. Rękawem skórzanej kurtki blokuje ugryzienia. Kątem oka widzę, jak zbliża się karakan, na którego się zasadzałem. Kopniakiem zamykam drzwi, gdy zombie staje w progu, odbija się od nich i upada. Mam chwile zanim wstanie – pomyślałem. Agresor, tymczasem, ciągle napiera. Przytrzymuje go za tył głowy dociskam do przedramienia, gdzie zacisnął zęby. Balansując ciałem robię uniki, przed jego rękoma chaotyczne próbującymi mnie pochwycić. Mocno zaciśnięte szczęki  nie przebija powierzchni kurtki, ale czuje ból. Z całej siły uderzam jego głową w ścianę. Posypał się tynk, ale na sztywniaku nie zrobiło to wrażenia. Odepchnąłem go. Upadł. Zanim zdarzyłem podnieść toporek już był, przy mnie. Złapałem go, obszedłem i założyłem nelsona. Rozpędziłem na kaloryfer. Uderzył, ale się podniósł. Odwrócił się, zrobił krok w moim kierunku z rozwarta w szpon ręką i upadł. Uff -powiedziałem.
Wyszedłem, obok drzwi leżał jeszcze mikrus. Obcasem zafundowałem mu odpoczynek.
Pobiegłem do ulicy, na której stał wózek. Pusto, uśmiechnąłem się, plan się zmienił, ale pozytywnie. Już nawet nie czuje zmęczenia po walce z Agresorem.
Widzę wózek. Duża zielona gondola, naciągnięta folia i wzmocniona rurkami, chyba z pcv. Wszystko tworzy rodzaj bombla. Oparte zombie, to kobieta, w skórzanej skórzanej kurtce i czarnych jeansch. Oparta jest całym ciałem o wózek. Twarz wspiera  się o powierzchnie. Jest nienaturalnie pomalowana w cieliste barwy, tylko usta  na czerwono. Przywiązana wzdłuż wózka w przedramieniu, lewe na sztywno, prawe na samozaciskajacym się popręgu. Musiała sama to zrobić. Dochodząc do wózka, przez brudną powierzchnię folii zauważyłem, że w wózku jest dziecko. Martwe. Gdybym zauważył ich wcześniej – pomyślałem. Podszedłem bliżej, zobaczyłem, że pod kurtką była naga. Prawa ręką operowała mechanizmem, ktory otwierał i zamykał  dziecku dostęp do piersi. Próbowała utrzymać je przy zyciu, jak naj dłużej, a ja się spóźniłem.
Spojrzałem jej w oczy, były szare, jak ich wszystkich, ale emanował z nich spokój. Gdy przyłożyłem do jej skroni pręt, zamknęła oczy. Czekała na to. Teraz są już razem. Przykro mi – wyszeptałem. Z oddali słychać dźwięk alarmu, już coraz słabszy, przeciągły, akumulator zrobił ile mógł. Aż ucichł. Nagle rozległ się kolejny, ale już inny. Serce mi zamarło, gdy zrozumiałem. Odwróciłem się tylko, gdy z wózka zabrzmiał dziecięcy płacz. Zobaczyłem przyklejone do foliowej powierzchni rączki i twarz. Wielkie zapłakane oczy, probująca dojrzeć  świat zewnętrzny. Z za rogu wylała się fala ożywieńców.
Till i find You…
Sierpień, 2013
Stanąłem bliżej, żeby zobaczyło mnie. Przyłożyłem palec do ust, w geście uciszenia. Posłuchało. Odciąłem paski krepujące ręce kobiety do wózka. Osunęła się lekko na ziemię. Dziecko wpatrywało się we mnie. Teraz wiem, dlaczego kobieta miała, tak przesadnie nałożony makijaż. Dziecko nie musiało patrzeć, na koszmar, a na „mamę”, taką jak za życia. Mogłem, także przyjrzeć się mechanizmowi, który odsłaniał piersi kobiety, podczas karmienia dziecka. Mogła to robić tylko póki żyła. Dziecko cały czas milczało, wpatrzone we mnie. W pewnym momencie się skrzywiła i cicho pisnęła. Wiedziałem, że nadchodzą. Im byli bliżej tym dziecko drżało mocniej. Ja walczę z folia, oklejoną taśma klejącą. Nie patrze, za siebie. Słysze tylko jak się zbliżają. Już udało mi się odsłonić kopułę, uderzył mnie silny zapach fekaliów z wewnątrz. Mimo, że wózek miał otwór jako nocnik, dziecko nie było na tyle samodzielne, by zawsze z niego skorzystać. Jak tylko maleństwo poczuło, że może wychyliło się, wyciągając do mnie małe rączki. Nagle dziecko, z wielkimi oczami krzyknęło:
- bruuuummm…
- Co, jakie… – zanim zdążyłem dokończyć zdanie, tuż za moimi plecami, przejechał samochód, chyba Rosomak. Wóz opancerzony miał już tylko cztery koła, z tego w tylnym kole wisiała już tylko opona. Na włazie desantowym wielki napis „Have nice day” i wielka uśmiechnięta żółta buźka. Zamurowało mnie. Omijając i taranując porzucone samochody, z całą swoją siłą, wóz wbił się w tłum zombie. Pojechał jeszcze kawałek, ale „kulejący” łazik nie dał rady, gdy znalazły się pod nim dziesiątki gnijących ciał. Nagle na wieżyczce u góry wyskoczył, ubrany na zielono człowiek. Chwycił za karabin oddał jeszcze krótką serię, resztka amunicji. Wtedy odwrócił się do mnie:
- BIEGNIJ, GŁUPCZE! – Krzyknął, zamykając w ostatniej chwili właz, samochodu opancerzonego. Samochód lekko się poruszał, nie wiem czy za sprawą kół w ostatniej szarży, a może napierającej na niego fali ożywieńców.
Biegłem z dzieckiem na rękach ile sił w nogach, nagle przede mną wyrósł wielki ubrany w skóre i kowbojski kapelusz, Harleyowiec. Wskazał palcem uliczkę – Szybko, tam!
Motocyklista odpalił wielkiego trójkołowca, włączył głośna metalową muzykę i ruszył w inną stronę, niż wskazał. Posłuchałem go i wbiegłem w ciasną uliczke, między domami, bez okien, aż dobiegłem do końca. Ślepa uliczka. Moim oczom ukazał się wielki napis :
Roses are red
and voilets are blue
i was very hungry..
till i find U…
Napisany czerwoną farbą. Nie, krwią, brązowiejącą już. Wokół namazane palcami wzory. To pułapka, pomyślałem. Przytuliłem dziecko. Część fali pobiegła za głośnym gościem, ale kilku zostało i powolnym krokiem idą, w naszą stronę.  Przepraszam – wyszeptałem – zamknij oczka, nie patrz.
Dziecko wykrzyknęło:
- Misio! -  Krzyknęła.
-  Jaki q*** misio?
W osaczeniu.
Sierpień, 2013
Dotknąłem muru. Zimny i uparty, jak zawsze. Nie przepuści, jak zwykle. Zerknąłem za siebie. Wąska uliczka szczelnie się wypełniała zombie. Idą wolno wpatrzeni w Nas. Wiedzą, że nie mam odwrotu, że zaraz będę jak ONI. Cichy, bezproduktywny, nakręcony na konsumpcjonizm. A ściana, trzyma, milczeniem mówi „bądź jak oni, spójrz co, tacy jak Ty, mi zrobili”. Podniosłem oczy na napis. Szybko opuściłem głowę patrze na maleństwo. Chociaż przez chwile czułem, że żyje. Dziękuje. Postawiłem kołnierz. Przytuliłem dziecko i schowałem za pazuchę, powoli zapinając kurtkę. Osłonie Cię, choćbym miał siły szukać u wrót samego piekła. Nie zdążyłem dopiąć jej dostatecznie wysoko. Dziecko wyrwało się z „bezpiecznego” schronienia. Wyciągnęło małe rączki do nieba. Powtórnie krzyknęła:
- Misio!
Nie zdążyłem pomyśleć, gdy wielka czarna łapa, złapała mnie za kurtkę i uniosła do góry. Przytrzymałem dziecko, by nie wypadło. No to masz „pomoc” z za bram piekła – pomyślałem.
Podniosłem głowę, by przyjrzeć się wybawcy. Zobaczyłem tylko wielką czarna plamę materiału, to chyba jakiś habit, lub peleryna. Głowę skrywa mu głęboki kaptur, ze środka którego lekko odbijają się tylko dwa białka. Bezkształtna postać zwisała w nienaturalny sposób z kształtownika przymocowanego do ściany.
Co on jest *** Batman?
Szybko znaleźliśmy się na dachu. Wybawiciel robił wrażenie, wielka góra, chyba dwumetrowego człowieka stoi naprzeciwko mnie. Chciałem podziękować, lekko zgarbionej postaci, wyciągając rękę. Nadal nie widziałem jego twarzy, skrytej w mroku kaptura. Lecz dało się zauważyć lekki ruch głowy, gdy spojrzał na moją dłoń. Nagle, krepującą ciszę rozdarł trzask. Z wejścia wysypała się gromada ożywieńców. Dziecko krzyknęło mi prosto do ucha. Lekko ogłuszając.
Teraz zombie nie skradają się, powoli, jak na dole. Szybkim tempem zbliżali się do nas. Wybawca wygiął się w nienaturalny sposób, twarzą w ich stronę, jak by coś krzyczał, ręce za siebie zaciśnięte w pięść.  Jego dłonie. Jakieś nienaturalne. Zanim przyjrzałem się im dokładnie, postać w habicie stała już obok mnie. Wyjął dziecko zza mojej pazuchy, chwycił mnie w pół i zarzucił przez ramię, w drugiej ręce trzymał berbecia. Musiałem znowu mu zaufać. Nawet nie zdążyłem podziękować za wcześniejszy ratunek.
Przyciskając nas do swoich ramion podbiegł do gzymsu. Zerknął na dół. Następnie ruszył wzdłuż krawędzi. Fala umarlaków nieco się rozciągnęła, w pogoni za nami. Część ze ścigających nas ześlizgnęła się, a część została zrzucona przez współtowarzyszy w dół. Zrobiliśmy tak okrążenie wokół krawędzi. Za każdym razem część ożywieńców spadała. Na jej miejsce przez wąskie drzwi na dach wpływało jednak ich więcej. Więc bieganie wokół dachu to nie plan. Gdy znaleźliśmy się ponownie w punkcie gdzie Nasz tragarz się zatrzymywał tuż obok krawędzi, tym razem nie zwolnił. Zrobił wielki skok. Chwila lotu, przeciągnęła się w wieczność. Do powierzchni następnego dachu było z 15 metrów, przynajmniej. Czym on jest napakowany – pomyślałem.
Taki daleki skok, z dodatkowym obciążeniem musiał być nie lada wyczynem. Gdy stopa skoczka w dal dotknęła powierzchni, odetchnąłem. Lądowanie. Poczułem, jak jego uścisk zelżał i pchnął mnie obok. Wylądowałem na plecach. Ślizgałem się jeszcze kawałek po pokrytym kamieniami dachu. Dzięki Bogu mam skórzaną kurtkę. Widziałem jak ręką bohatera, którą jeszcze chwilę wcześniej mnie trzymał, osłonił dziecko. Zwinął się w pozycję ślimaka. Poturlał się. Do ściany, odwinął się na nią, ale uderzył głową. Dach zadrżał. Dziecko. Postać w habicie zemdlała lub gorzej. Opadające bezwładnie ręce odsłoniły drżącą dziewczynkę. Zauważyła, że jej wybawca się nie rusza i niepewnym głosem wyszeptała:
- Misio, śpi.
Dobiegłem do nich, szybko. Ruszyłem go za ramię, odsłoniłem twarz. Odskoczyłem.
- Misio, śpi. Powtórzyło dziecko.
- To nie jest misio – powiedziałem – ale to na pewno, też nie jest człowiek!
Home, sweet home.
Sierpień, 2013
Jeśli nie człowiek, to co? Pomyślałem. Nim zdążyłem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Poczułem za sobą ruch i nazbyt znane mi, przeciągłe „mmmmmmmmm.
Odwróciłem się, ręką dosuwając dziecko, za siebie. Cofając  prawą rękę wyjąłem myśliwski nóż. Lewą nastawiłem do obrony. Zombie zastygł jednak. Nie atakuje. Zamiast tego osunął się na kolana, jak kukiełka, której ktoś obciął sznurki. Zauważyłem lśniącą strzałę, tkwiącą w jego potylicy.
- Ma na imię Rock – Dopiero zauważyłem strzelca, a właściwie strzelczynie – faktycznie nie jest człowiekiem. – Dokończyła, wychodząca zza rogu  ciemnowłosa dziewczyna, niewysoka,  na oko może metr sześćdziesiąt wzrostu. Ubrana w brązową kurtkę, prawy rękaw podwinięty, drugi oberwany do ramienia. Lewą rękę chronił, sięgający do łokcia, zdobiony w motywy kwiatowe i nabity ćwiekami, karwasz z brązowej skóry. Spod kurtki widać czarny T-shirt, z trupą czaszką. Jeansowe spodnie, połatane pospiesznie  i odsłaniające gdzieniegdzie  bladą skórę nóg. Buty wysokie prawie do kolan, obwiązane drutem kolczastym.
- Niezłe oko. Powiedziałem, zerkając na trupa i na łuk.
- Mam jeszcze drugie – odpowiedziała, szeroko się uśmiechając i przegarniając włosy. Mimo szorstkiej powierzchowności nadal jest delikatną kobietą.
Podeszła bliżej, wyjęła strzałę, przytrzymując głowę zombie nogą.
- Rock, jak widać, jest moim ochroniarzem. – Powiedziała uśmiechając się z drobną złośliwością – moim Gorylem.
Podeszłą do wielkiego futrzastego stworzenia, delikatnie drobną dłonią pogładziła go po policzku i powiedziała:
- Wstajemy śpiochu. To nie miejsce i czas na drzemkę. Wielkie brązowe oczy otworzyły się, słysząc delikatny głos, a jej blada twarz odbijała się w jego źrenicach.
Dziecko schowało się za mną, trzymając kurczowo mojej nogi. Obserwowała jednak z zaciekawieniem.
Rock wstał, wykonał otwartymi dłońmi gest od brody w dół.
- Nie ma za co – odpowiedziała mu dziewczyna. Olbrzym wstając nakrył głowę kapturem, zauważyłem na niej ogromną ilość blizn. Wskazał na nas palcem i zrobił gest stykając opuszki palców, a dłonie układając w trójkąt.
- Tak, zabierzemy ich, do domu – odpowiedziała mu dziewczyna i spojrzała na nas – chodźcie, do naszej bezpiecznej kryjówki. Wziąłem dziewczynkę na ręce.
Goryl stanął na gzymsie i rozejrzał się, po okolicy. Jego wielkie nozdrza nabierały powietrza rozchylając się i zamykając. Następnie stanął na czterech łapach podpierając się rękoma na pięściach. Podbiegł tak bokiem wzdłuż i  jednym susem, bez widocznego trudu, przeskoczył na drugi budynek za wąską uliczką. Po drugiej stronie zniknął, na chwilę. Gdy sprawdził sąsiedni dach wrócił i pchnął drabinkę, która jak most przesunęła się w naszym kierunku.
- Kobiety przodem, powiedziałem – z uśmiechem, obejrzałem się i zauważyłem spora grupę zmierzająca w naszym kierunku. Szybko – szepnąłem, gdy dziewczyna przeszła na druga stronę, zaraz sięgnęła po łuk. Osłaniała nasz odwrót. Przycisnąłem dziecko do siebie, zacząłem iść. Kładka cała drżała, zwolniłem. Gdy byłem w połowie drogi, Rock prawie przeleciał mi nad głową, przeskoczył z powrotem, spowalniać napierających zombie. Gdy postawiłem nogę na twardym gruncie dachu, dopiero poczułem nogi z waty. Wciągaj drabinkę – krzyknęła, wypuszczając kolejną strzałę.
Na sąsiednim dachu przesuwał się wielki cień, który co jakiś czas uderzał  i podrzucał któregoś z truposzy. Uderzenie pięści z góry na dół, praktycznie wbijało zombie w ziemię, a powracająca ręka odrzucała kolejnego daleko, poza dach. Gdy kładkę wciągnąłem do końca, dziewczyna przestała strzelać, a Rock  przeskoczył, ze szczególna dla niego gracją i po chwili był z nami.
- Trzymajcie się blisko. Szepnęła dziewczyna nie odwracając się do nas.
Zeszliśmy z dachu przez właz, który z cichym skrzypieniem się za nami zamknął. Przeszliśmy przez długi korytarz, z sufitu co jakiś czas zwisał łańcuch.
Dziecko, na moich rękach próbowało sięgnąć jednego. Rock w tym momencie złapał łańcuch i kiwnął głową z dezaprobatą. Nie ruszajcie ich -  powiedziała ciemnowłosa – później wam opowiem co i jak. Jesteśmy na miejscu. Weszliśmy do jednego z pokoi. Na pierwszy rzut oka wygląda jak szpitalna sala.
- o Witaj, nasz kozacki KOLESZKO! – usłyszałem głos z lekko wschodnim akcentem. Z za rogu wyszedł postawny mężczyzna. Motocyklista. Kowbojski kapelusz zwisał na rzemyku, za głową. Ubrany w skórzaną ramoneskę brodaty mężczyzna kontynuował – Witaj na pokładzie – powiedział wyciągając do mnie rękę.
Heaven can wait.
Sierpień, 2013
Sielanka, przed burzą.
Podałem mu dłoń. Jego uścisk był jak imadło. Mocny. Z trudem ukryłem grymas bólu, a ręka jeszcze chwile była odrętwiała. Dlaczego „kozacki”? – zapytałem.
Zaśmiał się rubasznie.
- A kto, o mało nie wywalił pół dzielnicy w powietrze? – powiedział nadal się śmiejąc – Przyznam, że wtedy byłem naprawdę wściekły. Całe wymarłe miasto zebrało się w tym miejscu. Nadal tu są. Sabaki, – wysyczał – ale ta akcja, dziś. No, no narwaniec jesteś. – Pogładził się, po jasnej brodzie i zamyślił.
- Bez was, nic bym nie zdziałał – Spojrzał na mnie.
- Mylisz się, bez Ciebie zgnuśnieli byśmy. Motocykla, wieki nie odpalałem. Nasz dzielny Saldat , aż się zapalił, do misji. – Znowu się zaśmiał – Nasz futrzasty przyjaciel ze swoja Panią, im też „dwa razy nie mówić”. Może dzięki Wam „ruszymy” dalej.
- Co masz na myśli?
- Widzisz kamracie, siedzisz w tym pustym mieście i nie wiesz nic o świecie. – Zamyślił się, a jego oczy posmutniały. – Bo zbliża się…
- No dość tego, nie zanudzaj go opowieściami z krypty. Czas coś zjeść i podskoczyć po żołnierza – Przerwała motocykliście ciemnowłosa dziewczyna. Niosła wielka tacę. Dopiero teraz poczułem zapach pieczonego mięsa, a za nim głód. Zasiedliśmy do wielkiego stołu. – Może się rozeszli, na tyle, że damy do niego dotrzeć i wyciągniemy go z puszki. – Usiadła, pochyliła głowę, złożyła ręce, do modlitwy, włosy spadły na jej policzki, zasłaniając twarz. Po chwili podniosła głowę, przegarniając grzywkę, spojrzała, na nas zielonymi oczami i powiedziała:
– Jedzcie, na co czekacie? – Zapadła cisza, tak głęboka, że słychać było jak każde z nas przeżuwa. Dziecko siedziało obok mnie, na szerokiej ławie. Ze smakiem pałaszowało, w milczeniu, brudząc się przy tym niemiłosiernie. Dobrze, że gospodyni pomyślała o ręczniku, który założyła dziecku pod szyją. Po posiłku zapadła cisza. Dziecko podeszło do Rocka. Wpatrując się w niego.
- Dlaczego – przerwałem ciszę – nie używacie swoich imion? Gospodarze spojrzeli po sobie. – bo jakieś imiona macie, co?
- Mamy, ale jest między nami taka umowa, używamy przezwisk, które nam pasują. – Zaczęła dziewczyna – Rocka już znasz, ten rosły motocyklista to Rusek, w wozie opancerzonym siedzi jeszcze Saldat i Messer. Niedaleko na warcie stoi jeszcze Panna Nikt i Ruda. No i ja, mów mi Czarna. – Uśmiechnęła się.
- No dobra, ale … -
- Nie używamy imion, gdyż… – Przerwała mi, spuściła głowę, jej zielone oczy posmutniały – Nie znając go, nie jesteś odpowiedzialny, za tego kogoś. Każda strata, mniej boli. Przynajmniej tak się oszukujemy, wszyscy straciliśmy już wszystko. Każdy z tych zombie. To czyjaś tragedia, strata. Mamy siebie, ale…
- Groarrrrrrr!!! – Rozległ się zwierzęcy ryk, to Rock. Dziecko ugryzło go lub coś. Mała dziewczynka z wielkimi oczami stała, naprzeciw wielkiego goryla, który pochylony nad nią ryknął. Jej ciemne brudne włoski i koszulka do kolan falowały, poruszane wiatrem jego oddechu. Rock wsparty na kolanach i jednej ręce, druga trzymał wzdłuż ciała, z zaciśnięta pięścią. Jak na dachu – pomyślałem – mam nadzieje, że krzywdy jej nie zrobi – dyskretnie położyłem rękę, na rękojeści noża. Niepotrzebnie. Gdy ryk ucichł, dziewczynka, podskakując na paluszkach, wykrzyknęła:
- Jesce! – Wykrzywiając paluszki rączek w szpony, przyłożyła do buzi i naśladowała ryk goryla – głaaaaaaa…
Rocko zdębiał. Zrobił face-palm, odsłaniając, po chwili swoje zwierzęce oblicze. Wyglądał jak by się uśmiechał. Pogładził dziewczynkę po głowie. Znowu zapadła cisza.
- Co się zbliża – zapytałem patrząc na Ruska, unikając smutnego tematu. On zamiast odpowiedzieć, spojrzał na Czarną, która zaczęła:
-   Ruda, była na północy i widziała…
- Tak, widziałam – Przerwała jej rudowłosa dziewczyna, która właśnie weszła do pokoju. zasiadła za stołem, pełnym jedzenia – Strzeż się krucjaty martwych, przeciwko żywym. – trzymając kawałek mięsa, wskazała palcem w moim kierunku – Prowadzi ich szalony kaznodzieja. Widziałam ich – powtórzyła, kiwając głową – Miesiąc temu, może dwa. Naliczyłam wtedy ponad setkę człapiących w naszą stronę ożywieńców. Każdy z nich, ma na piersi, namalowany czerwonym sprayem, krzyż. Idą tu, zrobić piekło na ziemi, a my znajdziemy się w jego centrum. – zamilkła na chwilę, bacznie mi się przyglądając – Możesz wołać mnie, Ruda. Nawiasem mówiąc, droga do pancerniaków, jest w miarę czysta.
„Ostatnią kulą, jak opłatkiem, się podzielić”
Wrzesień, 2013
Za brudnym oknem zaszło już słońce. Siedzę oparty o przewrócony mebel. W ręku ściskam wyłamaną nogę od stołu. Cały pokój huczy od trzasków i dźwięku dobijania się do drzwi. Czuje jak cała podłoga podskakuje unosząc w górę kurz. Przyciskam twarz do kawałka mebla, który pachnie starymi czasami. Drewniany kółek, ktory ma być moją ostatnia bronią i zastanawiam się „jak, do tego doszło”, że znowu zostałem sam.
Próbuje przeanalizować, krok po kroku, ostatnie trzy godziny.
Zjedliśmy. Czekając na Rudą kompletowaliśmy sprzęt.
- Młody – Tak zaczęli na mnie wołać,  jak stwierdzili „póki czegoś nie wymyślimy, innego” – idziesz z nami? Zapytał Rusek.
- A co z małą? – zapytałem.
- Maleństwo śpi, umyte i nakarmione – powiedziała Czarna, wchodząc do pokoju.
- To idę i tak muszę swoje graty zebrać z tamtej okolicy.
- Super, tylko ubierz to. – powiedziała Czarna podając mi kilka par wysokich butów – znajdź swój rozmiar.
- Po co kalosze? – zapytałem.
- Zobaczysz – powiedział rosły motocyklista, z sarkastycznym Uśmiechem – zobaczysz.
Dotarcie do Rosomaka zajęło nam kilka minut. Przyczailiśmy się kilkanaście metrów od rozbitków. Rzut oka na okolicę i Czarna dała dyskretny znak gorylowi i puściła oko. Rock wyskoczył z naszej kryjówki, unieszkodliwiając kilku na swej drodze. Dobiegł do samochodu, wskoczył na dach i machnął do nas. W tym samym momencie ze środka wychyliła się postać. Kiwnął do nas i zeskoczył tuz za wóz opancerzony.
Dobiegliśmy na miejsce, ulica skryta jest w półmroku. Gdy zajrzeliśmy za samochód, mężczyzna wyjmował z głowy jednego z umarlaków długi nóż. Podejrzewam, że to Messer we własnej osobie. Chuda niepozorna postać, ubrana w czarne bojówki, wojskowe glany i koszulkę na ramiączkach, po zęby była obładowana bronią białą. Już na pierwszy rzut oka widać, że kocha ostrze. Nagle, nie patrząc nawet w tamtym kierunku rzuca nożem w ciemność. Słychać głuchy dźwięk i osuwajace się z ciemności powalone ciało zombie, więc ostrze odwzajemnia jego uczucia. Stoi nasłuchując, a palce obracają rzutkami. Cisza.
Podszedłem bliżej, do stalowej maszyny. Zapadając się na miękkiej powierzchni cieszyłem się z kaloszy, które mam na nogach.  spojrzałem w dół zobaczyłem górę, która pokonała wszędołaza. Zombie rozjechane wozem opancerzonym.  Czarna poślizgnęła się na warstwie umarlaków, uwalniając potworny odór. Zgięła się, wypuszczając z siebie obiad. Rusek założył na twarz chustę i dodał:
- Będzie ciężko.
Czarna podniosła głowę. Spojrzała na niego, jedną ręka zasłaniała usta, a drugą pozdrowiła Ruska, środkowym palcem
Otworzył się właz desantowy. W progu pojawił się krótko przystrzyżony, ubrany w moro człowiek. Poznałem, że to jest ten sam który rano osłaniał nasz odwrót. Pewnie Saldat – Żołdak – pomyślałem.
- Saldat, – odezwał się Rusek, co mnie utwierdziło, ze to właśnie ON -  a Ty tylko czekasz, aż posprzątamy.
- Sorry stary, ktoś musiał obserwować okolice, jak by trzeba było wam tyłki ratować. Posprzątać mówisz, wy nawet nie zaczęliście tego robić. – Dodał rzucając mu szpadel.
- Śmierdząca robota. – Przeklął Rusek, dobijając jednego z ruszających się zombie. I odciągając go z drogi, tak jednego po drugim.
- Pi***ol to. – odpowiedział żołnierz, wyskakując ze środka. Na ramieniu trzymał stalową line, której koniec zamocowany był do wyciągarki. Dobiegł do najbliższego słupa i obwiązał wokół, zaczepił hak.
- This should do the trick -wyszeptał do siebie.
Obszedł samochód. Podszedł do jednego z kół. Przeklął pod nosem:
- Ten się nawinął, na oś. – Wszedł do wozu i wrócił z łomem. Dobił, wyciągającego w jego stronę ręce, zombie. Założył wielkie rękawice i po kawałku oddzielał zezwłok od osi, klnąc przy tym niemiłosiernie. Gdy zerwał ostatni kawałek oparł się o maskę i zwymiotował.
- dobra, gotowe. Wyciągamy Wóz i spadamy. – powiedział Saldat, sprawdzając naprężenie liny.
- To twoje kilka minut, Młody skikaj, po swoje rzeczy. – Powiedział do mnie Rusek. – Czarna idź z nim. Żeby się nie zgubił, HAHA
Wskazałem jej budynek opuszczonego hotelu, w którym zostawiłem rzeczy. Szliśmy powoli, wzdłuż budynków. W uliczce przecinającą zauważyliśmy grupkę ożywieńców. Czarna dała znać Rudej, która obserwowała okolicę, ta odmachnęła jej. Przeszliśmy dalej, aż doszliśmy do budynku, w którym zostawiłem torbę. Odblokowałem drzwi i weszliśmy do góry. Znalazłem pokój. Wychodząc usłyszeliśmy, cichy szept.
- Tak, zaraz sobie pójdą –
Głos dochodził z drugiego końca długiego korytarza. Poszliśmy tam. Dochodząc do drzwi zauważyłem postać, skuloną pod oknem. Trzymała brodę na kolanach, a rękoma oplatała nogi. W pewnym momencie spojrzała na nas, bladym nieprzytomnym spojrzeniem, pełnym szaleństwa. Zerwała się na równe nogi i dobiegła do drzwi, myślałem, że ucieszyła się na nasz widok, ona zamiast tego zatrzasnęła drzwi z głośnym hukiem i zamknęła na klucz. Kątem oka zauważyłem jeszcze, siedzących przy stole, przywiązanych do krzeseł Zombie. Szaleństwo z jej oczu było realne. Z wnętrza znowu dobiegał głos:
- Zaraz sobie pójdą
Hałas, który spowodowały zamykające się drzwi wywołał dziwny szum, na korytarzach opuszczonego hotelu.
- Może przejście, przez drugi pokój znajdziemy? – Spojrzałem, Czarnej w oczy, pełne nadziei.
- Nie uratujesz całego świata, DZIEWCZYNO! – pomyślałem – Spróbujmy. – powiedziałem.
Weszliśmy obok. Pusty. Obeszliśmy pokój, nie było przejścia do sąsiedniego pokoju. Na zewnątrz usłyszeliśmy kroki, lub człapanie. ONI. Czarna doskoczyła do drzwi i zamknęła je.
Położyła palec na ustach. Spojrzałem przez okno, było widać, naszych towarzyszy, jak siłują się z rosomakiem. Wyciągarka nie dawała rady, więc Rock złapał jedną z lin i przeciągał samochód. Rusek z niedowierzaniem złapał się za głowę
Odwróciłem się do Czarnej, siedziała, na łóżku. Zamyślona, jej zielone oczy, były daleko stąd. Nie mogłem się domyślić gdzie, ale wiedziałem, kiedy. Jak My wszyscy, ucieka do czasów przed, tym wszystkim. Kiedy to żywi byli panami ulic, a Ci, którzy powinni być pogrzebani, byli pogrzebani.
- Nad czym tak myślisz? zapytałem, siadając obok i przerywając cisze. Przez chwilę jeszcze tkwiła w zamyśleniu. Po chwili spojrzała, na mnie. Uśmiechnęła się.
- Jutra nie będzie… – powiedziała i pochyliła się do pocałunku.
„To ból wśród nieszczęść, uczynił Cię skałą” LT
Wrzesień, 2013
Pachniała deszczem. Oczy mieniły się lazurem, w świetle ostatnich promieni dnia. Jej usta były już bliskie moim, gdy gęstą od feromonów ciszę przerwał głośny huk. Chwila później przeraźliwy ryk.
- Rock! – Doskoczyła do okna, ja zaraz za nią. Na dole zauważyliśmy złamaną latarnie, przewróconą na wrak samochodu. Z całej okolicy wylewała się fala ożywieńców. Mogliśmy tylko patrzeć, jak ich otaczają. Wielka małpa osłaniała odwrót towarzyszy. Goryl pomógł zamknąć właz, odwrócił się do hordy zombie i znowu wydał z siebie ryk, który wprawił szyby w drżenie. Następnie zaciągnął kaptur głębiej na twarz i ruszył w stronę tłumu. Skutecznie go powstrzymując.
Zauważyłem jak powoli z trudem  zaczął wytaczać się Rosomak.  Wypluwał, spod siebie, kawałki zgniłego mięsa. Wyjechał, na twardy kawałek asfaltu, wtedy zatrzymał się i zaczął trąbić. Dlaczego? Może chce odciągnąć zombie od Rocka i od nas? Po chwili z wieżyczki wychyliła się postać. Coś krzyczał, to chyba Rusek. Wskazywał ręką tył wozu opancerzonego. Rock obejrzał się, chwile się zawahał, gromada truposzy nakryła go, martwą masą. Cokolwiek do niego krzyczał, było za późno. Czarna zasłoniła oczy, odwróciła w moją stronę i wtuliła w ramię.
Zauważyłem jak Rosomak ruszył, ale trzymała go jakaś siła. Są uwięzieni, w dwojaki sposób. W blaszanej puszce otoczonej sforą głodnych bestii oraz na stalowej linie.
Chwilę koła pojazdu zrywały asfalt, następnie ruszał tył – przód, próbując wyrwać kajdany. Bezskuteczna walka. Później chwilę stał, w tym czasie wóz został szczelnie otoczony, przez zombie. W pewnym momencie, z włazu na szczycie samochodu pojawiła się jakaś postać. Na głowie założony miała kask motocyklowy. Pomyślałem ,że to Rusek, ale ruchy sugerowały, raczej kobietę. Ruda. Z gracja kobiety-kota, przez morze wyciągniętych rąk, przeskoczyła na dach sąsiedniego samochodu. Za dziewczyna wyszedł Messer i rzutkami osłaniał jej każdy krok. Wyszedł tez Rusek, który natomiast chronił nożownika, kopniakami i szpadlem, pacyfikując wspinających się na wóz. Kocica dotarła bezpiecznie do wraku, na którym „zacumowany” był Rosomak. Chwile szarpała się z liną, zaczęła machać do reszty. Prawdopodobnie, że nie da rady jej odczepić. Kierowca źle zrozumiał jej gesty i ruszył lekko do przodu, wraz z nim złom, na którym stała Ruda. Zakołysała się i spadła w tłum, przewracając kilku zombie. Natychmiast wstała. Trzymając jednego z truposzy za szyje, zadała celny cios głową drugiemu, powalając go. Zbita szybka odsłoniła zacięte spojrzenie kobiety. Przytrzymywanego za szyję pchnęła w nadciągającą grupę. Łokciem stłukła szybę samochodu, o który się opierała. Celnym kopniakiem powaliła jednego z biegnących w jej kierunku sztywniaków i tą sama nogę wsunęła do samochodu. Szybkim ruchem zdjęła kask, odsłaniając burzę rudych włosów, rzuciła nim w jeszcze jednego głodnego. Jak wąż, w ułamku sekundy zniknęła we wnętrzu samochodu. Przez tylną szybę jeszcze widziałem jak pierwszego, który próbował się dostać do środka, jednym obcasem przytrzymała pod sufitem, a drugim przebiła głowę. Obwiązała mu szyje pasem, tworząc z niego skuteczną barykadę. Była, póki co bezpieczna.
Czarna katem oka obserwowała, ze mną wydarzenia na ulicy, cały czas drżała.
Nagle głodna tłuszcza zaczęła w nienaturalny sposób falować, by następnie wybuchnąć, bezgłośnie w powietrze. Wśród odskakujących w różnych kierunkach, na znaczne odległości zombie, zarysowała się postać. Wielka góra mięsa, lekko pochylona, w czarnym płaszczu, habicie. Tak to Rock. Cały we krwi, oblepiony resztkami. Martwy. Pochylił się jak zawsze. Spojrzał na chowających się do pancernego pojazdu, a później zauważył szamoczącą się w samochodzie Rudą.
- Rock, Rock, to nie możliwe… – szeptała Czarna, czułem jej oddech i wilgoć, gdy z jej oczu popłynęły łzy. – Koszmar…
Zobaczyłem jak wielki goryl rozpędza się w stronę samochodu, w którym jest Ruda. Bez dwóch zdań, Rocko po drugiej stronie, to wróg, którego najtrudniej będzie pokonać. Do niedawna przyjacielskie ramiona wielkiego stworzenia, teraz stały się  maszyną do niszczenia. Biegnąca małpa wpadła w samochód, z całym impetem. Następnie wyrwała drzwi, jak by to była plastikowa zabawka, odrzucając je daleko. Gdy Rock sięgał po Rudą, serce podskoczyło mi do gardła i poczułem, jak tulące się do mnie ciało, osuwa się. Mdlała, przytrzymałem ja, mówiąc, niby do niej, ale raczej do siebie:
– Nie patrz.
United we fall
Wrzesień, 2013
- To koniec – powiedziała – wiesz dlaczego przetrwalismy? Tak długo?
- Dlaczego – spytałem, wiedząc, że Czarna nie oczekuje tego.
- Każde z nas, niezależnie gdzie było dnia siódmego, teraz jest samo. Może to czas, najgorszych instynktów. Chronienia swojego tyłka. Miękkie serce to słabość, która prowadzi do zguby. Mój facet, pierwszego dnia mówił „JA Cie uratuje”, później wszystko wymknęło się spod kontroli. W jednej chwili ciągnął mnie za rękę w „bezpieczne” miejsce, w drugiej… – spuściła oczy – Albo Rusek, miał rodzinę, próbował ich ochronić, nie mówi o tym, ale stało się coś strasznego. To nie film, nie uratujesz nikogo, im bardziej Ci zależny, tym trudniej ich stracisz. Każde z nas walczy z tym wewnętrznym zezwierzęceniem. Dlatego uratowałeś to maleństwo, a My Ciebie. Co dalej. Nie myśl, że winie Ciebie o to, żądne z nas na pewno tego nie robi, ale dotarliśmy do punktu o krok nad przepaścią.
- No właśnie, ta akcja ratunkowa, to nadzieja – przerwałem jej – Gdyby nie Wy już bym był martwy. – Spojrzałem przez okno, ukradkiem. Zobaczyłem, jak Goryl jedną ręką trzyma szamiącą się dziewczynę, a drugą wyrywa kolejne drzwi samochodu.
- O w mordę! – wykrzyknąłem bezwiednie.
- Wiem, nie chce na to patrzeć, to mój przyjaciel i moi…
- Haha, musisz to zobaczyć. – Dziewczyna spojrzała na mnie skonsternowana i zszokowana, bo jak mogę kazać oglądać, jak Rock zabija jej przyjaciół. Spojrzała i oniemiała, jej pochmurna twarz rozpromieniła się nadzieją.
Nagle, ku naszemu zaskoczeniu, goryl przerzuca Rudą przez ramię, jak niedawno mnie. Drzwiami, jak tarczą osłania się, rozrzucając zombie na boki. Biegnie w stronę Rosomaka, gdzie na wieżyczce pojawia się Messer, uzbrojony w noże. Załoga pancerza, jest najwyraźniej równie pogubiona, jak My. Goryl podał Rudą. Messer przytulił ją. Rocko krótkim warknięciem przypomniał im, że to nie miejsce na wylewność. Schowali się, a Goryl, jak dyskobol rzucił drzwiami, które sunąc przez fale umarlaków strąciła kilkadziesiąt głów. Dobiegł do końca zaczepionej liny, odplątał ja, dał znak do Rosomaka. Chwycił słup, środku i zaczął oczyszczać teren biegnąc przed samochodem zgarnął kilkanaście sztywniaków. Dojechali, na wysokość hotelu. Kierowca pancerza zatrąbił, dał kierunek w naszą stronę. Goryl skinął głową, trzymając za szlabanem słupa napierającą, coraz większą armię nieumarłych. Wóz pancerny skręcił jednak w druga stronę niż dawał znak. Stanął naprzeciwko. Nagle ruszył do tyłu, z całą siłą wbijając się w ścianę budynku, na wysokości wejścia. Hotel zadrżał. Rocko nie czekał długo, rzucił w tłum resztki słupa, wskoczył na rosomaka, wybił się w górę do najbliższego gzymsu, wybił szybę i znalazł się w środku. Wtem ciszę rozdarł krzyk:
- Oni tu są, wszędzie!! – rozległ się głos i głośne walenie do drzwi, naszych i następnych, na całym piętrze, wołała wariatka, z pokoju obok – uciekajcie, brońcie się.
- Wychodzimy, zanim się tu zaroi od NICH. – Powiedziała Czarna – Trzeba znaleźć tą dziewczynę. – dodała.
Wychyliłem się delikatnie zza drzwi. Pusto. Póki co. Na całym pietrze wszystkie drzwi były pootwierane. Wolnym krokiem, zmierzaliśmy do klatki schodowej.
- Rock – nagle, wyszeptała moją towarzyszka i zaczęła wchodzić do jednego z pokoi.
- Tak szybko tu się znalazł? Pomyślałem, gdy z cichym jękiem i hukiem uderzając o ścianę korytarza wypadła Czarna, a z nią wielki tłuścioch. Zęby wbite miał w jej karwasz. Jego ręce miotały się ślepo po ścianie tuż, za nią.
Moja Lorelei
Wrzesień, 2013
Doskoczyłem do nich, natychmiast. Chwyciłem górę tłuszczu za ramię, by założyć dźwignię. Odchyliłem jego rękę  do tyłu, która z cichym trzaskiem się wyłamała. Z urwanego ramienia wydobył się odór przyprawiający o mdłości. Machający przed moja twarzą kikut, na chwile mnie zahipnotyzował. Odrzuciłem kawałek zombie. Chwyciłem w dłoń myśliwski nóż i z całej siły wbiłem mu w głowę. Opadająca na ziemie masa pociągnęła za sobą Czarną. Wbite w karwasz zęby zawarły się, w śmiertelnym szczękościsku. Dziewczyna, próbowała wyrwać uwiezioną rękę, bezskutecznie. Nawet z moja pomocą było to trudne. Wyjąłem nóż z głowy truposza i próbowałem wcisnąć między, odkryte zgnilizną szczęki. Nagle usłyszałem za swoimi plecami kroki, na schodach. Z cicha nadzieją, że to nasi znajomi, odwróciłem się kucając. To by było zbyt piękne – pomyślałem, gdy pierwszy z zombie wszedł na korytarz.
- Uciekaj – wyszeptała Czarna – nie zdążymy razem, pamiętaj im bardziej zależy Ci, tym trudniej stracisz…
Chwyciłem ją za rękę, położyłem jej dłoń na rękojeści noża, wstałem. Jej oczy posmutniały, jak by wiedziała, że ją zostawię. Pochyliłem się pocałowałem w czoło i bez słowa odwróciłem się. Spojrzałem na zombiaka, wysoki, ubrany w nienaganny garnitur, lekko skrojony na potrzeby zombie apokalipsy, z kunsztownie oberwanym rękawem, elegancko wyciągniętą połową koszuli ze spodni i krawatem, zaciśniętym na tyle mocno, że wrzynał się w szyje, a le też tak słabo, że głowa trzymała się jeszcze w pionie, lekko kołysząc.
- W drugą stronę, uciekaj – usłyszałem, jak wyszeptała, ciągle walcząc nad uwolnieniem ręki.
- A czy JA, powiedziałem, że uciekam? – wysyczałem. – Nie zmarnuj tego czasu.
- Oszalałeś! – cicho krzyknęła. Jej głos zniknął mi za plecami, gdy rozpędzony wpadłem na drugiego zombie, który wyszedł. Zepchnąłem go na resztę, która zmierzała, na górę. Lalusia chwyciłem, za bawełniany krawat, chcąc go rozbujać na tłum kroczący w moją stronę. Rozdzielona na dwa kawałki kukła padła, na ścianę obok, a głowa potoczyła się w stronę schodów. Zrobiłem dwa kroki, wzdłuż korytarza, zauważyłem, że z drugiej strony tęż wypełzł już jeden z NICH. Spojrzałem, na bezgłowy zezwłok, który ześlizgując się ze ściany zostawił na niej, wielką mazę brunatnej krwi. Upadając potrącił gaśnicę, za którą natychmiast chwyciłem. Powalając nią, jednego z ożywieńców, ciosem w czoło, odpaliłem strumień mgły. Skierowałem strumień w dół klatki schodowej. Cofając się zasłoniłem białą  zasłoną skondensowanej pary, Czarną. Zanim zniknęła, nawet moim oczom, zauważyłem  jak podnosi się uwolniona, z uścisku.
Prawie pusta butlę rzuciłem w stronę schodów, wbiegłem do góry, robiąc, jak najwięcej hałasu. Spojrzałem w dół, w półmroku zauważyłem spory tłum, kroczących, w moją stronę. Wbiegłem, może dwa piętra w górę, gdy usłyszałem dziewczęcy głos:
- Tutaj!
Wychyliłem się, zerkając na korytarz. Na końcu którego stała postać, zarysowana na tle okna, wołająca i machającą. Wlewające się ostatnie promienie słońca w okna zaraz za nią nie pozwalały poznać, kto to, ale to Czarna, poznałem jej kurtkę.
Cały czas słyszałem jej zmęczony głos mówiący „Tutaj” i coś jeszcze, co ledwo dostrzegalne dla ucha. Gdy byłem bliżej, usłyszałem to głośniej.
- Tutaj, a dołączysz do swojej dziewczyny! To nie Ona, tylko dziewczyna z pokoju „obok”, ubrana w znaną mi, ale zakrwawioną kurtkę. Zatrzymałem się w pół kroku, usłyszałem jeszcze jej śmiech, gdy oddzielil nas tłum zombie. Zerknąłem, za siebie, pogoń już tez tu była, odcinając wszystkie drogi ucieczki. Nie zastanawiając się, wykopałem drzwi, zaraz obok mnie. Zastawiłem wyjście, przewracając jedną z szaf. Usłyszałem, za sobą cichy pomruk, odwróciłem się. Zauważyłem półnagą kobietę w ledwo okrywajacym ją szlafroku, przesiąkniętym krwią z przebitej klatki piersiowej. Odskoczyłem, wpadła na stół, przewracając, go. Nie czekając, kopniakiem złamałem jedną z nóg mebla, chwyciłem i zamachnąłem się, najpierw podcinając zombie, później roztrzaskując jej głowę. Zmęczony, padłem za przewrócony stół.
Spojrzałem, na stopę, którą złamałem nogę stołu, przyzwyczajony do glanów, dopiero poczułem jak, w kaloszu, noga pulsuje, od tego uderzenia. Przy wtórze zombie dobijajacych się do moich drzwi, przeszło mi przez myśl: „jak, do tego doszło”.
Czarna
Wrzesień, 2013
Odprowadziła wzrokiem wysokiego, ubranego w skórzaną kurtkę i jeansy chłopaka.
- Oszalałeś – wyszeptała – powodzenia -pomyślała. Gdy z wywołującym ciarki chrzęstem wyrwała się z uścisku truposza, spojrzała, jak Młody znika w chmurze jakiejś pary. Zrobiła kilka kroków w tamtą stronę, gdy pod jej nogi pokulała się głowa, jednego z zombie. Zatrzymała się i tuż przed jej twarzą, w gęstwinie białego dymu zamajaczyła postać,ko lekko kołysząca się, już miała chwycić Młodego za rękę, gdy zorientowała się, że to nie ON. Zaraz za zmorą pojawiła się druga, a na schodach powyżej słyszała głośne uderzanie butami i okrzyk „za mną pokraki”.
Czarna cofnęła się o krok, gdy nagłym bólem głowy zawirował świat. Ostatkiem sił odwróciła się i zauważyła kobietę, przez którą mają tyle kłopotów. Trzymała w ręku kij do hokeja. Zanim zapadła ciemność Czarna zauważyła jak z dziwnym uśmieszkiem wycierała krew z jego końca.
Nagłym szarpnięciem, obudził ją dźwięk telefonu. Podniosła oczy, była w swoim łóżku, za oknem świtało, jednym okiem spojrzała, na ekran telefonu. Dzwoni Robert. Odebrała zdenerwowana:
- Oszalałeś? Jest czwarta nad ranem. Upiłeś się?
- Jesteś w domu? usłyszała w słuchawce, ledwo słyszalny, przerywany trzaskami głos chłopaka.
- Tak! Co to za pytanie? Odpowiedziała.
- Zostań tam i czekaj.
- Chyba nie myślisz, że teraz Cię…
- Słuchaj, po prostu nie wychodź dziś nigdzie, postaram się dotrzeć po… Przerwało połączenie, nagłym trzaskiem. Spojrzała, na telefon, zero zasięgu. Rzuciła aparat, na poduszkę obok. Położyła głowę i już po chwili, nie wiedziała, czy to tylko sen. Noc była ciężka, a przez nagły telefon stała się nieznośna, ciągłe syreny i biegający ludzie.
Nie miała zamiaru wstawać wcześnie. Syrena wyjąca na dachu pobliskiej szkoły  pokrzyżował jej plany. Ocknęła się po dłuższej chwili. Przetarła oczy. Spojrzała, na godzinę, za piętnaście siódma.
- Co znowu! – wysyczała, jak najgorsze przekleństwo. Przeciągnęła się, usiadła na łóżku, ogłuszona wyciem syreny. Po chwili skupienia zauważyła, że wyją w całym mieście. Przypomniał jej się nocny telefon, ale nadal nie była pewna, czy to nie był sen.
Chcąc się tego dowiedzieć chwyciła, za telefon, na ekranie, którego wyświetlone było „brak sieci”
- Super – pomyślała. Przygotowała sobie ubranie „na dziś”. Lekka sukienka, czarna koszulka, biustonosz pod kolor i szpilki. Wzięła ręcznik i poszła do łazienki, kolejna porażka dzisiejsza, brak wody.
- Pięknie się tydzień rozpoczyna – krzyknęła.
Usłyszała nerwowe pukanie do drzwi. Założyła różowy szlafrok, podeszła do drzwi i spojrzała, przez judasza. Robert.
Poprawiła okrycie, założyła łańcuch i uchyliła drzwi. Chłopak  był poobijany, twarz miał podrapaną.
- Czyli jednak upiłeś się i… – przerwała myśl – dzwoniłeś w nocy?
- Tak, stało się coś, strasznego… Spakuj się, zabiorę Cię w bezpieczne miejsce.
- O co Ci chodzi? Powiedziała.
- Po prostu mi zaufaj, proszę. – uśmiechnął się nerwowo.
Zamknęła drzwi, by odpiąć łańcuch. Wpuszczając Roberta, ściągnęła dół krótkiego okrycia.
- Tylko sobie, niczego, nie obiecuj, jeszcze pogadamy o tym, co nabroiłeś.
- Co tylko chcesz… Tylko ubieraj się.
Dziewczyna wzięła, przygotowane wzięła, przygotowane wcześniej ubranie i poszła, do łazienki. Przymknęła drzwi, które lekko się odchyliły. Robert zauważył, w owalnym lustrze  wiszącym nad umywalką jej nagie plecy.  Zaczerwienił się, ale nie odwrócił wzroku. Czarna zapinając stanik zerknęła, przez ramie ich wzrok spotkał się na chwilę. Nogą domknęła drzwi. Po chwili wyszła ubrana. Chłopak spojrzał zdziwiony.
- Ślicznie wyglądasz w tym, ale ubierz coś luźniejszego…
- To jest  za mało luźne? Zapytała zdenerwowana.
- Dobra, niech będzie. Spakuj jakieś dresy, jeansy bluzy. Co tam potrzebujesz. – Odpowiedział chłopak, nerwowo patrząc na zegarek, wstał i podszedł do okna. Na dole, przy wtórze, na zmianę wyjących ,syren przejeżdżały samochody policyjne, karetki i straż pożarna, a czasem ktoś przebiegał. Całe miasto drżało, nieznanym, stare kamienice patrzyły okolice z dziwnym przerażeniem. Wąskie, boczne uliczki stały się jeszcze ciaśniejsze. Jakby, cały świat chciał się, na chwilę przyczaić. Nawet drzewa w pobliskim parku kołysały się w rytm marsza pogrzebowego, ptaki pouciekały gdzieś, tylko ciemne chmury wypełniały przestrzeń, między ziemią lub raczej piekłem, a niebem. Zamyślonego chłopaka, z zadumy wyrwał głos:
- Już. To gdzie mnie wyciągasz, modelu? Powiedziała z szerokim uśmiechem, trzymając w obu dłoniach, tuż przed sobą, dużą torbę sportową.
- Na pewno masz wszystko? – Powiedział szyderczym tonem. – Masz zapasy jakieś jedzenia? Najlepiej puszki. Mają dłuższy termin ważności. – Dziewczyna skrzywiła usta, przymrużyła oczy i stwierdziła:
- W szafie coś powinno być.
Do drugiej torby spakowali zapasy. Dziewczyna spojrzała jeszcze, czy czegoś nie zostawiła i powoli zamykając za sobą drzwi wyszli.
- Zaraz, tu mam zaparkowany samochód. – Stwierdził, wskazując kierunek. Ulica była pusta. Biegały tylko liście i nie pozbierane śmieci. Gdy dziewczyna zobaczyła jego samochód, zdębiała.
- Co Ty z nim zrobiłeś? Wykrzyknęła dziewczyna -  Lampa zbita, maska pogięta, szyba popękana. O Boże! Potrąciłeś kogoś? Powiedziała wskazując lampę, zakrwawianą szybę i włosy między jej popękanymi kawałkami. Kurde, jak ściga Cie policja i musisz się ukrywać, to mnie w to nie mieszaj.
Chłopak spojrzał na nią, opuszczając torby na ziemię i otwierając bagażnik powiedział:
- Nie, tak, to skomplikowane. Zaufaj mi.
- Jak mam Ci zaufać? Skoro widzę tu… – Przerwała ściszając głos, zainteresowana zawartością bagażnika. – Po co Ci to wszystko? Cały swój arsenał wziąłeś? Ty naprawdę zaczynasz mnie przerażać.
Robert odłożył torby z powrotem na ulicę. Podszedł do dziewczyny, potarł po ramieniu. Ręce miała złożone na piersiach i podejrzliwą minę, jej wesołe z reguły oczy wbite były w chłopaka. Przytulił ja „nic się nie zrobiłem”, wyszeptał. Rozejrzał się po pustej ulicy i wrócił do pakowania bagaży. Musiał zrobić co nieco miejsca, na torby dziewczyny. W tym czasie Czarna układała sobie w głowie całą sytuację. Gdy tuz obok niej przebiegła kobieta, potrąciła ją i upadła. Czarna doskoczyła do kobiety natychmiast.
- Nic pani nie jest? Zapytała łapiąc za łokieć, by pomóc wstać. Kobieta miała brudne ubranie, podrapane dłonie była jednocześnie wiotka, a stawy były sztywne zarazem. Nagle kobieta, zaczęła odwracać powoli twarz, w stronę Czarnej. Oczom dziewczyny ukazał się straszny widok, blada, starsza kobieta z dzikim spojrzeniem, która dygocąc
- Świat oszalał, a Ty jeszcze ludziom ufasz? Staruszka podniosła się i zaczęła biec lekko kuśtykając. Zdziwiona Czarna odprowadziła ją wzrokiem. Poczuła, za sobą obecność. Robert.
- Widziałeś to? -  zapytała – Dziwne. – Dodała odwracając się, do swojego chłopaka. Podniosła wzrok, by naprzeciw siebie, zamiast Roberta zobaczyć kogoś innego. Coś innego. Lekko pochylona postać mężczyzny wpatrywała się w dziewczynę. Jego oczy przewracały się, a jego źrenice były nienaturalnie szare,  momentami było widać naczynka, które zamiast czerwone były czarne. Stał dosyć blisko, ale jak by jej jeszcze nie widział. Źrenice poruszały się skokami, góra dół, prawo, lewo, czasami po prostu znikały pod powiekami. Jego szara skóra, przyprawiła Czarną o mdłości, a rozbity na miazgę nos o ciarki. W pewnym momencie odwrócił nieobecny wzrok, od nieruchomej dziewczyny. Ona zrobiła krok do tyłu i zapytała.
- Wszystko z panem w porządku? Jakoś… – Nie zdążyła dokończyć pytania, gdy jego głowa w jednej sekundzie odwróciła się w jej stronę, a oczy przestały nienaturalnie falować i wbiły w nią szare spojrzenie.
- Whaaaamaam – wydobył z siebie nienaturalny krzyk, jakby samymi mięśniami wydobył z płuc resztki powietrza, które losowo uruchomiło struny głosowe. Już jego palce, niemal dotykały jej gładkiej łabędziej szyi, gdy głowa Sztywniaka, oddzielona od korpusu poszybowała tuż nad dziewczyną. Za opadającym z głuchym plaskiem ciałem stał Robert, drżąc trzymał w ręku, jedną ze swoich średniowiecznych zabawek, japoński miecz.
***
- Majaczy? Powiedział ubrany w łachmany człowiek, do kobiety w brązowym płaszczu. – Za mocno, ją uderzyłaś. A ten jej przyjaciel?
- W potrzasku, pokój 610. niech tam siedzi. Dokończ tego tutaj i wtedy JĄ. Później ten tam. Na razie nie ucieknie. Całe piętro pełne, naszych przyjaciół.
- Robert, Robert, nie rozumiem… Krzyknęła Czarna.
- Niech sobie gada, zacznij od języka. Mój ulubiony kawałek.
***
Stali naprzeciw siebie. Czarna wpatrzona w Roberta, który trzymał jeszcze miecz.
- Co to było, co Ty zrobiłeś? – Wydusiła z siebie, bez tchu. – Oszalałeś? Potrzebował naszej pomocy, a Ty go zabiłeś. – Odwróciła się, zobaczyła biegnącą w ich kierunku grupę. Był wśród nich policjant. – Tutaj, ON zwariował, to nie jego wina! – Krzyczała, nagle poczuła na sobie ręce Roberta, który próbował wepchnąć ją do samochodu. – Zostaw mnie!
- Proszę wsiądź do samochodu! – Wepchnął ją na tylne siedzenie, szybkim ruchem załączył blokadę rodzicielską, na drzwi i sam wskoczył do samochodu. Zatrzasnął w ostatniej chwili drzwi, gdy bezwładnie, z całym impetem cała grupa wpadła na samochód. Czarna jeszcze chwilę walczyła z drzwiami, do momentu gdy policjant, z nienaturalnym grymasem, prawie roztrzaskał szybę tuż przed twarzą Czarnej. Wpatrując się w nią szarymi oczami, bez zawahania uderzał raz za razem. Jej oczom, spod pękającej skórą ukazały się mięśnie twarzy.
- Robert? To sen? Głupi sen?
- Niestety, NIE! Powiedział odpalając samochód. Ruszył. Pojechał wzdłuż ulicy. Czarna przez tylną szybę obserwowała, jak biegnie za nimi policjant i cała banda, jemu podobnych. Dodał gazu, miasto, pogrążone było w chaosie. Gdzieniegdzie ktoś, jak oni próbował wydostać się z miasta. Jechali długą, prostą ulicą, nagle na przeciwległym pasie, zobaczyli samochód, który ciągnął za sobą spory tłum.
- Trzymaj się. – Wyszeptał Robert – Dodał gazu.
Nagle samochód naprzeciwko, mrugając światłami zjechał na ich pas. Przez chwile jechał na nich. Robert odbił na sąsiedni pas, nagłym ruchem skontrował kierownice i stracił kontrolę nad samochodem. W jednej chwili sunął bokiem, prosto między kroczących środkiem ulicy zombie. Zaszumiał mu w głowie krzyk Czarnej. Zgarnęli za sobą dużą grupę stworów, chłopak odbił kierownicę i dodał gazu. Złapał na chwilę przyczepność, gdy jeden z truposzy wpadł pod koła i znowu samochód poślizgnął się, robiąc bączka wbili się tyłem w drzewo. Czarna straciła przytomność.
- Kochanie! Krzyknął Robert, sięgając do tyłu, po miecz. Odwracając się zauważył, że przez drzwi zagląda już jeden z NICH. Nie zdążył jednak się obronić, poczuł jak szurając po kości jego dłoni wbiły się zęby. Przebił zombie mieczem i wysiadł. Z daleka widział, jak biegnie niewielka grupka. W głowie przypominał sobie, najlepsze filmy o czasach samurajów, by odtworzyć, na żywo balet z mieczem, w dłoni.
- Jestem ósmym samurajem! – wyszeptał, z zadziornym uśmiechem, ucinając pierwszemu z ożywieńców głowę. Szybkimi cięciami powalił kilku, gdy otoczyła go następna grupa. Znowu sprawnym cięciem rozdzielił ich z głowami. Jeden zaczaił się zaraz za nim, już miał pochwycić go, ale upadł bezwładnie. Robert odskoczył, obejrzał się. Spojrzał, na zombie, później na Czarną, która trzęsąc się trzymała łuk. Po chwili upadła, z płaczem. Podbiegł do niej. Podniósł.
- Uwielbiam Cię, z łukiem, moja elficka królewno. – Próbował odwrócić jej uwagę, od całego tego chaosu.
- Co się dzieje? Powiedziała i przytuliła się. Wsiedli do samochodu. Z trudem wyjeżdżając na asfalt, pojechali. Po długiej podróży dojechali, do małego domku, w lesie.
- Nasza leśniczówka. – Wyszeptała.
- Tak. Tu będziemy bezpieczni. – Odpowiedział, wyjął z bagażnika rzeczy i poszli do domku. Czarna przygotowała posiłek,  który zjedli, w milczeniu, każde układało w głowie, co się właściwie stało. Po kolacji przytulił ją.
- Jeden z nich ugryzł mnie. – Powiedział smutnym głosem, podnosząc zabandażowana rękę. – Nie wiem, czy to jest, jak z wampirami, czy stanę się IM podobny, ale uważaj na mnie. Wyjął zza siebie mały pakunek, to dla Ciebie. Jak bym stał się jednym z nich, wbij mi to w serce. – Dziewczyna wzięła niechętnie pakunek, otworzyła i zobaczyła długi cienki sztylet, zdobiony. Na końcu rękojeści miał zdobione serce. – To Mizerykordia, uśmiercano tym kiedyś rycerzy, którzy byli ciężko ranieni, podczas turniejów. Obiecujesz?
- Nie, nie umiała bym. – Wyszeptała.
- Proszę, weź…
-Wezmę, ale nie użyję. Nic ci nie będzie. – Wykrzyknęła i pocałowała go. Odwzajemnił jej pocałunek i po chwili zatopili się w sobie, jak jeszcze nigdy.
***
Otworzyła oczy i spojrzała, głowę miała ciężką i obolałą. Spojrzała po pokoju. Był półmrok, kątem oka zauważyła stół, na którym stały świece, a wokół stołu siedzących ludzi. Przyjrzała się i zauważyła, ze to zombie, przywiązane, które widzieli wcześniej z Młodym. Wokół nich biegał chudy człowieczek i karmił ich, czule przemawiając do nich. Co jakiś czas siadał na chwilę, na swoim miejscu i tez zjadał kawałek, chyba mięsa. W pewnym momencie wskazując talerz jednego z zombie, coś powiedział, pokazując w stronę Czarnej. Wziął naczynie i podszedł, dziewczyna udawała, że śpi, dopiero poczuła, że jest przywiązana do krzesła. Czuła, że jedna ręka jest skrępowana słabiej, że uda się jej uwolnić, ale nie teraz. Obszarpaniec z talerzem był coraz bliżej, znieruchomiała. Miała zwieszoną głowę, ale kontem oka zauważyła, że obok stoi drugie mebel z przywiązanym człowiekiem. Mężczyzna, średniego wieku, cały drżał. Zajęczał jeszcze, prawie bezgłośnie. Gdy oprawca, do niego podszedł.
- Dobrze, że nie masz już języka, bo byś narobił hałasu, pod niebiosa. – powiedział człowiek z talerzem, wbijając nóż w nogę związanego. Gdy wyrywał kawałek mięśnia, Czarna już nie musiała udawać, że śpi. Zemdlała.
***
Dzień siódmy
Obudziła się rano, zrobiła kanapki i poszła do Roberta, który już kilka ostatnich nocy spędzał w samochodzie, bo jak stwierdził „tak będzie, dla niej bezpiecznie”. Podeszła do samochodu, zapukała, jeszcze spał. Otworzyła drzwi, chcąc zrobić mu niespodziankę, zaczęła wsuwać się do środka. Chłopak był cały zmarznięty, trząsł się lekko.
- Noce są już zbyt zimne, żebyś tu nocował, rozchorujesz się. – Czarna strofowała chłopaka. – Wstawaj ciepła herbata czeka. – Potrząsnęła nim. Zaczął wolno się podnosić, był blady i osowiały ale z uśmiechem powiedział:
- Zróbmy piknik, weź koc i chodź tu na śniadanie, chyba już będzie ok, tylko teraz katar mnie bierze. – Odwzajemniła jego uśmiech. Pomachała palcem.
- No mówiłam, że się tylko pochorujesz, uparciuchu – mówiła idąc do domu po śniadanie.
Chwile później wróciła, Robert siedział na siedzeniu, jak go zostawiła. Zawołała go, ale nie usłyszał. Podeszła więc, żeby powtórzyć, otworzyła drzwi. Chwytając za ramię poczuła nieziemskie zimno. Odskoczyła gdy ze strasznym okrzykiem rzucił się na nią, wypadła z samochodu, w ostatniej chwili zamykając drzwi. Zatrzasnęła Roberta w samochodzie i siedząc na ziemi, oparta o drzwi popłakała się.
- Dlaczego, dlaczego… – Podniosła się po chwili, żeby zajrzeć do niego, a on uderzył głową w szybę, z nienaturalną siłą dociskał twarz do niej i przeciągał, wzdłuż, rozrywając gdzieniegdzie skórę nienaturalnym grymasem.
Czarnej przypomniała się prośba Roberta. Mizerykordia.
***
-  Mizerykordia!  Mizerykordia!  Mizerykordia!!! – krzyczała w majakach, nagle poczuła uderzenie w twarz.
- Ja Cie oduczę, darcia się po nocach! – Gniewnie wołał, odziany w łachmany człowiek, ściskał nóż, podszedł wściekły, do Czarnej, chwycił za dolną szczękę. Ściskał ja, by otworzyła usta, chciał uciąć jej język.
-  Miz-ery-kordia…  – Powtórzyła Czarna, zaciskając zęby, wpatrzona w niego. – Robert, nie umiałam… – dodała, nagle jej kat znieruchomiał, wielkie oczy zastygły w grymasie zdziwienia. Z gardła wydobył się głos:
- kth – więcej nic, osunął się, na podłogę, odsłaniając Czarną, z mizerykordia w uwolnionej dłoni. Szybko odcięła pęta, wstała, podeszła do Człowieka obok, który nadal drżał. Żył, ale był w opłakanym stanie, teraz zrozumiała ogrom szaleństwa, tego mieszkania. Zombie i kanibale, najgorsze połączenie. Spojrzała w oczy, człowiekowi, na krześle, przyłożył sztylet na wysokość serca, znowu spojrzała mu w oczy. Dał jej ciche przyzwolenie, zamknął oczy, a ona dała mu wieczny spokój. Po jej policzkach popłynęły łzy. Wiedziała, że to nie koniec. Podeszła do stołu, gdzie przywiązane były zombie. Jednego po drugim łączyła z wiecznością, przebijając głowę. Po wszystkim włożyła Mizerykordię z powrotem do pochwy, w bucie. Usiadła, zaraz za drzwiami. „Poczekam, na moją kurtkę” wyszeptała
Jeszcze na moment wróciła myślami do przeszłości, zobaczyła znowu twarz Roberta,, jak z dziwnym rozczarowaniem patrzył, gdy odchodziła, nie umiała odebrać mu życia, nawet po jego śmierci.
Czarne słońca
Październik, 2013
Siedziała zamyślona, wpatrzona w jeden punkt. Postawiła krzesło, tuz za drzwiami, żeby JĄ zaskoczyć, tak jak sama została. Migotliwe światło świec, które rozłożone były na stole oświetlały lekko wejście. Tylko cienie tańczące, na twarzach zombie dodawały im życia. Dziewczyna, co chwilę zerkała, czy żaden z nich się nie ruszył. Zmęczenie, w pomarańczowej fali świec osiągnęło zenitu, jej powieki stały się ciężkie. Starała się walczyć ze snem, w pewnym momencie przegrała. Jej duch myślami powędrował, gdzieś daleko.
- Już po wszystkim, proszę pani. – powiedział uśmiechnięty żołnierz – Wszystkie trupy sprzątnięte. Powoli można wracać do domów, w razie KONTAKTU, 112 już działa, dzwonić natychmiast, unikać fizycznej styczności.
- Dobrze. – Przytaknęła Czarna, zasuwając szybę, już miała ruszać za szlaban, gdy żołnierz znowu ją zatrzymał.
- Proszę zjechać na bok, JADĄ – powiedział z przejęciem, gdy zobaczyła konwój kilku ciężarówek domyśliła się, że wywożą ożywieńców. Każda z ciężarówek miała po dwa wielkie kontenery. Każdy kontener oznaczony był innym, kolorem. Gdy żołnierz zauważył czerwone oznakowanie, powiedział:
- W czerwonych wiozą „żywe”, w zielonych martwe.
- A żółte? zapytała
- Powiedzmy, coś pośredniego, kawałki i szkielety, które jeszcze wykazują objawy życia.
- Paskudne, po co? – wyszeptała.
- Pewnie chcą badać, kto ich tam wie… – Odpowiedział i dodał – ale to między nami.
Minęło ich pięć ciężarówek, a jechało przynajmniej drugie tyle, konwojowało ich kilka samochodów wojskowych. W pewnym momencie zrobił się dziwny szum, trąbienie potężnego klaksonu i jedna z ciężarówek wyjechała z kordonu, wpadając na eskortującego jeepa. Przechyliła się przejeżdżając po nim i naczepa z czerwonym kontenerem zaczęła niebezpiecznie się przechylać. Kierowca już prawie opanował ciągnik siodłowy, gdy naczepa zarzuciła nim i wpadł w tył ciężarówki przed nim, wybijając ją z drogi i podobnie jak ona, zaczęła wymykać się spod kontroli. Czerwony kontener wypadł z przyczepy, sunąc bokiem po asfalcie jak na lodzie. Zatrzymała się tuż przed samochodem Czarnej. Całość jednak trzymała gruba, mocna plandeka. Widać było pod nią ruch. Nagle ud góry plandeka zaczęła się odwiązywać, by po chwili na całej długości puścić, kontener pełen żywej śmierci wylał swoją zawartość, na ulicę, jak wysypują się ryby z sieci. Część z nich wlała się na samochód dziewczyny. Długo nie trwało, jak zaczęły wstawać. Szukając ratunku rozejrzała się, obstawa konwoju zaczęła strzelać, trochę na oślep. Lufa ckm-u aż świeciła rozgrzana. Jedna z serii uderzyła w inny, jeszcze stojący, czerwony kontener, robiąc w nim rząd dziur. Po chwili, w ich miejscu można było zauważyć, martwe ręce wyciągające palce, ku światłu.
Jeden z ożywieńców, który leżał na masce zauważył Czarną i zaczął uderzać pięściami w przednią szybę. Kobieta, podtrzymywała szybę, gdy zombie ostatnią szarżą uderzył głową i przebijając się do środka, zostawiając skórę twarzy na okruchach szkła. Wsuwał się pomału do środka. Czarna odpięła pasy, by uciec do tyłu. Odwróciła głowę, a tam siedział Robert. Na wyciągniętych rękach podawał jej serce, przebite sztyletem. Zerknęła na jego tors, otwarta rana odsłania miejsce pochodzenia narządu. Krzyknęła. Jego twarz i ręce momentalnie zmieniły się, skóra zaczęła blednąć, następnie szarzeć pękać, po chwili odsłaniając mięśnie, które gniły na jej oczach, aż został szkielet, który nadal trzymał serce, by ostatecznie bezwładnie opaść i zmienić się w pył znikając. Odwróciła twarz. W szybie przed nią było pusto, nie była na rogatkach, tylko na dole, zaraz obok rosomaka. Rozejrzała się i już miała wysiadać, gdy poczuła ruch zaraz za plecami. Na bocznym siedzeniu znowu zobaczyła Roberta, który z uśmiechem powiedział „a Ty nie powinnaś już wstawać?”. To tylko sen, przeszło jej przez myśl. Momentalnie otworzyła oczy, wyrwana z niego. Przed swoją twarzą zobaczyła szczęki, gotowe, by ugryźć. Odwinęła się na krześle do tyłu, uciekając przed zombie. Zrobiła przewrót do tyłu, wstając była gotowa, by zadać cios. W tle zamajaczyła postać w brązowej kurtce, która krzyczała:
- Bierz tą zdzirę! – Sama przyklęknęła, nad zwłokami kanibala, który niedawno został godzony sztyletem.
Czarna szybko unieszkodliwiła atakującego truposza i wykrzykując „masz moją kurtkę” ruszyła w stronę wariatki. Ta z dziką furią rzuciła się w jej kierunku. Dziewczyna  odepchnęła kanibala , w stronę stołu. Kobieta w brązowej kurtce zauważyła zombie, które już były już niegroźne. Krzyknęła:
- Zabiłaś moją rodzinę, będę Cię zjadać powoli, trzymać przy życiu ile się da! Kobieta znowu ruszyła w stronę Czarnej. Kawałek przed nią padła jak długa, a od jej ciała poturlała się metalowa kula.
- Przychodzę, nie w porę? – Powiedziała rudowłosa dziewczyna wkraczając do pokoju.
- Nie, właśnie urządzałyśmy sobie babski wieczór. – Ciemnowłosa dziewczyna rozpromieniła się.
W ostatniej chwili, kątem oka zauważyła, jak jej przeciwniczka wstaje, do ucieczki. Chwyciła ją jeszcze, za rękaw. Kurtka została jej w rękach, gdy kanibal zwinnym ruchem wyzwolił się z jej objęć. Z krwawiącym czołem dobiegła do jednych z drzwi. Ruda i Czarna ruszyły za nią. Zatrzymały się jednak, w pół kroku, gdy zza otwartych drzwi wpadła sfora zombie.
- Czas się zwijać – Powiedziała Czarna, zakładając kurtkę.
- Tak, Wasze pidżama party, zrobiło się strasznie sztywne.
Wybiegając z pokoju wpadły na olbrzymią postać, która złapała je, gdy prawie upadły odbijając się, od wielkiego cielska. Rock. Goryl śmierdział jak truposz, spojrzał na Czarną, której łzy nabiegły do oczu. Rzuciła się, by go przytulic.
- Nie czas na to. – Powiedziała Ruda uśmiechając się, gdy przypomniała sobie scenę z rosomaka. Rock złapał za klamkę, trzaskając drzwiami, prawie wyciągając je z framugi.
- Wszyscy cali? Zapytała Czarna, patrząc na Rudą.
- My tak, ale Młody był z Tobą.
- Jest na trzecim piętrze, pokój 610. – rzuciła jednym tchem.
Ruda zwiesiła głowę, było widać, że nie zbyt dobra to wiadomość.
- Lipa, trochę. Jesteśmy na czwartym piętrze. Kierowaliśmy się na dach, chcemy wezwać ciężki sprzęt. Nikt powinna być w okolicy.
- No to co za problem. – Niecierpliwie przerwała jej Czarna
- Więc, Hotel do trzeciego piętra jest odcięty. Słuchaj kochanie, czasem trzeba poświęcić KOGOŚ, dla dobra WSZYSTKICH.
Czarna posmutniała, upadła na kolana, zasłaniając twarz rękoma zalała się łzami.
- Czasami trzeba… – Wyszeptała.
Live is a rollercoaster
Październik, 2013
Świta, Ktoś kiedyś napisał, że „na materiale nieba, znów zabrakło gwiazd”. Nowy dzień powitał trójkę bohaterów stojących na dachu. Ruda położyła na ziemi zielonkawy plecak wyjęła pistolet sygnalizacyjny, załadowała i wystrzeliła w niebo. Głośny huk rozdarł cisze, a po niebie szybował jasny, czerwony punkt.
- No teraz czekamy dziesięć minut i kolejna raca. – powiedział dziewczyna ładując kolejną flarę. Rock z oddali obserwował obie kobiety. Czarna spacerując na skraju dachu, z pochyloną głową szeptała:
- Za wszystko, co powinnam była zrobić, a nie zrobiłam, wszystko co powinnam powiedzieć, a przemilczałam. Wszystko co miałam widzieć, a przymykałam oczy. Przepraszam i proszę o wybaczenie, tych których zawiodłam lub olałam. – w pewnym momencie przyklękła, chwytając się, okalającego cały dach drutu odgromnika – Zaraz wracam, czekajcie ze śniadaniem. – Krzyknęła, wyrywając bolec z drutem i wybijając się za skraj dachu. Ruda przewróciła oczami, patrząc jak kolejne kotwy, z metalicznym zgrzytem, zaczynają wyskakiwać. „Wariatka” – wyszeptała. Rock zerwał się dobiegł do miejsca z którego zniknęła Czarna, wychylając się warknął cicho. W pewnym momencie dziewczyna przestała spadać na linie, gdy jedno z mocowań zamiast wyrwać się, tylko wygięło. Ruda stawiając jedną nogę na murku wychyliła się. Czarna wisiała kawałek nad oknem trzeciego piętra i miotając się, krzyczała do góry:
- Odblokujcie, brakuje tylko kawałek, jeszcze.
- Jesteś pewna? Możemy Cię wciągnąć do góry!
- Tak! Jestem pewna!
Ruda z uśmiechem kopnęła w wygięty pręt mocowania, który wyskoczył, a Czarna poleciała piętro niżej, niestety odskoczyło jeszcze następne mocowanie i pręt z jednego końca się ułamał. Ruchem wahadłowym pofrunęła za róg hotelu. Usłyszeli krzyk i brzdęk tłuczonej szyby. Podbiegając, na drugi koniec budynku, Ruda dała znak gorylowi, by pomógł dziewczynie na końcu piorunochronu. Rock nie myśląc długo chwycił się metalowego pręta i z gracją naczelnego zszedł do Czarnej. Stanął na gzymsie i zajrzał do środka, leżała na wznak, nad nią pochylały się dwa truposze. Wielkim susem przeleciał nad ciałem dziewczyny, chwytając w locie sztywniaków rozpędził ich na ścianę naprzeciw okna. Upadając, w miejscu uderzenia, zostawili na ścianie dwie plamy krwi.
Rock pochylił się nad czarną. Zaczęła otwierać oczy, wyszeptała:
- Jeszce pięć minut. – uśmiechnęła się, z jej policzka lekką strużką sączyła się krew. Usiadła oparta o ramiona goryla, przegarnęła włosy, wyjmując kawałki szkła.
- Życie to kolejka górska – ciągle uśmiechając, skwitowała ostatnie kilka minut. – Jesteśmy na trzecim piętrze, więc połowa sukcesu. Według moich obliczeń, od Młodego, dzieli nas kilka pokoi. – Wstała i podeszła do wizjera w drzwiach, zobaczyła kilka par oczu wpatrzonych, w ich drzwi i kilkadziesiąt majaczących postaci na całym korytarzu. – „Hotel do trzeciego piętra jest odcięty.” – wyszeptała, powtarzając za Rudą. Następnie podeszła, do przeciwległej ściany nadstawiła ucha i zaczęła opukiwać. Rock przyglądał się jej z zaciekawieniem. Kopiąc w ścianę Czarna zerknęła na niego.
- Dasz radę, przez nią „przejść”? – zapytała puszczając oko. Zanim zdążyła dobrze się odsunąć, Rock rozpędził się na ściankę, rozwalając ją. Chwile później drzwi wejściowe zaczęły falować, pod naporem głodnych ciał, tuż z za nich.
- Aww, udało się, ale czas nam się kończy – powiedziała zastawiając drzwi szafką i podstawiając pod klamkę krzesło. Wskoczyła do następnego pokoju, zobaczyła jak Rock unieszkodliwia zombie. Rock cały pokryty był warstwą tynku, po chwili wytrzepał z siebie cały gruz, w tym czasie czarna podeszła do kolejnej ściany, opukując ją.
- Jeszcze tylko dwa pokoje i jesteśmy na miejscu. – Powiedziała radosnym głosem.
Gdy kurz opadł całkowicie Rock był już gotowy do przejścia, przez kolejną ścianę. Czarna weszła zaraz za gorylem. Po drugiej stronie nie było widać nic, mimo powoli wstającego słońca panował półmrok, zakryty dodatkowo gęstą chmura kurzu i tynku z przebitej ścianki. Wdzierał się do oczu dodatkowo utrudniając widzenie. Korytarz, na zewnątrz znowu ożył, napierając na wszystkie drzwi, te akurat były zastawione niską szafką. W pewnym momencie z dzikim krzykiem ktoś wyskoczył zza przewróconego stołu. Rock złapał jedną ręką kij, który trzymał napastnik, drugą ręką gotowy do wyprowadzenia ciosu, W ostatniej chwili powstrzymał go krzyk Czarnej:
- Młody! – Rock przyjrzał się bliżej i zwierzęco uśmiechnął. Dziewczyna rzuciła się chłopakowi na szyje. – Już myślałem, że Cię stracę.
- Wiesz, coś mnie zatrzymało.
- No właśnie widzę. – Powiedziała zerkając, znacząco, na ciało półnagiej kobiety. – Chwilę mnie nie ma, a ty już pocieszenia szukasz w ramionach innej. Faceci. – Wytykając język, roześmiała się. – Teraz w ramach zadośćuczynienia, wymyśl, jak nas stąd wydostać. – W tym samym momencie, z pokoju oddalonego o dwie dziurawe ściany, rozległ się trzask łamanych drzwi. W kilka sekund pomieszczenie, szczelnie, wypełniło się zombie. Chłopak chwycił szafę i z trudem, szurając zaczął ją przesuwać. Widząc to, Rock chwycił ja i zastawił dziurę, dużo szybciej, ale nadal w ostatniej chwili. Głośnym uderzeniem zatrzymała, jednego z truposzy. Dostawili do barykady resztę mebli.
- Znowu utknęliśmy. – Powiedziała Czarna
- Na to wygląda. – Przytaknął Młody – Chyba, że wykorzystamy, efekt naczynia wyrównawczego i ściągniemy wszystkich z korytarza, tutaj. Brzmi, jak PLAN? Dziewczyna z uśmiechem przytaknęła i podbiegła do kolejnej ściany. Wskazała palcem gorylowi. Tymczasem za oknem rozległ się huk.
- Ruda wystrzeliła drugą flarę. Oby Nikt dotarła tu niedługo. – wyszeptał Czarna.
”They All Agreed, This Ends Here.” David Lyle
Październik, 2013
Czarna stała przy oknie i wpatrzona w chłopaka, nuciła:
„Ludzie tacy jak my
Wiedzą jak przetrwać
Nie ma sensu żyć
Jeśli nie czujesz, że żyjesz.”
Szafa zadrżała w nagłych konwulsjach, wiedzieli, że już czas, na opuszczenie tego miejsca.
- Idziemy stąd, to głupie miejsce. – Powiedział Młody otwierając drzwi wyjściowe. Zaraz za nimi wpadł, prawie bezwładny zombie, jego bezrękie ciało wiło się chwile na podłodze, zanim wprawnym uderzeniem został unieszkodliwiony.
- Trzeba było najpierw zajrzeć przez wizjer, głuptasie. – Roześmiała się Czarna.
Wciągnęli ciało do środka, chłopak wychylił się na zewnątrz i rozejrzał. Wtedy schował się i spojrzał, na współtowarzyszy.
- Damy radę, jest tylko kilku, kierujemy się na dół, do samochodu?
- Nie. – Odpowiedziała dziewczyna. – Idziemy do Rudej, na dach. Musimy tylko przebić się przez barykadę na czwartym pietrze. – Spojrzała znacząco na Rocka, później popatrzyli na siebie, jak by chcieli zapamiętać ten obraz. Szafa zatańczyła w ostatnim tańcu, a dziurawa ściana zza niej wypluła bezkształtna masę ludzkiego mięsa, które powinno już dawno odnaleźć swoje miejsce wiecznego spoczynku.
- Dobra, teraz, albo nigdy! – Krzyknął Młody, w rytmie jego głosu wyskoczyli na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Pozostali na zewnątrz sztywniacy, w śmiertelnym podnieceniu, ruszyli w ich kierunku. Korytarz zafalował tupotem martwych stóp, pomruk, jaki z siebie wydawali zmienił się w jeden cichy, pół niemy, wibrujący dźwięk, który przypominał brzęczenie roju szerszeni. Rock natychmiast ruszył w ich stronę, osłaniając ucieczkę przyjaciół. Oparł się ramionami o ściany wzbił w powietrze, nogami powalając dwóch sztywniaków, a opadając na ziemie, wielkim łapami, ruchem z góry na dół, zgasił kolejnych. Jak cepem wymachiwał na wysokości głów zombie, ścinając z nóg, jednego po drugim. Zerknął przez moment i gdy jego towarzysze zniknęli za rogiem, oparty na jednej ręce wybił się kopiąc przy tym zombie, przeturlał się kawałek i zaczął biec w kierunku, gdzie poszli współtowarzysze. Zamknął za sobą drzwi i gdy usłyszał kroki chwycił się poręczy, wyskoczył do góry i nie używając schodów wskoczył na czwarte piętro, jakby prawa grawitacji jego nie dotyczyły. Czarna i Młody już byli, przy zabarykadowanych drzwiach. Rock odsunął ich na bok i jak taran, powoli, ale skutecznie otwierał drzwi, razem ze sprzętami zza nich. Wtedy usłyszeli chaotyczne uderzanie w drewniane wejście na dole, które z każdą chwilą stawało się coraz głośniejsze i agresywniejsze. Nagle zza odsuwanych przez goryla drzwi pojawiła się zakrwawiona ręka, zaraz za nią druga i trzecia, aż cały prześwit wypełnił się wijącymi w dzikim szale kończynami. Drzwi na dole też już trzymały ostatkiem sił. Rock odsunął się od drzwi spojrzał na stojącą obok parę, na wijące się ręce, przez chwile nasłuchiwał dźwięków, na dole. Spojrzał nad drzwi przed nami, miały wstawiony witrażowe okienko, przedstawiający chyba, dość paradoksalnie, walkę św Jerzego ze smokiem. Rock, nie zachwycając się nim za długo wyskoczył do góry i wybijając go zajrzał na zewnątrz. Stare budownictwo ma to do siebie, że często funkcjonalność przegrywa z fantazją architekta. Piętra połączone są, ale nie ma jednej klatki schodowej na cały pion. Wnętrza są wysokie, ale za to drzwi mocne, niestety nadszarpnięte zębem czasu.
- Rock, chyba nas tu nie zostawisz? – Wyszeptała Czarna, goryl się odwrócił i mruknął, jak by mówił „za kogo mnie masz?”. – Te ręce trochę mnie przerażają, a na dole drzwi już długo nie wytrzymają. – Faktycznie drzwi na dole zaczęły wydawać z siebie dziwny dźwięk, jak w starych kopalniach, gdy zbliżał się zawał i drewniane stemple wydawały z siebie nieziemski krzyk. Wielka małpa zeszła z okienka, wychyliła się i spojrzała na dół, odwróciła się w stronę drzwi, które przed chwilą ożyły falowaniem kończyn. Odganiając głodne ręce chwycił za klamkę i ku przerażeniu przyjaciół otworzył je szerzej. Natychmiast pojawiły się w zasięgu ich wzroku przerażające poczwary. Czarna, oświetlona bielą obnażonych zębów, z cichym jękiem odskoczyła, przerażona oparła się o ścianę. Rock nie czekając na atak zombie zatrzasnął drzwi, w środku pozostały, jeszcze drżące ręce ożywieńców. Goryl chwycił zastygłego w przerażeniu Młodego, kazał przytrzymać drzwi za klamkę, przynajmniej tyle chłopak zrozumiał, gdyż nie domknęły się trzymane strzępami ubrań. Rock wyskoczył i przez okienko nad drzwiami wyszedł na drugą stronę. Odbił się i zawisł pod sufitem, powstrzymując się przed upadkiem usztywniając oparte na ścianach kończyny. Wisiał tak chwilę, tuż poza zasięgiem głodnych rąk, sięgających w jego kierunku, co jakiś czas grupka falowała, w próbie doskoczenia do niego. Goryl zaczął przesuwać się, wzdłuż korytarza, zombie ruszyły za nim, wpatrzone w sufit. Nagle jeden ze sztywniaków doskoczył i złapał goryla za skrawek jego płaszcza, ściągając go w dół. Wielkie zwierze upadając zmiażdżyło jednego z truposzy. Rock wstał natychmiast, skierował swoje nieludzkie oblicze naprzeciw hordzie i zawył prowokująco.
- Może mamy już wyjść? – Szepnęła Czarna do chłopaka, chłopak przytaknął jej. Dziki ryk goryla jeszcze brzmiał, ale w pewnym momencie zlał się z hukiem pękających poniżej drzwi.
- Chyba musimy, wręcz… – Powiedział uśmiechając się. – Uważaj na zewnątrz. – Dodał otwierając drzwi, natychmiast w ich kierunku ruszyły umarlaki, które nie poszły za Rockiem, trzymały je strzępy ubrań. Uwolnione teraz, w dzikim szale zaatakowały parę. Młody spacyfikował natychmiast pierwszego, drugi rzucił się niespodziewanie, przytrzymał go w ostatniej chwili, gdy jego szczeki były już przy jego twarzy. Jedną ręką trzymał za czoło nieomal wbijając palce w jego oczodoły, drugą ręką powstrzymywał go tuż pod szyją. Poczuł lepką skórę, która na jego oczach zaczęła pękać i zsuwać się z twarzy, odsłaniając mięśnie twarzy i zęby. Dźwięk, uderzających o siebie z całej siły szczęk był przerażający. W pewnym momencie strzeliły ostatni raz, ostatecznie martwe ciało zombie opadło na ziemię. Czarna siłowała się, żeby wyjąc z jego głowy nóż. Młody niskim kopnięciem powalił na kolana, następnego truposza i z całe siły zgasił go noga od stołu. Chłopak Rozejrzał się i gdy dziewczyna unieszkodliwiła ostatniego z kadłubków odwrócił się w stronę drzwi na schody. Zombie, które przebiły się już z dołu prawie były, także przy tych drzwiach. Zatrzasnął je w ostatniej chwili. Zastawił klamkę krzesłem i zaczął dokładać elementy barykady, Czarna. dołączyła do pomocy Zaaferowani układaniem barykady nie zauważyli pełzającej w ich kierunku śmierci. Dopiero wirując światem ból obudził Młodego, powalony na ziemie zauważył jednorękiego, beznożnego zombie, który zamierzał się do zadania kolejnego ciosu szczękami, chłopak upadł na twardy przedmiot, który odebrał mu, na chwilę oddech. Gdy Czarna zauważyła, podskoczyła, zanim zdążyła zareagować zombie wbił swoje zęby w okolice stopy chłopaka. Przerażona doskoczyła, przytrzymując truposza za włosy wbiła mu długi sztylet w skroń.
Świat po raz kolejny zawirował, zaczął otulać ciepłym różem, a następnie ciemnością.  Chłopak zemdlał. Gdy znowu otworzył oczy świat nadal pływał, zauważył przerażoną Czarną, coś krzyczała do Rocka, w niezrozumianym języku. Chciał odpowiedzieć, rozdarty nieznanym bólem nie mógł złapać oddechu, chrząknął tylko chrapliwie, dobiegli do niego i znowu zapadła ciemność.
Dziewczyna na dachu trzymała na kolanach głowę leżącego chłopaka, gładziła go po włosach i śpiewała szeptem:
„Wiemy kiedy całować
I wiemy kiedy zabić
Jeśli nie możemy mieć wszystkiego
To nikt nie będzie miał
Świat to za mało.
Ale to doskonałe miejsce by zacząć, kochanie
I jeśli jesteś wystarczająco silny
Razem możemy zagarnąć świat na własność”
(GARBAGE)
Nevermore
Październik, 2013
Słońce już podniosło powieki nad miastem. Hotel, otoczony przez hordę, czekał na zbawienie. Ruda obserwowała z dachu, jak rój poniżej faluje, a rozkladajaca się masa miesza się i zmienia, co chwilę.
- Sku…e – Przeklęła, widząc jak wciągają w górę zgniłe ręce. Wyjęła z kabury pistolet wycelowała w dół.
- Bang, Bang – wysyczała – szkoda na was naboi. – Dodała. Jak rewolwerowiec, obróciła na palcu pistolet, zapakowała do kabury i splunęła na tłum poniżej. Wtedy z hukiem otworzyły się drzwi. Pierwszą zobaczyła Czarną, bladą i przerażoną, za nią wszedł goryl. Rock, na zwierzęcych rękach, niósł Młodego. Położył go na powierzchni dachu, Czarna przyklęknęła zaraz obok chłopaka. Położyła jego głowę na swoich kolanach i coś nuciła. Ruda nie mogła dosłyszeć co.
Podeszła bliżej i jak najtaktowniej umiała, zapytała:
- A temu co? – Wyciągnęła z zanadrza minę, która miała wyglądać na zafrasowaną. Nie chciała urazić załamanej Czarnej, ale sama chłopaka dopiero poznała.
- Ugryzł go! – Wyszeptała ciemnowłosa dziewczyna, a do jej oczu napłynęła kolejna fala łez.
Ruda spojrzała na chłopaka, odpięła kaburę.
- Przykro mi – wyszeptała, widząc łzy czarnej, także posmutniała. – Może będzie dobrze. – skłamała. – Mogę skrócić, TO… – wskazała na pistolet.
- Nie! – Krzyknęła Czarna – może nie zachoruje… Oddycha.
- W co został ugryziony. – Zapytała Ruda
- W nogę, przypełzł taki jeden, nie zauważyłam go. – Zacisnęła powieki i zagryzła wargi.
Ruda spojrzała, przykucnęła, zaczęła przyglądać się chłopakowi. Gdy zauważyła miejsce ugryzienia, z uśmiechem, zdjęła mu kalosze i odkryła nogawkę, w jego miejscu. Odskoczyła, upadając na plecy.
- Hahaha – zaczęła się śmiać, pokładając się – Twojemu Romeo nic nie jest, kochana! – Nie przestając się zanosić śmiechem pokazała ugryzienie, w miejscu, którego był wielki półokrągły siniak, ale bez śladów przerwania tkanki. – Te nasze kalosze nie są tylko od parady. – dodała puszczając oko. – Zaraz zobaczymy czemu smacznie śpi.
Powoli dotykała jego ciała w poszukiwaniu rany. Zdjęły mu kurtkę, podniosły koszulkę, Ruda zauważyła zasinienie lewego boku, dotknęła tego miejsca, chłopak podskoczył i zastękał. – Ma złamane żebro, nie przebiło płuc, będzie dobrze. Mówiłam – zaczęła się znowu śmiać.
Nagle jej śmiech przerwał głośny dźwięk. Wielkiego klaksonu.
- Nasz autostop. – Uśmiechnęła się – opatrzę go w domu.
Podeszła do skraju dachu i wyjęła z plecaka kilka rac, odpaliła jedną i rzuciła w tłum. Paląca się laska na chwil zniknęła, by po chwili przykryć czerwienią okolicę. Dziewczyna wyjęła z kieszeni lunetę od karabinu snajperskiego, przyłożyła do oka i się roześmiała.
- Niespodzianek ciąg dalszy! – Krzyknęła podniecona, rzuciła drugą racę, kawałek dalej.
Tłum poniżej zauważył nadjeżdżający pojazd i ruszył w jego kierunku, a wielki klakson nie przestawał hałasować.
Panna Nikt niespiesznie, prowadziła w stronę, z którego widziała słup czerwonego dymu.
Ruda przyglądała się potworowi, który jechał w ich stronę, nagle usłyszała śmiech, poniżej, na ulicy. Zerknęła, ulica była prawie pusta, ostatnie zombie ruszyły w kierunku Nikt. Zobaczyła stojącego na rosomaku Ruska.
- Śmieszno Ci tam? – krzyknęła i posłała mu próbkę śliny.
- Ty nie pi…ol, tylko zacznij schodzić tu. – Krzyknął, unikając spadającej śliny pokazał środkowy palec, dodał – Później się policzymy, haha.
Rudowłosa dziewczyna zniknęła z pola jego widzenia. Zajrzała do plecaka, wyjęła linę i bloczek. Przymocowała  sprzęt wspinaczkowy. Podeszła do Czarnej spojrzała na chłopaka i na nią.
- Zejdę i zamocuje łóżko, do transportu rannych, wiesz co masz robić? – Czarna przytaknęła. – Rock asekuruj! – Rzuciła gorylowi linę, opasała się i wyskoczyła za krawędź dachu.
Odbijając się popuszczała linę, jedną ręką nad sobą, a drugą pod. Odbijała się między oknami,  a lina wiła się jak wąż poniżej dziewczyny. Nad poziomem trzecim zawahała się, przeszył ją nieznany dreszcz. Skoczyła i przelatując przed oknami zauważyła kątem oka truposzy, przyciśniętych do szyby, zwabionych dźwiękiem klaksonu. Zdążyła tylko krzyknąć „Rusek, kryj się”, gdy z okna wylała się ze środka, w rytmie zbijanego szkła, fala zombie, zaraz za nią okna obok ożyły. Ruda plecami uderzyła o ścianę, z ledwością utrzymując linę przykleiła się do zimnego muru. Miotana na linie, przez haczących o nią ożywieńców, zacisnęła oczy i czekała, słyszała tylko, jak z cichym uderzeniem spadali na powierzchnię pancerza, poniżej.
„I’m who I am and this is what i do” Lordi
Październik, 2013
Ruda przyklejona do ściany czekała, aż trupi wodospad, z nad jej głowy, wyschnie. Miotana, co chwilę, gdy któreś zombie zahaczyło o linę. Gdy ostatni truposz wypadł z okna, podkuliła nogi i przytrzymała udami linę, uwalniając ręce. Wyjęła z plecaka mała walizeczkę, położyła na kolanach, otworzyła i wyjęła lufę składanego karabinu, później następne elementy i złożyła go w jedną całość, załadowała magazynek i zamocowała lunetę. Spojrzała w dół, na rosomaka otoczonego, przez hordę. Próbowała wycelować, ale z pozycji nie miała pewnego strzału. Chwyciła mocniej linę, odwinęła się i chwilę później wisiała głową w dół. Ręce zombie wyciągnięte w jej kierunku nie pozwalały jej zejść na dół. Ruda chwilę zwisała nieruchomo, obserwując zbiegowisko. Cześć z truposzy leżała, połamana, przez upadek z trzeciego piętra. Reszta niestety stała wpatrując się w wisząca na linie, postać hipnotyzują ich burzą rudych włosów. Dziewczyna chwilę jeszcze oceniała sytuację, następnie przyłożyła do oka lunetę karabinu i zaczęła strzelać, za każdym razem przeładowując, a łuska spadała na postacie poniżej, których z każdym strzałem było mniej. Sięgając kolejny magazynek wysypały się z kieszeni naboje. Zombie poniżej zaczął odganiać, jak od much, do momentu, gdy padł, trafiony przez Rudą. Gdy, celnym strzałem, powaliła ostatniego z truposzy, zsunęła się po linie, na dół. Kopniakami oczyściła wóz z truposzy i zapukała. – Kto tam? – Rozległ się głos, z wnętrza rosomaka, a po chwili śmiech Ruska. – Hipopotam! – Syknęła Ruda. – Nie zgrywaj się, tylko otwieraj! Właz otworzył się z cichym zgrzytem. Wychylił się Messer, na wysokości jego twarzy leżała głowa zombie, chłopak skrzywił się i stwierdził: – Ruda. Nie mówiłaś, że kumpli sprowadzasz. – uśmiechnął się i odepchnął trupią główkę, która pociągnęła za sobą ,nadgniłe ciało zombie – nie wzruszyła mnie, Twoja historia. Wyszedł na powierzchnie, przeciągnął się, spojrzał na wschodzące promienie dnia.- Witaj Słońce. – wyszeptał, zakładając przyciemniane okulary. – Mamy tam jeszcze składane nosze? – zapytała go Ruda. – Hm? Są, a komu potrzebne są one potrzebne? Zapytał Messer. – Młody ma połamane żebra, sam raczej nie zejdzie. – Odpowiedziała dziewczyna, wsuwając głowę przez właz. – Rusek podaj nosze. Na dachu wozu złożyli je i przymocowali do liny. Głośny dźwięk klaksonu zwrócił uwagę na zbliżający się pojazd. Panna Nikt, wolno zbliżała się do nich. Powoli pacyfikując napierającą falę truposzy. Siedziała wysoko, poza zasięgiem martwych rak, skutecznie pacyfikowała hordę kombajnem, do kukurydzy. Z daleka widać było jak tuz przed pojazdem znikają, rząd za rzędem, a ich resztki wypluwane są za maszyną. – Wariatka. – Wymamrotał Messer, patrząc na kombajn. – Tylko Ona mogła wymyślić coś takiego. – Uśmiechnął się pod nosem, przywiązując łóżko do liny. Na chwilę odwrócili wzrok od Nikt, nosze zawędrowały na dach, a oni zaczęli oczyszczać Pancerz z ciał. Czarna dała znać i po chwili za krawędzią dachu pojawiło się łóżko, lekko kołysząc się opadało powoli w dół. Nagle ze zbitego okna, na trzecim piętrze, wyskoczyła postać, łapiąc się krawędzi łóżka i szamocąc w dzikim szale. Ruda natychmiast złapała za karabin. „Nie mam czystego strzału” – krzyknęła – „Mam nadzieję, że dobrze Go przypięli” – dodała. Strzeliła w jeden z pasów trzymających nosze, które natychmiast z jednej strony opadły układając się w pion. Zombie w ostatnim momencie złapało się krańca łóżka i zawisło z łóżkiem. – Bone voyage, Ty podgniły głupku. – Szepnęła Ruda, mając już na celowniku głowę truposza, który po chwili z cichy plaskiem upadł zaraz obok niej. W tym samym momencie rozległ się głośny metaliczny zgrzyt. To kombajn najechał na znak, którego słupek połamał zęby maszyny. Para na rosomaku podniosła oczy, a tam Panna nikt wisiała, na otwartych drzwiach, a grupka zombie weszła już do kabiny kombajnu , który sunął już bezwładnie. Ruda znowu wycelowała swoją snajperkę. Rozległ się tylko cichy „klik”. – Ostatni nabój – Przeklęła. – Ja nie dorzucę tak daleko nożem! – krzyknął Messer – Mam pomysł! – Odpowiedziała dziewczyna zeskakując z rosomaka – Cholera! – Dodała, gdy zanurzyła się prawie po kolana w resztki zombie. Natychmiast zaczęła się rozglądać i znalazła, jedną z kul, które wypadły jej wcześniej z kieszeni. Chwyciła pierwszą z nich, obróciła w palcach wcisnęła do komory i przymierzyła. Po chwili skupienia padł strzał, który powalił, jednego z zombie, który już prawie sięgał Nikt. Ruda zauważyła jeszcze, jak dziewczyna z kombajnu zerknęła, z nadzieją. Strzelczyni zaczęła szukać kolejnego pocisku. Znalazła dwa, załadowała i kolejny raz strzeliła, kontrolując oddech i nie myśląc o okolicznościach, w jakie „wdepnęła”. Znalazł ostatni nabój, zerknęła przez lunetę, miała do wyboru dwa zombie, które właściwie, już pakowały się do kabiny, gdy Panna już sięgnęła nogą wejścia, by wejść do środka. Ruda wybrała zombie, które było najbliżej kierowcy kombajnu, miała nadzieję, że tyle wystarczy. Panna nikt znowu zawisła, na drzwiach, tuz za kabiną pojazdu, gdy truposz dostał się do środka i złapał dziewczynę za kawałek płaszcza, ciągnąc ją do siebie w śmiertelnym tańcu. W pewnym momencie zastygł. Ruda zauważyła w jego głowie podłużny przedmiot. Oderwała oko, od lunety i zerknęła do góry, na dach pancerza, na którym stała Czarna, ze swoim łukiem, nie mniej zdziwiona jak Ruda. Po chwili rzekła: – Nie pytaj jak to zrobiłam! Bo nie wiem. Trzeba pomóc Nikt. Stojący obok Czarnej Messer zerkał na nią spod podniesionych okularów. Założył je ponownie na oczy i kopnął w jedną ze skrzynek, na krawędzi rosomaka, otwierając się odsłoniła wielkie głośniki, później otworzył drugą. – Zapodaj coś „pasującego”! – Krzyknął do kierowcy wozu opancerzonego. – Szykujcie się, będzie jatka. – Puścił oko do dziewczyn i wyjął noże, obracając je w dłoniach. Czarna wyjęła kolejną strzałę. Z głośników wydobyła się chrapliwa, heavymetalowego muzyka i słowa:
„ It’s calm before the storm that’s rising from beneath I’ll let my demons out to breathe Raise hell in heaven – raise hell in heaven Keepin’ it all in’s taking it’s toll Raise hell in heaven – raise hell in heaven Letting inner demons take control”
W rytmie, dźwięku wydobywającego się z głośników, ruszyły w ich kierunku niedobitki, które przed chwilą otaczały kombajn. Wyszedł Rusek, zeskoczył obok Rudej, pomógł jej wyjść z krwistego błota i wręczył jej kij, sam odwinął z przedramienia łańcuch zakończony zatrzaśniętą wielką kłódką. – Z wami to zawsze jest zabawa, nie sposób się nudzić. – Szepnął i puścił oko do Czarnej, kora wypuszczała już strzałę powalając jednego Zombie. Rusek rozbujał łańcuch puszczając jeden z jego końców w stronę truposza, któremu rozpędzona kłódka rozbiła głowę. Barczysty mężczyzna w kapeluszu cofając łańcuch, zawinął wokół szyi drugiego z ożywieńców i szybkim pociągnięciem oddzielił głowę od ciała. W czasie gdy obsada rosomaka walczyła, w kakofonii heavy-metalu, z hordą, Panna nikt próbowała wycofać kombajn ze słupa, na którym zawisł. Gdy jej się to udało ponownie ruszyła w tłum, wielkim klaksonem dając znać by jej przyjaciele wycofali się. Kombajn poruszał się wolno, uszkodzony heder spowalniał całą maszynę. Po dłuższej chwili rosomak i kombajn spotkały się i bohaterzy mogli się porozumieć. – Z tego już nic nie będzie! – Powiedziała Panna Nikt wskazując na kombajn. – Jest zatankowany, ale spowolniony. Możemy odczepić noże, ale potrzebuje waszej pomocy. – No to mamy dwa uszkodzone pojazdy, a nasz na razie „siedzi” w ścianie. – Odpowiedział Saldat. – Więc My pomożemy Tobie a Ty nam. – Oki doki! Do dzieła! – Powiedziała Nikt, wskakując do kabiny. Odjechała kawałek, z pomocą Ruska, odstawiła heder i podjechała do rosomaka, zaczepili linę i zaczęli wyciągać go ze ściany Hotelu. Z otworu zaczęły wypełzać Zombie. – Cholera – Krzyknął Messer, przygotowując się do walki. Nagle ściana zaczęła się osuwać, spory kawałek frontonu osunął się na truposzy, grzebiąc ich. – No i niech będzie to dla „was” nauczka. – dodał i splunął nożownik. – I takim sposobem oczyściliśmy miasto? Dziwne, ale nie czas się zastanawiać, wracamy do domu! Krzyknął Rusek.
You rock my world.
Listopad, 2013
Droga, do bezpiecznej bazy minęła bez większych przeszkód, kilka zombie błąkających się po ulicy, nie stanowiło wielkiego zagrożenia. Dziwny konwój przemknął, prawie niezauważony lub napotkane sztywniaki zostały unicestwione kołami pojazdów, bez potrzeby zwalniania, nawet przez kulejącego rosomaka. Dojechali do wysokiego budynku otoczonego ceglanym murem. Wjazd zastawiony był solidną płytą. Messer wyszedł na dach rosomaka, wskoczył na wysoki mur i zniknął za nim. Po chwili brama zaczęła drżeć, bohaterzy usłyszeli chrzęst wbijanego na siłę biegu, barykada ponownie zadrżała i zaczęła się poruszać, nagle rozległ się huk, a brama zastygła. Po chwili ponownie zabrzmiał głośny ryk silnika i cisza. Można było usłyszeć głośne przekleństwa z wewnątrz. Ruda roześmiała się wisząc i opierając głowę na złożonych rękach, u wylotu włazu. – Może Ci pomóc, słoneczko? – krzyknęła, z trudem utrzymując poważny ton. – Nie dziękuję, radze sobie! Odkrzyknął Nożownik, rzucając pod nosem w kierunku maszyny wiązankę przekleństw. Po chwili walki z rozruchem, silnik odpalił, a cała barykada ruszyła, otwierając wrota. Wjeżdżając Ruda pomachała do Messera i posłała mu buziaka. Chociaż widziała tylko jego oczy, przez lufcik w obitym stalowymi płytami autobusie. Opancerzony bus zastawiał jedyny wjazd, na teren. Plac był pusty, a wszystko co na nim stało wydawało się, że ma jakieś przeznaczenie, trochę jakby zawisło w czasie, przygotowane do obrony lub spakowane do drogi. W środku, zaraz obok muru, co kawałek, ustawione były wielkie kontenery, aby wejść na nie trzeba sięgnąć drabinki, która osuwa się na prowadnicach. Człowiek po wejściu na górę blokuje ją i tworzy mini twierdzę, gniazdo obrony. Do dyspozycji ma CKM z ograniczoną ilością naboi. Oprócz takich stanowisk, co kawałek rozmieszczone są punkty z bronią białą. Stoi tez kilka, niestandardowo opancerzonych w płyty metalowe i siatkę, samochodów, które nie muszą chronić przed kulami, ale ważne, żeby chroniły pasażerów od sztywnych rąk. Zaparkowali samochody, wynieśli na noszach Młodego.
- Co to, za mięso? – Zapytała Panna Nikt, wskazując palcem, na ciągle nieprzytomnego chłopaka.
- Kuźnia, Nikt Ty to jesteś empatycznie powalająca, czasami wykaż się delikatnością! – Krzyknął Rusek, wskazując, klęczącą przy Młodym, dziewczynę. Czarna gładziła go po policzkach i była na tyle nieobecna, że nawet nie usłyszała ich rozmowy.
- Sorry, nie wiedziałam, że Nasza black lasencja ma chłopaka. – Chwyciła noszę z jednej strony, jak na przeprosiny. Przychodząc obok niej Ruda puknęła ją lekko w potylicę.
- Spadaj, nie czytam wam w myślach, cwaniaczki. Z drugiej strony nosze trzymał Rusek, Czarna szła obok i trzymała śpiącego chłopaka za rękę. Przeszli przed wejście, nad którym, na potężnych łańcuchach wisiał kontener, za pomocą bloczków Ruda, od wewnątrz, delikatnie opuściła go zastawiając wejście, do budynku. Szli krętymi schodami na drugie piętro. Na parterze w całkowitej ciemności, gdyż wszystkie okna na tej kondygnacji były całkowicie zasłonięte stalowymi płytami i zaspawane, na stałe. Weszli do pokoju, który był pusty i położyli chłopaka na łóżku, natychmiast usiadła obok niego, Czarna. Siedziała wpatrzona w chłopaka, nie mówiąc ani słowa. Wszedł Saldat z wielką torbą pierwszej pomocy.
- To co naszemu pacjentowi jest? – zapytał z szerokim uśmiechem. Czarna bez słowa wskazała spuchnięty bok.
- Hm. Będzie żył. Pomóż mi go opatrzyć. Chłopak przy każdym dotknięciu wydawał z siebie delikatny jęk. – To wszystko co mogę i umiem zrobić. – Szepnął do Czarnej wychodzący, ubrany w moro mężczyzna. – Czuwaj przy nim.
- Pan śpi? – Rozległ się nagle, zaspany głos, małej dziewczynki, która wpadła do pokoju i w mgnieniu oka wskoczyła na tapczan.
- Tak, śpi. – Odezwała się po dłuższej chwili Czarna, z trudem ukrywając smutek.
- To ciii. – Krzyknęła, przykładając mały paluszek do ust dziewczynka, na co wszyscy odpowiedzieli uśmiechem, nagle w drzwiach pojawiła się postać Nikt.
- Co wy, całą rodzinkę tu macie? Krzyknęła obserwując całą scenę. Ruda spojrzała na nią i pokręciła głową. – Zrobiłam śniadanie. – powiedziała Panna ratując się z niefortunnej sytuacji.
- Chodź dziecko, zjesz coś – Dodała wyciągając rękę do dziewczynki. Wszyscy poza Czarną wyszli do jadalni, dziewczyna ciągle patrzyła, na blade policzki chłopaka.
- Tylko mnie teraz, nie zostawiaj! – Szeptała. – Nie zostawiaj. W głowie analizowała całą sytuację, co się stało, co się dzieje teraz, jak to zmieni ich życie i czy w ogóle, coś się zmieni.
- Bo w sumie byliśmy tylko chwile razem, w tym pokoju, nic się wielkiego nie wydarzyło, po prostu zbliżyliśmy się do siebie w obliczu zagrożenia. To tak jak byś zabrał mnie do kina, na horror, tylko taki 3d, bardzo realne efekty itd. Strach. – Przerwała jej potok słów Ruda, która weszła do pokoju.
- Przyniosłam Ci jedzenie, mięso się skończyło, wyskoczę z Messerem po świeże, a i jest ciepła woda, jeśli chcesz prysznic, ja już byłam – Spojrzała na nią i się uśmiechnęła, dziewczyna odpowiedziała podobną uprzejmością. Ruda wyszła, a Czarna kontynuowała.
- Tak, kino, horror i pęknięte żebro, kiepska pierwsza randka, wiesz chłopaku musisz się bardziej postarać. Nawet kwiatów nie przyniosłeś, a nie do hotelu zaciągasz…
- No to może jakaś komedia, następnym razem? – Ledwo otwierając oczy, powiedział Młody. Uśmiechnął się i nagle skrzywił.
- Boli? – Zapytała
- Nie, tylko kiedy oddycham. – odpowiedział krzywiąc się. Nagle za oknem poniżej rozległ się ryk motoru, po chwili drugiego.
- Czarna z Messerem, na polowanie jadą. Nasza sweet parka asów. – Powiedziała patrząc w okno, gdy zerknęła na Młodego, znowu spał.
- Śpij, na zdrowie. – Odetchnęła
Tymczasem poniżej, gdzie wyły motory, Ruda i Messer ruszyli w stronę rampy, ustawionej naprzeciw muru. Chłopak rozpędził swój quad wzdłuż rampy i wyskoczył ponad ogrodzeniem, za nim dziewczyna na crossie, krzycząc w czasie lotu, jak kowboj. Kierowca czterokołowca, zaraz po lądowaniu zatrzymał się, obserwując okolice i kontrolując lot motoru, który wyskoczył zza muru, zaraz po nim. Gdy Ruda wylądowała, podjechała kawałek i stanęła obok niego. Podniosła szybkę kasku, puściła mu oczko i szepnęła:
- To nigdy, mi się nie znudzi. – Zatrzasnęła osłonę i pokazała palcem zbliżającego się truposza, w miejscu zadriftowała tylny kołem i wystrzeliła do przodu, Messer pokiwał głową z dezaprobatą i też ruszył, za nią, kopiąc zombie, który zaczął się zbliżać w jego kierunku.
Hunting high and low
Listopad, 2013
Para na motorach, sunąca po opuszczonych ulicach, mijała jedynie opuszczone samochody, puste mieszkania i skorupy ludzi, błąkające się bez celu. Co jakiś czas musząc tylko unikać, wyciągniętych rąk lub ich skupisk. Ruda, przejeżdżając obok zombie lekko zarzucała motorem, podcinając truposza, który upadał wprost pod koła quadu. Mijając park ruda zwolniła, z górki, na której stali widać było polanę parku i kilka drzewek, tworzących mały lasek. Dziewczyna zatrzymała się, coś zauważając w gęstej trawie.
- Obiad widzę, słaniaj mnie. – Wyszeptała do Messera, który staną tuż obok. Sama wyjęła swój karabin załadowała kulę i wycelowała. W oku lunety zobaczyła jelonka, który nasłuchiwał niespokojnie, prawdopodobnie słyszał przed chwilą ryk motorów. Dziewczyna wycelowała, skupiła się, wyrównała oddech, który zrównał się tempem z falowaniem trawy na polanie, wypuszczając powietrze z płuc lekko naciskała spust. Rozległ się huk wystrzału, ale zwierzę zerwało się do biegu ułamek sekundy wcześniej. Ruda chybiła, raniąc je tylko. Jelonek poderwał się jak całe, spore stado wybiegające z lasu opodal, które wystraszyły truposze. Duża grupa pojawiła się po drugiej stronie parku.
- Kurcze, sporo ich, spadamy! – Krzyknęła do chłopaka, wsiadając na motor. Strzały zwabiły sztywną grupę, która początkowo zainteresowany była stadem.
- W sumie dobrze, odciągniemy ich trochę od domu! – Odkrzyknął do Rudej. Dodając gazu, by zrobić więcej hałasu, dziewczyna zapatrzona w stronę parku nie zauważyła jednego, który wyszedł tuż za nimi. Messer w ostatniej chwili unieszkodliwił go nożem.
- Dobra jedziemy, zanim zbyt ciasno będzie. – Dziewczyna mu przytaknęła, patrząc na bezwładnie osuwające się, tuż obok niej, ciało zombie.
Ruszając dalej, zauważyli, jak z pobliskich ulic i zaułków wypełzają ONI. Hałas jaki robili wcześniej, teraz oznaczał, że cisną gaz uciekając. Ulica ożywała, jak zawsze, gdy coś się działo. Para jechała wzdłuż wąskiej uliczki, echo niosło ryk silników, a z uliczek wysnuwały się mroczne postacie. Fala która lała się za nimi zaczęła ich wyprzedzać, zamykając w potrzasku, gdy na końcu ulicy pojawiły się zombie. Nie zwalniając Ruda złożyła motor, tuż przed nimi, sunąc bokiem po asfalcie, podcinając truposzy i robiąc wyrwę w sztywnej blokadzie. Zombie upadały tuz obok, jeden niestety upadł prosto na dziewczynę, rozbijając osłonę kasku i zostawiając plamę zgniłej krwi zasłaniając resztę szkiełka. Dziewczyna siła rozpędu dotarła do końca ulicy, szybko postawiła motor, zdjęła osłonę z kasku i ruszyła w drogę przecinającą, która była pusta. Za dziewczyną jechał Messer, korzystając z wyłomu, podskoczył na powolnie wstających zombie. Oboje pojechali kilka razy skręcając w poprzeczne uliczki, gubiąc pościg. Na granicy miasta Ruda zatrzymała motor, obok stanął chłopak.
- Co jest? – Zapytał, nie gasząc silnika.
- Może dalej pieszo? – powiedziała zsiadając z motoru. – Będzie ciszej, może bezpieczniej. – dodała oglądając kask, na którym widać ślady krwi i rysę, prawdopodobnie od zębów.
- Racja, w sumie. – Messer zgasił silnik. Zestawił czterokołowca  z drogi, tuż za wielką, obrośniętą bluszczem tablicą. Chwycił za pnącą się roślinę i zerwał spory kawałek, przykrył pojazdy, robiąc kamuflaż. Na tablicy zauważyli wielki napis:
„Uwierz w swoją życzliwość.
Serdeczni…”
Nazwa miasta była zamalowana, na wierzchu napisane „Badghost”
- Właśnie nas witali, z otwartymi ramionami… Do dupy ten „witacz”. – Przeklęła i splunęła. – ha-ha, niech im będzie Badghost, mi pasuje. – znowu się roześmiała. – zasuwamy po jedzenie.
Wzięła do ręki karabin, załadowała kulę,  Messer założył plecak i ruszył z nią. Szli szosą, przez las, minęli rogatki, z dawnej blokady przed nią i za nią, stały opuszczone samochody,  które zaczęła przegryzać rdza. Ruda wskoczyła na jeden z dachów, by rozejrzeć się po okolicy. Jak okiem sięgnąć widać było samochody, na których widać było dziury po kulach. Część z nich była spalona, inne porozbijane i zepchnięte do rowów. Zdarzały się takie, stojące w poprzek drogi. Las otaczający szosę częściowo spalony. We wnętrzach niektórych samochodów, widać uwięzione postacie ożywieńców. Dziewczyna rozejrzała się po okolicy, oprócz tych uwięzionych, nie było żadnego zagrożenia. Uwagę jej przykuł ruch, około kilometra dalej.
- Widzę królika. – wyszeptała nie spuszczając go z oka. – całe stado, więc z upolowaniem czegoś problemu nie będzie. Tylko trzeba uważać, by nie dać się upolować.
Dziewczyna zeskoczyła z wraku i ruszyli za zwierzyną. Doszli do miejsca, gdzie Ruda widziała króliki, ślady wskazywały, że tą trasą porusza się więcej zwierzyny.
- Może jakieś źródło wody tam jest.
Nagle z jednego z samochodów, przebijając się przez boczną szybę, wyskoczył zombie. Messer szybkim ruchem wyjął rzutkę, zrobioną z dużego gwoździa i powalił truposza. Ruda podniosła brew.
- Jest coś, czym nie rzucisz? – Zapytała.
- Ciebie, nie rzucę. – Odpowiedział z uśmiechem.
- No spróbował byś tylko, to po pierwsze, a po drugie pytałam „czymś”, a nie „kimś”, ewentualnie „kogoś”. – Syknęła, na koniec wytykając język.
- Nie o to… – Messer, zaczął w nieudolnej obronie, ale przerwał mu strzał, z głębi lasu.
Szybko wbiegli do lasu, w kierunku strzału. Wybiegli na wielką polanę, zauważyli człowieka uciekającego przed dwoma mężczyznami. Rudowłosa przyłożyła lunetę do oka.
- Kanibale. – Powiedziała, jak przekleństwo. Za Mężczyzną z bujną brodą biegli ludzie ubrani w skóry ozdobione w ludzkie zęby. – Trzeba mu pomóc.
- Dobra, biegną w tamtym kierunku, więc właź na drzewo i mnie osłaniaj, ja ich dorwę.
Ruda, z gracją kocicy wspięła się na drzewo, z którego całą polanę miała jak na dłoni, Messer ruszył, przyczajony, jak japoński skrytobójca.
Master of the hellfire
Grudzień, 2013
Mężczyzna biegł przez polanę, cudem unikając kul. Poszarpane poły, szarego płaszcza,w który był ubrany, rozwiewał pęd powietrza. Ruda cały czas obserwowała go przez lunetę. Był to wysoki z lekko siwiejącą, czupryną lokowanych włosów, brodaty mężczyzna, nieznacznie utykający. Pod płaszczem, dziewczyna zauważyła ubranie w moro. Wojskowe wyszkolenie zdradzał, także sposób, w jaki  sprawnie unikał pogoni. W pewnym momencie jednak, prawdopodobnie na słabszej nodze, zakołysał się i upadł, kończyna wygięta była w nienaturalny sposób, mężczyzna nawet się nie skrzywił.
- Twardziel – pomyślała Ruda i się skrzywiła, na myśl o złamaniu, w taki sposób.
Uciekinier jednak miał teraz większy problem. Kanibale. Mężczyźni z dziką satysfakcją, już spokojnie, bez pośpiechu, zbliżali się do niego. Powoli kroczyli, jak do marsza pogrzebowego, z wyciągniętymi nożami i obnażonymi zębami. Mężczyzna, który unieruchomiony leżał nieopodal, patrzył, jak jego oprawcy zbliżają się do niego, w pewnym momencie wyciągną rękę, z zaciśniętą pięścią, przed siebie, jak w geście gotowości do walki. Kanibale, się tylko roześmiali. Leżący mężczyzna spojrzał na drugą rękę, jakby na zegarek, na wyciągniętej ręce zaciśnięta, w pięść, dłoń otworzyła się, a za nią buchnęła kula ognia, rażąc jednego z napastników. Ruda otworzyła usta, widząc płomień, zauważyła, jak ręka mężczyzny odskakuje.
Jeden z kanibali, którego objął płomień padł, miotając się i walcząc z płomieniem, jego kompan odskoczył.
- Masz przechlapane! – wysyczał, do brodatego mężczyzny, po okolicy rozszedł się zapach palonego ubrania, włosów i ciała. Stojący kanibal szybko zdjął z siebie skórzaną kurtkę i ugasił towarzysza. Wstając od niego wyjął myśliwski nóż, zamachnął się. W tym samym momencie poczuł przeszywający ból w nadgarstku, który spowodował, że ręka z nożem się otworzyła bezwładnie. Złapał się za rękę i zauważył wystające, zaraz nad dłonią, ostrze.
- Co jest, do cholery! – wykrzyknął, kątem oka zauważył, przyczajoną postać. – Wychodź, pokaż się! – zawołał kanibal, ciągle trzymając dłoń. Z za drzewa wyszedł Messer, między palcami, trzymał komplet ostrzy.
-  Coś Ty, za jeden – zapytał ranny mężczyzna i zaczął sięgać po nóż.
- Nawet nie próbuj, bo dorobię Ci mordę jeża. – Wysyczał Messer. Kanibal zawahał się i cofnął, jeszcze, zdrową rękę. – Spadaj stąd, zanim przestane być „miły”. – dodał chłopak. Mężczyzna odskoczył, do ucieczki, potykając się, ale nie spuszczał z Messera wzroku.
- Kumpla zabierz i zjeżdżajcie stąd. – Wskazał skinieniem głowy na drżącego, poparzonego mężczyznę, zauważył w jego oczach strach, lekki ruch głowy, mówił „nie”.
- Zabiją mnie i zjedzą… – Szepnął poparzony. – Nie pozwól…
- Takie życie, wybraliście. – Powiedział Messer, zniżając głos, niżej niż głowę. – Wynocha, obydwaj!
- „Obydwaj”? – Odezwał się leżący, brodaty człowiek. -  Było ich trzech… – W tej samej chwili rozległ się dźwięk wystrzału,nad głowami usłyszeli cichy szmer, tępy odgłos uderzenia i zza pobliskich krzaków wypadła postać, trzymał w ręku pistolet. Messer podbiegł do niego, kopnął broń z dala od rąk napastnika. Zauważył w jego głowie wielką dziurę, uśmiechnął się odwrócił i pomachał do Rudej.
- Ale poważnie, coś Ty za jeden? – Ponownie zabrzmiał głos brodatego mężczyzny.
- „Czarny piekieł stróż…” – Odpowiedział Messer.
- Pytam, bo nie wiem, czy dziękować, a może przeklinać los, „panie Poe”, czy jak cię zwać. – Dodał mężczyzna, podciągając nogawkę, nienaturalnie wygiętej nogi.
- Messer. – Wyszeptał, wysoki mężczyzna sięgając po broń, którą „zgubił”, leżący na krzakach kanibal. – Możesz mówić mi Messer. – Dodał, trochę głośniej i stanął zszokowany, widząc nogę nieznajomego, a właściwie jej implant. – A Ciebie?
- Kowal, chociaż żona mówiła na mnie La Forge, bo ciągle coś tworzyłem w swoim warsztacie. Wybierz sobie dowolną wersje, jeśli dasz mi pożyć. – Dodał brodacz, znowu zerkając na zegarek i zaciskając pięść.
- Co z Twoją nogą?
- Straciłem ją, jeszcze w poprzednim życiu, ale radzę sobie, Jak widzisz. Masz trzynastkę?
- Hm?
- Klucz, nr 13, muszę ją naprawić chociaż, tak, na szybko. Czy uważasz, że już nie będzie mi potrzebna noga? – Ponownie zapytał, o swoją sytuacje.
- Jeśli pytasz czy wpadłeś z przysłowiowego „deszczu, pod rynnę”, to nie. Jeśli dasz radę, możesz iść swoją drogą. Potrzebujesz schronienia, możemy się dogadać.
- Mogę pistolet? – Messer podskoczył zaskoczony, jak obudzony nagle ze snu- Na chwilę.
- Po co Ci. – W geście zaufania podał mu pistolet, odsłaniając jednak linie strzału, dla Rudej. Kowal wyjął magazynek i otwartej kolby użył, jak klucz, dokręcając kilka śrub fantomu. Następnie załadował magazynek i oddał Messerowi pistolet.
- Godne podziwu, panie Messer. – uśmiechnął się mechanik i znowu zerknął na zegarek, Messer zauważył, na jego cyferblacie, małe światełka. Kowal wcisnął coś na nim i lampki zaczęły po kolei gasnąć. – To mi nie będzie potrzebne zatem. – Powiedział wstając na swojej sztucznej nodze.
- Co to było? – zapytał nożownik.
- Mój, mały system samoobrony, fajerwerki, które widziałeś, miotacz płomienia.
- Czyli udało mi się uniknąć, sztucznej opalenizny. – Zapytał chłopak, mężczyzna mu przytaknął i wzruszył ramionami, w geście „a co ja miałem robić”.
Obydwaj zaczęli iść w stronę skraju polany, skąd przyszedł Messer, nagle zza drzew wyskoczył, olbrzymi jeleń. Rozległ się strzał i zwierze upadło, ryjąc porożem bruzdę, tuż obok mężczyzn.
- A cop teraz! – Zapytał Kowal
- A to już mój „system samoobrony”. – Uśmiechnął się i puścił oko, do obserwującej ich, przez lunetę, Rudej.
Serce jest jak żołnierz, lojalne, póki bije.
Grudzień, 2013
Wnętrze pokoju wypełniały kolory, wpadających przez okno promieni słońca, które przechodziły, tracąc nieco swój animusz, przez zaklejone kolorowymi gazetami okna. Częściowo dla ochrony, ale jednocześnie dla ozdoby, wypełniając pustkę szarych dni okruchami sztucznej tęczy. W pokoju stało kilka łóżek, przy jednym z nich siedziała ciemnowłosa dziewczyna, a na łóżku leżał ranny chłopak. Salę co chwilę zalewała fala głosów, wśród których najdonośniej niósł się śmiech Ruska. Mimo, że dobiegały one z  drugiego pokoju, to natężenie ich było tak duże, że wydawało się, że zabawa trwa tuż obok, zagubionej pary.
„Zasady proste w życiu mam,
Nie rób drugiemu tego,
czego nie chcesz sam
Będzie! Będzie zabawa!
Będzie się działo!
I znowu nocy będzie mało!”
Zaintonował, najgłośniejszy z paczki, powtórzyła po nim dziewczynka, przekręcając słowa. Rusek ryknął śmiechem, chwycił dziecko na ręce i śpiewał jak ona. Tupiąc przy tym wielkimi buciorami. Czarna uśmiechnęła się.
- Cały Rusek, nie powiedział byś, że to ten sam człowiek, którego znaleźliśmy. – szepnęła, do śpiącego Młodego. – Minęły, może dwa – trzy miesiące, odkąd jest z nami. Jechaliśmy wtedy, do jedynego miejsc, o którym się mówiło, że jest „czyste”, do Salvation. Miejsce to miało być, najpilniej strzeżonym miejscem, wolnym od zarazy, od tego całego gówna, które tu mamy teraz. Baza przesyłowa, prowadząca kwarantanne, po której transportowano zdrowych w inne miejsce. Dokąd, tego nikt nie wiedział. Nie ważne, liczyło się, że z daleko stąd. Byliśmy dzień drogi od tego miejsca, minęła nas spora hordę truposzy, ledwo jej unikając. Postanowiliśmy, mniejszą grupą dostać się tam, żeby nie rzucać się w oczy ożywieńcom. Pojechałam Ja, Messer, Ruda i Sołdat. Wtedy TA grupa była znacznie większa, można powiedzieć, że mała armia. – Czarna zamyśliła się, spuszczając oczy. – Nasza czwórka dotarła w okolice bazy o świcie. Już z daleka widać było, że niepotrzebny, nasz pośpiech. Na sporej polanie, ogrodzony betonowymi płytami, stał Fort „Zbawienie”, wokół niego krążyły zombie, jak sępy. Z daleka widać było dym, dogasających, już dawno, budynków i sterczące wszędzie kikuty stelaży, które kiedyś były namiotami, repatriantów, jeśli tak można ich nazwać. Podjechaliśmy bliżej, brama była przewrócona, część muru zniszczona, cała okolica pełna była dziur po pociskach i trupów, wokół unosił się zapach śmierci. Okolica była opustoszała, zdarzało się sporadycznie, że któreś zwłoki ożyły wyciągając do nas swoje sztywne ręce. Druty kolczaste poruszane zaplątanymi w nie zombie wydawał z siebie dziwny, niepokojący dźwięk, porównałam go wtedy do szelestu skrzydeł szarańczy. Obóz był pusty, na lądowisku, gdzie stały helikoptery piętrzyły się zwłoki, ze startującego helikoptera zapewne prowadzono ogień, kosząc oblegających. Już na pierwszy rzut oka widać, że startując pilot stracił panowanie nad maszyną i zahaczył o ziemie płatami śmigła, które zrobiły w niej głębokie bruzdy, a helikopter zwalił się na inna maszynę, grzebiąc resztki nadziei, na ocalenie. – Zamyśliła się, biorąc łyka wody, by po chwili kontynuować. – Nie ma nadziei, dla kogokolwiek. Rozejrzeliśmy się po okolicy, otaczające nas zgliszcza, nie dawały nawet cienia szans, na znalezienie jakichkolwiek zapasów. Postanowiliśmy, wracać, Sołdat zrobił jeszcze rundę rosomakiem po bazie i już mieliśmy wyjeżdżać, gdy zauważyliśmy, jedną z wierz obserwacyjnych, która oblepiona była  górą powalonych zombie, wyginając konstrukcje gniazda, chyląc ją ku upadkowi. Messer wyszedł na dach opancerzonego samochodu i patrzył z niedowierzaniem. Możesz tylko się domyślać, jaką miał minę, którą zobaczyłam gdy wychodziłam do niego. Ledwie stanęłam obok niego, szczyt góry mięsa zaczął falować. „coś przeżyło” – Szepnął do mnie Messer, wycelowałam broń w tamtym kierunku, szukając zwłok, które ożyły. Nagle, odrzucając na boki kilka ciał, z wyciągniętymi w naszą stronę ramionami wyskoczył, od pasa w dół zawalony zwłokami, umazany we krwi i wnętrznościach blady trup. Już miałam strzelić, gdy wydał z siebie ryk, inny niż ONI. Brzmiał jak okrzyk rozpaczy, z bólu, lecz nie fizycznego „WWHOOAAAAA”. Hipnotyzując mnie na moment, Messer zauważył moje zawahanie zaczął sięgać po nóż, gdy nagle  ryk, zaczął zmieniać się, z nieartykułowanego dźwięku, w imię: „ROSSSAAAAA!!!”, serce mi zamarło, nożownik zatrzymał się w pół ruchu, szczęka dosłownie mu opadła. Ręce człowieka w zwałach resztek zwłok, były poobijane i posiniaczone, rozszarpał gołymi rękoma co najmniej setkę zombie. Pamiętam wyraz twarzy, prawie całej pokrytej krwią, i oczu, z których płynęła fala łez, lekko oczyszczając policzki ze skrzepliny. Chwycił umarlaki, które trzymały jego nogi w dybach, wyrwał z kłębowiska trupów, a sam z hukiem zwalił się na powierzchnię rosomaka. Skulił się w pozycję embrionalną, cały czas szepcząc to imię płakał. Nie wiedzieliśmy co z nim zrobić, mógł być zakażony, całą drogę powrotną, do grupy, płakał i majaczył, leżąc na dachu samochodu opancerzonego. Siedzieliśmy tam z nim, na zmiany. To był ON, Rusek, a teraz patrz, śmieje się, tańczy i śpiewa. Nie wiem, co się wydarzyło, zanim go znaleźliśmy, nie mówi o tym, a my nie pytamy.  - Czarna uśmiechnęła się, do śpiącego chłopaka – zanudzam Cię ,co?
- Nie, opowiadaj. – Odpowiedział pacjent, ledwo podnosząc powieki.
- o Ty oszuście, nie śpisz! – uśmiechnęła się dziewczyna, podrywając z krzesła i lekko szturchając go, w ramie. – Nic Ci już nie powiem! – dodała wytykając język.
- Oj, nie udawałem, tylko nie chciałem Ci przerywać. Ciesze się, że tu jesteś i mówisz do mnie – uśmiechnął się i dodał – mogę na chwilę zapomnieć o wszystkim, tak jak by to było horrorem, ale nie moim.
Nagle rozległ się odgłos silników.
- Myśliwi wrócili – podeszła do okna i odchyliła kartkę kolorowego czasopisma – i nie są sami! Idę zobaczyć co się dzieje, a Ty odpoczywaj.
Czarna podbiegła do Młodego, pocałowała go i cała poruszona wybiegła z pokoju.

Bohemian Rhapsody

Przy migotliwym świetle choinki, dźwięku kolęd starsze małżeństwo pochylało się, w samotności nad prezentami.
- A na to złożyły się nasze wnuki. Jakaś zabawka, która zadba, o nasze zdrowie. - powiedziała starsza pani, z namaszczeniem zdejmując papier ozdobny, w który zawinięta była paczuszka. – Przynajmniej tak mówią. – Dodała z uśmiechem, puszczając oczko do odświętnie ubranego, dystyngowanego, na pierwszy rzut oka pana. Siwa kobieta odwinęła z papieru kartonik, w którym był smartphone i dołączona do niego specjalna nakładka.
- I co to za ustrojstwo? – zapytał starszy mężczyzna patrząc na pudełko trzymane, przez jego żonę. – Takie wymyślnie, a moich czasów radziliśmy sobie bez takich mechanizmów.
- Zobaczymy, jak to działa, oj dziadek, z Ciebie to prawdziwy DZIADEK. – szepnęła kobieta, lekko szturchając partnera w ramie. – Dodana jest karteczka „jak to działa”, w dodatku Tomek i Kajtek złożyli „to” tak jak powinno być. Patrz, włączasz, uruchamiasz aplikację „BestHealth.app”. Przykładasz palec, do specjalnego czytnika, lekkie nakłucie i chwile trwa badanie, należy przytrzymać palec chwilę na czytniku. Wolisz sterczeć w kilometrowych kolejkach, do NFZ’tu. – Przekonywała starsza pani swojego męża. Wyjęła urządzenie i postępując zgodnie z instrukcją, podczas kucia w palec lekko podskoczyła, od ukucia. – Auuu, zabolało, ale zobaczymy, czy warto.
- Co jeszcze myśli? Może nie działa? – powiedział szyderczym głosem dziadek.
- Pisze, że „przetwarza” – powiedziała babcia, mrużąc oczy podczas czytania. – O jest, cholesterol w normie, krwinki ok, ciśnienie w normie, wiek skóry poniżej mojego „metrykowego”, super.
- Może metrykę Ci myszy zjadły? Dobra pokaż, teraz ja spróbuje. – Skoro się upierasz, powiedział, wyrywając jej „zabawkę” z rąk. Przyłożył palec, zgodnie z instrukcją, odczekał chwilę, badanie trwało chwilę. Wyniki starszego pana były zadowalające. Uruchomiona aplikacja zapytała: „czy zapisać dane, w celu późniejszego porównania wyników?”
- Wciśnij „Tak”, szepnęła babcia. „Czy pozwalasz aplikacji, na połączeniem z internetem?”
- a teraz?
- Chyba też, pewnie chce zapisać na „Storeboksie”. – odpowiedziała babcia.„Notice/UWAGA: Badanie, nie jest formą leczenia, pozwala jedynie na zweryfikowanie aktualnego stanu, ogólnego. W celu przeprowadzenia badań skonsultuj się z lekarzem!”
- Takie pudełko głupie, a takie mądre. Wciskam „tak” i koniec badania, na dziś. Nalej mi trochę barszczu proszę. – Powiedział dziadek włączając telewizor, gdzie trwał koncert kolęd. Pokój ponownie zalała fala kolorów i dźwięku muzyki, wesołych pastorałek, w różnorodnych wykonaniach, czasem słabych, rzadziej dobrych. Na ekranie smartphona, w tym czasie, pojawił się komunikat „przesłano dane, dziękujemy i życzymy zdrowia od BestHealth”.
Kilka set kilometrów dalej rozdzwoniły się telefony. W zimowym stroju, podszedł do portretu wodza rewolucji, starszy mężczyzna. Zdjął obraz za którym krył się sejf. Mężczyzna pogładził się po siwych przetrzebionych włosach. – Jaki to był numer? – wyszeptał do siebie, po rosyjsku. – Książka… – Dodał, podchodząc do bogatej biblioteczki, sięgnął po księgę „Dzieł zebranych” ułożonych nie chronologicznie, z każdej uzyskał liczby, będące numerami stron, pierwsza liczba wskazywała kierunek obrotu gałki zamka szyfrującego. Parzysta w prawo, nie nieparzysty w lewo, druga liczba wskazywała kolejnością wpisywania. – 213, hmm – zamyślił się starszy człowiek nad schematem wpisywania. – Jak to było, a już wiem w prawo 3. – wykręcił pierwszą. – strona 129 – wyszeptał. Wykręciwszy całą serię, sześciocyfrowego hasła, otworzył sejf, za którym była czerwona zalakowana koperta i telefon. Aparat ciągle dzwonił, monotonnym dźwiękiem. Starszy człowiek, drżącą ręką sięgnął do wnętrza ciemnego schowka po telefon, który migał czerwoną lampką. Korpus telefonu nie był zaopatrzony w cyferblat, służył tylko do odbierania nagłych wezwań, był ważny.
- Władimir? – rozległ się sztuczny, szeleszczący głos w słuchawce, którą przyłożył do ucha starszy człowiek.
- Tak. W czym mogę pomóc? – moment ciszy. W słuchawce rozlegał się monotonny dźwięk, po którym usłyszał ciche piknięcie i głos komputerowy „sygnatura głosu potwierdzona w dziewięćdziesięciu  procentach”
- A to WY. – dodał.
- My, słyszeliśmy, że u was trzydzieści stopni mrozu?
- Najwyżej dwadzieścia, a no chyba, że na zewnątrz. – Odpowiedział Władimir. W słuchawce ponownie usłyszał syntezatorowy kobiecy głos „hasło zgodne. Łączenie…” Po chwili oczekiwania, w słuchawce ponownie usłyszał głos. Męski, poważny. Śmiertelnie poważny!
- Towarzyszu Władimirze Iwanowiczu, ojczyzna znowu was potrzebuje. Ostatnie zadanie, kiedyś niewykonane. Kruszczenko pojawił się we wschodniej Europie, Polska bodajże. Wszyscy już się zestarzeliśmy, ale liczę, że zadanie zostanie wykonane ze starannością, jak zza dawnych czasów.
- Tak Towarzyszu. Zamknę ostatni rozdział. Mam ludzi gotowych na to. Jaki finał?
- Finał? Hm, ostateczny, myślę, że wyniki jego badań się nam nie przydadzą, a wystarczająco dużo zrobił dla „Czarnych”.
- Przyjąłem. Czekam na dalsze wytyczne.
- Prawdopodobnie już są. – w tym samym momencie Władimir usłyszał dzwonek, do drzwi. – To od NAS. Możesz odłożyć słuchawkę. Powodzenia Towarzyszu. Ojczyzna jest wam wdzięczna, za całokształt służby.
Starszy człowiek nie odpowiadając odłożył słuchawkę, zamknął sejf i poszedł do drzwi. Gość przed drzwiami wykazywał się podobną cierpliwością podczas dzwonienia, jak telefon z sejfu. Władimir prawdopodobnie zdążył by wziąć prysznic, ogolić się, a zza drzwi, barczysty mężczyzna w nienagannym płaszczu, niewzruszenie naciskał by guzik dzwonka. Starszy człowiek otworzył drzwi, posłaniec w prochowcu spojrzał na niego i bez słowa sięgną za pazuchę, Władimir cofnął się o krok, z miną „to nie tak miało być”. Wysoki gość wyciągnął spod płaszcza telefon z dużym wyświetlaczem, wycelował obiektyw w twarz mężczyzny naprzeciw i uruchomił. Na ekranie miał zdjęcie młodego Towarzysza Iwanowicza, obok pole robocze z obrazem IRT, program porównując rysy twarzy rozpoznał odbiorcę przesyłki.
- To dla Pana. – powiedział drągal i wręczył staruszkowi ciężką kopertę.
- Do widzenia. - Odwrócił się zarzucając poły płaszcza za siebie i zbiegł drewnianych schodach kamienicy. Władimir odprowadził go wzrokiem, rozmyślając o swoich młodych czasach. Zamknął drzwi, zasunął łańcuch i zerknął przez judasza. Odetchnął. Zajrzał do wnętrza koperty, gdzie zobaczył małego laptopa.
- To nie dla mnie. – pomyślał. Wyciągnął z kieszeni telefon wybrał numer i zadzwonił.
- Grigorij, już czas. – powiedział do słuchawki i rozłączył się. Ubrał buty, płaszcz i wyszedł. Wsiadł do autobusu kilka razy się przesiadł do różnych linii. Cały czas rozglądając się nerwowo, jak by w kieszeni miał milion rubli, dawno nie był na pierwszej linii frontu. Misja, jest w najprostszym etapie, po prostu musiał przekazać koordynaty do Cyngla. Dojechał do parku, w którym czekał Grigorij.
- Witaj – przywitał go młody zachrypnięty głos.
- Jest Pan legendą, dla nas. Ciesze się, że pomogę zakończyć Waszą ostatnią misję.
- Witaj młodzieńcze. – Władimir uśmiechnął się nieznacznie – zapewne mógł bym Cię nauczyć równie dużo, co Ty mnie. Przejdźmy do rzeczy. – Dodał otwierając laptopa. Uruchamiający się program, niezauważalnie, skontrolował siatkówkę obu mężczyzn, za pomocą kamery wbudowanej w obudowę. Pojawił się obraz, a na nim siwy mężczyzna zaczął mówić:
- Sześć godzin temu, w systemie pojawił się ślad po doktorze Kruszczenko, prawdopodobnie użył jednej z wielu, podłączonych do zasobów internetowych aplikacji, która pobrała odciski palców i dna, a zaraz później obraz twarzy. Te kilka danych, które „przypadkiem” wpadły nam w ręce, pomogły zlokalizować doktora. W ciągu kilku minut mieliśmy kilka terabajtów danych, zdjęć prywatnych, maili, nagrań rozmów, rozkładu dnia, nawet programów, które oglądał od czasu naziemnej cyfryzacji, ale to nie ważne. Informacja najważniejsza, to, że w końcu go mamy! Mam nadzieję, że nam się teraz nie wywinie! Powodzenia, na dysku jest cała dokumentacja, nie zawiedźcie nas. Powodzenia.
- Doktor Kruszczenko był znanym wirusologiem, uciekł z kraju, z wynikami badań, które były bardzo ważne, dla sprawy. - kontynuował już Władimir, tłumacząc Grigoriju sytuację. – Badania poszły innym tropem, teraz to już kwestia zasad. Znajdziesz go i zlikwidujesz!
- się wie Towarzyszu.
- Weź laptopa i załatw sukinsyna. Z tego wynika, że jest w centralnej Polsce. – Cyngiel zerknął na ekran, podniecony zamknął go i wstał.
- Do zobaczenia, Towarzyszu Władimirze Iwanowiczu. – szepnął
- Już się nie zobaczymy, młody przyjacielu, ten park jest śliczny o tej porze roku. Powodzenie. – Zerknął na chłopaka staruszek i się uśmiechnął. Grigorij odwrócił się na pięcie i poszedł wzdłuż alejki, nie odwrócił się, gdy usłyszał przytłumiony dźwięk wystrzału. Tylko pomyślał:
- Nie zawiodę Cię, jesteś moim idolem. Samobójcza śmierć z honorem, obym też tak umiał pewnego dnia.
- Masz rację, park o tej porze roku jest piękny. – wyszeptał.
Wsiadł do taksówki, dojechał na lotnisko i jeszcze tego samego dnia był w Polsce. Siedząc w białym stroju w zaspie śniegu obserwował dom doktora. Czuł jak odmarzają mu wszystkie kończyny, ale szkolenie robiło swoje, nie odczuwał dyskomfortu. W głowie przetwarzał dane z dysku, otoczenie, mapa terenu, codzienne przyzwyczajenia, wie, że za 3 – 4 minuty doktor wyjdzie z psem, zrobi rundę wokół domu. Dom jest chroniony, ale on czeka dwa kilometry dalej, z Dragunovem. Jako najlepszy strzelec wschodniej Europy, nie spudłuje. Drzwi otworzyły się i wybiegł pies, chyba hart. Za psem pojawiła się postać mężczyzny, lekko przygarbiona. Już miał przycisnąć cyngiel, gdy nastąpiła ciemność, śnieg zasypał mu lunetę. Oderwał oko od lunety, by spojrzeć co się dzieje, tuż przed twarzą zobaczył wielkiego buciora, a następnie solidny kopniak, który prawie posłał go w objęcia Morfeusza. Odwinął się odskoczył kawałek, gotowy do walki. Zobaczył przed sobą barczystego mężczyznę o blond włosach.
- Co sabaka, myślałeś, że tylko WY macie sprzęt? My was też namierzyliśmy. Doktora nie dostaniesz. – wysyczał, z rosyjskim akcentem blondyn. Grigorij skrzywił się, splunął krwią i wyciągnął nóż.
- Zaszlachtuje Cię zdrajco! – i rzucił się na ubranego w czarną skórę i dżinsy mężczyznę.
- JA zdrajca? To Twoja „Matka Rosja” zdradziła mnie, lata temu. – odkrzyknął unikając ciosu, wylądowali w zaspie, opodal. Chwila szamotania i Grigorij znieruchomiał. Blondyn wstał, trzymając się za bok, przez palce przeciekała krew. Nagle w jego kieszeni zadzwonił telefon, zdziwiony odebrał, w słuchawce usłyszał, tak znienawidzony rosyjski język.
- Andreju Koviczenko, coś Ty najlepszego uczynił?
- Kim jesteś? – Zapytał blondyn. – Mocodawcami człowieka, którego zabiłeś, a zaraz za nim podpisałeś wyrok na doktora i jego rodzinę! Nie wspominając o Twojej! Do zobaczenia! – Andrzej chciał odpowiedzieć, ale w słuchawce usłyszał tylko sygnał, a po chwili dostał wiadomość, w której były zdjęcia jego rodziny, współrzędne aktualnego ich przebywania. Brak nadawcy.
- Co jest! – krzyknął. Nagle zauważył dziwny ruch w domu doktora, a okna rozbłyskały pomarańczowym ogniem. Otworzyły się drzwi do ogrodu, wyskoczyła z nich starsza pani, zaraz za nią pojawił się ktoś, otworzył ogień, a na śniegu pojawiła się wielka plama krwi. Andrzej upadł na kolana, upływ krwi, dał się we znaki. Podniósł się, ale zanim dobiegł na miejsce, było po wszystkim, a sprawcy odjechali. Z wyciągnięta bronią wszedł do środka. Wszędzie były ślady kul, krew i cała rodzina.
- o Boże… – szepnął. Zobaczył migocące w oddali niebieskie światła i uciekł, na wzgórze, gdzie przyłapał zamachowca. Przeszukał go, zabrał broń i zasypał śniegiem. Całą drogę do domu próbował dodzwonić się do żony, bezskutecznie. Gdy tam dojechał, zobaczył, jak za firankami mruga pomarańczowa poświata. Wystraszony wpadł do domu wykopując drzwi. Napadła na niego, zasłaniając mu usta, żona.
- Oszalałeś, dzieci pobudzisz. – krzyknęła na niego półgłosem. Przycisnął ją do siebie ciesząc, że widzi całą i zdrową.
- Musimy uciekać! – Dodał.
– W co się wplątałeś?
- Później Ci opowiem! – wyszeptał wypychając ją do pokoju – Pakuj, najpotrzebniejsze – Andrei spojrzał na telefon, rzucił go o ziemię i rozdeptał.
Nagły wybuch obudził, stojącego przy oknie, zamyślonego mężczyznę. Podskoczył. Po chwili kolejna seria, a chwile później miasto rozbłysło i rozbrzmiało setkami wystrzałów. Barczysty człowiek, próbował otrząsnąć się z szoku chłodną kalkulacją, gdy w tym samym momencie poczuł na szyi ciepłe ręce żony:
- Wszystkiego dobrego na Nowy Rok! – Krzyknęła i podskakując ucałowała go. Andrei roześmiał się, podniósł filigranową kobietę do góry i ucałował. – Nowy Rok! – Wykrzyknął. Kobieta nagle posmutniała.
- A teraz poważnie! – Powiedziała – O co chodzi? Spakowałam nasze rzeczy i co dalej. Co nabroiłeś? Co zamierzasz? – Andrei słuchając pytań żony spuścił wzrok, a ona kontynuowała – Masz dziecko! Jak Cię wsadzą, to co zrobimy? Będziemy mieszkać pod mostem? Co Ty sobie myślisz? – Mężczyzna, bez słowa przytulił Różę, która przestała pytać, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Boję, się! Rozumiesz? – Wyszeptała.
- Ja też… – odpowiedział na tyle cicho, by nie dosłyszała i głośniej powiedział – Damy radę. – Para stała tak chwilę, przytulona, na tle okna i w błyskach wesołych światełek choinkowych.
- Idę zobaczyć czy Alex się nie obudził, na ten hałas. – Mężczyzna przy oknie odprowadził żonę wzrokiem, patrzył jeszcze w jej stronę, nawet gdy zniknęła za drzwiami pokoju ich syna. Odwrócił się wtedy do okna i odsłonił lekko palcem zasłonę, zobaczył czarną furgonetkę. Serce podskoczyło mu do gardła. Cholera – pomyślał – wyjdę i wytłumaczę, że moja rodzina nie ma z „tym” nic wspólnego. Po cichu podszedł do drzwi, wyjrzał przez judasza i wyszedł na zewnątrz. Wyszedł z klatki, zrobił kilka kroków w stronę ulicy, a minibus bez świateł ruszył. Po chwili zniknął za zakrętem, zostawiając Andrzeja w szoku. Obrócił się na pięcie i wbiegł do domu, zastał przestraszoną Różę z dzieckiem na rękach. Przez chwilę patrzył w milczeniu.
- Że już? – Zapytała, tuląc do siebie zaspanego Aleksandra.
- Tak. Wszystko masz przygotowane?
- Tylko zebrać się i możemy ruszać, w nieznane. A hoi, przygodo! - Powiedziała z przekąsem.
- Zawsze wiedziałem, że w Tobie dusza rządna przygód. – odpowiedział, nie będąc dłużnym. Puścił oko i pogładził ją po ramieniu. Ubierz młodego, wymarsz, za kwadrans. Kobieto „ce – zet – a – es”, jest ważny.
- Uwielbiam, ten Twój, wojskowy żargon! – Wytknęła do męża język i zniknęła w pokoju z chłopcem. Andrei podszedł do okna, minibus znowu tam stał. Obserwują tylko, może to ode mnie z „biura”. Zadzwonię później, z budki na trasie, albo jak wywiozę ich w bezpieczne miejsce. Stał tak obserwując samochód na dole, póki nie usłyszał za sobą słodkiego głosu żony.
- Minęło szesnaście minut, a Ty nas nie poganiasz? Zaczynam się Ciebie bać.
- Zamyśliłem się. Wybacz, czyli gotowi jesteście? – Mężczyzna złapał dwie wielkie torby z rzeczami, czując ich ciężar zapytał – Na pewno wszystko masz? – Nie oczekiwał odpowiedzi, tylko widząc, że dziewczyna sięga do gniazdka, by wyłączyć choinkę powstrzymał ją – Niech zostanie zapalona.
Wyszli cicho tuż po północy, po drewnianych schodach zsunęli się do garażu, połączonego z kamienicą i ruszyli, a za nimi czarna furgonetka.
Andrei całą drogę niespokojnie obserwował ogon. Trzymali się dość daleko, ale cały czas obserwowały ich jej reflektory. Jeep, którym jechali ciągnął przyczepkę, a na niej, szczelnie przykryte brezentem, dwa motory. Andrei lekko szturchnął żonę, która spała już dłuższą chwilę, podniosła leniwie oczy, zerkając na fotelik, w którym spał ich syn.
- Po co mnie budzisz? Stało się coś? – Za chwilę stacja benzynowa, zamienimy się, z tym, że ja wezmę motor i będę jechał, za wami.
- Co Ty znowu wymyślasz? Odpowiedziała.
- Zaufaj mi, OK?
- A co mi pozostaje? – zapytała retorycznie i zaczęła odpinać pasy, by się przesiąść. Blondyn wyskoczył, szybko wydobył motor i dał znać, żeby Róża jechała. – Wychyliła się jeszcze z okna i zapytała – Tylko, że nawet nie wiem, gdzie jedziemy, kochanie.
- Tą drogą przed sibie, dam sygnał jeśli się coś zmieni. Teraz jedź!
- Podstarzały Harleyowiec. – Dodała, zamykając drzwi. Aleksander się przebudził.
- Co się stało, mamo?
- Śpij serduszko, nic się nie stało, tylko tata bawi się w cowboya. – Chłopczyk już nie zareagował, zasnął.
Dziewczyna ruszyła, a Andrei odczekał, aż żona odjedzie, a za nią ich ogon. Mężczyzna postarał się tak stanąć, że ludzie w czarnym furgonie nie zauważyli podmianki. Ku jego zaskoczeniu zatrzymali się, na stacji – czyżby zauważyli jednak? - pomyślał.
Z busa wysiadło dwóch ludzi, jeden się przeciągnął i zapytał po rosyjsku drugiego, czy chce kawy, ten przytaknął sięgając po pistolet z dystrybutora. Andrei wykorzystał sytuację, wyjął nóż podbiegł cicho do tankującego i przyłożył mu do gardła.
- Coście za jedni – zapytał łamanym rosyjskim.
- Śpioch? Jak myślisz, kim i po co tu jesteśmy? Zlikwidowałeś naszego cyngla, my musimy „posprzątać”, po Tobie i po nas.
- Moja rodzina nie jest w to zamieszana, odwalcie się od nich. – Poniesiony nerwami lekko naciął skórę na szyi swojego przeciwnika.
- To już nie ma najmniejszego znaczenia, nie „wnikamy” – powiedział, mimo noża na gardle nie tracił pewności siebie. Trzymał cały czas spust, zalewając bak. Cisze przerwało pstryknięcie napełniony bak dał znak, że nie łyknie więcej. Andrei chwycił wtedy wolną ręka spust i wyjął pistolet lejąc po całej okolicy benzyną.
- To pójdziecie pieszo. Sukinsyny, jeśli was kiedyś spotkam na swojej drodze, to zabije! Rozumiesz? Powiedział Andrei i wyciągnął mu zza pazuchy pistolet. Uderzył z odlewu, odrzucając na bok Rosjanina. W tym momencie wybiegł jego partner, rzucając na bok kawę i hot-dogi sięgnął po broń. Wysoki Harleyowiec szedł już szybkim krokiem, do zaparkowanego motoru, gdy tuż obok ucha z dzikim świstem przeleciała kula, odskoczył za śmietnik. Zobaczył tylko jak z tyłu stacji wybiega jej obsługa. Zaczął składać się do strzału, gdy obudził się jego rozmówca i ledwo trzymając się na nogach zaczął krzyczeć coś do partnera i pokazując na furgon. Andrzej strzelił w ziemię obok dystrybutorów, ziemia zapłonęła niebieskim płomieniem. Zanim furgon eksplodował odpalał już motor. Para zabójców odskoczyła, jeden szamotał się z ogniem który rozprzestrzeniał się na jego nogawce. Gdy Andrei wjechał na szosę, za jego plecami nagłą falą ognia wybuchła stacja, zakołysał się lekko na motorze i dodał gazu, by dogonić żonę.

Kolejny wybuch za plecami mężczyzny, przeobraził się w złowieszczy krzyk tysiąca głosów. Jego motor zamarł. Silnik przestał mruczeć, światła zgasły. Wokół zrobiło się złowieszczo ciemno. Drzewa niespokojnie szumiały, a świat spowiła mgła. Andrei jeszcze chwilę próbował odpalić motor,  bezskutecznie. Kawałek prowadził motor, ale stwierdził, że to tylko strata czasu, sprowadził go do pobliskiego rowu i zakrył gałęziami, pożegnał nie bez żalu. Wyszeptał tylko „żegnaj przyjacielu” i poszedł dalej. Kilka razy bezskutecznie próbował złapać stopa. Za sobą słyszał tylko ciągły lament, powodujący gęsią skórkę. Nagle wycie stało się coraz głośniejsze, mężczyzna widział w życiu wiele zła, trupów swoich przyjaciół, wrogów, których sam posłał na tamten świat, ale ten dźwięk. W jakiś dziwny sposób zmroził jego duszę. Zaczął się modlić, trochę bezwiednie. Całe wieki tego nie robił, przypomniały mu się chwilę, gdy odwiedzał świątynie i tą ciszę, wewnętrzny spokój i bezpieczeństwo. Gdy dorósł stwierdził, że bezpieczeństwo czuł, bo obok stali rodzice, a cisza? Pustka, bo „TAM” nic nie ma. Jesteśmy tylko MY, ludzie i wszechświat. Tak naprawdę czy to ważne? Liczy się, że może chwilę w ciszy być, przemyśleć co go trapi. Zanim będzie potrzebować psychiatry, bo męczy depresja? Modlitwa? Nie znał ich zbyt wiele, zawsze uważał, że wystarczy rozmawiać, jeśli On jest, to docenia takie szczere rozmowy. Stwierdzając jednak, że w życiu odwalił tyle zła, że jest mu winien jedną. Przyspieszył kroku, słysząc piekielne wycie, coraz wyraźniejsze, ale żadna nie przychodziła mu do głowy. Nagle słowa zaczęły układać się w treść, skąd ją znał? Chyba z jakiegoś filmu, nawet jeśli nie była skierowana do jego Boga, teraz pasowała mu najbardziej:
„Za to wszystko co powinniśmy pomyśleć, ale nie pomyśleliśmy
Za to wszystko, powinniśmy powiedzieć, ale nie powiedzieliśmy
Za to wszystko co powinniśmy zrobić, ale nie zrobiliśmy
Proszę cie Boże o przebaczenie.„
Nagle dźwięk, był już tak głośny, że nieomal mógł go dotknąć, a mgła poruszała się w jego rytm. Wtedy mgła zaczęła robić się błękitna, próbował chwycić ten błękitny tren w ręce, ale para, to para. Podczas, gdy świat zrobił się niebieski, zza rogu wyjechał wóz bojowy straży pożarnej, dźwięk przestał dobijać się echem między drzewami i zmienił w zwykłe wycie syreny. Gdy wielka czerwona ciężarówka minęła go
i zniknęła za następnym zakrętem, po chwili znowu zmienił się w dziwne wycie. Andrei przystanął, uśmiechnął się, palnął w czoło, przeciągnął dłoń po twarzy i ruszył dalej.
Uszedł może z trzy kilometry, gdy za jego plecami pojawił się samochód, stwierdził, że złapie stopa. Wystawił palec, samochód skrócił światła, dał kierunek i zatrzymał się na poboczu. Andrei podbiegł kawałek, pochylił się, by spytać o podwózkę, pochylając się zobaczył w środku, poparzoną twarz. To byli oni. Mężczyzna przeklął, gdy zobaczył uśmiechniętą twarz poparzonego i wycelowany w jego stronę pistolet. Drugi mężczyzna wysiadł.
- Witaj Towarzyszu. Powiedział drugi, wsiadasz dobrowolnie, czy mam Ci pomóc? – Zapytał ostrym tonem.
Andrei rozłożył ręce, oceniając sytuacje. Człowiek w samochodzie szczerzył się do niego, odsłaniając pożółkłe zęby. Domyślał się, że dostanie się w jego łapy, to nie będzie wesoło. Na tylnym siedzeniu siedział martwy mężczyzna, zapewne właściciel tego samochodu.
- To wsiadasz? – Powtórzył Agent.
Andrei spojrzał na niego, wziął głęboki oddech i wybijając szybę samochodu zasypał milionami okruchów szkła mężczyzna z bronią, ten osłonił twarz. Barczysty harleyowiec przeskoczył dach kopiąc oprawce, po drugiej stronie, który nie zdążył sięgnąć po broń tylko upadł nieprzytomny kawałek dalej. W tym czasie z samochodu wysiadł Poparzony, teraz, na jego twarzy dodatkowo pojawiły się okruch szkła, które połyskiwały lekko, a spod nich zaczęła sączyć się krew. Zanim zdążył zlokalizować swój cel, Andrei już był obok, próbując go obezwładnić. Podczas szamotaniny padło kilka strzałów. Nagle kątem oka zauważył, że drugi agent już wstał i wyjmował pistolet z kabury. Harleyowiec skierował pistolet, swojego sparing partnera w tamtą stronę i łamiąc rękę Poparzonego wystrzelił. Drugi agent, padł w tym samym miejscu, w którym leżał jeszcze przed chwilą, teraz już skutecznie. Andrei uderzył z główki przeciwnika, usłyszał tylko dźwięk łamanych kości, a mężczyzna upadł jak worek kartofli. Sam padł na kolana, zmęczony. Podniósł pistolet, magazynek był pusty. Podszedł do drugiego agenta i zabrał mu broń. Spojrzał na mężczyznę, sprawdził jego puls, nie żył. Odwrócił się w stronę samochodu, zobaczył kilka dziur i przestrzelone opony. Wsiadł do środka, żeby otworzyć bagażnik, wysiadając zobaczył jak poparzony agent doczołgał się do martwego kolegi i wbił mu prosto w martwe serce strzykawkę. Andrei doskoczył do nich kopnął, znowu szczerzącego się agenta i wyjął strzykawkę, która składała się z dwóch komór, na jednej napisane było „адреналин” – adrenalina, na drugiej „Weles”, imię jakiegoś mitologicznego twora z zaświatów.
- Mniejsza o to. – wyszeptał, zajrzał do bagażnika, brak zapasowego koła. Przeklął, przez zęby i poszedł w swoją drogę. Uszedł kilka metrów, gdy usłyszał za sobą krzyk. Odwrócił się i zobaczył, przed chwila martwego człowieka, który wygięty w łuk wydawał z siebie dziki krzyk. Po chwili wypluł fontannę krwi, jakby płuca wywróciły się na lewą stronę. Opadł wtedy płasko, by po chwili zerwać się na równe nogi, kołysząc lekko zaczął się rozglądać, nagle odwrócił się w stronę Andrzeja. Jego twarz była blada, zakrwawiona, a z ust sączyła się posoka. Gdy zauważył Harleyowca zaczął iść w jego kierunku. Andrei wyciągnął broń, która nie zrobiła wrażenia na agencie, który wolnym krokiem człapał w jego kierunku.
- Stój, bo strzelam! – krzyknął Andrzej. Zabójca zareagował, przyspieszył.
Motocyklista zaczął strzelać, agent odskakiwał tylko nieznacznie, zatrzymywany tylko na moment, gdy kula przeszywała jego ciało. – Czym Ty jesteś naćpany? – wykrzyknął Andrei wystrzeliwując ostatnią kulę, stał zamurowany, przerażony i nie zrobił nawet kroku, gdy podziurawiony kulami mężczyzna człapał w jego kierunku. Zauważył tylko jego nienaturalnie białe oczy, nie można było odróżnić białek od źrenic. Świr był już o dwa metry od Harleyowca, gdy nagle obok niego przemknął samochód, otwartymi drzwiami zgarnął oprawcę, odrzucając go kilka metrów. Andrei nadal stał zahipnotyzowany, cały czas przyciskając spust pistoletu, który już dawno wydawał z siebie tylko kliknięcie. Z letargu wydobył go głos.
- Rusz dupę! Andrei! – To była Róża, ocknął się, gdy zdążyła zawrócić i stanęła obok niego.
- Mój Anioł… – Wyszeptał wsiadając, do samochodu. Spojrzał w lusterko, gdzie naćpany agent zaczął się zbierać, miał połamane nogi i chyba miednice, bo zaczął bezwładnie ciągnąc tułów w ich kierunku, ten obraz został z mężczyzną już na zawsze, czołgając się w jego sny pełznąć w żyłach powodując paniczny strach.
Jechali cały dzień, noc, aż znaleźli swoje miejsce na ziemi. W środku lasu w małym domku, sąsiedzi o kilka kilometrów dalej, do sklepu i najbliższego miasta też. Andrei załatwił lewe papiery. Bez nowoczesnej techniki, bez rozmawiania przez telefon, bez smartfonów i portali społecznościowych, bez cyfrowej telewizji i rozmawiania przy urządzeniach, które kontroluje się tylko pozornie świadomie. Używali tylko starego telefonu, który zna czasy, w których nie było nawet polifonicznych dzwonków, kontaktowali się SMS-ami, by nawet ślad głosu nie dostał się do „Systemu”. Ciężko jest żyć, używając tylko polnych i leśnych dróg. Partyzantka.
Od spotkania z Agentami Starej Matki miął rok, to był dzień zero. Gdy świat zaczął wariować. Obudziło ich rano szczekanie psa. Ujadał jak szalony.
- Andrei! – Kobieta budziła męża – chciałeś dużego psa, to idź go uspokój! – Mężczyzna chcąc, nie chcąc ubrał się i wyszedł. Pies szczekał, wystawiając tylko łeb z budy. Mężczyzna zauważył po drugiej stronie siatki postać, która szamotała się w oczkach siatki leśnej. - Pewnie jakiś pijany grzybiarz. - pomyślał.
- Rex, morda! Waruj! – krzyknął do psa, który nie zareagował, tylko w dziwny sposób warczał i poszczekiwał w kierunku postaci za ogrodzeniem.
- Dzień dobry! – krzyknął Andrzej do mężczyzny, który zastygł. – Zaraz panu pomogę, ha ha. – Zaśmiał się próbując zapalić latarkę uderzając ja ręką – No zapal się! – wyszeptał do siebie. Gdy udało mu się włączyć skierował snop światła w kierunku postaci i zamarł. Koszmary wróciły, gdy zobaczył człowieka za siatką. Jego blada twarz i oczy bez źrenic obudziły w nim lęk z przeszłości. Ogarnął okolice latarka, był tylko on. Cofnął się do domu, zamknął okna i drzwi wyjrzał przez jedno z okien. Stał tam, jego postać majaczyła w półmroku. Andrzej Oparł się o ścianę i osunął na podłogę chowając twarz w dłoniach. Do rana postaci było więcej. Zabronił Róży wyglądania przez okno i żeby pilnowała Aleksandra, sam wyszedł na zewnątrz. Podszedł do jednej z nich, również zaplątanej w siatce, tylko ręce miała przełożone przez oczka i machała nimi przed twarzą Andreia.
- Więc nie można was zabić? – wyszeptał do postaci przed nim. Nie oczekiwał odpowiedzi, przyjrzał się tylko w poszukiwaniu nakłucia. Zobaczył szarpane rany od ugryzienia. – Więc, adrenalina i trucizna? Może jeśli wszczepić jad żywej osobie… To nie trzeba adrenaliny? Agent był martwy, więc potrzeba było ożywić na chwile serce, by przepompowało jad w odpowiednie miejsce. Więc trzeba wam serce przebić? Może osikowym kołkiem? – Kontynuował swój monolog, wbił w serce zaostrzony kij. – Nic, więc nie o to chodzi. – wyciągnął mu z serca szpikulec i wbił w oko, jak najgłębiej mógł, wtedy postać upadła prawie natychmiast. – Więc stary sposób, odłączyć komputer.
Pies cały czas ujadał i poszczekiwał, w pewnym momencie przestał, nastawił uszy i zaczął skomleć, wybiegł z budy i rozpędził się, przebijając przez oczka siatki, zostawił na niej strzępy futra.
- Rex! Stój, noga.. – krzyknął, nagle usłyszał dziwny szum i szelest z lasu, wtedy zobaczył chmarę ludzi wybiegających spomiędzy drzew. Wszyscy byli jak Ci tu, martwi. Andrei na chwile zamarł, zrobił kilka kroków do tyłu. Gdy pierwsze postacie dosięgły płotu odskoczył i zaczął biec do domu, słyszał za sobą tylko jak kolejno biegnący zatrzymują się na siatce, która zaczęła się rozciągać pod ich ciężarem. Wbiegł do domu i zaczął zastawiać okna szafami, a drzwi krzesłami. Zasłaniając ostatnie okno zauważył jak siatka puszcza a fala truposzy wlewa się na podwórze, a po chwili pierwszy z NICH uderza w drzwi z całym impetem. 
Róża siedziała skulona w kącie ściskała mocno Aleksa. Trzęsła się. Pokój rozdzierał co chwile dźwięk, uderzania w drzwi i nieziemski jęk. Ktoś bardzo chciał się dostać do środka, przez zastawione meblami drzwi wejściowe. Andrei, z zaciśniętymi pięściami, stał przy oknie, wyglądając z wysokiego parteru na mrowie martwych głów, które otoczyły dom. Mężczyzna wiedział, że barykada długo nie wytrzyma, a fala truposzy wleje się i zabierze mu wszystko co kochał. Żona, dziecko. Szybka myśl, szalony pomysł. Podszedł do matki z dzieckiem i szepnął im do ucha
– Kocham was… – pocałował – odciągnę ich, jakoś, jak pójdą uciekajcie do miasta, do naszych przyjaciół.
Nie zastanawiając się otworzył okno, gdy stał już na parapecie, obejrzał się, uśmiechnął
- Znajdę was… Obiecuje. – wyszeptał i puścił oko. Wyskoczył jak najdalej potrafił wylądował tuż za plecami „okupantów”, przykulał się jeszcze kawałek i wstał na równe nogi jak szybko mógł. Blado szare twarze truposzy odwróciły się w jego stronę. Działa – pomyślał – ale co dalej. Jednym skokiem przesadził się przez płot, pobiegł do garażu, zerkając czy podążają za nim, nie wszystkie, można rzec, że mała część, krzyknął – za mną pogibańcy, za mną!! – Ruszyło jeszcze kilka. Z głośnym trzaskiem zamknął za sobą drzwi. Mroczne postacie snuły się za uciekinierem do oddalonego o kilkadziesiąt metrów garażu, gdy doczłapały się do niego zaczęły drapać i uderzać w drzwi. Wśród szumu jaki spowodowały dało się usłyszeć cichy pomruk. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, posyłając kilka zombie kilka metrów do tyłu. Z Garażu wytoczył się samochód, oświetlając reflektorami lekko zamgloną okolicę. Dodał gazu zgarniając na maskę jeszcze kilka ożywieńców i zahamował tuż przed ściana, zombie poleciały na nią roztrzaskując się. Jeden został zaklinowany w orurowaniu Nivy. Mężczyzna po raz kolejny mógł z tak bliska zobaczyć, sięgającego w jego kierunku, zombie. Mężczyzna zaczął wciskać klakson, lecz zamiast głośnego dźwięku usłyszał lekkie mruczenie, jakby żabę motorower przejechał.
- Kurczę, miałem to naprawić – mruknął, zrobił kilka kółek wokół domu, trąbiąc. Zauważył, że większość bardziej się interesuje hałasem, który wywołują inne truposze, by zauważyć jego raban. W końcu wyjął ze schowka płytę, włożył ją do odtwarzacza, podkręcił dźwięk, zwiększył basy. Z głośników zaczęła się wydobywać mocna heavy metalowa muzyka. „Onward into the Void” darł się z nich wokalista – ironia – pomyślał Andrei.
Teraz już wszystkie trupy z wokół domu go słyszały i zaczęły za nim podążać, by upewnić się zrobił jeszcze jedną rundę wokół domu, zauważył w oknie postać, a może chciał ją zobaczyć, machała mu. Zombie zaklinowane na masce samochodu szczerzyło się do niego próbując dosięgnąć. W pewnym momencie autostopowicz od klinował się i osunął na ziemię pod koła, samochód lekko podskoczył. Mężczyzna wolno toczył samochód, uchylił okna, by każdy dźwięk dotarł do jego współtowarzyszy. Jak najdalej się da – myślał – jak najdalej… 
Jechał już dłuższą chwile gdy pewnym momencie samochód lekko drżąc wskazał na wskazówką stanu benzyny pole rezerwy. Dodał gazu wypalając resztę benzyny by nadrobić kawałek, wysiadł zostawił włączony odtwarzacz, „death camp earth” wydarł się głos z radia. Chłopak znowu się uśmiechnął, gdy zobaczył tłum ożywieńców jaki go śledził, wyjął z bagażnika szpadel. Jedyna broń jaką znalazł, zakręcił nią po chojracku i stanął naprzeciw. Muzyka za nim grała. To naprawdę był szalony pomysł – pomyślał rozbijając czaszkę jednemu z truposzy.
Było już południe, z trudem powłóczył nogami, krok, za krokiem, lewa, prawa, lewa. Słońce grzało niemiłosiernie, rażąc w oczy, paląc skórę.
- Wolał bym przekopywać ogródek. – Wyszeptał zarzucając zakrwawiony szpadel na ramie. Z oddali grała muzyka, z samochodu, wokół którego leżały masy ciał z porozbijanymi głowami. Mężczyzna zatrzymał się w pewnym momencie zauważając przed sobą hordę zombie, przecinającą jego drogę.
- Trzeba będzie iść na około. – Splunął i zszedł ze ścieżki, w stronę jeziora otoczonego lasem. Schodząc z górki poślizgnął się i skulał na sam dół, odbijając się od drzewa. Już miał się podnosić, gdy przebijające między drzewami promienie słońca zaczęły ciemnieć, tuląc go do snu. Zemdlał.
Gdy zaczął odzyskiwać świadomość, usłyszał nad głową szelest liści i dziwne sapanie, połączone ze stękaniem.
- To koniec. – Pomyślał. – Oby Rosa i Aleksander byli bezpieczni…
Próbował podnieść się, by stanąć do walki, noga osunęła mu się na błotnistym podłożu i padł, z powrotem, ponownie otulony błogością. Wtedy poczuł obecność. Bardzo blisko. Nie miał jeszcze tyle siły, by odwrócić głowę. Gdy szelest liści był już tak blisko, że ich łodygi dotykały jego głowy poczuł na twarzy. Szorstki, mokry jęzor. Gdy zobaczył istotę, która go tak wita, Andrei, aż podskoczył czując nagły przypływ siły. Chwycił wielką mordkę psa i krzyknął.
- Sabaka, gdzieś Ty był? – Przytulił go mocno i zauważył zadrapania od siatki ogrodzeniowej. – Ale się urządziłeś, piesku. – Może i dobrze, że tam Cię nie było. Teraz idziemy do Pani.
Mężczyzna wstał, kuśtykając nieznacznie, rozejrzał się po okolicy i podszedł do brzegu spojrzał na swoja twarz odbita w tafli jeziora, która była dziś dziwnie spokojna. Nabrał w ręce wody umył się, wstając spojrzał za szpadlem i ruszył w stronę domu.
Droga wokół jeziora była dłuższa niż przypuszczał. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi oświetlając okolicę lekko pomarańczowym światłem. Zbliżał się powoli do domu, obserwując teren, było pusto, zauważył krwawe ślady kół samochodu, którym jechał kilka godzin wcześniej.
- Co myślisz piesku? – zapytał retorycznie, wychylając głowę stał oparty o drzewo. Pies stał obok, z opuszczonym ogonem i uniesioną głową, łapał powietrze. – Idziemy. – Dodał wychodząc zza drzewa. Z daleka zauważył, że drzwi są otwarte. Serce podskoczyło mu do gardła. Wbiegł do środka, było pusto. Wszedł do pokoju, z którego wyskakiwał, także pusto. Żadnych śladów walki nie zauważył, tylko kilka szaf otwartych i rozrzuconych rzeczy. Wyglądało, że żona spakował ich rzeczy, ale jej już nie ma. Kątem oka zauważył na lustrze, namazane czerwoną szminka:
„zabraliśmy się z Nowakami do miasta. Czekamy na Ciebie!”
i namalowane serce. Dotknął lustra i uśmiechnął się.
Andrei chwycił telefon, zaczął w nim coś nerwowo pisać. Zamyślił się i nie zauważył jak za jego plecami zbliża się wolnym krokiem, blady i podrapany człowiek. Jego białe oczy wpatrywały się w mężczyznę z telefonem, który zawisł na chwile z telefonem w ręku. Już miał go złapać w śmiertelnym uścisku, gdy Andrei odwinął się i z całej siły cisnął w jego kierunku cegło-fonem, który zrobił swoje i wbił się w głowę zombie. Mężczyzna wyszedł, zostawiając w pokoju unieszkodliwionego truposza, w którego głowie tkwił telefon, wyświetlający na ekranie:

„BRAK SIECI”

Wszedł do kuchni, otworzył szufladę i wyjął największy nóż jaki znalazł. Zajrzał do lodówki, która zaczęła się rozmrażać wyjął pęto kiełbasy, a z szafy wyjął chleb i wyszedł. Na zewnątrz pies podskakiwał, z nastawionymi uszami wokół czołgającego się korpusu, który sięgał w jego kierunku zakrwawione dłonie.
Andrei przechodząc obok wbił w jego głowę szpadel, martwe ciało natychmiast opadło, ku zdziwieniu psa.
- Sabaka! Noga! Koniec wygłupów. – powiedział stanowczym głosem, pies natychmiast z opuszczonym łbem podbiegł do swojego pana. Skierowali się do garażu. Gdzie, pod wielka plandeka, stał potężny trójkołowy motor. Odkrył go, wytoczył z garażu, zajrzał do baku, dolał benzyny i próbował odpalić. Po kilku nieudanych próbach po, niemalże armatniej, salwie z rury wydechowej i w tumanie spalin odpalił, strasząc psa. Andrei zawołał go, pies uciekł róg domu i tylko wyglądał zza niego nieznacznie obserwując
hałasujące monstrum. Po chwili przekonywania zwierze posłuchało, a mężczyzna siłą posadził psa na siedzeniu obok siebie i dał mu spory kawał kiełbasy. W tumanie kurzu połączonego ze spalinami i potężnym rykiem wyjechali z lasu, na główną szosę. Po drodze kopniakami otwierając sobie drogę między żywymi trupami i lawirując między porzuconymi samochodami. Jechali tak kilka minut, aż dojechali do mostu, na środku którego stała grupa ożywieńców, a hałas silnika zwrócił ich uwagę. Andrei jechał w ich kierunku, chcąc ich staranować, nagle zza pobliskiej ciężarówki wyczłapał się jeden z nich, mężczyzna odruchowo skręcił kierownicę i wpadł w poślizg. Stanął w poprzek drogi, za mało czasu miał, żeby nawrócić. Grupa zbliżała się z ustami wykrzywionymi w uśmiechu sztywnego powitania. Wstał z motoru, wyjął klucz do kół i zaczął nim wymachiwać. Gdy rozgromił większa część bandy, jeden z nich go zaskoczył i złapał za szyję, Andrei opadając już z sił walczył, by go odepchnąć, od siebie. Nagle za jego plecami pojawił się kolejny, Andrei wiedział, że znalazł się w ciężkiej sytuacji. Gdy zombie za nim już miało go chwytać zaatakował je pies, rzucając się na plecy sztywniaka popchnął za barierkę i trup wpadł do wody, a z nim pies. Andrei odepchnął w furii przeciwnika, rozbił czaszkę kluczem i dobiegł do barierki.
- Sabaka! – krzyknął widząc psa, który porwany nurtem popłynął niesiony wartkim prądem rzeki. – Sabaka… – Powtórzył jego imię i osunął się na ziemie, wzdłuż barierki mostu.


Z zamyślenia obudziły go kroki. Nie takie zwykłe, ale przeciągłe, jakby nerwowe, lekko powłóczyste, zmęczone lub martwe. Siedzący mężczyzna szybko podniósł oczy i zerwał się na równe nogi, gotowy do walki. Naprzeciw niego stał chudy, blady człek. Andrei zamierzył się na niego, a ten w geście obrony wyszeptał.
- Czekaj, nie! - Osłabiony upadł na bok zakrywając głowę. – Proszę. – dodał cicho.
- Kim jesteś? – zapytał człowiek ze wschodnim akcentem, wyciągając rękę do leżącego.
- Uciekam z miasta, w bezpieczne miejsce. – Dzięki pomocy Andreja wstał. – Pokazał miejsce, z którego idzie. – Tam jest teraz jeden wielki chaos.
- Co tam się wydarzyło? Czy są ocalali? Kobiety, dzieci? – krzyczał Andrei lekko potrząsając przybyszem za klapy kurtki. Czuł, że ciało człowieka staje się wiotkie, traci przytomność. – Słyszysz? Nie mdlej mi teraz!
- Kobiety… Dzieci… Wszyscy zabrani do Salvation. Helikopterami. Zaraz na początku i dziś rano, zanim wszystko wybuchło nam w twarz. Straciliśmy miasto, straciliśmy wszystko. Idę tam! – Pokazał palcem drogę widoczną z mostu. – W bezpieczne miejsce. Wszyscy tam są. – wyszeptał i stracił przytomność, jego oddech stał się chrapliwy. Andrei Posadził go na siedzeniu trójkołowca.
- Bezpieczne miejsce mówisz, zobaczymy, poczekaj tu. - powiedział do człowieka, nie oczekując odpowiedzi, a sam udał się w stronę miasta, gdzie miała czekać Róża. Nie doszedł za daleko, usłyszał przed sobą szum i zza przewróconej ciężarówki wytoczyła się fala martwych głów. Andrei wskoczył na porzucony samochód, by z niego zobaczyć budynki. To co zobaczył ugięło mu nogi, za grupą, którą widzi przed sobą podąża wielka horda zombie. Miasto zakryte jest chmura dymu, przez które prześwitywały tylko języki ognia.
- o Boże…- wyszeptał i zeskoczył z samochodu, ruszył w kierunku trajka. Dopadł do niego i zaczął odpalać. Zamiast ryku silnika usłyszał wystrzał z rury wydechowej. – Cholera, nie zawiedź mnie teraz! – Mimo, że miał chwile zanim grupa do niego dojdzie, to zwrócił teraz na siebie uwagę, co nie pozwoli mu się ukryć. Kopnął jeszcze raz. Odpalił. Nagle z dziką furia, zrzucając z motoru dopadła go jakaś bestia, człowiek, którego znalazł odmienił się w jednego z nich. Andrei cudem unikając ugryzienia upadł z nieumarłym. Motocyklista jednym porządnym ciosem z łokcia zrzucił umarlaka z pleców. Przeturlał się kawałek, podniósł się przyklękając i podpierając ręką ocenił sytuacje i wyskoczył w górę opadając prawą nogą na wstającego zombie, upadł ponownie. Wtedy mężczyzna podniósł trzymając z tyłu za ręce pchnął go w tłum zbliżający się w jego stronę licząc, że dopiero odmienione ciało odwróci uwagę od jego osoby. Wskoczył na motor i ruszył, nie widział jak za nim, łapczywie i ze wściekłością rozrywane jest ciało mężczyzny.
- Dziękuje. – wyszeptał do siebie.
Jechał drogą przed siebie, dłuższą chwilę była pusta, na poboczu leżały wraki samochodów, z widocznymi śladami zepchnięcia, przez ciężki sprzęt. Później napotkał kilkoro z NICH, spiesząc się do żony ominął ich tylko. Dodał gazu i z mocą cyklonu ruszył przed siebie.
Jechał całą noc, droga prowadziła cały czas w prosto, ponadto szlak zepchniętych z drogi samochodów upewniał go, że jedzie w dobrą stronę. O świcie zaczął dostrzegać większą ilość włóczących się postaci. Nagle zauważył wielki znak. Zwolnił.
 „Obóz przejściowy nr 61 „Salvation” 10 km
UWAGA: Strój odblaskowy OBOWIĄZKOWY!!!
W innym wypadku narażasz się na śmierć!”
 Andrei przeczytał i odetchnął, wiedział, że jest już blisko. Poniżej znaku stało kilka metalowych szafek z ostro żółtymi kurtkami, większość z nich było rozwalonych, a kurtki rozrzucone w chaosie. Mężczyzna podszedł ostrożnie i zajrzał do jednej z nich szukając swojego rozmiaru. Jesst barczystym olbrzymem więc ciężko mu dobrać strój. W końcu znalazł, z metalicznym trzaskiem zamknął drzwiczki. Zza rzędu szafek wynurzył się obdrapany bez lewej ręki i kulejący ożywieniec. Andrei zaskoczony zrobił krok do tyłu, natychmiast skontrował szybkim ciosem w głowę. Powalił napastnika, szybko wrócił do pojazdu i ruszył dalej, z daleka zobaczył wielki obóz otoczony siatka i drutem kolczastym. Największe wrażenie jednak sprawił widok oblężenia. Cały obóz otoczony był szerokim kordonem truposzy ostrzeliwanych z wnętrza. Cała polana wypełniona była błądzącymi i kierującymi się w stronę odgłosu wystrzałów zombie.
Andrei zszedł z motoru i złapał się za głowę. Widząc, że nie ma szans na dostanie się do środka popłynęły mu łzy. Odstawił Trójkołowiec na poboczu rozejrzał się za najwyższym punktem obserwacyjnym. Zauważył autobus, wspiął się na niego i rozejrzał. Gdziekolwiek spojrzał widział postacie, żadna nie miała jaskrawej kamizelki. Zmartwił się. W głowie planował krok po kroku, co zrobi i żaden scenariusz nie kończył się dobrze. W pewnym momencie zauważył jak jedna z bram azylu upada, ludzie wewnątrz biegają w popłochu. Andrej klęknął i chwycił się za głowę, z trudem powstrzymując łzy zaciskając wargi. Przeklął w myślach i powtórzył głośno.
Strzały wewnątrz bazy wzmogły się, doszły jeszcze odgłosy wybuchu i krzyki rozpaczy. Ponad tym dało się słyszeć ryk startującego helikoptera. Gdy baza zaczęła się wypełniać ożywieńcami tłum ruszył w stronę lądowiska. Przepełniony helikopter ledwo oderwał się od pasa, dobiegła fala ludzi, którzy zaczęli chwytać się każdego odstającego elementu wiatraka. Pojazd zaczął kołysać się na boki, w pewnym momencie potężne śmigło zahaczyło o powierzchnię ziemi, a wielki helikopter podskoczył zataczając koło i tworząc wielką bruzdę na powierzchni lądowiska wbił się w jego powierzchnię. Wybuchająca maszyna rozrzuciła po okolicy kawałki żelastwa, raniąc i zabijając okolicznych ludzi, wielu ludzi zginęło od kuli ognia wybuchającego paliwa. Mężczyzna na dachu, ze ściśniętym gardłem obserwował całe zajście, a fala zombie wlewała się do bazy przez bramę.
- Jeśli zginiesz to ze mną obok. – wyszeptał, zeskoczył z dachu, zrobił kilka kroków w stronę azylu i zatrzymał się zerkając przez ramię na autobus. – A może. – Powiedział do siebie.
Dobiegł do drzwi, pojazd był już otoczony przez zombie. Andrei siłą rozpędu zrobił sobie przejście wielkimi buciorami. Zanim sztywniaki zdążyły wstać mężczyzna był już w środku. Zobaczył opartego o kierownicę szofera, miał dziurę w głowie. Kluczyki były w stacyjce. Andrei odpalił wielkie metalowe pudło. Zepchnięta na pobocze maszyna, z trudem wspinała się po skarpie, z powrotem na drogę, a jeszcze musiała przebyć dużą połać polany i zastępy martwych kukieł. Andrei rozpędził autobus, cały czas trzymał pedał gazu, czasem tylko kontrując kierownicą. Kierował się prosto na otwartą bramę, której nie spuszczał z oczu. Miękka ziemia polany rzucała wielkim pojazdem na wszystkie strony powodując, że większość czasu autobus jechał bokiem. Gdy brama była w zasięgu wzroku natrafił na tłum, lekko spowolnił szarżę Andreja, stabilizując jednak jego drogę, więc wbił się w otwartą bramę niemal idealnie zastawiając przejście. Mężczyzna zgasił silnik wykopał przednią szybę i wyskoczył powalając dwóch zombie przed maską. Spod autobusu wystawało kilkanaście par rąk sięgających w jego kierunku. Andrei nie czekając, że otoczą go sztywni pobiegł do barykady, zza której strzelała jakaś postać. Za mężczyzną pojawiło się kilka zombie powalając strzelca. Andrei z trudem unikał rąk ożywieńców, szukał Róży. Szukał kogoś kto wie co z ocalałymi. Zauważył żołnierza kulącego się na wieży, wskoczył do niego po drabince.
- Gdzie są wszyscy cywile? – krzyknął ze swoim rosyjskim akcentem – Kobiety, dzieci? – Oficer trzęsąc się nie odpowiedział, spojrzał tylko, nieobecnym wzrokiem. – GDZIE!? – Powtórzył Andrei, wstrząsając drobnego człowieczka.
- Tutaj wszyscy są. – powiedział oficer cicho, błądząc oczami w szaleństwie – Zabiliśmy ich wszystkich, oszukaliśmy, rozczarowaliśmy… Odleciały tylko dwa śmigłowce z kobietami i dziećmi. Wszyscy jesteśmy martwi, tylko odwlekamy agonię. – Andrei wymierzył mu policzek.
- Ogarnij się człowieku! – Póki żyjemy jest szansa. – Gdzie zabrali dzieci?
Oficer spojrzał na niego.
- Kim Ty jesteś? Zabrali je w bezpieczne miejsce. – odpowiedział przyglądając się Andrejowi – zabrali ich do… – Oficer nie zdążył odpowiedzieć, wpadł na wieżę jeden z zombie chwytając go w dzikim szale. wypadli z drugiej strony. Wtedy Andrei zdał sobie sprawę z tego, że wokół stało się strasznie cicho, nikt nie strzela i nikt nie krzyczy, a wieża otoczona jest przez dziesiątki truposzy, wpatrzonych w ostatnią żywą osobę w bazie. Mężczyzna chwycił za karabin i zaczął siać serie, za serią, w stronę jedynego wejścia na górę, w pewnym momencie karabin sycząc zaczął tylko klikać, zamiast wydobywać z siebie ogień. Koniec naboi. Andrei wyją zza paska wielki tasak i zaczął wymachiwać nim powalając jednego za drugim, każdego z nich, który dostał się do góry. Góra ciał zaczęła rosnąć, a siły mężczyzny maleć. W pewnym momencie zombie zaczęły wpadać do środka z każdej strony, ręka uzbrojona w tasak zaczęła coraz słabiej uderzać, nagle wieża zaczęła trzeszczeć i z trzaskiem przechyliła się na jedną stronę pod ciężarem ciał. Andrei wpadł na ścianę tracąc przytomność, ciała zsunęły się na niego przygniatając do burty wieżyczki odbierając oddech. Słyszał jeszcze kilka wybuchów nim zapadła ciemność. Śniło mu się, że budzi się z krzykiem i opowiada żonie swój dziwny sen. Obudził się jednak tu gdzie czuł na sobie spory ciężar i smród gnijących ciał. Próbował dłuższą chwilę unieść się spod zwałów mięsa, na próżno. Wiedział, że w tej pozycji nie przetrwa za długo. Potrzebował siły, ale skąd ją brać, gdy brak nadziei. W pewnym momencie pchnięty jedynym motorem, który daje siłę uniósł kilka ciał zrzucając je z wierzy, na koniec wykrzyknął słowo które dało mu siłę, myśl i ostatnią nadzieję:
- ROSSSAAA! – Wypadając spod zwałów ciał zawisł na nogach, głową w dół, przed twarzą zobaczył wielki zielone oczy i więcej nic, znowu zapadła ciemność.
Gdy ponownie otworzył oczy usłyszał słodki głos mówiący:
Witaj wśród żywych, mów mi Czarna. – powiedziała z uśmiechem.


Lunatycy: Insomnia
Lipiec, 2014
Miała ok 50 lat, lekką nadwagę, blond tlenione włosy i debet na koncie. Doroty żadne tornado by nie uniosło, może dlatego do dziś była bezrobotna i nie mieszka w Kansas. Pierwszy dzień w pracy, czuła lekkie podekscytowanie i radość. Weszła na linię, a wysoki mężczyzna wskazał jej miejsce pracy, coś mówił, zwracając się do niej per Pani.
- Dorcia, mów mi Dorcia, nie Pani. – usłyszał, w odpowiedzi na polecenie, wysoki prawie dwu metrowy operator, Gustaw.
- Ruszamy! – wykrzyknął z dyskretnym uśmieszkiem, to był jego pierwszy dzień, na tak wysokim stanowisku. – Ja im pokaże – pomyślał wciskając zielony guzik, który zaświecił jaskrawym, ale migotliwym światłem.
Ten dzień był inny niż wszystkie, maszyny pracowały równo, wystukując swój miarowy monomechaniczny hałas, szło nad wyraz dobrze.
- Będzie rekord, albo dobry wynik co najmniej – pomyślał i po raz kolejny lekko podkręcił obroty maszyny. Zerknął tylko, czy na ostatnim odcinku linii produkcyjnej „wszystko gra”. Wyrabiają się – pomyślał i dodał kilka obrotów na minute.
Dorota i druga osoba pakująca wyrób gotowy do kartonów, resztkami sił ogarniały produkcje, a młody stachanowiec podkręcał nieco, co jakiś czas.
Kobieta, nieczuła się dziś najlepiej, mimo radości z pracy, czuła mrowienie, w zadrapaniu, które sobie zrobiła kilka dni wcześniej. Od euforii z nowo zdobytej pracy lub może ze zmęczenia, świat zaczął dziwnie wirować, wszystko momentami stawało się szare, by po chwili atakować kolorami nierealnej jaskrawości.
Przerwa.
- Wszystko smakuje tak samo, watą szklaną. – szeptała do siebie Dorota – Woda, może pragnienie jątrzy trzewia – pomyślała. – Jednak nie… – Z trudem powstrzymując wymioty stwierdziła, że – Dziwnie mi , odzwyczaiłam się chyba od pracy. Ze stołówki wyszła wcześniej i udała się na linię, czekając na resztę obsady. Osiadła przy swoim stanowisku, świat zamajaczył jeszcze kolorami i zawirował po raz ostatni. Spadła z krzesła uderzając o metalowy blat, chłopak, o urodzie parchatego zajączka pracujący obok zauważył i wystartował z pomocą krzycząc, coś i wymachując rękoma. Gustaw już miał włączyć maszynę, gdy zauważył, że na stanowisku pakowania, nie ma nikogo, zrobił krok w tył, by zobaczyć, gdzie ludzie, gdy zza blatu wyskoczył młody pakowacz i machając rękoma zaczął biec w jego stronę. Stanął przed operatorem na baczność i ruchem rąk w okolicy głowy zrobił gest, jak by salutując. Resztkami sił łapał powietrze i wreszcie wydusił z siebie:
- Pani Dorota, zemdlała, chyba nie oddycha.
- Cholera, już idę, a Ty skocz do kierownika, niech na 112 dzwoni! – wykrzyknął, a sam pobiegł do nieprzytomnej – mam przechlapane – myślał, po drodze.
- Halo, Pani Doroto, Dorcia! – Kobieta leżała odwrócona, na prawym boku. Chłopak ruchem reki próbował obrócić jej głowę chwytając za brodę, nagle poczuł przeszywający ból.
Ugryzłaś mnie – krzyknął, cofając zakrwawiona dłoń – Cholera ugryzłaś mnie! Stara wariatko! – Wtedy odwróciła głowę w jego stronę, jej blada cera była jakby przeźroczysta, a puste oczy wpatrywały się w niego, wyciągnęła do niego rękę w jakiś drapieżny sposób, próbując go chwycić. Gustaw cofnął się, w panice łapiąc rękoma powietrze upadł do tyłu. Nie mógł oderwać wzroku od jej oczu, które stały się prawie białe zalewając źrenice szarością. To koniec – pomyślał. Nagły krzyk dziewczyny z linii obok. Dorota spojrzała tam i wydając z siebie nieartykułowane dźwięki, zaczęła się czołgać w stronę przerażonej kobiety. Łapiąc ją za kostkę wgryzła się w łydkę, na żółtych, roboczych spodniach pojawiła się krew. Ugryziona dziewczyna poczuła, jak nogi odmawiają posłuszeństwa. Upadła, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Dorota przegryzła jej tętnice udową, w fontannie krwi i syku wypływającej krwi maszyny niewzruszenie produkowały dalej, nie zważając na podniesiony raban. Dopiero gdy w innej części hali rozległ się krzyk.
Wtedy ze swojej kanciapy wyszedł kierownik, Robert Borg. jedna ręką przeczesując blond grzywę, druga nałożył czapkę, stanowisko to dzierżył od niedawna. Był wykształcony inteligentny i pewny siebie. Widząc w oddali majaczącą postać Karola Tankowskiego pakowacza z linii Gustawa, zawołał,- co się dzieje?
- Panie kierowniku… – łapał powietrze jak karp, na stole, tuż przed egzekucją – Pani Dorota zemdlała.
- Kto? – szepnął do siebie kierownik zmiany. Wyjął telefon i chaotycznie zaczął szukać nr, gdzie dzwonić. Złapał się za głowę, przypominając sobie sceny, z dennych komedii, „jaki jest nr na dziewięćset jedenaście?”. Wbił sto dwanaście, robiąc coraz większe kroki w stronę, w którą prowadził wyskoki pakowacz. W słuchawce słyszał tylko sygnał świadczący o tym, że linia zajęta. Przeklinał w myślach, za każdym razem, gdy wybierał ponownie numer. Dochodząc do miejsca zdarzenia, słyszał krzyki. Wyszedł za rogu i zobaczył opartego o filar Gustawa, trzymał się za głowę, a z jego dłoni sączyła się krew. Szeptał coś o szaleństwie. Kierownik już miał coś do niego powiedzieć, gdy mało nie upadł, poślizgnął się na sporej plamie krwi.
- Cholera! – krzyknął widząc solidnie krwawiąca kobietę i druga, która siedząc na pierwszej wgryzała się w policzek swojej ofierze. Zwierzchnik przyłożył zewnętrzną część dłoni do ust, powstrzymując nabierająca falę zniesmaczenia. – Co tak stoicie, złapcie ją za ramiona i rozdzielcie je! – krzyknął, na obserwujących mężczyzn, którzy zahipnotyzowani przerażeniem, stali wbici w ziemię. Wyrwani z letargu wołaniem przełożonego dobiegli do Doroty łapiąc ja za ręce umazane we krwi. Kobieta wijąc się jak wąż, przybierając nienaturalne pozy, wyrywała się mężczyzną skutecznie. W pewnym momencie straciła zainteresowanie leżącą ofiarą, wbiła pazury w jedną z dłoni, która próbuje ją usidlić. Mężczyzna zwolnił uścisk, a kobieta rzuciła się na jego szyje. Trzymana przez innego operatora, zdołała jedynie złapać zębami ucho, urywając koniuszek w trupim szczękościsku. Wydając z siebie jęk, ugryzła kolejnego, zanim została obezwładniona ugryzła lub udrapała kolejnych dwóch.
- Trzymajcie ją! – krzyknął Robert, przekładając z ręki do ręki telefon, zdjął fartuch i przykrył nim leżącą kobietę, pierwszą ofiarę Doroty.
- Próbujemy panie kierowniku. Strasznie dużo siły ma. – Walcząc z wijącą się kobieta, odpowiedział jeden z mężczyzn. Dorota wymachiwała na boki głową, strzelała zębami gryząc powietrze, momentami słychać było strzelanie kości, jak by miała odwrócić głowę łamiąc kark.
- Zaprowadźcie ją do mojego biura. – powiedział, odprowadzając ich wzrokiem zwrócił uwagę na przerażający spojrzenie Doroty.Kierownik, cały czas próbował wybrać jakikolwiek numer, bezskutecznie. Spojrzał na Gustawa, który całkowicie odciął się od rzeczywistości.
- Co tu się stało? – zapytał. Nie oczekując odpowiedzi, od operatora siedzącego pod ściana, spojrzał na młodego pakowacza. Młody chłopak, przejęty rozmową z „górą” zaczął gestykulować w specyficzny sposób i to wspinając się na palce to opadając, zaczął mówić
- Więc Dorota zemdlała, a ja poszedłem po pana i … – zamilkł patrząc na plamę krwi. Ciszę, zakłócaną pracą okolicznych maszyn, rozdarł kolejny krzyk.
- Pełnia dziś, czy co? – syknął do siebie kierownik, nie odrywając słuchawki od ucha, zrobił krok w stronę podniedionego głosu. Nagle w słuchawce, ktoś odebrał poprzez statyczne dźwięki dosłyszał głos, cichy, jakby przerażony, który wyszeptał do słuchawki:
- … nie opuszczajcie bezpiecznych mie… – Głos nie dokończył zdania, a pośród trzasków w słuchawce. kierownik usłyszał jęk bólu, który zjeżył mu włos. Połączenie urwało, najpierw przeciągłym sygnałem, by po chwili dźwiękiem źle wybranego nr i nagłym przycięciem, ciszą. Mężczyzna spojrzał na telefon, na którego ekranie widniał komunikat „brak sieci”.
Kierownik przewrócił oczami i sięgnął po prywatny aparat, przeklął w myślach widząc poziom baterii, która nie była jedynym problemem, ponownie zobaczył komunikat o braku sieci. Odrywając oczy, od ekranu telefonu, z daleka zauważył mężczyznę leżącego obok wózka widłowego, trząsł się jak galareta, co jakiś czas wypluwając z siebie powietrze w spazmach. Kierownik dobiegł do niego, dotykając jego twarzy, zapytał co mu jest, nie otrzymując odpowiedzi. Nasłuchiwał odgłosów oddechu. Wózkowy łapał chrapliwie powietrze, momentami, łamiąc się w łuk, odrywał ciało od podłogi. Jego oczy, zakryte powiekami błądziły, przewracały się, jakby każde w swoim rytmie i kierunku. Klęczący Robert odchylił lekko powieki wózkowego. Odskoczył widząc, jak niebieskie źrenice mężczyzny walczą, o miejsce z zasłaniającą je szarością. przypomniały mu się oczy Doroty.
- To jakieś szaleństwo. – pomyślał. Zawołał pracujących obok ludzi, nakazał przerwanie pracy. ponownie wyjął telefon. Nadal brak zasięgu.
- Zostańcie z nim. -powiedział wskazując na leżącego mężczyznę, sam poszedł dalej, skąd wcześniej słyszał krzyk.
***
Stróżka czerwieni, wypełniającej fugi, podkreślająca kształt kafelek sięgała już butów Gustawa. Mężczyzna kątem oka zauważył mozaikę krwi. Stanął mu przed oczami obraz dziecka. Umazany czymś brązowym berbeć z radością w oczach zajadał się, nieznana materią, podpis pod obrazkiem „oby to była czekolada”.
- Mam nadzieję, że to sok malinowy. – szepnął spoglądając na czerwone ślady. Podniósł wzrok.
Zobaczył przykryte fartuchem zwłoki. Biały materiał, przesiąkał już krwią, głowa dziewczyny była zwrócona w kierunku operatora. Bogdan pomimo zakrytego oblicza kobiety widział pełne żalu i wyrzutu oczy. Próbował przypomnieć sobie jak miała na imię, widział ją codziennie. Z uśmiechem witała go puszczając oczko, a on nawet nie zadał sobie tyle trudu, by zapamiętać jej imię.
Teraz leży bez ruchu. Nagle pojawił się parchatego zajączek, ciągnął A sobą wiadro i mopa.
zasalutował i zapytał:
- posprzątać?
- Tak możesz. – odpowiedział Bogdan, po chwili dotarło do niego „co” pozwolił sprzątać. – Oszalałeś? nie dotykaj niczego! – krzyknął Bogdan i odesłał pakowacza do sprzątania innej części maszyny.
Wysoki mężczyzna, kręcąc palcami w gęstych krzakach brody, zaczął w głowie
układać sobie ostatnie kilka godzin.
Wpatrzony w powierzchnię fartucha, momentami wydawało mu się, że leząca pod nim osoba nieznacznie się porusza.
W pewnym momencie rzeczywiście materiał się poruszył, a ciało, nadal zakryte podniosło się do pozycji siedzącej.
- Agnieszka? – zapytał, nie zdając sobie sprawy, że przypomniał sobie jej imię. – Wszystko dobrze? – dodał sięgając, drżącą dłonią do fartucha, by odsłonić twarz. Zakrzepła krew trzymała materiał, jak klej. Gdy czerwone spoiwo puściło, dziewczyna nawet nie jęknęła, gdy Gustaw odsłonił jej oblicze, sam krzyknął. Zobaczył twarz pełna śladów ugryzień, jeden policzek był tak rozdarty, że odsłaniał rząd białych zębów, które lekko zabarwione były spływająca po nich krwią. Kobieta przewracała oczami, w pewnym momencie otworzyła je. Szare źrenice, wpatrzony jakby w nicość, nagle namierzyły Gustawa. Agnieszka rzuciła się w kierunku mężczyzny, który odskoczył do tyłu, aż poczuł opór stołu. Okaleczona kobieta wstała, zrzucając z siebie zakrwawiony kitel cały czas wpatrywała się w operatora. Nagle światła przygasły, zrobiło się ciemno. Maszyny w pół ruchu zatrzymały się z mechanicznym jękiem. Zapadła cisza. Świat zastygł na chwilę, z drugiego końca hali słychać, jak coś z metalicznym dźwiękiem spada na wykafelkowana posadzkę, przez chwile podskakuje i brzęczy, wiercąc uszy, by po chwili zmienić się w nieludzko ludzki krzyk. Gustaw sięgnął do kieszeni po telefon, by zapalić latarkę. Trzęsąc się, złapał za płaskie urządzenie. Oświetlony kolorowym blaskiem smartphonu szukał odpowiedniej aplikacji. Gdy ją znalazł skierował snop światła w miejsce gdzie była Agnieszka. Ona stała odwrócona do niego plecami. Próbował wejść na stół, o który był oparty. Nie spuszczając jej z oka wciągał się jedną ręką na metaliczny blat. Potrącił klucz, który z gracja opadł na podłogę, śpiewając swoją tkliwą pieśń. Kobieta odwróciła się, w ułamku sekundy. Gustaw wskoczył na stół, jak poparzony. Dziewczyna, wpatrywała się w światło latarki. Kołysała się jak zahipnotyzowana, w rytmie, które nadawała latarka. Nagle na ekranie pojawił się komunikat o słabej bateria i odliczanie, do wyłączenia latarki. Trzy. Dwa. Jeden. Znowu zrobiło się ciemno. Gustaw bez ruchu wpatrywał się w miejsce, gdzie stała dziewczyna. Usłyszał chrapliwy dźwięk, oddech. Agnieszka oddychała, lub raczej płuca próbowały jeszcze pracować, być może odruchowo. Poczuł jej twarz blisko swojej, słyszał dźwięk, ale nie zauważył ruchów powietrza, więc faktycznie to był tylko odruch zaciągania powietrza. Nagle poczuł dotyk. Złapała go, właściwie jej dłoń błądziła po jego ramieniu. Bogdan starał się cofnąć rękę spod kontroli kobiety. Delikatnie i powoli odchylał ciało, a wraz z nim kończynę, targaną dreszczami wywołanymi zimnym dotykiem Agnieszki. Nagle stracił równowagę, czując jak nogi straciły punkt podparcia, krzyknął nieświadomie. Zanim grawitacja zdążyła zareagować Kobieta złapała jego ramie w mocnym uścisku. Gustaw zawisł z ręką zatrzaśniętą jak w imadle. Sztywny i zimny uścisk kobiety nawet na chwile nie zelżał, jednocześnie przyciągała go do siebie, a drugą ręką złapała go za koszulę. Mężczyzna miotał się, próbując oswobodzić się z uścisku Agnieszki. Usłyszał w pewnej chwili tuż przed twarzą kłapanie zębów, jak by dziewczyna próbowała ugryźć go, jeszcze nie dosięgając. Miotając się w panice dłoń Gustawa napotkała nagle na powierzchni stołu łom, który służył do rozwierania wielkich form. Zamachnął się kawałkiem metalu uderzając kobietę w głowę, poczuł na swojej twarzy kropelki krwi. Uścisk Agnieszki momentalnie osłabł wypuszczając wysokiego mężczyznę z rąk. Zanim sam padł na ziemię, Gustaw usłyszał jeszcze, jak ciało dziewczyny bezdźwięcznie uderza o ziemię. Gdy sam upadł na ziemię świat nagle zamigotał, zapaliły się światła, mógł zerknąć na Agnieszkę, która leżała bez ruchu po drugiej stronie maszyny. Była martwa, tym razem na pewno, zauważył wielką dziurę po uderzeniu łomem. Wszystko znowu zamigotało i zawirowało, tym razem zapadła ciemność. Zemdlał.
Lunatycy cz2: Nic nie czują.
Lipiec, 2014
Robert zrobił ledwo trzy kroki, zanim zgasło światło. Przeklął w myślach.
- a noc jeszcze długa. – pomyślał szukając w kieszeni małej latarki – Bogu dzięki za bojówki, kieszeni bezliku i wszystko można znaleźć. – uśmiechnął się, gdy jego dłonie wyczuły kształt walca, latarkę. Zanim jego kciuk wyczuł szorstka powierzchnię włącznika usłyszał szmer, ktoś przebiegł tuz obok niego. Ciszę rozdarł dźwięk upadającego klucza, odgłos, który przerodził się w ogłuszający jęk rozpaczy.
Postać, która przebiegła chwilę wcześniej ponownie przemknęła jak cień, tuż obok, tym razem Robert usłyszał jeszcze głuchy huk. Człowiek wpadł w osłonę z pleksi, odbił się od niej i upadł tuż pod nogami kierownika.
- Oszaleliście wszyscy dziś? – krzyknął Robert, zapalając latarkę. Pochylając się skierował snop światła w kierunku leżącego. Na widok, który zobaczył cofnął szybko rękę, którą zaczął wcześniej wyciągać w geście pomocy. – O cholera… – zakrzyknął mimowolnie, gdy u swoich stóp zobaczył człowieka o zmasakrowanej twarzy. Podnoszący się o własnych siłach mężczyzna charczał wypluwając z siebie krew. Jego głowa kołysała się dziwnie, gdy wstał zauważył światło latarki, rzucił się na Roberta, który przygotowany na to odepchnął napastnika. Napastnik przeleciał kawałek i z hukiem uderzył o barierkę oddzielająca linie produkcyjne. Jego głowa odskoczyła jeszcze bardziej, aż zniknęła na chwilę za plecami mężczyzny, pozostała pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, do reszty ciała. Robert zbladł
- zabiłem go – pomyślał, nogi mu się ugięły, gdy postać zaczęła się podnosić, a głowa bezwładnie poruszała się na boki zwisając jak worek. Mężczyzna przewracał oczami i poruszał szczęką. Ciało jego poruszało się prawie nieświadomie, bez kontroli próbowało znaleźć drogę do źródła światła. Kierownik pochylił się, żeby wyrazić swoje zdziwienie i przerażenie i już poczuł wychodzącą z trzewi falę zniesmaczenia gdy z hala rozświetliła się. Zrobiło się jasno. Postać bez głowy kołysała się nadal obijając to o barierkę to o ścianę.
- Mam Cie na oku – szepnął przerażony. – Odetchnął na myśl o odzyskanym świetle. Wtedy znowu usłyszał nieziemski krzyk i zaraz za nim drugi i trzeci, każdy w innej części hali. Obejrzał się w kierunku najbliższego głosu, zobaczył wystające zza maszyny nogi, które wierzgały walcząc z niewidzialnym wrogiem. Robert zrobił kilka kroków i zobaczył jak właściciel nóg, rozdzierany jest przez kobietę, która pławiąc się w jego wnętrznościach, beznamiętnie przeglądała jelita. Umazana krwią postać zauważyła kierownika, zerwała się na równe nogi i zaczęła biec w jego kierunku, nie puszczając wnętrzności swojej pierwszej ofiary. Robertowi zawirował świat, łapiąc powietrze, by nie upaść odwrócił się w drugą stronę, by uciec przed szaleństwem w oczach pracownicy. Odwrócił się i zobaczył wózkowego, którego przed chwilą zostawił pod opieka jego kolegów. Znieruchomiał na chwilę widząc umazanego krwią mężczyznę, wgryzał się w krtań towarzysza, podczas gdy trzeci osobnik w pozycji półleżącej, oparty o wózek widłowy przygląda się, blady i sparaliżowany strachem. Robert nie czekał na żadnego z napastników wyskoczył na druga halę, zatrzaskując za sobą drzwi. Jego oczom ukazał się podobny widok i dźwięki towarzyszące obrazkowi, czyli krzyki przerażenia i umazane krwią posadzki.
- Co tu się dzieje? – pomyślał, gdy światło znowu przygasło. Słyszał już tylko jęki i sporadycznie krzyki. Czasem jakaś postać, biegnąc bez celu, uderzała o przeszkodę. Robert stał chwilę bez ruchy, nasłuchiwał. Wtedy postanowił znaleźć bezpieczne miejsce. Wymacał drogę do najwyższej maszyny, która zgrzewała części, łącząc je w jedną całość. Chwyciła się powierzchni, która parzyła go w palce, wciągnął się na górę, przytulił się w najdalszy kąt. Starał się nie słuchać dźwięków, krzyków i jęków, wiedział, że już nikomu nie pomoże. Uciekł myślami, daleko gdzieś. Przez świetlik nad jego głową obserwował niebo, czas mijał szybko, nastał świt. Gwiazdy zaczęły gasnąć ostatni raz, przy wtórze syren nad miastem, ciągnących swoją smutną pieśń. Gdy zrobiło się jasno, hala ponownie rozbrzmiała krzykami i dźwiękiem dobijania się do drzwi i uderzania o osłony maszyn. Robert wyjrzał zza swojej osłony i zobaczył grupkę ocalałych, którzy zamknęli się we wnętrzu maszyny. Ostatkiem sił trzymali płaty pleksi, które osłaniały ich od szaleństwa zakrwawionych rąk i zdeformowanych nieumarłych ciał. Robert z daleka zauważył mężczyznę, który niedawno, na jego oczach, został rozpruty. Poruszał się jak by nigdy nic. Od podejścia do grupy zamkniętej w pułapce, powstrzymywały go tylko jego bebechy, które zaplątały się po drodze o elementy maszyny. Jak na gumowej linię robił krok i lekko się zataczając wracał do tego samego miejsca. Warcząc próbował znowu i znowu, bez oznak zmęczenia, zapętlony jakąś dziwną instrukcją.
repeat;
until head = „out”;
then end;
else repeat:eternal;
Zaprogramowana śmierć.
***
Wstała rano, przeciągnęła się i powoli podniosła z łóżka. Kątem oka spojrzała na zegarek. Siódma. Obejrzała się, w stronę odkrytej poscieli i zauważyła, że Roberta jeszcze nie ma.
- Pracoholik! – mruknęła pod nosem.
Wzięła szybki prysznic, w locie dopiła kawę, przełknęła ostatni kęs bułki i wybiegła z domu. Poranek był śliczny, ptaszki śpiewały swoje poranne koncerty, słońce lekko, ale solidnie oślepiało. Wsiadając do samochodu jeszcze raz wspomniała nadgorliwość męża.
- Później wróci i zamknie się, w tej swojej pieprzonej kuźni pomysłów. A Ja? – Przeklinała w myślach Roberta.
Ruszyła z piskiem opon, podobnie pokonała pierwszy zakręt. Wtedy drogę zajechał jej wóz strażacki i karetka. Marianna w ostatniej chwili uciekła na pobocze, uderzając zderzakiem o krawężnik urwała tablicę rejestracyjną. Wystraszona trzymała obiema rękoma kierownicę  i wielkimi oczami patrzyła w dal. Otrząsnęła się i wysiadła obejrzeć samochód. machnęła ręką, podniosła tablicę. Nagle tuż za nią, kulejąc i charczac pojawiła się jakaś postać. podrapany i zakrwawiony człowiek, jak tylko zobaczył dziewczynę, rzucił się na nią. Marianna w ostatniej chwili zauważyła napastnika. Chwyciła go za wyciągnięte w jej kierunku ręce i pchnęła z całej siły w pobliskie zarośla.
- Przydały się lekcje judo – szepnęła z dumą, Wsiadając do samochodu wrzuciła tablicę na tylne siedzenie i cały czas uśmiechając się dumnie odpaliła silnik. Zjeżdżając z krawężnika usłyszała głośny zgrzyt. Przewróciła oczami i stwierdziła:
- La Forge będzie miał co robić.
Kawałek dalej zobaczyła, jak policja brutalnie pacyfikuje grupę chuliganów.
Jechała dobre dziesięć minut zanim dojechała do miejsca pracy. Ziewnęła mijając wielka czerwoną tablicę z napisem „przedszkole numer siedem”. Miejsce jej pracy. W klasie czekała mała grupka, wystraszonych dzieci. Zamiast piętnastu zjawiła tylko piątka przejętych dzieciaków. Rodzice reszty nie przyprowadzili swoich pociech.
- Może jakiś wirus panuje. – pomyślała. Pierwszy raz, tego dnia, zerknęła na telefon.
Brak sieci.
Za oknem co chwilę rozbrzmiewły syreny pogotowia, policji i straży pożarnej. Pogoda się popsuła, wesoły poranek, przysłoniły szare chmury codzienności. Marianna zapaliła światła w sali, gdzie wesoło bawiła się gromadka dzieci. Mimo beztroskiej zabawy dzieci były przejęte. Gdy za oknem przejeżdżał samochód na sygnale, chłopcy podbiegli i wykrzykiwali nazwę służby.
- policja! eue euee. – krzyczeli naśladując dźwięk syreny. Marianna za każdym razem przytakiwała i zadawała pytanie.”czym zajmuje się policja” lub „wóz bojowy straży pożarnej jest koloru”.
W pewnym momencie zauważyła, że syreny alarmowe w mieście też wyją. Kobieta bezskutecznie szukała w myślach daty, rocznicy, która by była powiązana z wyciem. Z zamyślenia wybił ją mały Krzyś
- dziwny pan. Chory pan. – chłopczyk krzyczał pokazując palcem na okno. Marianna dobiegła do okna i zobaczyła zakrwawionego mężczyznę, który wtulony gładził powierzchnię szkła. W pewnej chwili zaczął tak mocno dociekać głowę w okno, że na szkle pojawiła się pajęczyna pęknięć. ręce jego zaczęły nerwowo gładzić szybę zostawiając na niej  krwawe smugi. Szyba przestała stawiać opór.
***
Dłuższą chwilę obserwował otoczenie maszyn. Wiedział, że nie może tu zostać. Musi wracać do domu, zobaczyć, czy jego żona jest bezpieczna. TO nie działo się tylko tu w tej fabryce. Jego przemyślenia przerwał krzyk. Nie pierwszy tej nocy i nie ostatni dziś, ale ten bolał najbardziej. To ostatni bastion wydał z siebie ostatnie tchnienie. Padł pod naporem martwej siły.
Robert zasłonił twarz i schował głowę w ramiona.
- Ja, nie mogę, mam dla kogo żyć. – wyszeptał do siebie. Powoli zszedł z maszyny, ciągle nasłuchując kroków, zasunął się tuż za zgrzewarką. poszedł wzdłuż ściany, w kierunku biura. Planował zabrać swoje rzeczy. Nie zauważony doszedł do kanciapy. Złapał za klamkę i przypomniał sobie. Dorotę kazał zaprowadzić do biura. Zauważył ją. Leżała w kącie, odwrócona plecami do drzwi.
- To moja szansa. – pomyślał. Cicho wślizgnał się do środka. Złapał za plecak i zasunął go z półki, cały czas obserwując Dorotę wycofywał się. Nagle przechodząc obok biurka poczuł jak za nogawkę coś go chwyta. Spojrzał w dół, a tam pod nim leży skulony w pozycję embrionalną człowiek. Robert pochylił się nad nim.
- Wszystko gra? – szepnął spoglądając na Dorotę. wtedy usłyszał jego głos. właściwie szept, który przechodził w przeciągłe „YYYYYYYMMMM” i znane mu charczenie. Odskoczył. Wtedy z pod biurka wytoczył się Lewandowski. twarz miał bladą, ale nie naruszoną, inaczej niż inni. Żadnych ugryzień, zadrapań ani śladów krwi. Mężczyzna jednak nienaturalnie wypadł z pod mebla, wtedy Robert zauważył, że ciało nieszczęśnika juz takie nietknięte nie jest. Lewandowski wyczołgiwał się spod biurka, wspierał się łokciami, a jego dłonie pozbawione były palców. Twarz wyrażała nieznany żal.
- przepraszam. – szepnął Robert i zawiesił wzrok. Zauważył, że jego były podwładny ciągnie za sobą nogi. Tułów mężczyzny łączył się z nogami tylko kręgosłupem. Dolna partia jego ciała niby się poruszała, ale odwrócona była w inną pozycję niż wskazywało by położenie jego tułowia. Ciągnął za sobą smugę krwi, malowaną frendzlami jego jelit. Robert odskoczył.
- Cholera! – krzyknął.
Wtedy poruszyła się Dorota. W mgnieniu oka wstała. Poruszając lekko na boki głową, charczała. Jej twarz umazana brązowiejącą krwią, wskazywała sprawcę, rozpołowienia Lewego.
Robert zesztywniał, szybko zebrał myśli. Przycisnął do piersi plecak i zaczął się wycofywać. Wtedy cielsko kobiety zaczęło biec, w kierunku kierownika. Robert zamknął drzwi kanciapy, tuż przed twarzą kobiety. Jej cialo z hukiem wbiło się w przeszklone drzwi, jej ciało zatrząsło się jak galareta. Przeszklone drzwi pękły, aureola tluczonego szkła poraniła twarz kobiety, odsłaniając jej bielejące, w świetle porannego słońca, kości.
Borga zemdlilo, gdy zobaczył, jak kobieta próbuje przeciskać głowę przez pękniętą szybę. Wtedy usłyszał za sobą szum, raban, którego na robiła Dorota zwabił wszystkich świrów z okolicy.
- czas wiać. – pomyślał i nie oglądając się pobiegł do drzwi. Gdy zamykał wielkie wrota przeciwpożarowe, zobaczył tuzin zakrwawionych postaci biegnących w jego kierunku. Wrota zatrzasnęły się z hukiem. Oparł się o metalowe wrota i odetchnął. Poczuł jeszcze, jak kilka ciał uderza, o grube drzwi.
Chwilę odsapnął i odwrócił się w stronę długiego korytarza. Skryty w półmroku łącznik oświetlony był wbudowanymi z rzadka oknami, przez które wpadły pierwsze różowo – złote promienie słońca. Na końcu długego tunelu zaczęło coś błyskać. Jakby światełko syreny alarmowej. Robert patrzył chwilę, zanim zrozumiał, co to za rozbłyski.
W jego kierunku biegł ktoś. przyglądał się chwilę.
- Halo? – zapytał, z nadzieją w głosie, ale już  daleka widział, na żółtej koszulce biegacza, ciemne plamy krwi. Borg doskoczył do okna.
- wysoko, cholera… – pomyślał. Otworzył okno, zerknął. – nadal wysoko. – szepnął. Schował głowę do srodka, postać była już blisko. Robert zebrał myśli, odwagę i przymknął okno.
- ONI i tak są martwi! – krzyknął na siebie w myślach i gdy rozpędzona postać była już kilka kroków od niego, otworzył okno, z całej siły. – MARTWI! – wyrzucił z siebie wrzeszcząc, a echo niosło jego głos długim korytarzem.  Człowiek w żółtym stroju roboczym wpadł na rozpędzone okno. Odbiło go i nakrył się nogami. Jeszcze nie zdążył ucichnąć głos, a przez długi korytarz gonił go, echem odgłos rozbijanej szyby.
***
Na szczęście obok świra pojawił się policjant, pałką powalił „dziwnego pana” na ziemię. Wstał, wyjął pistolet i wymierzył, nagle zauważył wpatrzona w niego gromade dzieci. Zawahał się, wtedy zza jego pleców wyskoczył inny człowiek i rzucił się na oficera. Marianna podskoczyła z przerażenia dreszcz przeszedł jej po plecach zimnym potem. Jedna ręką zasłoniła oczy jednemu z chłopców, a drugą przysłoniła kotarę, kątem oka jeszcze zobaczyła, jak napastnik wbija zęby w kark policjanta.
Przez chwilę było słychać szamotanine, po chwili padły strzały i nastała cisza.
Jeszcze przez moment w sali opanowała ciszą, a kobieta układała w głowie ostatnie minuty. Najtrudniejszym było znalezienie słów, żeby wyjaśnić dzieciom ostatnie wydarzenia. Na ratunek przyszedł mały Staś, który przerwał ciszę.
- Ja wiem co to było, proszę pani.
- Hmm? zapytała wyrwana z zamyślenia opiekunka.
- No ja wiem co to było. To były zombiaki. – wykrzykiwał gestykulując i wyciągając przed siebie ręce. – ZOMBIAKI. Jest jeden sposób na nie! – krzyczał chłopczyk – trzeba zniszczyć im głowę! – zawołał wyrywając koleżance z rąk laleczkę, zabawkę rzucił  natychmiast o ziemię i skoczył na jej porcelanową głowę. Rozległ się dźwięk tłuczonego tworzywa, ktorego drobinki odskoczyły na boki. – o tak! Widziałem z tatą, taki film. – Kasia, której Staś wyrwał laleczkę, patrzyła chwilę, gdy usłyszała huk pękającej porcelany zaczęła krzyczeć i zanosić się płaczem. Marianna przewróciła oczami i doskoczyła do płaczącej dziewczynki.
- Zobacz Stasiu, co narobiłeś – Chwyciła dziewczynkę za główkę i przytuliła do siebie. – juz dobrze On nie chciał.
- To była moja ulubiona. – wykrzykiwała dziewczynka prosto do ucha opiekunki, jej krzyk świdrował Mariannie uszy wiercąc tunel z jednego ucha do drugiego. Takim sposobem w obu uszach słyszała, jeden wielki krzyk, jak ocierające się o siebie płaty styropianu. wtedy zrozumiała, że nie słyszy jednego źródła krzyku, lecz dwa. Podniosła wzrok i zobaczyła Adraianne, która też krzyczała. Mała rudowłosa dziewczynka, w różowej sukience stała wyprostowana, palcem wskazywała drzwi. Wrzeszczała tak przenikliwe, że nawet Kasia ucichlała i przełykając ślinę otarła łzy. Jej koncert, przerwany na chwilę został wznowiono, gdy  spojrzała na drzwi.
Widząc jej reakcję, Marianna również, zerknęła w stronę wejścia do sali. Zobaczyła postać, lekko pochyloną i kulejącą.
- To pan Włodek. – Próbowała uciszyć rozwrzeszczaną gromadę, bo krzyczała juz całą grupa. – No zobaczcie!- podbiegła do drzwi, otwierając je na oścież odwróciła się uśmiechając do przedszkolaków, a ręką wskazała pana „Złotą Rączkę”, w tym momencie usłyszała jego chrapliwy oddech, obejrzała się natychmiast. Gdy Włodzimierz wyszedł z cienia zobaczyła jego blada twarz, podrapane policzki drgały spazmatycznie, obnażone zęby ociekały krwią. Spojrzała mu w oczy. Jedno z nich było niebieskie, jak zawsze, bo szklane. Drugie zmieniło barwę. Było szare i gałka poruszała się nienaturalnie.
Gdy oko zatrzymało się, na niej, odskoczyła upadając na plecy. cały czas patrzyła na Włodka, który skoczył na nią. Dzieciaki krzyczały, może wiedząc, że sytuacja jest beznadziejna, a być może zdawały sobie sprawę, że podziela los Marianny. Z dzikim jękiem Włodzimierz spadał już, na leżącą kobietę, gdy nagle zawisł, jakby w pół drogi. Jego wątła, lecz przerażająca postać poszybowała i uderzyła o ścianę obok drzwi. Nagle jakaś ręką ponownie Chwyciła go za poły płaszcza i wyciągnęła na zewnątrz. Z korytarza dało się słyszeć chrupot, jakby łamanego patyka.
Marianna odetchnęła, jej głowa opadła na dywan, wpatrzona w sufit, pomyślała.
– to tylko sen, a ja właśnie obudziłam się z koszmaru. – Z błędu wprowadziły ja krzyki dzieci, pochowanych  w kątach sali. Nie wiedząc, czy ratunek był zbawieniem, dobiegła do drzwi, chcąc je zamknać. Nagle, pojawiła się czarna, skryta w cieniu postać. Zanim zdążyła zareagować przybysz złapał ja za dłoń i z ogromną siłą przyciągnął do siebie. Serce jej zamarło, gdy promień światła oświetlił jego twarz.
- Robert! – rzuciła się mu na szyje, nie cieszyła się tak na jego widok, chyba od czasu pierwszej randki.
- Nic Ci nie jest? – zapytał.
Jeśli leży na ziemi nie znaczy, że nie żyje.
Listopad, 2014
Z chwili zapomnienia parę obudził brzdęk zbijanej szyby i widok kotary, która zaczęła nienaturalnie tańczyć. Jeden z chłopców, drżącą ręką chwycił za zasłonę, by ją uchylić. Zanim Marianna zdążyła zareagować, pojawiły się macki rąk, próbujące złapać dziecko. Adaś wpatrzony jak zahipnotyzowany stał wmurowany w ziemię, tuż poza zasięgiem ich dłoni. Kobieta dobiegła do niego i łapiąc w pół odciągnęła. W tym samym momencie, zdarta kotara odsłoniła, zaglądających do środka, zdeformowanych, podrapanych
i zakrwawionych ICH. Z trudem opanowując odruch wymiotny i pomimo nóg jak z waty, stała chwilę i patrzyła. Oni łapczywie sięgali w jej kierunku, trzymała ich tylko krata
w oknie. Nagle poczuła na ramieniu dłoń Roberta.
- Chodź idziemy stąd, nie ma na co czekać. – wyszeptał, próbując odwrócić jej uwagę.
- Dokąd? – zapytała smutnym głosem. – Widzisz tego po prawej, to policjant. On też myślał, że kontroluje sytuacje. Mamy przesrane, jak jeszcze nigdy. Tydzień temu, wszyscy umierali ze strachu, przed Putinem, a dziś wszyscy umierają na poważnie. Zabija nas spersonifikowany strach, który pokonał śmierć. Matka natura znalazła sposób, na pozbycie się ludzi – Robert, tuląc do siebie przerwał jej, chaotyczny potok słów.
- Zabierz mnie stąd, obudź z tego koszmaru. – dodała gasnącym głosem, chwilę milczała, starając się ogarnąć myśli.
- Dzieci… – szepnęła – musimy je stąd zabrać. – Robert, widząc piątkę pochowanych
po kątach małych ludzi, przytaknął. Rozejrzał się po sali, w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło stać się bronią, oprócz kilku karabinów na wodę, nie zauważył nic.
- Zbierz ich, w zwartą grupę, ja idę się rozejrzeć. – Chwycił Mariannę za ramiona, pochylił się i jego oczy znalazły się na wysokości twarzy dziewczyny.
- Wyciągnę nas stąd. - Robert pocałował ja w policzek, puścił oczko, odwrócił się
i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Marianna zebrała dzieci, ustawiła je obok wyjścia, odwróconych od okna, gdzie próbowała wedrzeć się śmierć. Oczekując powrotu męża, za plecami czuła wzrok nieumarłych, którzy sięgali w kierunku Marianny. Nagle drzwi się otworzyły, a za nimi stał Robert, w ręku trzymał kij od mopa.
- Lepszej „broni” nie znalazłeś? – uśmiechnęła się, wskazując trzonek. Robert przeczesał włosy, spojrzał na kija, uśmiechnął się i stwierdził:
- Nie ważne co masz, ważne co z tym zrobisz. – odpowiedział z równie szerokim uśmiechem, co Marianna. Jak by na potwierdzenie swoich słów musiał użyć go,
na zbliżającej się postaci, która kuśtykając, wytoczyła się zza rogu. Na beżowej lamperii pojawiła się smuga krwi, gdy, z cichym jękiem, ciało zombie opadło na ścianę
i ześlizgnęło na podłogę. Robert dał znak żonie, że może wyprowadzić dzieci, bez słowa pokazał kierunek, w którym mają iść. W ciszy, na rozdygotanych nogach dzieci przesuwały się obok powalonego nieumarłego, z jego twarzy zerwany był spory kawałek skóry, brakowało jednego oka, a drugie zbielałe patrzyło się w nicość. Jedno
z przerażonych dzieci, zatrzymało się wpatrzone w matową gałkę, która w pewnym momencie błysła i w ułamku sekundy truposz złapał dziecko, za nogę.
Ciszę, prawie pustego, korytarza wypełnił krzyk.

Byle do…
Marzec 2015
Dziecięcy krzyk wypełnił korytarz. Robert obrócił się na pięcie i kopnął z całej siły. Postać, która czołgając się, już prawie sięgnęła dziecka ,odbiła się od safety shoes marki Steel. Krzyk jednak nie ustał. Mężczyzna, kątem oka zauważył na końcu korytarza, całą grupę dziwnych postaci. Przez ułamek sekundy LaForge zbierał myśli, przetarł ręką policzek i brodę.
- Z powrotem do klasy - krzyknął - szybko! - Grupa dzieci, prowadzona przez przedszkolankę, przemknęła bez słowa. Robert osłaniał odwrót, gdy wycieczka wbiegła do sali zatrzymał się wpół kroku. Chwycił ciało które było w środku, wytargał na zewnątrz i zamknął drzwi. Marianna dobiegła do nich.
- A Ty gdzie - krzyknęła.
- Idę po transport, zamknij drzwi i zabarykaduj. - Mrugnął do niej okiem i dodał - Nie wpuszczaj obcych. - Zamknął drzwi i odwrócił się do skradających się za nim.
Wziął głęboki oddech, zrobił kilka kroków i siłą rozpędu kopnął pierwszego truposza, który nadbiegł. Potężna podeszwa, to podstawa, tak uczył jeden taki z Gotham. Robert odwijając się trafił  drugiego z glana, trzeciego chwycił za rękę obrócił i pchnął w grupkę nadbiegających. Sam zerwał ze ściany gaśnice i wybił okno, którym następnie wyskoczył. Zeskakując poczuł, jak dawna kontuzja kolana zaprotestowała. Przekoziołkował, wstał i masując w locie kolano pobiegł. Obejrzał się, zanim wybiegł przez furkę, zobaczył w oknie Mariannę, obrócił się i machnął do niej, to nie był dobry pomysł. Kontuzja w kolanie już się nie przypominała, tylko była i rozgościła się zasłaniając oczy dłońmi.
- Cześć tęskniłeś? - szepnęła do ucha i powaliła na ziemię. Zasłabł, zanim zapadła ciemność pomyślał - Dobrze, że Marianna tego nie widzi. Zanim doszły do niego strzępy rzeczywistości, usłyszał głosy i nagłe szarpnięcie, otworzył oczy. Zobaczył nad sobą martwe oczy, szarość źrenic, którą zna, aż za dobrze. W ostatniej chwili sparował atak, napastnik atakował ze zwierzęcą siłą. Robert poczuł, jak zęby truposza zaciskają się na jego ramieniu, którym się osłaniał. Świat zawirował, ból był nie do wytrzymania. Nagle kukła odskoczyła rażona jakby piorunem. Uwolniony i na wpół oszołomiony mężczyzna próbował wstać.
- Borg! - krzyknął na siebie w myślach - ogarnij się! Poczuł nagle uścisk, ktoś chwycił go pod ramię.
- Wstawaj brachu! - Robert usłyszał i przez przymknięte oczy, zauważył postać. Lekko przygarbiony mężczyzna, zaciągał z rosyjska - cały jesteś? Wsio się popieprzyło. - dodał pomagając wstać Robertowi, który zdjął z ramienia skórzaną kurtkę i oglądał miejsce ugryzienia.
- ugryzł Cię? - zapytał szczerząc krzywe zęby mężczyzna. -  Blondas, słyszy mnie? - Powiedział głośniej i uniósł broń w kierunku Borga.
- Nie, tylko potężny siniak. - odpowiedział Robert i odskoczył, widząc pistolet.  - Schowaj to - krzyknął.
- Już, nie nerwuj się kamracie! - Mężczyzna schował pistolet za pazuchę. - Kuźnia, świat stanął na łbie, a ja muszę dostać się w jedno miejsce. Pomożesz mi co?
- Trochę mi nie po drodze. - Odwrócił się lekko kulejąc.
- Przyjacielu, Ty pomożesz mi, a ja Tobie. - Chwycił Roberta za ramię. - Czego potrzebujesz? - zapytał.
- Transportu dla kilku osób.
- Załatwione, pomóż mi się tylko dostać, do marketu za rogiem. - namawiał.
- Co to za problem?
- Gdzieś Ty był ostatnie dwadzieścia cztery godziny? Wszystko się posypało. - Tu wszędzie jest pełno trupów, żywych i martwych. Jedni gonią drugich, a większość nie wie, że już nie żyją. My... My też, nie wiemy. - Z zamyślenie wyrwał go dźwięk kroków. - Idą! Chodź.
Robert, nie myśląc pobiegł, za mężczyzną. Dobiegli do muru, wspinając się na niego Robert zerknął przez ramię. Zobaczył tłum, który ruszył za nimi i przeklął. Stał na murze, a bezosobowe ciała, wspinając się na palce, sięgały w jego kierunku. Przez chwilę, zahipnotyzowany ich wzrokiem stał, kołysząc się. Poczuł pod stopami, jak murek zaczyna się poruszać na boki. Odwrócił się, chcąc zeskoczyć z drugiej strony. Poczuł się jak by stał na szczycie lustra. Z drugiej strony widok był podobny, tłum martwych oczu i las wyciągniętych w jego stronę rąk. Właściwie nieidentyczny, bo po drugiej stronie rąk było dużo więcej. Murek, na którym stał zaczął się poruszać wyraźniej, ziemia pod nim ożyła, zaczął biec wzdłuż ceglanej ścieżki. Za plecami słyszał jak z głuchym plaskiem murowany stos opada na ziemię. Dobiegł do skraju, zatrzymał się i obejrzał, murek zwijał się jak oparty o ścianę dywan. Robert wziął głęboki oddech i zeskoczył jednocześnie szukając schronienia. Uwagę odwrócił nagły ból w kolanie, upadł zwijając się z bólu. Kątem oka zerknął na małą szopkę, jedyna alternatywa, wstał i pokuśtykał w stronę altanki. Ostatkiem sił wyważył drzwiczki, gdy usłyszał jak mur pada, a z za chmury pyłu wkulała się chmara ciał. Robert wskoczył do środka i oparł o drzwi. W małym okienku zauważył jeszcze Rosjanina, który machnął ręką w jego kierunku. Chwilę później drzwiczki podskoczyły, więc fala truposzy zalała okolicę. Mężczyzna rozejrzał się chwycił za metalową rurę i przystawił do drzwi, dołożył jeszcze kilka tyczek. Chatka z dykty zaczęła się kołysać.
- Lichy ten azyl. - powiedział do siebie. Utykając podszedł do szafki z krzyżykiem, otworzył drzwiczki, które skrzypiąc ukazały swoje zakurzone wnętrze. Znalazł kilka bandaży i tabletki przeciwbólowe, łyknął kilka. Przestało boleć, nie zdążył nawet dobrze połknąć,
- organizm już wie. - pomyślał i usiadł w starym fotelu, poczuł zapach stęchlizny i kurzu. Z trudem wziął oddech i wstał podszedł do małego okienka, cały czas był otoczony. Właściwie nie musiał widzieć, słyszał jak drapią w drzwi, a mały domek kołysał się z lekka. Ponownie ogarnął wzrokiem pomieszczenie i poszukał czegoś do obrony. Szpadel. - Więc bronił się będę, narzędziem, grabarza, o ironio - pomyślał. Owinął kolano bandażem, usztywnił nogę i zaczął planować, jak się wykaraskać z tego. Spojrzał na sufit, był wygięty w dół, dotknął i poczuł próchno. Nie myśląc wiele, uderzył szpadlem robiąc wielką dziurę w suficie. konstrukcja dachu trzymała się tylko na papie. Uderzył drugi raz, jednocześnie pobudzając truposzy do energiczniejszej walki z drzwiami. Zerknął na drzwi, które zaczęły się wyginać, zauważył palce, które wpełzają przez szparę między nimi a futryną. Robert przebił płachtę papy i zrobił prześwit, uderzył jeszcze kilka razy, by powstał otwór, przez który mógł się dostać na dach. Podciągnął się do góry i wtedy usłyszał trzask, barykada nie powstrzymała głodnych postaci. Banda wpadła do środka,
Robert poczuł jak chwytają go za stopy i próbują wciągnąć w dół, zaparł się łokciami, zaczął wierzgać nogami, ciężkie buciory zrobiły swoje, uwolnił się i prawie wskoczył na dach gdy ból przeszył go ponownie. już i tak obolała noga została w środku. Chwilę się szarpał i chwycił oburącz kończynę, udało mu się wciągnąć nogę na dach. Patrzył chwilę, na nienaturalnie wygiętą nogę. Dach zaczął się kołysać na boki. Mężczyzna wiedział, że konstrukcja długo nie wytrzyma. Bezradnie leżał chwilę zapatrzony w nogę. Krzycząc  wniebogłosy, nastawił kolano, a altanka bujała się w rytm tej muzyki. Skrzypienie było coraz głośniejsze, wiedział, że chatka za chwilę runie. Wstał ledwo trzymając się na nogach i rozejrzał. Okolica, była równo wypełniona, jęczącymi i wyciągającymi ręce w jego kierunku postaciami.
- No to kiszka... - pomyślał.
"Zło to zło. Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte (…), jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale."
Jesteśmy, byliśmy i będziemy.  Stoimy z boku, w cieniu i nieopodal. Patrzymy, obserwujemy i pilnujemy. Nie oceniamy, nie sądzimy i nie rozstrzygamy.
Mijamy każdy dzień bez mrugnięcia, to tylko czas. Roztrwaniamy każdy grosz, to tylko cyfry na koncie. Zbieramy drobiazgi, życie się z nich składa. Utrwalamy chwile na papierze, jak na kliszy i w słowach, jak na obrazach. Patrzymy wam w oczy, nie czytamy w myślach, wiemy kiedy kłamiecie. Czasami zaciskamy wargi, żeby nie krzyknąć "Kłamstwo" zamiast tego miło się uśmiechamy. Słuchamy się nawzajem, rysując mapy na suchych liściach kartek z kalendarza. Milczymy i słuchamy, nasze myśli są z rozżarzonego metalu, który płynąc w żyłach pali. Działanie? Nie, czekamy. Jeszcze nie czas, jak uśpieni rycerze, ciągle obok, a jednak daleko. Stoimy z boku, w cieniu, nieopodal.
Nadchodzi czas, gdy zamienimy dobre słowo, na kamienie. Miły uśmiech, na grymas gniewu, a kubek z kawą na płonącą butelkę. Wróg u bram, czas wstawać, zmyć prochem sen z powiek. Ty "kryjesz twarz, za zasłoną rąk, chciał byś uciec stąd", ja zaciągam daszek czapki na twarz i żyje biorąc z niego pełnymi garściami kule do automatu.
Trzymaj głowę nisko, to nie oberwiesz.
Jesienny wilk
Jesień, najbardziej przygnębiająca pora roku, oszukuje kolorami przekwitłych liści, mami magią babiego lata, a sama szykuje drogę zimie, jak przetrwać?
Zasady są proste.
- Nie wchodź do lasu. Jesienny wilk czeka tam na Twój błąd. – powtarzała mu babcia. Nigdy nie słuchał, kochał las, a szczególnie o tej porze roku i gdy tylko odwróciła głowę wyślizgiwał się z domu i biegł pośród drzewa. Wracał późnym popołudniem, a starsza pani czekała na progu. Zawsze w chuście na głowie, wciśnięta w stary zapadnięty, bujany fotel. W poprzek, którego, między podłokietnikami leżała stara drewniana laska. Zawsze się bał, że ten kij jest na niego, że starsza pani wymierzy nim karę. Kobiecina, ze łzami w oczach, wpatrzona w postać wysuwającą się z lasu, podnosiła się i grożąc palcem wołała go do siebie. Siadał obok, na ryczce o trzech nogach. Kobieta chwytała mocniej laskę, a jej chude pomarszczone palce bielały. Wyglądało to jakby kryła w sobie jakąś historię, która próbowała z niej wyjść. Z reguły, zamiast opowieści, słyszał „kolacja gotowa” lub „dzwonię do Twojej mamy i jutro wracasz, do domu” czasem „chcesz żebym osiwiała z troski? „, co było dość zabawne, bo jej włosy już były białe, jak śnieg. Pewnego wieczoru, jakaś bariera została przełamania i po dłuższej chwili starsza pani, zaczęła swoją opowieść.
- Pamiętam, jak by to było wczoraj, – zaczęła mówić- w kilka osób weszliśmy, do tego lasu. Mogło być nas pięciu lub sześciu. Szliśmy na grzyby, dużo ich było tamtej jesieni.
Trzymaliśmy się razem, czasy były ciężkie. Po jakimś czasie, jakoś się rozeszliśmy. Każdy zamyślony, z grupy staliśmy się grupkami, by w końcu błąkać się po lesie samotnie. Miałam na sobie białą sukienkę i fartuszek, mój koszyk już prawie wypełniony był grzybami. – Babcia kontynuowała swoja opowieść, jej oczy były nieobecne, znowu przeżywała to o czym opowiadała. – Rozejrzałam się wtedy, po okolicy, była pusta. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, resztę promieni słońca, które zdołały przedrzeć się przez deszczowe poduchy skradała gęstwina, koron drzew. Wokół zrobiło się ponuro i dziwnie cicho. Poczułam zimny powiew i ciężkie kroki tuż za mną. – Znowu na chwilę zamilkła, spuściła oczy, zamyśliła się podniosła palec do góry i w geście, jakby pokazywała coś za sobą opowiadała dalej. – Gdy się odwróciłam, nikogo nie było. Poczułam oddech na szyi, przeszedł mnie zimny dreszcz, zaczęłam biec. Kątem oka zerknęłam za siebie, było pusto. Zatrzymałam się, wierzchem dłoni przetarłam zlane zimnym potem czoło.
- Wychodź! – powiedziałam, a tu cisza i nawet szmeru wiatru. Tylko liście w jakiś nie naturalny sposób się poruszyły. Pomyślałam wtedy o powrocie do domu i nawet rozejrzałam się za innymi. Zdążyłam dać kilka kroków, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Poznałam po głosie, to był Bożenka, od Karasiewiczów. Gdy dobiegłam na miejsce, skąd usłyszałam krzyk, mała ośmiolatka stała nad wielkim dołem. Podbiegłam do dziewczynki i dotknęłam jej ręki, Bożenka odskoczyła i zaczęła biec, zauważyłam tylko jaka jest blada, wtedy poczułam ten zapach. Słodki, mdlący odór wydobywał się z zagłębienia w ziemi. Spojrzałam do środka. Widok był przerażający, sztucznie utworzony dół, wypełniony był wnętrznościami. Pomyślałam, że to jakiś myśliwy patroszył swoją zdobycz. Zauważyłam też, że ściany dołu miały nierówne kształty, jakby były grabione, albo jak od szponów lub łap niedźwiedzia. Stałam tam chwilę, jak zahipnotyzowana, widywałam już takie miejsca, to miało w sobie coś dziwnego, może magicznego, w swojej makabryczności, coś mnie tam trzymało. Stałam jak słup soli, głos krzyczącej Bożenki dobiegał jeszcze do mnie, ale jakbym słyszała go zanurzona w wodzie. Nagle skarpa pode mną osunęła się, zdążyłam chwycić się kępy trawy. poczułam lepką wilgoć, jedna noga wpadła do krwistego bajora, z jego powierzchni uniosła się czarna chmura owadów. Drugą nogą, prawą, zgiętą w kolanie zaparłam się, na ścianie osuwiska. Kurczowo trzymałam się trawy, nagle noga zsunęła się i wpadła w gęsta breje i obiema stopami brodziłam w krwawym błocie. Próbowałam wesprzeć stopę, ale piasek nie dawał oparcia, dodatkowo poczułam, że coś zaplątało mi się do nogi. – Kobieta wzdrygła się na samą myśl, ale kontynuowała opowieść. – Z całych sił zaczęłam podciągać się na rękach i wspierać łokciami, poza osuwiskiem. Wolną nogą pomagałam w uwolnieniu zaplątanej, aż udało mi się wyjść z pułapki. Chwilę odpoczęłam w pozycji w jakiej się wydostałam i wstałam, zobaczyłam zachlapane krwią buty, odwróciłam sie w stronę zapadniętej ziemi, a tam widok, który mam do dziś, przed oczami. Poniżej miejsca, gdzie walczyłam o wydostanie się, sterczało coś, co próbowało zatrzymać w dole, zaplatałam się w ludzką rękę. Była prawie pozbawiona skóry, spod resztek mięśni bielały kości policzków. – Starsza pani zbladła, jakby znów tam była i przyglądała sie dłoni, która w geście jak w wołaniu o pomoc wystawała z krwistego bajora. – Zemdlałam… – wyszeptała kiwając głową i patrzą na wnuka. – Tak mi się wydaje. – dodała i kontynuowała. – Niemniej, gdy otworzyłam oczy, wokół było ciemno. W powietrzu unosił się zapach śmierci. Przez korony drzew przebijały promienie księżyca, podświetlały one mgłę, która spowijała okolicę. Czasami powiew wiatru poruszał chmurami pary, wyglądało to jakby miała własną wole. Siedziałam tam chwile, próbowałam pozbierać myśli, cicha okolica sprzyjała kontemplacji. – Uśmiechnęła się i machnęła dłonią. – Zanim doszłam do siebie, usłyszałam cichy trzask, niedaleko, jakby łamanych gałęzi. Później kroki i dziwny jęk. Od wgłębienia w ziemi dzieliło mnie kilka metrów, musiałam się sturlać z górki i uderzyć głową w drzewo. Słyszałam szum w uszach i czułam wilgoć we włosach. Wymacałam krew z tylu głowy. – Starsza pani nieznacznie odchyliła głowę i wskazała miejsce, gdzie była, skrywa pod siwymi włosami, dwu centymetrowa blizna – do dziś mam ślad. – Dodała. Szum powoli ustępował, za to dźwięki wokół, zaczęły robić się dziwne. Powyżej mojej pozycji, zaraz obok dziury w ziemi usłyszałam głośne mlaskanie, powarkiwanie i trzask kości. Zrobiło mi się słabo, zakryłam usta ręką. Widocznie zwierzęta wyczuły mięso i dostały się do bajora krwi. Nagle zwierze, które ucztowało, zaczęło ujadać i warczeć przeraźliwie. Poczułam dziwny smród, padliny lub gnijącego bagna, Pomyślałam, że zawiało zepsutym powietrzem, z dzikiego grobu powyżej. Nagle, za pobliskimi drzewami, pojawił się wielki cień, oparty o drzewo wpatrywał się w pokryty mgiełką dołek. Pomyślałam, że to ktoś mnie szuka i już miałam się odezwać, że tu jestem. Cień z nieziemskim rykiem rzucił się w stronę dziury. Blask księżyca, przez chwilę oświetlił bestie, która podpierając się przednią łapą, a drugą wyciągając w mrok, biegła w stronę resztek. Miała czarną sierść i wielkie białe kły, dzika furia, z jaką zbliżała się do dołu, była przerażająca. Zwierz taranował drzewa, łamiąc niektóre, a ziemia drżała, od każdego uderzenia łapy. Gdy dopadł do krwawego wodopoju warczenie wzmogło się, nagle jedno ze zwierząt zawyło głośniej, jego ryk obił się echem po lesie. Nastała cisza, po chwili usłyszałam skowyt zmieniający się w skomlenie, a z dołu wyskoczył wilk, za nim drugi, uciekały z podkulonymi ogonami. Nadal słychać było warczenie, szamotanie, nagle głuchy trzask i przeraźliwy jęk zwierzęcia. Zrobiło się cicho. Bestia wydała z siebie dźwięk, głos niósł się grzmotem po okolicy. Ponownie coś zajęczało żałośnie, nagle tuż obok mnie, coś z głuchym trzaskiem upadło. wyciągnęłam dłoń macając mech, moja dłoń natrafiła na coś. Futro, poczułam pod dłonią ruch, zwierze oddychało jeszcze chrapliwie. Przez chwilę mrok rozświetlił księżyc, zobaczyłam tego wilka. Miał srebrne futro, miękkie, lśniące, zdrowe, jakby wesoły pysk i nic więcej. Rozerwany w pół wilk oddychał, przy każdym oddechu wypluwał z piersi falę krwi. Podskoczyłam, usłyszałam przeszywający krzyk, utrudniał myślenie, wypełnił sobą okolice, jak smród. Ci gorsza, utrudniał oddychanie. – Starsza pani ucichła. – To ja krzyczałam. Nagle z dziury wyskoczyło „to”. Był wielki, cuchnący i zły. Nie widziałam co to za zwierzę, słyszałam tylko jego warczący oddech, wielkie łapy i pazury. Na tle lasu był tylko czarną plamą. Głos utknął mi w gardle, jakby przygotowywał mnie do wiecznej ciszy. Powietrze zafalowało, oddech świeżości na chwilę mnie ocucił. Natychmiast zebrałam myśli, odwróciłam się na pięcie i biegłam, ile sił w nogach. Czułam jego oddech na plecach i słyszałam jego ciężkie kroki. Bawiło go ściganie mnie, krążył wokół mnie, czasami zaraz obok. Ja biegłam, nie zważając na gałęzie, czasami sie potykając, ale cały czas przed siebie. Instynktownie czułam, że jak sie zatrzymam, to zaatakuje. Czasami wydawało mi się, że woła mnie, po imieniu. Opadłam z sił, zatrzymałam się, upadłam na kolano, z oczu popłynęły mi łzy. Usłyszałam, jak się zbliża, człapie prosto na mnie. Nie patrzę. Niech się dzieje co chce, nie mam sił na walkę. Świat , pod zaciśniętymi powiekami, zamigotał barwami. Dźwięki z zewnątrz docierały z opóźnieniem i jak z piwnicy. Usłyszałam człapnięcie tuż obok mnie, olbrzymie ręce uniosły moje ciało w górę. „Niech nie boli, proszę, pomyślałam. Wtedy usłyszałem głos „Basia! Gdzieś Ty była? „. To był głos Twojego pradziadka – powiedziała, wskazując na chłopaka. – Opowiedziałam mu wszystko. Na drugi dzień, wraz z kilkoma osobami, wyruszyli na poszukiwania zwierzęcia, chociaż wiem, że tata mi nie uwierzył. Nic też nie znaleźli. – Nagle drzwi domu się otworzyły i wyszła wysoka blondynka.
- Opowiada Ci tą historię z niedźwiedziem? – Zapytała, wskazując palcem, od niechcenia. Chłopak przytaknął. – Marku, nas w dzieciństwie też straszyła tym wielkim niedźwiedziem.
-To nie był niedźwiedź, tylko… – Blondynka przerwała jej w pół zdania.
- Wiem, wiem „wilkołak”. – Rzuciła przewracając oczami. – spakowany jesteś synuś? – skierowała głowę w stronę wysokiego chłopaka, on przegarnął burze brązowych włosów i pokiwał czupryną. – A ty języka zapomniałeś?
- tak. – odpowiedział.
- zapomniałeś języka, ciężka sprawa. – Nerwowo syknęła blondynka.
- tak, spakowany jestem. Mamo. – odpowiedział Andrzej, nie kryjąc irytacji.
- Te hormony. – odpowiedziała mama chłopaka. Chłopak, nie czekając na jej dalsze uszczypliwości, energicznie chwycił plecak. Pochylił się i pocałował babcie w policzek.
- Opowiesz resztę później. Pa – przerzucił plecak przez ramię i skierował swoje kroki, w stronę samochodu.
- Nie opowiadaj mu tych bzdur, mamo, proszę. – powiedziała spokojnie, ale stanowczo. -Ktoś gotowy pomyśleć, że coś nie tak z Twoją psychiką. – Dodała zatroskanym głosem, pochylił się do policzka babci . – Muszę jechać, schowaj się do domu, masz zimne policzki. Pa.
- Pa. – Starsza pani, nie zdążyła zareagować, a blondynka, machając, wsiadła do samochodu. Pojechali. Trasa do domu, prowadziła krętymi drogami, przez gęsty las. Zaczęło padać, asfalt zaczął świecić promieniami odbytych świateł. Chłopak, przyklejony do szyby, obserwował spływające krople. Nagle zapytał.
- Mamo, Myślisz, że to prawda? – odkleił się od szyby i spojrzał na prowadzącą samochód kobietę.
- Co? – Zapytała, wyrwana z letargu. – Tak, już dojeżdżamy. – dorzuciła, losową odpowiedź.
- Dobra, nieważne. – chłopak się poddał. Do końca podróży się nie odzywał. Wodził tylko palcem, po szybie, przeklinał w myślach i analizował opowieść babci.
- Jesteśmy prawie na miejscu. – Rozległ się głos blondynki. Marek podniósł głowę, matka rozmawiała przez telefon. – Będziemy za dziesięć minut. Możesz wstawić wodę na herbatę. – chłopak uśmiechnął się, rozmowy rodziców , odkąd pamięta, zawsze go śmieszyły. Brzmiały one jak rozmowy między urzędnikami, krótko i formalnie, ale jednocześnie pełne czułości. – No pa. Buźka. Pogadamy, jak wrócę.
Po powrocie do domu zastali stół zastawiony jedzeniem. Przy drzwiach powitał ich okularnik, w pomarańczowej koszuli, spodniach na kant i kapciach. Przeczesał lekko przerzedzone włosy i zasypał ich serią pytań. O podróż, o pobyt, zajęcia i tym podobne. Krótka seria ostrzegawczych pytań, puszczona w powietrze, miała swój ciąg dalszy, przy kolacji.
- Babcia jak się czuje? – zapytał ojciec chłopaka, jednocześnie z nonszalancją smarując chleb masłem.
- Fizycznie zdaje się być zdrowa. – Podchwyciła temat blondynka, specjalnie nie kończąc zdania.
- Co masz na myśli, coś nie tak z jej psyche? – Łysiejący okularnik dał się chwycić, na ten manewr.
- Trochę. ..
- Tato słyszałeś opowieść babci, o wilkołaku? – Chłopak przerwał matce, zanim zdążyła rozwinąć swoją myśl.
- A, rozumiem, – Odpowiedział ojciec, porozumiewawczo zerkając na żonę. – Twoja babcia, a moja mama, miała ciężkie dzieciństwo. Wojna odcisnęła na niej swoje piętno. Tak, straszyła nas „jesiennym wilkiem”, jak byliśmy w Twoim wieku.
- Wierzysz jej? – zapytał Marek.
- Wiesz synku, to bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. Kiedyś na spokojnie Ci to wyjaśnimy, porozmawiamy o tym, teraz kończ kolacje i spać.
Chłopak ostentacyjnie wstał, szukając krzesłem, omal że przewracając je.
- Dobranoc. – wycedził przez zęby i wyszedł, głośne tupanie na schodach przerwało trząśnięcie drzwi.
Marek pół nocy rozmyślał, o tym, co usłyszał od babci. Układał scenariusze, szukał poparcia w legendach, gdy wszystko zaczęło układać się w logiczną całość, zasnął. Obudził go dźwięk. Cichy szmer, kwilenie tuż za oknem. W pokoju było ciemno, przez okno wlewało się, gęsta falą, światło księżyca. Próbował wymacać włącznik, lampki nocnej. Po kilku próbach poddał się. Dźwięk za oknem zmienił się, Marek usłyszał, powodujące ciarki, skrobanie o szybę. Przecierając oczy, zsunął się z łóżka. Powoli podszedł do okna, czuł pod stopami ciepły dywan. Gdy stopy chłopaka, znalazły się w świetle, wpadającym przez okno, zrobiło mu się zimno. Drętwiejące stopy przestały go słuchać. Szurając nimi po dywanie podszedł do okna, za nim było pusto. Blask miesiąca oświetlał okolicę. Chłopak poczuł ruch, tuż za nim, odwrócił głowę, e pokoju było pusto. Tylko cień. Kształt okna, który rysował księżyc na dywanie, skrywał cień, nie jego. Czarna plama na podłodze, poruszała się, Andrzej obserwował dywan zahipnotyzowany. Pleciona płachta, leżąca na podłodze, nigdy nie zajęła jego myśli, na tak długo. Po chwili, w jego umyśle pojawiła się myśl, która zagrała na cienkiej nucie strachu, jak delikatny szept. „Jestem za Tobą”. Zimno stóp rozeszło się z krwią, po całym ciele.
Odwrócił się do okna. Zobaczył wielką czarną plamę, która ledwo mieściła się, w ramie okna. Bestia za oknem obserwowała Marka. Dyszała, a z jej ust, pomiędzy wielkimi kłami, wydobywała się para. Wielkie źrenice potwora hipnotyzowały chłopaka. Nie mógł się ruszyć, wpatrzony w świecące ślepia stał, jak słup soli. Nagle monstrum zaatakowało. Zaskoczony młody mężczyzna nie zdążył zareagować, mógł tylko obserwować, jak wilkołak wyciąga wielkie łapy w jego kierunku. Szyba wygina się pod ich dotykiem i pęka bezgłośnie jak przedziurawiony, przeźroczysty kawałek materiału. Wielkie szpony zacisnęły się na szyi chłopaka. Marek krzycząc, ostatkiem sił, czując na sobie ciężar bestii, przebija barierę snu. Próbując uwolnić szyje, z zaciskających się szponów, poczuł jak niewidzialne ręce łapią go za nadgarstki. Zerknął niżej, a z cienia sięgały, w jego kierunku, setki dłoni, próbowały wciągnąć go w mrok. Gdy czerń zaczęła pochłaniać jego ciało, spojrzał w paszcze bestii, nad rzędem wielkich zębów zobaczył jej oczy. Były spokojne, prawie ludzkie, podobne miała jego babcia. W tym momencie uzmysłowił sobie, że to ona stała za oknem. Myśl, która bezgłośnym wrzaskiem, przebiła się z koszmaru w rzeczywistość „Babcia”. Bezwładnie walcząc, z niewidzialnym wrogiem, próbował wyrwać dłonie z uścisku. Usłyszał krzyki, które nie miały sensu, przez chwilę myślał, że sam wykrzykuje coś w panice, ale zaciśnięte szpony odcięły dopływ powietrza. Szum w uszach, zniekształcał słowa, wiedział, że zaraz straci przytomność i to będzie koniec. Zebrał resztki sił, zaćmiony umysł, nagle zaczął pracować. Wtedy zrozumiał, co krzyczą demony.
- Marek! – Jakby znany głos, wołał go, z zaświatów. Wymachując rękoma, obudził się. Zlany potem chłopak, łapczywie chwytał każdy oddech. Mama przytuliła go do siebie.
- Trzeba zrobić coś, z tą wariatką! – krzyknęła do męża, który siedział po drugiej stronie łóżka i przyglądał się nieprzytomnym oczom chłopaka. Mężczyzna przytaknął, bez słowa wyszedł. Blondynka trzymała w ramionach, skulonego i ciągle trzęsącego się syna.
- To tylko zły sen, syneczku. – szeptała. Za oknem zaczęło świtać.
Mężczyzna z urzędniczą dokładnością wybrał, wykalkulował koszt i jak słupek w Excelu przeniósł matkę, do domu spokojnej starości „Eliza”.
***
Nagle, telefon przerwał ciszę. Młodzi ludzie, zagubieni w swoim towarzystwie, spojrzeli po sobie i zignorowali. Chłopak zaczął się kręcić. Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową, wskazując na telefon. Mężczyzna wyjął telefon i przesunięciem palca odebrał.
- Halo Mareczku. – Usłyszał. – Tu Twoja babcia. Robi się ciemno, on wrócił i nie jest sam. – Mówiła szeptem, w dziwny sposób modulowała głos. W tle było słychać starą piosenkę, kobieta miała w domu stary gramofon. – Słyszę jak chodzi wokół domu, skrobie ściany, puka w okna i łapie za klamkę. Boje się… Trzeba go powstrzymać, raz na zawsze. Odejdź potworze! - krzyknęła, rozległ się trzask. Chwila ciszy i w słuchawce rozległ się sygnał, przerwanej rozmowy. Chłopak opuścił wzrok i posmutniał.
- Co się stało? – zapytała, lekko pochylając głowę, szukała wzroku Marka. Położyła dłoń na jego kolanie.
- Hmm, słucham? – Podskoczył, jakby wyrwany ze snu. – Nic. Babcia. Zrobiło się jej gorzej. – Cedził przez zęby, monosylabami. – napiszę do mamy, że dzwoniła. – Znowu zanurkował w myślach i zawisł nad telefonem.
- Dobrze. – Dziewczyna przyglądała się, chłopakowi, który ostrożnie, jakby ważąc każde słowo pisał SMS. Gdy zobaczyła, że wysyła wiadomość, odezwała się. – Koniec, tego zamulania, w domu. Idziemy, na miasto.
***
Wrócił późnym wieczorem, cicho otworzył drzwi i wysunął się, do środka. W salonie siedzieli rodzice. Szeptali coś, mama chłopaka, pociągała nosem. Najwyraźniej coś się stało, Andrzej, nie do końca chciał wiedzieć co. Miał za sobą ciężki dzień. Zamyślony próbował przemknąć, niepostrzeżenie, obok rodziców. Skrzypienie schodów, udaremniło jego zamiary.
- Mareczku? – usłyszał głos matki. – to Ty? – zapytała drżącym głosem, blondynka.
-Tak, to ja. – odpowiedział, przyłapany.
- Chodź tu do nas. – odezwał się ojciec, panujący, jak zawsze, nad głosem.
Marek, wchodząc do salonu, nadal czuł, że nie mają dobrych wieści. Ogarnęło go nagłe zimno i jego nogi, jakby lekko się uginały.
- Znaleźli babcie. – Rozpoczął ojciec. – Siedziała na progu, swojego domu. – Dokończyła, płaczliwym głosem, za męża. Przytykając, do nosa chusteczkę, dodała. – Policja podejrzewa, że błąkała się, cały dzień po lesie. Wieczorem usiadła na progu, w bujanym fotelu i tak już została. – Blondynka zakończyła, salwą łez.
-Zawału dostała. – dodał ojciec i przytulił żonę.
Chłopak, nie wiedział, jak znalazł się, w swoim pokoju. Przed oczami miał obraz babci, jak siedzi na progu i czeka na niego.
- Dzwoniłam. Czekałam, na Ciebie. – usłyszał, za plecami. Poczuł, zimny i mocny uścisk, na ramieniu. Złapał za dłoń, która go złapała. Trzymała mocno, jak skręcone imadło. Z całych sił próbował, uwolnić się, w końcu uścisk zelżał. Trzymając. , obcą dłoń, odwrócił się. Zobaczył twarz, która była mu znajoma.
- Babciu? – Wydusił z siebie, pytanie w głosie było odruchowe, dobrze wiedział, że to nie może być ona. – Przecież Ty…
- Nie żyje? – Postać przerwała mu, w pół zdania. – Tak i to Twoja wina. – dodała.
Chłopak poczuł, jak dłoń, którą trzyma, delikatnie wysuwa mu się z rąk. Poczuł za to, lepką, jakby galaretowatą strukturę, zetknął wtedy na dłoń. W jego rękach został strzępy skóry, a dłoń babci, odarta z powłoki odkryła mięśnie i kości. Poczuł, jak słodką falą, podchodzą mu do gardła, mdłości, wymieszane ze wszystkim, co dzisiaj jadł. Zerknął na twarz kobiety, która zbladła, jak prześcieradło, jej oczy zasłoniły się bielą. Nagle, skóra zaczęła zielenieć i łuszcząc się odpadać płatami. Nogi chłopaka zaczęły się uginać, Marek próbując utrzymać się na nogach, chwile dreptał w miejscu, jakby tańczył. Upadł, a za nim pusty szkielet, by następnie zmienić się w pył. Poczuł pod twarzą, zimną, a jednocześnie miękką powierzchnię. Otworzył oczy, przed twarzą zobaczył, gęsty, pierzasty dywan. Usiadł, złapał się za głowę i próbował zrozumieć, co się stało, poprzedniej nocy.
Uznał, że to był koszmarny sen i wstał z dywanu.
***
- Żegnamy dziś, naszą siostrę… – Słowa księdza, które wypowiadał nad grobem starszej pani, w ogóle nie trafiały do Marka. Jego nieobecny wzrok, krył plan, który ułożył dzień wcześniej. Kolejna, koszmarna noc, podsunęła mu rozwiązanie.
- Babciu, dziś przyjadę i dorwę drania.- powtarzał w myślach, jak mantrę, licząc, że babcia go słyszy. – dorwę. ..
-Z prochu powstałeś… – Ostatnie pożegnanie, miało się ku końcowi. Chłopak nie czekał. Odwrócił się i już miał wychodzić, gdy stanęła przed nim. Była smutna, może nawet bardziej niż on, spojrzała na niego, dobrotliwie się uśmiechnęła. Już miał, na końcu języka „dorwiemy drania”, gdy powiew świeżości podsunął mu myśl „siostra bliźniaczka babci”. Uściskał ją i złożył kondolencje.
- Nie zostajesz na stypie? – zapytała, chłopak był już kilka kroków dalej i nie usłyszał pytania.
Gdy dotarł, do domku babci, zaczęło robić się szaro. Domek stał na uboczu, na małej polanie, otaczał go gęsty las, za pagórkiem płynęła mała, ale wartka rzeczka. Sama chatka, była drewniana i miała duże okna. Zachodzące słońce oświetlało, jedną ze ścian, sprawiając wrażenie, że ktoś tam mieszka i ma zapalone światło.
Marek, zaopatrzony w siekierę, czekał. Słyszał tylko tykanie zegara, czasem szczekanie psa, sąsiadów z za lasu. Za oknem było już ciemno, okolice oświetlał księżyc. Chłopak wtulony, w stary czerwony fotel, zaczął przysypiać. Poczuł ciepło, nadchodzącego snu, błogość, z siłą mechanicznego młota, przerwał trzask. Mężczyzna zastygł, w pozycji pół siedzącej. Cisza. Nawet pies, już nie szczekał.
-To tylko sen.- powiedział, do siebie. Po chwili, ponownie zatopił się, w swoich myślach. Zastanawiał się, co właściwie tu robi, dlaczego goni, za szaleństwem swojej zmarłej babci. Czy sam chce dojść, do granicy, za którą jest tylko szaleństwo. Nagły rumor, tuż za drzwiami obudził jego umysł, do trzeźwości. Szaleństwo, z którym już chwytał się za klapy, nabrało realnych dźwięków, bo kształtu jeszcze nie miało.
- Halo? – zapytał, licząc na odpowiedź. Zamiast odpowiedzi, usłyszał nieludzki jęk i chaotyczne pukanie. Andrzej podszedł do okna, lekko uchylił zasłonę. W półmroku, oświetlona promieniami księżyca, tłukła się o ścianę, czarna postać. Chłopak, przez ułamek sekundy, zobaczył pokryte futrem ciało i obnażone kły. Odskoczył od okna, potrącając przy tym garnki, narobił hałasu, na całą okolicę. Na zewnątrz zrobiło się cicho, by po chwili, ze zdwojoną siłą, potwornym rykiem, uderzyć w twarz rzeczywistością. Bestia przebiła się przez stare, drewniane drzwi. Chłopak nie zdążył zareagować, gdy powietrze wypełnił potworny krzyk, kawałki rozbitych drzwi i strach. Ledwo łapiąc pion i powietrze, Marek wybiegł, drugim wyjściem. Zapomniał, że przyszedł tu pokonać tego potwora, że obiecał. Chłopak pobiegł, na pobliskie wzgórze. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Znowu było cicho, okolice spowijała opadająca mgła, oświetlana blaskiem księżyca. Czuł w powietrzu obecność, zawsze ją czuł, gdy ktoś umierał. Nieznany lęk, połączony z poczuciem pustki, tak jakby śmierć , krążyła jeszcze wśród bliskich i zastanawiała się „kogo jeszcze zabrać, skoro już tu jestem”. To zimne uczucie obecności, teraz było silniejsze, niż kiedykolwiek. Teraz miało też, realne kształty, jesiennego wilka. Marek usłyszał szelest liści, jakby z kilku stron naraz. Jesień dała mu przewagę, naturalny wykrywacz ruchu. Za późno, na naukę obsługi, nauczka przyszła, nagłym ciosem. Chłopak poczuł na sobie uścisk śmierci i nagły ból, prąd przeszywający ciało, wzdłuż kręgosłupa. Bestia zatopiła kły, w jego szyi. Upadli. Zaczęli toczyć się z pagórka. Marek całej siły próbował wyrwać się ze zwarcia. Zadał potężnego kopniaka. Stwór puścił szyję i zerwał się na równe nogi. Chłopak też, pozbierał się i wstał. Bestia, skryta w mroku, znowu rozpoczęła szarżę, Marek był na to przygotowany. Odskoczył i nadał kopniakiem, potworowi, dodatkowego pędu. Stwór z impetem przeleciał przez krzaki i zsunął się, ze skarpy. Chłopak usłyszał, głośny plusk, bestia wpadła do rzeczki. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa płynie, gęsta stróżką krew. Złapał się, za rozerwany kark, wymacał kości. Świat zawirował, poczuł zapach gnijących liści i dotyk jesieni na twarzy. Zemdlał.
DZIEŃ PIERWSZY…


You against You
Maj, 2016
Dzień pierwszy.
Obudził go krzyk. Rozdzierający ciszę, szlachtujący ją na kawałki i zasypujący garścią nut, które nie układały się w żadną znaną mu melodię. Hałas ten był na tyle głośny i denerwujący, że wybielał materiał na którym drukował swoje myśli, kasował każdą myśl zanim zdążył ją bezgłośnie wypowiedzieć. Blokada ta objawiała się jeszcze jednym. Utrudniała oddychanie. W pewnym momencie chłopak zorientował się, że to on sam krzyczy. Wtedy poczuł ból, który zaczynał się u czubka głowy, a kończył się na na dużym palcu lewej stopy, ciężko było to ocenić, może prawej? Otaczająca ciemność otulała go, gęstą galaretą zapachu krwi, połączonego ze smrodem moczu.
- Szpital? – pomyślał. – Tak, na pewno…
Nadal drąc się, z bólu wniebogłosy, poczuł jak ciepły powiew muska jego skórę, jak miłość w czystej formie. Czarny pokój wypełnił się różowością, światło zasłonięte powiekami zaczęło łapczywie łapać się jego źrenic, poczuł, że musi je otworzyć, rozejrzeć się i dowiedzieć „co się dzieje”. Resztkami sił odchylił powieki, wlewające się światło zmieniło się w ostry błyszczący złotym światłem nóż, który z sadyzmem seryjnego zabójcy wbijał się głębiej i głębiej, aż do dna czaszki, by tam chwile skrobać jej powierzchnie, a docelowo przebić się przez kość. Zamknął oczy, w ostatniej chwili, zanim zemdlał usłyszał „Podaliśmy mu morfinę”. Ton głosu lekarza był spokojny i opanowany jakby zamawiał, w kantynie piętro niżej, kawę, a do tego „pączki, z czym macie?”. Taki powinien być lekarz, pomyślał wirując po pokoju. Nagle ciemność wróciła. Z łoskotem upadł na łóżko. Rozejrzał się ponownie, był w swoim łóżku. Spokojnie położył głowę.
- Wariacki dzień.- pomyślał.
Nagle łóżko zadrżało, otworzył oczy. W nogach łóżka zobaczył cień. Pokój był ciemny, a postać wyraźnie oddzielała się czernią.
- Coś tam jest. – Chciał krzyknąć, nie potrafił wydusić z siebie słowa, dźwięku. Każda próba poruszenie kończyła się niepowodzeniem. – więc znalazł mnie! – pomyślał. – Jesienny Wilk. On już zawsze będzie obok, raz przywołany, oswojony. Wróci. Znajdzie drogę do snu. Wydrze dziurę w trzewiach i dostanie się do rzeczywistości, będzie obserwował, szeptał do ucha, kroczył jak cień, za Mną. Jeśli go nie nakarmię, sam wejdzie, będzie nagryzał mięso mojej duszy, tak długo aż się nasyci lub pożre całą. Wtedy odejdzie?
Dzień drugi.
- Halo! Obudź się. – usłyszał aksamitny głos. – otwórz oczy, jak się czujesz? Głodny jesteś? – Nie musiał otwierać oczu, by wiedzieć, że to jego mama. Blondynka, blada bardziej niż zwykle, z przejęciem w głosie nie przestawała pytać i jednocześnie sama sobie odpowiadać. Nie przerywał jej, z reguły słuchał jednym uchem, a wypuszczał drugim. Teraz też to robił, ale z radością, że to powrót normalności. Czuł jeszcze ból, na szczęście, już nie tak uciążliwy. Matka podała mu talerz z obiadem, ziemniaki i mięso. Zaczął jeść. Wata, wszystko smakowało jak sztuczne. Z ukrywanym obrzydzeniem łykał, kęs za kęsem Na deser wziął jabłko, nie odróżniało się smakiem. Przeleżał w łóżku cały dzień. Kolacja była z tego samego kawałka gąbki, co obiad. Głowę miał ciężką jak z kamienia. Przez chwilę, z uśmiechem, zastanawiał się czy to z bólu, a może od słuchania opowieści matki.
- Masz mnie dosyć na dzisiaj? – Intuicyjnie wyczuła blondynka. – Mam sobie iść?
- Pytasz tak, bo sama chcesz iść. – Odpowiedział Marek.
- Późno już, lekarz mówił, że jutro przeniosą Cię na salę ogólną. – uśmiechając się pocałowała chłopaka w czoło i wyszła.
Sen zawitał do jego łóżka bardzo szybko, koszmary równie błyskawicznie. Obserwował się z odległości kilku kroków. Jego alter-ego klęczało nad świeżym grobem zrywało kwiaty i pożerało je krzycząc coś, Marek postanowił podejść. Gdy się zbliżył złapał za ramię postać, która przypominała jego. Klęczący człowiek odwrócił się, w jego kierunku, to naprawdę był ON. Usta usmarowane ziemią i kawałkami roślin, a z jego ust wydobywał się niezrozumiały głos. Twarz sobowtóra była dziwnie blada, oczy przerażały szarością, źrenice zakrywała gęsta błona, w pewnym momencie wypluwając z ust piach i kawałki chryzantem wykrzyknął. – MIĘSO! MIĘSO! – Czołgając się w stronę Marka, wyciągał ręce, nie przestając wykrzykiwać – MIĘSO! Nagle sobowtór zaczął się zmieniać, skóra jakby gniła bardziej z każdym mrugnięciem, kawałki ciała zaczęły odpadać na ziemię, tworząc ścieżkę z nad grobu, w jego kierunku. Marek potknął się i upadł. Poczuł pod ręką materac. Obudził się. Popił szklanką wody, która z każdym łykiem raniła  przełyk, jak wrzątek lub garść żyletek. Odłożył szklankę. Zasnął.
- Hej śpisz?!
- Słucham?
- Pytam dokąd teraz? – rozległ się głos, czyżby anioł, dla odmiany?
A, to Ty… Pomyślał i spojrzał w twarz dziewczyny, która okazywała zniecierpliwienie, a surowe spojrzenie z trudem maskowało wesołe oczy.
- Znowu się zamyśliłem – powiedział
- To już zauważyłam. – oczy dziewczyny rozświetliły się jeszcze bardziej, a grymas złości ustąpił miejsca uśmiechowi, który rozświetlił cały świat wokół. Więc anioł jednak…- a o czym myślisz?
- O, niczym
- Haha, cwaniak, jak zawsze.
Przechodząc obok witryny sklepowej, Marek wychylił się nieco, zerknął w odbicie, gdzie obok niego szła wysoka dziewczyna o niesamowicie zgrabnej figurze, pięknym uśmiechu i twarzy anioła skrytej w burzy kasztanowych włosów, płynących wzdłuż kształtnej szyi, sięgających do ramion. Ubrana w białą bluzkę i spódniczkę do kolan ściągała na siebie uwagę bijąc blaskiem odbitego lipcowego słońca.
- Znowu się zakochałem – pomyślał … - Kocham Cię – wyszeptał
- Ja ciebie też – odpowiedziała, chłopak przytulił ją mocniej – no to gdzie teraz? – spytała po raz wtóry.
- A, gdzie byś chciała? – Zanim wybrzmiało ostatnie słowo, a dziewczyna zdążyła pomyśleć o odpowiedzi, zobaczyli Łysego.
Łysy, był typem wesołka. Wołaliśmy tak na niego z uwagi na to, że jego bujna, niczym u Usain Bolta, czupryna była wcięta, jak górnik po wypłacie, odkrywając zakola. Jego niesamowite poczucie humoru zaskarbiło tłumy przyjaciół, oraz szeregi wrogów, którym nie podobała się jego rubaszność, lub były zazdrosne o popularność. Łysego znali wszyscy. Na jego bladej twarzy zawsze gościł uśmiech, był jednym z tych, których nie można było nie lubić.
Powitał nas swoim ulubionym hasłem:
- Puść, bo ją udusisz! Cześć, co robicie? – spytał człowiek ubrany w ramoneskę.
- Idziemy – powiedział krótko przystrzyżony chłopak ściskający dziewczynę, jak skarb, który może mu wykraść jakiś pirat.
- Dokąd? – Nie odpuszczał Łysy.
To było jedno z tych głupich pytań, na które od dawna nie znaleziono odpowiedzi. Już paru mądrzejszych niż ja, a nawet bystrzejszych od Łysego, się na tym pytaniu przejechało, kończąc w domu wariatów śliniąc się przez sen i zazdroszcząc losu muchom. Szybko ucząc się na błędach mędrców czasów przeszłych, odpowiedziałem
- Idziemy z domu … – żeby uniknąć innego z głupich i retorycznych pytań „skąd”, rozwinął swoją wypowiedź o punkt „A” – punkt wyjścia „dom” , wtedy Marka zatkało, bo nie ustalili jeszcze punktu „B”. – Jestem już na dobrej drodze zafundowania sobie swetra wiązanego na plecach, stałego dostępu do prochów , a już nie wspominając o spotkaniu z nowymi przyjaciółmi – Karolka i jego schizoidalnego brata bliźniaka Mietka, Zenka rozmawiającego z aniołami oraz tresera pcheł Dominika. – pomyślał chłopak.
- Na lody – uratowała całą sytuację i przyszłość chłopaka błyskotliwą odpowiedzią Dorota
- Idę z wami, mam jeszcze chwilę do busa…
No to szliśmy szarą ulicą wybrukowaną dobrymi chęciami, wprost do lodziarni na Czerkaskiej, gdzie były jedne z najlepszych lodów w mieście. Ulice tego miasta jak zwykle pełne ludzi mknących w różne strony, cieszących się latam, które właśnie pokazuje swoje uroki.
- Gówniana pogoda – Akurat Łysy, miał powód żeby przeklinać taką pogodę, w ramonesce, którą nosił musiało być naprawdę ciepło. Pomimo potu sączącego się z czoła nie zdejmie jej – twardy jest i ma zasady. Zalany słoną rosą chłopak kontynuował – może byście wpadli do nas, w jakiś dzień, na grilla i małe co nieco? Zapraszamy ja i Ania!
- Zobaczymy – jak się skończy sesja… – powiedział Marek, niby to do siebie.
- Wy tak za każdym razem „zobaczymy” – powiedział Łysy – a później „sorry, nie możemy…”, albo coś..
Niestety miał rację, zawsze coś nam wyskakiwało… – pomyślał – ale chcieliśmy – poważnie… – zamiast tego powiedział. - na pewno, tym razem damy radę…
- jeszcze wam uszami wyjdziemy – dodała Dorota z niesamowicie szczerym uśmiechem.
- Trzymam za słowo! Krzywo uśmiechnął się Łysy i dodał – muszę bujać się na busa – to na razie, zdzwonimy się…
I zostali sami „tak lubię” – pomyślał Marek. Wtedy świat zawirował, mrok powrócił. Chwycił mocniej dziewczynę. Poczuł jak umyka, jak znika w jego rękach, zanim zdążył odwrócić głowę w jej stronę, zniknęła. Trzymał w ręku skrawek jej sukienki. Podniósł ręce, by spojrzeć na strzęp. W dłoniach miał bukiet białych róż. Spojrzał w czerń sufitu, wiedział, co zobaczy pod nogami, z oczu momentalnie popłynęły łzy. Ciepła stróżka płynu, była jedynym łącznikiem z rzeczywistością, wiedział, że to sen. Wziął głęboki oddech, spojrzał w dół. Ponownie stał nad grobem, który już raz dziś odwiedził we śnie. Teraz był obsadzony chryzantemami, zerknął na nagrobek, gdzie zobaczył dane, leżącego pod jego stopami, „Dorota Zynterowycz”. Wtem kwiaty zaczęły nienaturalnie się poruszać, jakby ożywać. Marek wiedział czego za chwilę doświadczy, odwrócił się i zaczął biec. Jego stopy dotykały ziemi, ale żaden z kroków nie oddalał go od grobu. Nie chciał jej widzieć w takim stanie. Wtedy usłyszał jej głos, aksamitny, anielsko dziewczęcy, ale to co mówił. Nie chciał tego słyszeć. Marek z krzykiem obudził się.
Dzień trzeci
- Mięso? – Marek usłyszał głos, gdzieś obok
- Słucham? – Zapytał wyrwany z letargu. – Jakie mięso?
- Krzyczałeś, przez sen. – Odpowiedział młody chłopak, który leżał na łóżku obok. Ścięty na jeża  mężczyzna, nie przestawał świdrować Marka wzrokiem.
- Nie wiem, chyba jakiś sen. – Podniósł wzrok, chcąc spojrzeć na rozmówcę, który przywiązany był do łóżka. – Za co Cię tu trzymają? – Zmęczony chłopak wysilił się na żart i wskazał skinieniem głowy pasy na rękach.
- Podobno jestem agresywny. – Mrugnął okiem – Mam na imię Artur. Ugryzłem lekarza, szósty dzień tu jestem i płaskodupia już dostaje – dodał.
Marek mimo uszu puścił ostatnie zdanie, przetarł obolałe oczy, odwrócił się i spojrzał, na łóżko z drugiej strony. Leżał tam starszy pan, spał spokojnie. Za oknem świeciło słońce, gdzieniegdzie po niebie płynęły chmury, typu kłębiastego. Sąsiad z łóżka obok nawijał w kółko, nie zrażał się brakiem słuchaczy. Czasem tylko stopniował napięcie, soczystym przekleństwem. Dzień nie obył się też, bez wizyty matki. Starszy pan spał spokojnie. Po korytarzu biegali lekarze na zmiany z pielęgniarkami, chyba ciężki dzień, zza okna też co chwile wycie syren. Marek chciał zignorować ten dzień, uciec myślami, stąd, może do niej.
Pamięta, jak dziś, spacer po pełnym gołębi starym mieście. W cieniu pomnika bezimiennych bohaterów, mrocznych dni, spotkanie przy ławkach, gdzie grał na gitarze, jakiś równie bezimienny bard. Słońce świeciło jaśniej niż cieplej – było akurat. Dorota ubrana w bluzkę na ramiączkach, we wzory czarno białych pól, jak na szachownicy, do tego niebieskie dżinsy. Dziewczyna ściskała Marka za rękę, przyciskając ramie do jego ramienia.
- Już to grał – szepnęła, miała racje, ale chłopak zwrócił na to uwagę dopiero teraz, gdy wspomniała o tym – To chyba Mr. Big, lub coś podobnego, nie?
- „U baby baby its the strange world…”  – zaintonował i się uśmiechnął patrząc jej w oczy. - Cat Stevens to napisał, zanim zmienił się w terrorystę. – dodał.
- Wiesz co to oznacza? – Szepnęła zbliżając usta, do jego ucha.
- Co? – Spytał.
- że czas się stąd zmywać – i dziewczyna pocałowała chłopaka w policzek – miałam być 7 – 8 wieczorem w domu, odprowadzisz mnie na sześć – cztery?
- OK! Ale usiądziemy nad Brdą, na chwile? Dziewczyna spojrzała na zegar skrzywiła się nieco, a za chwile uśmiechnęła – ale tylko dziesięć minut, bo mama mnie zleje – powiedziała i uśmiechnęła się szczerze.
Po przejściu kilkunastu metrów, obok kaskady i spichrzy znaleźli się na moście. Rzucając kontem oka na rzeźbę, „Przechodzącego przez rzekę”, Marek pomyślał – to trochę jak z życie, kroczenie po cienkiej linie, jeden fałszywy ruch i po Tobie leżysz na dnie. Niby wszystko normalnie, ale masz tylko jedną drogę. Bo na co nam wolność skoro nie mamy nic do powiedzenia, a przecież „tą drogą szedł Bóg” mówił jeden ksiądz w telewizji. „Drogą” HA – pomyślał chłopak. – Droga do nieba wybrukowana jest ostrymi przedmiotami, kolcami, ostrzami, ostrymi kamieniami i pewnie rosną tam butelkowe tulipany, mimo to idziesz, po kostki w błocie kaleczonej skóry, każdy krok przynosi tylko ból, mimo to brniesz, stopy masz jak krwisty befsztyk, ale stawiasz krok za krokiem ku wieczności. Zanim dokończył myśl, grzęznąć w bluźnierstwie, Dorota spytała;
- O czym myślisz?
- O niczym … – odpowiedział i pomyślał, że znów go uratowała przez potępieniem – kocham Cię… - dodał gdy mijali kołyszącą się, w rytmie oddechu wiatru, postać na linie.
- pomyśleli z tym łepkiem – wyszeptała – nikt go nie wywiezie na złom – uśmiechnęła się gorzko – bo Rejewskiemu to już raz ukradli notes i pióro. ..
- A łuczniczce ubranie – przerwał jej Marek sucharem – to o turnieju wymyślili dla turystów bo głupio było naszym radnym. Co nie? – Dziewczyna uśmiechnęła się, a chłopak zaczerwienił.
Usiedli na ławce poniżej mostu, mając na oku postać umięśnionego „przechodzącego”, kołyszącego na boki, już nie za sprawą wiatru, jakieś dzieciaki dorwały się do liny, przegonił je staruszek z okrzykiem „Łobuziaki!” i z wojowniczo wyciągniętą ku górze laską. Dzieciarnia z dzikim wrzaskiem zbiegła w dół bulwaru i chowając się za postaciami trzech betonowych gracji wytykały dziadkowi języki. Na co staruszek powiedział do przechodzącej obok kobiety:
- Widziała pani? Co za młodzież mamy teraz?
Całująca się para, nie słyszała już jego narzekań, byli w swoim małym raju. Tak jak goście barki zacumowanej po drugiej stronie rzeki. Bawiący się pod parasolkami tłum ożywiał ducha starego miasta i nawet remontowane spichrze wydawały się młodsze i weselsze. Wiosenny wieczór, rozświetlony lampami ulicznymi, dawał nadzieje na piękne lato. Marek nie chciał puścić dziewczyny, był szczęśliwy, pełen życia i energii, był zakochany do szaleństwa. Czego chcieć więcej, chyba tylko by ten wieczór trwał wiecznie, jak każdy taki czas gdy magia wisiała w powietrzu, a lewitacja nie była niczym dziwnym, tak, w chwilach takich jak ta. Stare mury poczty zapewniały bajkowy nastrój, chłopak wiedząc, że to ostatnie chwile razem – dzisiaj – przycisnął dziewczynę mocno do siebie.
- Oj Mareczku! Jutro też się zobaczymy – powiedziała dziewczyna, jak by wyczuwając jego intencje lub uspokajając sama siebie – ale jak dzisiaj się spóźnię to będę miała przechlapane! – zaczęła się tłumaczyć.
- Wiem ale już tęsknię! – Wiedział, że jutro to tylko moment dla świata, ale w tej chwili uważał, że jutro bez tej dziewczyny to nieskończony czas wypełniony niebytem. Chłopak mógł tylko przytulić i pocałować dziewczynę, odprowadzić na sześć cztery i puścić do domu. Odprowadził wzrokiem niebieski autobus i wrócił do tłocznego pustego domu. Więcej jej nie zobaczył, pamięta jej ostatnie słowa „Wszystko będzie dobrze.”. Nie było. Krótka chwila odebrała ją światu.
Półjawa pomogła przetrwać Markowi dzień. Cisze pokoju co jakiś czas zakłócała syrena, karetki jeździły częściej niż w dzień. Pokój skąpany w mroku był cichy, Artur chrapliwie oddychał bez słowa wpatrzony w sufit.
- Czas się zdrzemnąć – pomyślał Marek. Zdążył zamknąć oczy, gdy w pokoju rozległ się nieludzki krzyk. Marek zerwał się z łóżka. Odwrócił się w stronę łóżka Artura. Ten walczył ze starszym panem, który nie był już taki spokojny. Zatrzymując staruszka nogami w półdystansie. Marek stanął na zimnej posadzce, zakręciło mu się w głowie, z trudem podbiegł do łóżka obok. Chwycił za łokcie starszego pana, który strzelał zębami w kierunku Artura, łapiąc powietrze. Nagle, nienaturalnie odwróci głowę w stronę Marka, który próbował go uspokoić. – Proszę pana. Halo. Proszę przestać!
Wtedy chłopak zobaczył jego wzrok, dziki, morderczy bezosobowy. Szare oczy,ze snu Marka. Chłopak puścił mężczyznę, który teraz jego obrał jako cel, rzucił się ze sprężystością, jakiej się nie spodziewał po takim staruszku. Poczuł jego oddech, tuż przy twarzy, jego zęby prawie dosięgły jego skóry, gdy do pokoju wpadło dwóch osiłków. Pielęgniarze chwycili dziadka zanim zdążył zareagować.
- Nic wam nie jest? – Krzyknął jeden pracowników szpitala, gdy przywiązywał starca do łóżka – Pogryzł kogoś? – Pomogli wstać Markowi, obejrzeli też Artura, wychodząc rozmawiali między sobą, że to nie pierwszy przypadek ataku szału. – Może profilaktycznie wszystkich przywiążemy do łóżek? – Skwitował rozmowę jeden z pielęgniarzy. Wyszli. Starszy pan nadal wyginał się na łóżku walcząc z pętami. Artur, na drugim łóżku leżał cicho, próbując uspokoić oddech.
Dzień czwarty
Marka obudził cichy dźwięk, lekkie stukanie metalu o metal. Stwierdził, że starszy pan znowu się wierci patrzył w sufit. Przetarł na wpół śpiące powieki, dźwięk się nasilił, stwierdził, ponadto, że odgłos pochodzi z innej strony pokoju. Spojrzał w tamtym kierunku, to było łóżko Artura, a jego ciało prężyło się w nienaturalny sposób. Wydawał z siebie cichy jęk. Marek zsunął nogi z łóżka, usiadł, pochylił się do szafki, gdzie schowane były jego rzeczy. Ciężka głowa i zawroty głowy nie ułatwiały zadania. Nagle do sali wbiegła pielęgniarka.
- Co pan robi? – Krzyknęła – Jeszcze nie jest pora, aby pan wyszedł, proszę się położyć!
- Czuje się lepiej niż oni! – Odkrzyknął wskazując palcem mężczyzn, którzy wpatrywali się w dyskutującą dwójkę.
Pielęgniarka, z niekrytym przerażeniem spojrzała na przywiązane do łóżek postacie.
- Ale… Ale… Zmienimy panu salę. – Zaproponowała. – To tylko dwa przypadki i … – W połowie zdania przerwał jej lekarz, który akurat wszedł.
-Pani Jadziu, pacjent dziś wychodzi, potrzebujemy łóżka. Proszę podejść po wypis. – dodał patrząc na Marka.
Chłopak ubrał się, zanim drzwi po wyjściu lekarza zdążyły się zamknąć.
Po drodze do gabinetu lekarza, widział sale pełne przywiązanych do łóżek i agresywnych pacjentów, obezwładnianych przez różne służby.
- Jakiś koszmar – pomyślał.
Doktor kończył jego wypis.
- W normalnych warunkach, nie wypisałbym pana jeszcze. Normalnych. – Powtórzył doktor Piotr Derk, odchylając lekko głowę, zerknął na przeszklone drzwi, gdzie z głuchym trzaskiem zatrzymała się twarz jednego z agresorów, przytrzymywanego przez pielęgniarzy. Wziął słuchawkę telefonu, wykręcił krótki numer. – Cześć tu Piotr, macie wolną jednostkę? No wiem, że Sajgon. – Wziął papiery Marka, przewrócił kartkę, trzymając słuchawkę ramieniem. – Kozietulskiego. Super, zaraz go podeślę. Dzięki. – Odłożył słuchawkę i spojrzał na Marka.
- Załatwiłem panu taksówkę, tylko pan się spręża bo to pośpieszna i zaraz rusza. – dodał wręczając wypis i puszczając oczko. – Proszę na siebie uważać i nie mówię tylko o ranie na szyi. Do widzenia.
- Co się dzieje? – zapytał Marek wychodząc.
- Nie wiem, może kawa w mieście się skończyła i ludziom odbija.
Widząc na korytarzu zamieszanie doktor Piotr wybiegł zaraz za Markiem.
Chłopak zszedł schodami, w stronę izby przyjęć, gdzie pakowała się ekipa ratunkowa.
- Pan na Kozietulskiego? – usłyszał. – To proszę wsiadać. – dodał kierowca nie oczekując odpowiedzi Marka.
Wmieście panował chaos ludzie biegali, wszędzie punkty pomocy medycznej, a na każdej ulicy widoczna była karetka. Marek nie pytał, wiedział, że nikt nie odpowie, marzył tylko o schowaniu się w swoim łóżku, pod kołdrą. Karetka, którą jechał miała włączony sygnał, ale poza jej wyciem można było usłyszeć przeciągły ryk syren na dachach okolicznych budynków. Nagle ulica ożyła, fala ludzi, która wytoczyła się z przecznicy obok była olbrzymia. Kierowca skręcił w małą uliczkę i zatrzymał się.
- Co to było do cholery? – Krzyknął kierowca. Marek spojrzał w lusterko, gdzie ludzie zaczęli rzucać się sobie do gardeł i w nieludzkim szale gryźć jeden drugiego. Z uliczki wybiegła kobieta, potykając się upadła, była umazana we krwi. Jeden z lekarzy wyskoczył z karetki, podbiegł do niej, była poobijana i pogryziona. Podniosła głowę, lekarz pochylił się, coś szeptała. Ratownik poczuł na skórze lekki powiew ciepłego oddechu, zbliżył ucho by dosłyszeć co mówi.
- Uciekaj… – Szepnęła z przerażeniem w oczach, Ratownik spojrzał w nie i zobaczył odbicie dzikiego tłumu, który wybiegł zza jego pleców. Banda pochwyciła go i uniosła, rozpędem wpadła na ścianę budynku, mężczyzna uderzył w nią głową i zemdlał. Przerażona ekipa karetki zastygła. Inny z ratowników zrobił krok w stronę wyjścia, chciał pomóc, nagle drzwi zamknęły się przed jego nosem. Kierowca zachowując zimną krew zamknął je i zanim ratownik załapał „co się stało”, ruszył. Jechali wzdłuż ciasnej uliczki, w milczeniu i wpatrzenie w ziemię, poza kierowcą, który wpatrzony był w drogę. Nagle wyjechali na duże podwórko, które wypełnione było ludźmi, którzy szczelnie otaczali mały, lichy i kołyszący się budyneczek. Na dachu siedział mężczyzna, prawdopodobnie ranny. Kierowca spojrzał w lusterko. – zawrócić niema dokąd, tylko do przodu.
Karetka powoli posuwała się przez tłum, który walił pięściami w jej karoserię, próbował złapać się niewidzialnych uchwytów, wpatrując szarymi oczami w pasażerów. Kierowca delikatnie omijał szalejącą tłuszcze, próbował znaleźć drogę do rozbitka na dachu. Podjechał lekko hacząc o rynnę. Marek zobaczył jak chatka osuwa i składa jak domek z kart.
- Próbowałeś – powiedział ratownik, obok kierowcy. – jedziemy dalej – dodał klepiąc go po ramieniu. Pojazd cały czas się kołysał, uderzany pięściami szaleńców. Wtem, jeden z odgłosów zaczął dobiegać z dachu.
- Weszli na dach! – Krzyknął kierowca- cholera!
- Dzięki za pomoc – usłyszeli – Myślałem, że ze mną już kiszka! – dodał głos dobiegający z wywietrznika na dachu.
- Trzymaj się tam! – krzyknął kierowca, dodając gazu.
Ostatni Legion
wrzesień 2013
Dzień siódmy
Słońce prażyło, bardziej niż zwykle. Jak okiem sięgnąć piach, który wdzierał się wszędzie. Chrzęścił między zębami, podczas jedzenia, czasami strach otworzyć puszkę z pepsi. Za horyzontem rysują się góry. Baza Alfa 4 Don. Dla żołnierzy, po prostu „Giewont”. Sześćdziesiąta pierwsza zmiana, jeszcze dwa miesiące do zakończenia misji. Dzień, jak co dzień, rano pobudka. Wieczorem warta. Jedzenie, konwój, jedzenie. Jednak wydarzenie ostatnich dni, nie dawały spokoju obsadzie bazy.
- Kuźwa – Przeklął krótko przystrzyżony żołnierz, pukając w odbiornik radiowy.
- Zaraz rozpieprzysz, drogi sprzęt!!! Co jest? Zapytał drugi, niemalże identyczny, człowiek w mundurze.
- No właśnie nic, cisza. - zdjął czapkę i przeczesał rzadkie włosy ręką. -  Kilka dni nic, żadnych rozkazów, wieści, internet nie działa. Jak by świata już nie było...
- Takie uwagi zostaw dla Siebie, żołnierzu.  Jak usłyszę, że swoje „jazdy” uskuteczniasz w bazie, to tak Ci kopa zasadzę, że w locie Częstochowe zobaczysz i wylądujesz w dupie wielbłąda. Popraw mundur, wyglądasz jak byś z kibla, ledwo wyszedł. - Nie czekając na odpowiedź, wyszedł
- Tak jest, Panie kapitanie. - Chłopak za radiostacja wyprostował się, poprawił mundur i wymruczał, w akompaniamencie, zatrzaskujących się za kapitanem drzwi – Łatwo powiedzieć, to mnie pytają, co w kraju. Skąd mam K wiedzieć? Statyczne dźwięki od tygodnia słyszę. Nawet poczta, nie przylatuje. Spierdalam, na kolację.
Kantyna wyposażona, we wszystkie smaki świata, jak zawsze pełna.
- Wiśnia – powitał go chór, usiadł przy pustym stoliku, który natychmiast zapełnił się czekającymi na jakiekolwiek wieści. Arek Wiśniak, zawsze trzymał się na uboczu. Nie lubił tłumów, dlatego zaciągnął się jako łącznościowiec. Pilnował radia, co rano siadał na swoim skrzypiącym krześle, zakładał trzeszczące słuchawki. Lubił to, statyczny szum uspokajał go. - Co jest, co w kraju, jakie rozkazy? - usłyszał, pochylony nad zupą, żałował teraz, że nie może założyć swoich słuchawek i wygłuszyć wszystkich pytań, jednym przekręceniem gałki.
- Wszystko gra. Nic się nie zmieniło. - Odpowiedział, nie podnosząc głowy, znad talerza.
- Gówno prawda – usłyszał.
Blond żołnierz o pszenno-buraczanej urodzie machnięciem reki zrzucił Wiśniakowi talerz. Chwycił go za klapy i krzyknął prosto w twarz:
- Nic się nie zmieniło? Co Ty kurwa pierdolisz. Banda poganiaczy wielbłądów włazi na pole minowe, zmieniając pustynię, w il desserto rosso. Kroll wycina z drużyną całą wioskę, później wyrzyna załogę swojego pancerza, wraca tu i mówi o nieumarłych, a Ty śmiesz, nam w twarz mówić, że „wszystko gra”? - Rzucił chłopaka na krzesło, które się odchyliło i przewróciło.
- Tygrys jestem starszy stopniem, to się nazywa niesubordynacja, zgłoszę to szefowi, doigrasz się. - Wykrzyczał jednym oddechem Wiśniak.
W blondwłosym żołnierzu zawrzało.
- Jak zaraz nie powiesz co się dzieje, to zrobię Ci taka „niesubordynację”, że rodzona matka Cie nie pozna, dupku. - Wysyczał, zamachując się noga, na leżącego jeszcze chłopaka. W ostatniej chwili zatrzymali, trzymając go za ręce w łokciach próbowali uspokoić.
- Ja z nim pogadam, - szepnęła rudowłosa dziewczyna - trzeba delikatnie.
- Areczku, co wiesz. - Powiedziała delikatnym głosem, pomagając mu wstać.
- Roksi, nic nie wiem, radio milczy od kilku dni. - Spojrzała na niego, przeklęła w myślach. Podniosła talerz żołnierza i postawiła na stole.
- ok, teraz zjedz coś i udawajmy, że tu tez nic nie zaszło.
Blondyn wyrwał się, z uścisku kolegów i znowu ruszył w ich kierunku, krzycząc.
- Kurwa, Delikatnie? I co się dowiedziałaś? Teraz ja go zapytam, nie będzie miło. - Ruda szybkim ruchem chwyciła talerz i rąbnęła nim Tygrysa w twarz. Blondyn stanął, chwycił się za nos ocierając z  niego krew. - ochujałaś PINDO!!! Ruszył w jej stronę. Zrobił dwa kroki,gdy do namiotu wpadło kilki żandarmów.
- Co to za burda, do K nędzy? Wykrzyknął żołnierz w białym kasku. Spojrzał na Tygrysa – Znowu Ty, co znowu, mało Ci puszki? Co jest?
- Wszystko gra panie sierżancie – powiedział blondyn wklejając uśmiech.
- A to pod nosem? Może ketchup?
- Nie, naczynko mi pękło – wysyczał
- Kowalski, Ty mi tu nie pie... - strzały na zewnątrz przerwały mu w pół zdania. - Zostajecie tu, wrócimy do rozmowy. - Do namiotu wpadł jeszcze jeden żandarm.
- Krollowi odwaliło, rzucił się na strażników, jednego pogryzł. Teraz biega po bazie. Zero kontaktu naćpał się czegoś, bo dostał kilka kulek i nadal żyje.
- Zostajecie tu. - Wskazał na nich palcem.
Wybiegł z kantyny wyjmując z białej kabury broń. Przez dziesięć minut trwało polowanie na naćpanego żołnierza. W pewnym momencie strzały stały się coraz głośniejsze. Gdy jedna z kul przeszyła namiot, wszyscy padli na ziemie. Chwila ciszy, krzyki i znowu strzały. W plandekę namiotu naparła jakaś siła, człowiek. Widać wyraźnie kształt, wtem seria z karabinu, przeszywająca namiot i człowieka przed nim, znowu się odbija, przez dziury w materiale przesączyła się krew. Padł.  Ponownie krzyki, teraz już z wnętrza namiotu, to Wiśniak. Leżał tuz obok miejsca, w którym padł Kroll. Teraz tuz przed jego twarzą pojawiła się twarz, cała zakrwawiona, miejscami obdarta ze skóry. Spod namiotu przeciskało się coś, co jeszcze niedawno było człowiekiem. Korpus miało poszatkowany kulami, gdzieniegdzie resztki skóry skrywały jeszcze mięśnie i kości. Ręce miał jeszcze skrępowane pod namiotem, ale to tylko chwila. Łącznościowiec patrzył, jak zahipnotyzowany w białe oczy,
- Kroll?
- Nie to nie on, co się kuźwa dzieje - podbiegł Tygrys, trepem przycisnął korpus do ziemi. Za nim podeszła Roksi, chwyciła krzesło, przyłożyła jego nogę do głowy umarlaka i usiadła. Wiśniak się porzygał, zresztą jak większość.
- Cipy z ŻW, sobie nie poradziły. Jeśli w kraju też to się dzieje... - zamyśliła się.
- Do czego zmierzasz. - Zapytał blondyn, stojący tuz za nią.
- Spierdalamy stąd... – uśmiechnęła się spod rudej grzywy.
- Myślisz, że szef nas tak po prostu wypuści? Przerwał jej, w pół zdania
Wstał, wysoki, ciemnowłosy żołnierz. Pogładził się po trzydniowym zaroście i powiedział:
- JA was zawiozę. - na co odpowiedziała mu salwa śmiechu, który nie ustał nawet gdy wychodził. Młody żołnierz, mijając żandarmów udał się do Szefa.
(...)
- Po co Ci Trzy pancerze? Wiesz ile taki Rosomak kosztuje? Rasin w dupach wam się poprzewracało. Nigdzie nie pojedziecie. To niewykonalne. - Krzyczał, bandażując rękę. Popijał Whiskey. - Mamy rozkazy, - kontynuował, wyjmując zmięty kawałek papieru – słuchaj: „Do sześćdziesiątej-pierwszej zmiany”, bla bla bla, przejdę do sedna „Czasy są ciężkie, stolica upadła, miasta w rękach wroga, staramy się przejąć kontrolę. Walka z przeciwnikiem, który w każdej chwili może być w naszych szeregach jest trudna.  Czekajcie na dalsze rozkazy, wytrwajcie” - zakończył ściszając głos, zwinął papier i schował. - Więc czekajcie. Kurwa. Nie puszcze was, jesteście tu potrzebni, już się burdel zrobił. - Wyjął mapę, nie przerywając monologu. - To jest niewykonalne, paliwa wam nie wystarczy, byście musieli tankować tu, tu też tu i tam – mówił, pisakiem zaznaczając miejsca. - i baza jest odcięta, sam zamykałem garaż, dystrybutory i skład amunicji, tymi kluczami. - wskazał palcem na pęk kluczy, leżących na biurku, następnie wstał i się odwrócił – Pierdol rozkazy, koniec rozmowy. – wyszeptał. Ras delikatnie chwycił klucze i zaczął powoli wychodzić. - Szef odwrócił się – jeszcze tu jestes, mówiłem koniec rozmowy – Krzyknął i chwycił mapę z biurka, zmiął ją i rzucił w kierowce. - Ja muszę ogarnąć ten burdel, usiadł chwycił butelke i pociągną solidny łyk.
Żołnierz usłyszał jeszcze głos mówiący „powodzenia”. Klikniecie, głośny wystrzał z pistoletu i odgłos osuwającego się ciała.
(...)
Ras wrócił na stołówkę, z wielkim uśmiechem pokazał pęk kluczy.
To kto się zabiera, ze mną?
(...)
Ładowanie zapasów i sprzętu zeszło do rana. O świcie, cały konwój był gotowy. Ras wziął żółtą farbę i na tylnym włazie napisał „Have nice Day” i wielką uśmiechniętą mordkę, ubrał kurtkę i krzyknął:
- Ruszamy!!!


And I'll dance with you in Vienna

I'll be wearing a river's disguise
The hyacinth wild on my shoulder,
My mouth on the dew of your thighs
And I'll bury my soul in a scrapbook,
With the photographs there, and the moss
And I'll yield to the flood of your beauty
My cheap violin and my cross
And you'll carry me down on your dancing
To the pools that you lift on your wrist
Oh my love, Oh my love
Take this waltz, take this waltz
it's yours now. It's all that there is
LC...


Dzień siódmy

Była czwarta nad ranem.

Zabrał marynarkę z krzesła i wyszedł. Zignorował dźwięki przesadnie głośnej muzyki, nawoływania rodziny, partnerki i pary młodej. Pan młody z różą w zębach. - Osz ku... - wyszeptał Miał dość. Alkoholu.

Disco polo.


Oczekiwań w stylu "a kiedy wy?".


Pijanego chrzestnego wujka Wojtka, który co chwilę zagadywał go lub komunikował coś, mrugając znacząco, co było jasne tylko dla niego. Zostawił to za plecami. Obijając się o tłum tańczących, wyszedł na zewnątrz. Trzaśnięcie drzwiami uciszyło grupkę palących przed lokalem gości. Lawirując między palaczami, wydostał poza imprezę. Za bramą, nieopodal cicho szumiała rzeczka. Poszedł wzdłuż nadrzecznego bulwaru. Bo jest czwarta nad ranem, usiadł nad brzegiem rzeki, tu muzykę słychać na okrągło.


"A teraz idziemy na jednego".


Wyrzucał z głowy ostatnie wydarzenia. Zawsze patrzyła mu w oczy. Ciągle widzi ich zieleń. Nigdy nie przestały pytać "dlaczego?". Światło księżyca rozświetlało noc. Patrzył, jak księżyc uśmiecha się do niego na falującej tafli rzeki. Wyjął z butonierki różę i pomyślał. "Mam w jednej ręce samobójstwo, a w drugiej różę mam". Wyjął telefon, zerknął na ekran.


Brak zasięgu.


- Nie sadzę, abym Ci mówiłem, że chciałem zbawić świat — wycedził przez zęby — Wróć do mnie, gdy się zestarzejesz, gdy zapragniesz kawy. - dodał w pijackim widzie i cisnął telefon w nurt rzeki. Pokazał środkowy palec i nieporadnie, ślizgając się po mokrej trawie, wstał. Zsunął się wzdłuż nasypu, w ostatniej chwili chwycił się trawy. Po kilku próbach wczołgał się, na gorę. Odwrócił się, strzepnął z kolan błoto, poprawił marynarkę. Gestem Kozakiewicza pokazał rzece, że nie może jej pokochać. Mokra wstęga otulała wszystko zapachem zgnilizny i wilgoci. Czuł poranek na twarzy, słyszał rechot żab z nadbrzeżnych zakamarków. Wszystko okrywała mgła, jak z horroru, słońce wdrapywało się powoli na widnokrąg. Zauważył wujka Stefka, który migdalił się z druhną w pobliskich krzakach.


Ptaki siedziały cicho.


W tle grała weselna muzyka. Ametist zaśpiewała jego ulubiony kawałek. Coś o miłości, śmierci i końcu.


Nie usłyszał, że jego śmierć zaszła go znienacka. Menel, który zwykle pyta o "pisont groszy" rzucił się na niego, bez słowa, jak bestia z pazurami próbując jednocześnie go ugryźć. Napastnik ubrany był w błękitny, zniszczony prochowiec. Podszyte skórą przetarte łokcie błyszczały w świetle księżyca. Przez chwile zauważył bladą twarz agresora. Jeszcze kilka godzin wcześniej, w towarzystwie jakiegoś dzieciaka, robił bramę parze młodej. Siłą rozpędu menel odbił się od Roberta, upadł opodal, ale gość weselny zachwiał się i wpadł do rzeki. Chwile temu czuł zapach gnijącej wody, teraz poczuł jej smak. Księżyc pomachał mu na pożegnanie, ciemność dna otuliła go wilgotnym, zimnym ramieniem.


Ciemność.


Krótkie zamroczenie odcięło go na kilka godzin. Mdła ciemność rozjaśniła się różem zamkniętych powiek. Nie otwierając oczu, postanowił zabrać myśli i wyczuć sytuacje. Przez chwile siedział w ciemności. Nadal czuł swąd zgnilizny. Nasłuchiwał. Cisza. Czas wiać – pomyślał. Już miał wstać w poszukiwaniu wyjścia. Pojawił się słup światła, który wypalał mu oczy.


– O. Obudziłeś się w końcu. – usłyszał delikatny, dziewczęcy głos.


- Kto, co? – odpowiedział. - Co się stało. - Podniósł głowę, która była stała się ciężka. Podniósł się, pokój zawirował. Położył głowę s powrotem. Co się stało?


- Leżałeś na brzegu rzeki, wyłowiliśmy Cię i przynieśliśmy tutaj. Spałeś kilka godzin. Tatko poszedł po lekarza, ale jeszcze nie wrócił. Nie wstawaj. Leż, odpoczywaj. Trochę się wczoraj upiłeś i później opiłeś wody z rzeki. To nic dobrego. - Słowotok przerwało trzaśnięcie drzwiami, cichy jęk. Głuchy łomot. Coś upadło na podłogę. Dziewczyna podskoczyła. Robertowi zawirował sufit. Nagle wśród drzazg łamanej futryny, do pokoju wpadła postać. Mimo bladości twarzy odznaczały się białe gałki oczne zwieńczone szarymi źrenicami. Wyrażała tylko gniew, z ust spływała krew. Za drzwiami majaczyły, jeszcze tryskające krwią zwłoki kobiety zwłoki. Robert zerwał się na równe nogi, mimo kołyszącego się otoczenia zdołał chwycić staromodne krzesło i jak treser lwów zatrzymał napastnika, zanim ten dopadł dziewczynę.


- Panie Janku, co panu? Proszę przestać. Przeraża mnie pan! - krzyczała i wymachiwała rękoma. Jej głos łamał się co drugie słowo. Była przerażona.


- Dłużej go nie utrzymam..- Wystękał pijany chłopak. - Strasznie silny jak na takie chuchro. - Nadając napastnikowi moment siły, cisnął nim w stronę okna, a ten jak bila na zielonym atłasie poleciał prosto w okno. Wybijając okno, wypadł połową ciała na zewnątrz. Zaczął komicznie wymachiwać nogami. Jakby nie zauważył swojej pozycji i wymachiwał kulasami jak podczas biegu. Robert dobiegł do niego i przerzucił jego nogi za okno. Na krawędzi okna zauważył ślady krwi. - Będzie bolało, jak się ockniesz. - dodał i splunął przez okno. Nagle usłyszał krzyk.


Dziewczyna stała wpatrzona w roztrzaskane drzwi. Zakrywała usta jedną ręką, drugą uniesioną w geście obrony. Krzyczała.


- Czyli nie przyszedł sam. - Pomyślał Robert i zrobił krok w kierunku krzesła, które już raz się sprawdziło. Jednak w progu stała kobieta, która jeszcze chwile wcześniej leżała na ziemi. Martwa. Może nieprzytomna. Jej oczy były szare i puste. Z rany na szyi nadal cienką stróżką. W miejscu, gdzie leżała czerwieniła się wielka plama posoki. Postać, zanim wstała, kawałek się czołgała, ślady dłoni, jakby wyrysowały przerażające wzory.


- Mamoo... - wyszeptała dziewczyna. Robert chwycił dziewczynę w pasie i odciągnął od drzwi. Starsza kobieta mamrotała coś pod nosem. Nagle ruszyła za nimi, kuśtykając nieporadnie. Chłopak momentalnie wytrzeźwiał. Upadli na stare łoże, przeturlali się po nim, patrząc sobie w oczy jak starzy kochankowie, w łóżku zgrani, gdy ona tik, to on tak. To jedyna szansa na przetrwanie. Spadli po jego po drugiej stronie, wturlali się pod dębowe łoże. Dziewczyna zaczęła kwilić z przerażenia. Robert zasłonił jej usta dłonią, przechylił delikatnie jej twarz. Położył palec na swoich w geście uciszenie. - Zabiorę Cię stąd... - wyszeptał. Skinęła głową. Postać krążyła po pokoju. Nie zauważyła, gdzie się ukryli. Widzieli jej stopy. Jedna ubrana w laczki na obcasie, druga bosa, a po jej kostkach coraz słabszym strumieniem nadal sączyła się krew. Nagle w pokoju pojawiła się kolejna postać. To mężczyzna, który chwile wcześniej wypadł przez okno. Gdy był jeszcze w odległym krańcu pokoju, Robert zwrócił uwagę, że wybite okno solidnie poharatało Janowi brzuch. Przez poszarpany T-shirt wypływały wnętrzności. Roberta zemdliło. Pokój powoli zalewała ciemność. Ściemniało się. Nadchodziła patronka księżycowego plemienia. Noc. Siedzieli cicho. Godzinę. Dwie. Trzy. Robert zastanawiał się, czy to sen, a może delirka.


Nagle ciemny pokój zalała fala światła. Jakiś samochód wjechał na podwórko. Dziewczyna wzdrygnęła się. - Może spała? - pomyślał Robert, zaczęła miotać się panicznie. Zrozumiał, że chce ostrzec przybysza. Na zewnątrz słychać było głosy, przekleństwa, że ciemno i nikt o zapaleniu światła nie pomyśli.
Szurająca po pokoju para nieumarłych również usłyszała nagłe poruszenie na zewnątrz. Przedwiercając po drodze krzesło, wybiegli w stronę drzwi.
- Zostań tu. - wyszeptał Robert. Ostrożnie wyczołgał się spod łóżka. Zaczaił się za meblem i ruszył.
Usłyszał na zewnątrz szamotaninę. Przyspieszył kroku. W kuchni poślizgnął się na plamie krwi. Zanurkował twarzą w krwawą kałużę. Przeklął w myślach. Pozbierał się, zlokalizował drzwi, przez połamane deski wpływało światło reflektorów samochodu. Dobiegł do drzwi i kopniakiem je wyważył. Stanął w progu. Oślepiony zdążył zauważyć, że kobieta i pan Jan leżą już na ziemi, tym razem na pewno.
- Jeszcze jeden! - Usłyszał jeszcze, pomyślał o krwi na swojej twarzy i ogłuszający huk wystrzału utulił go.
Zapadła ciemność.


Mijał kolejny czerwcowy weekend. 
Słońce wypaliło wszystkich, ale teraz już zaszło. Tych, których nie wysterylizowało słońce, pomagali sobie alkoholem. Morze wódy lało się z każdego stołu. Świadek dbał, by nikt nie siedział o suchym kieliszku. Niektórzy leżeli już na stołach. Jeden z gości z zabandażowaną ręką spał już jakiś czas. Nie był sam. Wielką salę wypełniał tłum gości, opary weselnego alkoholu i jej głos. Marta, wesoło podrygując w rytm muzyki, śpiewała kolejne szlagiery repertuaru weselnego. Pomieszczenie pulsowało kolorowymi lampkami. Światełka odbijały się w kreacjach gości, a te zaś tańczyły w oczach wokalistki. Jej wielkie brązowe oczy skrywały smutek. Cichą tęsknotę, ciągle za czymś goniła. Jak każdy anioł szukała swojego diabła i nie spocznie nim go znajdzie. Cząstkę szczęścia czerpie z pasji, która jest śpiew. Gdy mogła wykrzyczeć do mikrofonu swoje uczucia, nie musiała płakać kolejnej nocy w poduszkę. Pierwsze godziny chałtury mijały szybko, uwielbiała śpiewać. Jej oczy świeciły blaskiem pasji, którą mogła dzielić się teraz ze wszystkimi. Nie lubiła tylko jednego momentu. Przerwy. Zagadywali wtedy do niej pijani goście. Najczęściej mężczyźni. To był standard.
- Cześć aniele. – zapytał mężczyzna w średnim wieku, który właśnie przykulał się do stolika orkiestry. – Bo Ty z takim głosem… to na pewno jesteś aniołem. – Mężczyzna, mimo że stał, to nadal kulał się w miejscu. Opierał się raz o jedno krzesło, a za chwile o drugie. Po krótkiej rozmowie z nim miało się dwa promile.
- Dziękuje. Jestem zwykłą dziewczyną. – odpowiedziała, jak najdelikatniej potrafiła. Delikatnie odsunęła się od fana.
- Kłamiesz. – Usłyszała w odpowiedzi. – Wszystkie kłamiecie. Wszystkie takie jesteście. – wybełkotał, wymachując rękoma.
Dziewczyna zaczęła szukać wzrokiem ratunku u współtowarzyszy, którzy tylko się podśmiechiwali. Już miała wstać i uciekać, gdy pojawiła się odsiecz. Korpulentna blondynka w niebieskiej sukience objęła w pół wymachującego łapami pijaka. - Zdzichu, a ja Cię szukam. Idziemy tańczyć, zaraz zaczną. – wymamrotała.
- Tak już zaczynamy. – odpowiedziała cicho Marta i stanowczym ruchem głowy zerwała resztę orkiestry.
Wstając, poprawiła delikatnie sukienkę i tanecznym krokiem poszła na podwyższenie prowizorycznej sceny. Wskoczyła i chwyciła mikrofon.
- Gotowi na kolejną porcję przebojów? – Zaśmiała się, do swoich myśli – Jak gwiazda radiowej audycji – pomyślała. – Tu radio Ametist i kolejna porcja pijanych przebojów. – przytrzymała wargi, by nie parsknąć śmiechem. Natychmiast przypomniała sobie o szmince i puściła usta z uwięzi. – Przełożyła kartki z nutami, gdy koledzy zaczęli grać. - Znowu pomylili kolejność. – pomyślała i odwróciła się skarcić ich wzrokiem. Zawsze jak chcieli jej zrobić psikusa to grali jeden przebój.
„Odkąd zobaczyłem ciebie
Nie mogę jeść, nie mogę spać
Jak do tego doszło, nie wiem?
Miłość o sobie dała znać

Co poradzić mogę na to
Że miłość przyszła właśnie dziś
Że w sercu mym jest lato
A w moich myślach jesteś ty

Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem
Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask…”
Akcent
Lubiła, gdy śpiewała, przyglądać się parom, które tańczyły. Jedni lepiej, inni jak umieli. Mężczyzna z blondynką w niebieskiej kiecce też tam był. Nadal ledwo trzymał się na nogach. Uwieszony na swojej kobiecie dogorywał. Nagle odepchnął ją stanowczo i strzelił pawia na parkiet. Kobieta chwyciła go za poły garnituru i zaprowadziła do stolika. Natychmiast pojawiła się ekipa sprzątająca. Na salę wszedł jeden z gości, poobijany i w poszarpanym garniturze. Był w szoku. Inni goście próbowali się z nim dogadać. Wymachiwał tylko rękoma. Mówił coś o menelach, bandytach i świrach. Miał poranione całe przedramię. Rany wyglądały na ugryzienia.
- Pewnie wetknął rękę do kojca z psami – pomyślała, nie przerywając śpiewania. Odwróciła się w stronę orkiestry, lekko unosząc brew.
 „Let's dance in style, let's dance for a while
Heaven can wait we're only watching the skies
Hoping for the best, but expecting the worst
Are you gonna drop the bomb or not?

Let us die young or let us live forever”
Alphavile
Po kilku utworach wszyscy zapomnieli, co się stało. Mężczyzna usiadł w kącie, opatrzono go i polano. Już było dobrze. Cała sala bujała się w rytm kolejnych kawałków. Prawie cała, bo mężczyźni w bandażach przysnęli. Para zaczęła się kłócić na parkiecie. Wychodzącego mężczyznę próbowali zatrzymać prawie wszyscy. Gdy do chłopaka dobiegł pan młody z różą w zębach, to tamten o mało nie wybuchł. Dziewczyna nie przerywając śpiewania, zastanawiała się, o co poszło.
Kolejna przerwa. Marta podskakiwała na krześle, czekając na kolejną porcję nut. W takich chwilach pojawiali się różni. Najczęściej mężczyźni.
- Od***Ol się od mojego faceta! – wykrzyczała brunetka, patrząc na wokalistkę. Co znowu rozśmieszyło weselnych grajków. Dziewczyna przewróciła oczami.
- Ale o co chodzi? – Zaczęła się bronić. Nagły krzyk uciszył weselny szum. Do pomieszczenia weszła zakrwawiona druhna. Jej fioletowa sukienka była poszarpana, a z ust spływał czerwonawy płyn. Oczy rudej dziewczyny były puste i szare. Zieleń jej oczu zasłoniła mgła. Była tylko w jednym bucie, u kostek zwisały czerwone majteczki. Jej mąż, natychmiast trzeźwiejąc, podbiegł do niej.
- Kto Ci to zrobił? – krzyczał i przytulił ją. Ona stała chwile sztywno, pochyliła głowę, spojrzała na tulącego ja mężczyznę i ugryzła go w ucho. Zaciskając zęby i pociągnęła głowę w górę, wyrywając kawałek skóry. Sala zamarła. Mężczyzna, trzymając się za ucho, upadł. Kobieta w fiolecie przeskoczyła jego ciało i rzuciła się na kolejną, najbliższą osobę. Wpadła z impetem na kolejną ofiarę. Upadając, wpadli na sprzęt nagłośnieniowy, który robiąc zwarcie, wystrzelił korki. Zrobiło się ciemno. Po chwili kilka osób zapaliło latarki w telefonach.
- Bo co to za wesele bez sztachet? – Ktoś próbował zażartować. Nagle z brzdękiem tłuczonego szkła coś wpadło do środka. Oświetlone miejsce upadku odsłoniło wujka Stefka, który łapiąc się obrusa, zaczął wstawać. Pod jego ciężarem materiał się zsunął, zrzucając na podłogę całą zastawę. Ktoś próbował pomóc mu wstać. Po chwili, jeśli zdążył, pożałował swojej dobroci. Starszy mężczyzna z nienaturalnie otwartymi ustami rzucił się na pomocnika. Z cichym jękiem upadli pod stół.
- Co tu się odwala? – szepnął jeden z członków zespołu. – Idę sprawdzić co ze sprzętem. - Marta zadrżała.
Zrobiło się całkowicie cicho. Nagle światło zapaliło się. Cała sala w siedziała na podłodze. Na środku Sali stała druhna, jej fioletowa sukienka lekko się kołysała w rytm jej ruchów. Stała na wyprostowanych palcach, wygięta i wpatrzona sufit. Miała ręce wyprostowane wzdłuż ciała. Poruszała się na boki jak na niewidzialnym sznurku. Zupełnie jak lalka, którą ktoś kontroluje. Nagle, prawie mechanicznie, jej głowa opadła. Ponownie, w mgnieniu oka, jak zwierzę wystartowała do najbliższej ofiary. Tym razem ktoś zdążył zareagować i chwycił ja w pół drogi. Młody mężczyzna przytrzymał ja za ręce, wyginając je przy tym w łokciu. Druhna, strzelając zębami, zaczęła wyginać się w jego stronę. Wystawiała szczękę, jak najdalej potrafiła. Nagle, z dźwiękiem chrupnięcia, wygięła się w jego stronę tak bardzo, że chwyciła przerażonego chłopaka za nos. Przerażony wypuścił z uchwytu jej przedramiona, które opadły połamane. Ponowie sale wypełnił krzyk. Muzyk pomagał wstać półprzytomnej kobiecie, która wpadła chwile temu w sprzęt. Przytrzymując jego rękę, rzuciła się na niego. Mężczyzna, który niedawno opatrywany był po ugryzieniu, również stał wyprostowany i wpatrzony w sufit. Podobnie wujek Stefek i jego brat, który pomagał mu wygrzebać się spod stołu. Nagle, jak na znak wszyscy rzucili się na najbliższą osobę. W ułamku sekundy w panice wszyscy goście zaczęli uciekać z Sali. Muzycy spojrzeli po sobie i pobiegli w stronę wyjścia. Marta chwyciła jeszcze swoja ulubioną ramoneskę.
Wybiegli na zewnątrz. Gitarzysta złapał się za kieszeń.
- Klucze ma Dawid. – przeklął w myślach. Nagle tuż za nimi pojawiło się kilka, dziwie powyginanych osób. – Nie mamy kluczy, sorry nie zabierzemy Was. – krzyknął Sebastian. Za nimi było źródło światła gitarzysta uniósł rękę, by przesłonić trochę jego oślepiające źródło. Zrobił kilka kroków w ich stronę. Nagle grupka z dzikim wrzaskiem rzuciła się na mężczyznę. Jeden z napastników pobiegł w stronę Marty, dziewczyna chwyciła skórzaną kurtkę za kołnierz i z wymachu wymierzyła cios, który powalił napastnika. Zaczęła uciekać. Usłyszała za sobą kroki, ktoś za nią biegł. 
Kilka osób.
Zaczęła się modlić.


Komentarze

Popularne posty