Jeśli Bóg z nami, to kto przeciw nam...
Bestia. Cz. 1
Był początek grudnia, z nieba spadały pierwsze płatki śniegu, tak gęsto, że nie było widać dalej niż na dwa metry. Zima na wschodzie. W ciągu nocy nasypało blisko metr białego puchu, utrudniając poruszanie. Niewielki oddział żołnierzy niemieckich szedł na ustaloną pozycje, wspierały ich dwa średnie czołgi. Kolumna poruszała się dosyć wolno. Śnieg, przestał padać późnym popołudniem. Wieczorem zajęli małą wioskę o sto kilometrów od CELU. Miasteczko składające się z kilku domów zostało przejęte bez strzału. W ostatnim domostwie stacjonowała karna kompania Armii Czerwonej, składająca się z piątki żołnierzy i dowódcy. Około dwudziestej-trzeciej z chatki wyszło dwóch żołnierzy, prawdopodobnie patrol. Szli wzdłuż wybrukowanej ulicy, uzbrojeni w karabiny maszynowe równym krokiem, prosto na zaparkowany na drugim końcu ścieżki, czołg. Rozmawiali, co chwilę przerywając ciszę salwą śmiechu.
- Ty Wasilij wiesz, że ja lubię pożartować, ale z Władka to nie bardzo.
- Wiem Grigorij, bo do tego trzeba mieć jaja, ze STALI. Ha ha – roześmiał się opatulony w gruba kufajkę żołnierz.
- Haha, taa. Co do jaj, muszę na stronę. - Żołnierz pokazał grubym palcem dróżkę za dom i skierował się w tamtą stronę. Noc bylavdosc jasna, snieg rozświetlal okolice odbitym blaskiem księżyca. Po odrodzę rozpinając wielki pas swojego płaszcza pogwizdywał w rytm Katiuszy. Oparł karabin o ścianę budynku, rozpiął rozporek i zaczął robić szlaczki na śniegu, z chaosu zaczęła pojawiać się pięcioramienna gwiazda. Gdy zaczął ją właśnie wypełniać usłyszał, za sobą cichy szmer, skrzypnięcie śniegu.
- Wasilij, Ciebie też przypiliło? Diable? - Kątem oka chciał zobaczyć, ale szybciej usłyszał przeładowanie pistoletu i poczuł zimną stal na policzku.
- Zatrzaśnij twarz. - Krzyknął półgłosem niemiecki żołnierz.
- Mówi się... - Powiedział cicho Grigorij – ZAMKNIJ MORDĘ! - dodał radziecki żołnierz, rzucając się na Niemca, szarża zakończyła się szybko, został ogłuszony kolbą przez SS-mana.
- Grigorij? Co tam marudzisz? Buty sobie olałeś? Ha ha. - Wasilij obejrzał się w kierunku kolegi, nie przestając iść, nagle przydzwonił w coś metalowego. - Cholera! - przeklął, gdy odwrócił głowę w stronę przeszkody, nogi mu sie ugięły gdy zobaczyl lufe czolgu, trzęsącą ręką sięgnął po karabin. - Grig... - Jeszcze szepnął zanim, z prędkością kolby karabinowej, zapadła ciemność.
Obudziły go strzelające zęby, jego własne, trząsł się z zimna, oblany wodą, czuł jak każdy kawałek jego skóry zamarza.
- Witaj, w nowym porządku świata! - Powiedział, nienagannym rosyjskim, pochylony nad nim, SS-man ubrany w czarny płaszcz - Pomożesz mi wejść do tego budynku! - Mówił, cały czas się uśmiechając. - Teraz zdejmuj z siebie te łachy.
- Ty Wasilij wiesz, że ja lubię pożartować, ale z Władka to nie bardzo.
- Wiem Grigorij, bo do tego trzeba mieć jaja, ze STALI. Ha ha – roześmiał się opatulony w gruba kufajkę żołnierz.
- Haha, taa. Co do jaj, muszę na stronę. - Żołnierz pokazał grubym palcem dróżkę za dom i skierował się w tamtą stronę. Noc bylavdosc jasna, snieg rozświetlal okolice odbitym blaskiem księżyca. Po odrodzę rozpinając wielki pas swojego płaszcza pogwizdywał w rytm Katiuszy. Oparł karabin o ścianę budynku, rozpiął rozporek i zaczął robić szlaczki na śniegu, z chaosu zaczęła pojawiać się pięcioramienna gwiazda. Gdy zaczął ją właśnie wypełniać usłyszał, za sobą cichy szmer, skrzypnięcie śniegu.
- Wasilij, Ciebie też przypiliło? Diable? - Kątem oka chciał zobaczyć, ale szybciej usłyszał przeładowanie pistoletu i poczuł zimną stal na policzku.
- Zatrzaśnij twarz. - Krzyknął półgłosem niemiecki żołnierz.
- Mówi się... - Powiedział cicho Grigorij – ZAMKNIJ MORDĘ! - dodał radziecki żołnierz, rzucając się na Niemca, szarża zakończyła się szybko, został ogłuszony kolbą przez SS-mana.
- Grigorij? Co tam marudzisz? Buty sobie olałeś? Ha ha. - Wasilij obejrzał się w kierunku kolegi, nie przestając iść, nagle przydzwonił w coś metalowego. - Cholera! - przeklął, gdy odwrócił głowę w stronę przeszkody, nogi mu sie ugięły gdy zobaczyl lufe czolgu, trzęsącą ręką sięgnął po karabin. - Grig... - Jeszcze szepnął zanim, z prędkością kolby karabinowej, zapadła ciemność.
Obudziły go strzelające zęby, jego własne, trząsł się z zimna, oblany wodą, czuł jak każdy kawałek jego skóry zamarza.
- Witaj, w nowym porządku świata! - Powiedział, nienagannym rosyjskim, pochylony nad nim, SS-man ubrany w czarny płaszcz - Pomożesz mi wejść do tego budynku! - Mówił, cały czas się uśmiechając. - Teraz zdejmuj z siebie te łachy.
***
- Zamknij się! Już po wszystkim! - Krzyknął żołnierz i kończąc zapinać pasek wymierzył, cios z otwartej dłoni. - Mówiłem! Ogarnij się! - Ubrał koszulę i mundur. - Bądź grzeczna, to będziesz tylko MOJA.! - Wychodząc z pokoju celowo otworzył szeroko drzwi, by zobaczyła jego kamratów, siedzących przy kartach popijających samogon. Blada blondynka zasłoniła się strzępami ubrania i kocem. Żołnierz siedzący przy stoliku widząc jej niemalże nieosłonięte ciało wstał, rozpinając poły munduru.
- Siad! Ta sucz jest moja! - krzyknął napastnik wychodzący z pokoju. Trzasnął drzwiami, aż z sufitu posypały się drobiny piasku, dziewczyna podskoczyła, następnie upadła zwijając się w pozycje embrionalną, cały czas płakała. - No chyba, że wygrasz ją ode mnie w karty! Ha ha. Gdzie te pedały się szlajają? - Krzyknął kapitan Ivan Pievczenko. - Ile standardowo trwa patrol? Borys?
- Aż się nie skończy, panie kapitanie!
- Dobra odpowiedź! Polać mu. Haha. - Usłyszeli kroki za oknem, zapadła cisza, po chwili rozległo się pukanie. - KTO? - zapytał kapitan.
- To ja Wasilij, otwórzcie Towarzyszu. - Uslyszeli cichy drżący głos.
- Otwórzcie mu. - Krzyknął kapitan, jeden z żołnierzy wstał i poszedł do drzwi. Uchylając je w pewnym momencie zesztywniał, zobaczył Wasilija, ale gdy światło z wewnątrz domu oświetliło jego postać na jego piersi zaczęły błyszczeć ordery, w tym żelazny krzyż i emblematy SS i czapkę z trupią czaszką. Natychmiast zatrzasnął drzwi.
- Co jest? - Krzyknął Pievczenko wyciągając broń z kabury – To on?
- Tak, ale w mundurze SS!
- Co do Ku.. nędzy! - Kapitan delikatnie odsłaniając kotarę wyjrzał, podszedł do drzwi, szybkim ruchem otworzył drzwi, wypalił z pistoletu powalając Wasilija i je zamknął zanim którykolwiek z niemieckich snajperów zareagował. Następnie cofnął się dwa kroki, chwycił jednego z zakładników i podszedł do drzwi. - Z przyłożonym do skroni zakładnika pistoletem ponownie otworzył drzwi.
- Mamy waszych maruderów, złóżcie broń i … - Zanim wściekły kapitan skończył zdanie, rozległ się strzał i radziecki oficer padł z oberwaną połową twarzy, rażony kulą snajpera. Drzwi ponownie zamknęły się.
- Niezły strzał Karol! Ilu w środku? - pochwalił celność strzelca wyborowego grenadier, obserwujący cel przez lornetkę
- Dzięki Erich, ty masz trudniejsze zadanie. Jeden za drzwiami, drugi za stołem niecały metr od pierwszego, pól metra w prawo od w linii pierwszego strzału zauważyłem tylko ramie, trzeciego nie widziałem.
- Wydaje się być fair. Jeden Ty dwóch ja i ostatniego znajdziesz, będzie remis. - Uśmiechnął się grenadier i przyłożył swoją trzydziestkę-dziewiątkę do ramienia i wypalił salwę jak z armaty. Kula zrobiła w drzwiach dziurę na pięść, w lunecie zauważył czerwonawą łunę, a w dziurze kilka kropel krwi i osuwajace się ciało. - Skubany stał oparty o drzwi, drugi pół metra mówisz. - Erich przeładował. Gorąca łuska śmignęła tuz obok twarzy Karola.
- Te, uważaj sobie! - Krzyknął nie przestając obserwować domu przez lunetę Mausera.
- Czyżbym Cie rozproszył? - Odpysknął grenadier i z uśmiechem wystrzelił kolejną kulę, tym razem karabin kopnął mocniej, bo aż stęknął łapiąc się za ramię. Uśmiech z jego twarzy znikł zastąpiony grymasem bólu. - Trafiłem?
- Tak. - Szepnął snajper szukając szansy na wyrównanie śmiertelnej rozgrywki, nagle w jednej z dziur zrobionych przez Ericha zauważył stopę. Wystrzelił, kula bez rykoszetu przeszła w otworze raniąc żołnierza radzieckiego, który odskoczył uciekając z pola widzenia strzelca. - Kupa!
- Co pudło? - roześmiał się towarzysz masując obolałe ramie.
- Nie, raniłem go i zniknął. - Nagle mignęła mu postać, ale nie żołnierza.
- To peszek, drogi przyjacielu. Zrób coś bo nam tyłki do dachu przymarzną.
Nagle drzwi uchyliły się i pojawiła się ręka machająca białym kawałkiem szmaty.
- Poddają się! - Zdążył ocenić sytuacje, gdy drzwi otworzyły się szerzej. A w progu stanęła okryta kocem kobieta podniosła rękę w geście pozdrowienia. Jedna z zakładników. Z za barykady wyszedł SS-man Wolfram Skorsh, podszedł do ciała Wasilija, spojrzał, pokręcił głową, podniósł czapkę z trupią czaszką otrzepał ją ze śniegu założył spojrzał na dziurę po kuli i powiedział:
- Mój galowy mundur! Mówiłem żebyś o niego dbał. I tak pewnie nie było by okazji do założenia. - Splunął. Spojrzał na kobietę odpowiedział gestem wzniesioną ręką do góry, przeszedł obok niej i zajrzał do środka, zobaczył trzech ludzi powalonych od kul i jednego uduszonego kawałkiem podartego prześcieradła.
- Mocno podpadł? - Spojrzał ponownie na kobietę uśmiechnął w geście współczucia i wyszedł. Spojrzał ponownie na swój mundur galowy, odpiął jeden z orderów i rzucił do dziewczyny. - Mam nadzieję, że nie stanę Ci kiedyś na drodze. - ponownie jego surowe oblicze wysiliło się na pocieszenie, krzywego uśmiechu. - Teraz dostaniesz jakieś ubranie. - skinął na swojego ordynansa.
- Siad! Ta sucz jest moja! - krzyknął napastnik wychodzący z pokoju. Trzasnął drzwiami, aż z sufitu posypały się drobiny piasku, dziewczyna podskoczyła, następnie upadła zwijając się w pozycje embrionalną, cały czas płakała. - No chyba, że wygrasz ją ode mnie w karty! Ha ha. Gdzie te pedały się szlajają? - Krzyknął kapitan Ivan Pievczenko. - Ile standardowo trwa patrol? Borys?
- Aż się nie skończy, panie kapitanie!
- Dobra odpowiedź! Polać mu. Haha. - Usłyszeli kroki za oknem, zapadła cisza, po chwili rozległo się pukanie. - KTO? - zapytał kapitan.
- To ja Wasilij, otwórzcie Towarzyszu. - Uslyszeli cichy drżący głos.
- Otwórzcie mu. - Krzyknął kapitan, jeden z żołnierzy wstał i poszedł do drzwi. Uchylając je w pewnym momencie zesztywniał, zobaczył Wasilija, ale gdy światło z wewnątrz domu oświetliło jego postać na jego piersi zaczęły błyszczeć ordery, w tym żelazny krzyż i emblematy SS i czapkę z trupią czaszką. Natychmiast zatrzasnął drzwi.
- Co jest? - Krzyknął Pievczenko wyciągając broń z kabury – To on?
- Tak, ale w mundurze SS!
- Co do Ku.. nędzy! - Kapitan delikatnie odsłaniając kotarę wyjrzał, podszedł do drzwi, szybkim ruchem otworzył drzwi, wypalił z pistoletu powalając Wasilija i je zamknął zanim którykolwiek z niemieckich snajperów zareagował. Następnie cofnął się dwa kroki, chwycił jednego z zakładników i podszedł do drzwi. - Z przyłożonym do skroni zakładnika pistoletem ponownie otworzył drzwi.
- Mamy waszych maruderów, złóżcie broń i … - Zanim wściekły kapitan skończył zdanie, rozległ się strzał i radziecki oficer padł z oberwaną połową twarzy, rażony kulą snajpera. Drzwi ponownie zamknęły się.
- Niezły strzał Karol! Ilu w środku? - pochwalił celność strzelca wyborowego grenadier, obserwujący cel przez lornetkę
- Dzięki Erich, ty masz trudniejsze zadanie. Jeden za drzwiami, drugi za stołem niecały metr od pierwszego, pól metra w prawo od w linii pierwszego strzału zauważyłem tylko ramie, trzeciego nie widziałem.
- Wydaje się być fair. Jeden Ty dwóch ja i ostatniego znajdziesz, będzie remis. - Uśmiechnął się grenadier i przyłożył swoją trzydziestkę-dziewiątkę do ramienia i wypalił salwę jak z armaty. Kula zrobiła w drzwiach dziurę na pięść, w lunecie zauważył czerwonawą łunę, a w dziurze kilka kropel krwi i osuwajace się ciało. - Skubany stał oparty o drzwi, drugi pół metra mówisz. - Erich przeładował. Gorąca łuska śmignęła tuz obok twarzy Karola.
- Te, uważaj sobie! - Krzyknął nie przestając obserwować domu przez lunetę Mausera.
- Czyżbym Cie rozproszył? - Odpysknął grenadier i z uśmiechem wystrzelił kolejną kulę, tym razem karabin kopnął mocniej, bo aż stęknął łapiąc się za ramię. Uśmiech z jego twarzy znikł zastąpiony grymasem bólu. - Trafiłem?
- Tak. - Szepnął snajper szukając szansy na wyrównanie śmiertelnej rozgrywki, nagle w jednej z dziur zrobionych przez Ericha zauważył stopę. Wystrzelił, kula bez rykoszetu przeszła w otworze raniąc żołnierza radzieckiego, który odskoczył uciekając z pola widzenia strzelca. - Kupa!
- Co pudło? - roześmiał się towarzysz masując obolałe ramie.
- Nie, raniłem go i zniknął. - Nagle mignęła mu postać, ale nie żołnierza.
- To peszek, drogi przyjacielu. Zrób coś bo nam tyłki do dachu przymarzną.
Nagle drzwi uchyliły się i pojawiła się ręka machająca białym kawałkiem szmaty.
- Poddają się! - Zdążył ocenić sytuacje, gdy drzwi otworzyły się szerzej. A w progu stanęła okryta kocem kobieta podniosła rękę w geście pozdrowienia. Jedna z zakładników. Z za barykady wyszedł SS-man Wolfram Skorsh, podszedł do ciała Wasilija, spojrzał, pokręcił głową, podniósł czapkę z trupią czaszką otrzepał ją ze śniegu założył spojrzał na dziurę po kuli i powiedział:
- Mój galowy mundur! Mówiłem żebyś o niego dbał. I tak pewnie nie było by okazji do założenia. - Splunął. Spojrzał na kobietę odpowiedział gestem wzniesioną ręką do góry, przeszedł obok niej i zajrzał do środka, zobaczył trzech ludzi powalonych od kul i jednego uduszonego kawałkiem podartego prześcieradła.
- Mocno podpadł? - Spojrzał ponownie na kobietę uśmiechnął w geście współczucia i wyszedł. Spojrzał ponownie na swój mundur galowy, odpiął jeden z orderów i rzucił do dziewczyny. - Mam nadzieję, że nie stanę Ci kiedyś na drodze. - ponownie jego surowe oblicze wysiliło się na pocieszenie, krzywego uśmiechu. - Teraz dostaniesz jakieś ubranie. - skinął na swojego ordynansa.
***
-Cały czas boli? - Zapytał Karl
- A jak myślisz?
Obserwowali okolice juz kilka godzin, niebo znowu uraczyło ich kąpielą w zimnych płatkach śniegu.
- Gówniana pogoda... Jedź na front wschodni, zobaczysz kawałek świata, mówili, posmakujesz samogonu, mówili, a mi pośladki do dachu na jakimś zadupiu przymarzają! - Narzekał Erich.
- Przestań, od narzekania cieplej Ci nie będzie! Tym bardziej, że od północy zamieć idzie to będziemy mogli zejść! - Powiedział i pokazał palcem tumany śniegu nadciągające zza horyzontu. Nagle w zamieci, odbiło się wschodzące słońce. - Cholera, to nie zamieć, to Pancerz! Alarm! - Krzyczał Karol obserwując pojazd przez lornetkę. - ale zasuwa! Obiekt rozrzucał na wszystkie strony falę śniegu, która w pewnym sensie zapewniała mu kamuflaż, na tyle dobry, że obserwujący nie byli w stanie całkowicie okreslić jego kształtu.
Pojazd poruszał się z zawrotna prędkością, dużo szybciej niż standardowy czołg i dużo sprawniej poruszał się po śniegu niż spodziewał się tego snajper. Z szoku wyrwał go Erich, który wypalił z karabinu przeciwpancernego. Kula przeszła rykoszetem. Załoga niemieckich czołgów odpalała już swoje maszyny, gdy pojazd przebił się przez dom, na dachu którego stali snajperzy. Dach zapadł się do wewnątrz. Erich kontem oka zauważył jego kształt, był pomalowany na czerwono, z lekkimi białymi wstawkami. Stanął na ulicy między dwoma niemieckimi czołgami miał dwie wieże, obrócił każdą w inną stronę wypalił niszcząc oba. Erich stracił przytomność leżąc przywalony kawałkiem dachu, Karol skoczył z dachu tuz przed jego zapadnięciem. I szukał dogodnej pozycji.
- A jak myślisz?
Obserwowali okolice juz kilka godzin, niebo znowu uraczyło ich kąpielą w zimnych płatkach śniegu.
- Gówniana pogoda... Jedź na front wschodni, zobaczysz kawałek świata, mówili, posmakujesz samogonu, mówili, a mi pośladki do dachu na jakimś zadupiu przymarzają! - Narzekał Erich.
- Przestań, od narzekania cieplej Ci nie będzie! Tym bardziej, że od północy zamieć idzie to będziemy mogli zejść! - Powiedział i pokazał palcem tumany śniegu nadciągające zza horyzontu. Nagle w zamieci, odbiło się wschodzące słońce. - Cholera, to nie zamieć, to Pancerz! Alarm! - Krzyczał Karol obserwując pojazd przez lornetkę. - ale zasuwa! Obiekt rozrzucał na wszystkie strony falę śniegu, która w pewnym sensie zapewniała mu kamuflaż, na tyle dobry, że obserwujący nie byli w stanie całkowicie okreslić jego kształtu.
Pojazd poruszał się z zawrotna prędkością, dużo szybciej niż standardowy czołg i dużo sprawniej poruszał się po śniegu niż spodziewał się tego snajper. Z szoku wyrwał go Erich, który wypalił z karabinu przeciwpancernego. Kula przeszła rykoszetem. Załoga niemieckich czołgów odpalała już swoje maszyny, gdy pojazd przebił się przez dom, na dachu którego stali snajperzy. Dach zapadł się do wewnątrz. Erich kontem oka zauważył jego kształt, był pomalowany na czerwono, z lekkimi białymi wstawkami. Stanął na ulicy między dwoma niemieckimi czołgami miał dwie wieże, obrócił każdą w inną stronę wypalił niszcząc oba. Erich stracił przytomność leżąc przywalony kawałkiem dachu, Karol skoczył z dachu tuz przed jego zapadnięciem. I szukał dogodnej pozycji.
Bestia część II
Karol przykleił się plecami do płaskiego dachu baraku. Słyszał cichy szmer, pracującego poniżej silnika. Obserwujący okolice czołg obracał się nieustannie, nie mając martwego pola nawet przez chwilę. Ciekawość żołnierza wygrała z instynktem samozachowawczym. Przewrócił się na brzuch, podczołgał by zerknąć. Aż zobaczył jego lśniącą powierzchnię, w świetle wschodzącego słońca wyglądał jak czerwoni insekt. Cały czas w ruchu. Cichy i niebezpieczny. Karol przyłożył celownik do oka by przyjrzeć się pancerzowi. Był dużo większy od standardowego czołgu mógł mieć z dziesięć metrów. Dwie platformy z wieżami jedna obrotowa, druga mniejsza pół obrotowa przeciwpancerna. Skuteczny bo szybki mechanizm obrotowy, szerokie gąsienice i opływowy kształt. Nagle zza jednego z budynków poszybowało kilka granatów, gdy granaty opadły na kadłub maszyna zastygła. Rozległo się kilka ogłuszających wybuchów. Wszystko spowił dym i para. Po chwili z pożogi poruszył się znany kształt, nienaruszony w najmniejszym stopniu. Zatrzymał się, nagle spod jego wnętrza zaczęło syczeć. Stanął w chmurze dymu.
- Pali się. - pomyślał Karol. Cały czas obserwując, w oczekiwaniu, że z chmury wybiegną żołnierze. Usłyszał trzask uderzającej blachy o blachę, sygnał, że otwierają się włazy. Zamiast tego z gęstej mgły wypadło kilka małych przedmiotów, które powpadały przez okoliczne okna.
- Granaty! - przeszło mu przez myśl. Zerwał się na równe nogi i pobiegł do skraju dachu, gdy w odgłosie rozrywającego huku dach wybrzuszył się nienaturalnie, by po chwili jego strzępy poszybowały ku niebu, a wraz z nimi strzelec. Karol rzucony na kilka metrów wpadł w zaspę. Śnieg, którego wysyp tak przeklinał, teraz uratował mu życie. Na moment pojawił się na jego twarzy uśmiech, czuł jednak, że zaraz straci kontakt z rzeczywistością, zanim zemdlał zobaczył jeszcze spory strzep dachu, który spadał wprost na niego. Ciemność.
***
- Raport Towarzyszu! - krzyknął, jeszcze ogłuszony, oficer Armii Czerwonej do mechanika pokładowego.
- Towarzyszu Kapitanie, drobny wyciek oleju, powłoka cała, ale straciliśmy antenę i radio padło. - odpowiedział gasząc tlące się radio.
- Naprawimy w bazie, ruszamy. - krzyknął oficer i wyjrzał przez peryskop. Zobaczył kilku cywili uciekających w stronę lasu. - Wieża główna, godzina piąta, odłamkowym ładuj. PAL! - Pocisk trafił tuz przed uciekającymi, powalając wszystkich.
- Piękny strzał towarzysze. Cała naprzód. - Major wydał rozkaz, a sam usiadł w fotelu obok kierowcy. Wyjął mały zeszycik i zaczął notować.
„Obiekt 199, Test na polu walki..
Dziewiętnasta godzina testów, połowa baku, stan dobry.
Jeden kontakt z wrogiem, uszkodzone radio i antena.
Drobny wyciek oleju.
Strat własnych w ludziach: brak.
Zniszczone czołgi: dwa.
Piechota położona: tuzin.
Dowódca: Kapitan Armii Czerwonej Władimir Aleksander Rasin. 08.12.1942”
***
- Cały czas ciemno. - pomyślał Karol otwierając oczy. Podniósł głowę, poczuł przeszkodę, leżał przykryty kawałkiem dachu. Wymacał jego krawędź i zaczął odkopywać się powoli. Czuł jak sztywnieją mu palce. Z trudem wydobył się ze swojego śnieżnego grobu, nie wiedząc co go czeka na powierzchni. Przyczaił się więc, słońce już świeciło jasno, odbijane od powierzchni śniegu oślepiało. Rozejrzał się za swoją bronią, zobaczył charakterystyczny ślad w śniegu. Podczołgał się w pobliże i zaczął kopać. Nie czuł już skostniałych z zimna palców. Gdy poczuł opór chwycił z nadzieją, że to karabin i że cały. Wyjmując go cały czas trzymając głowę nisko, obserwował okolicę. Zauważył postać w czarnym płaszczu skradającą się zza drzewa tuz za wioską, trzymał w ręku Lugera. Z policzka SS- mana gęstą stróżką płynęła krew. Karol chwycił karabin i zauważył pękniętą lunetę. Przeklął w myślach. Powoli wstał, obserwując Skorsha. Strzelec podszedł do niego, gdy był kilka metrów od oficera, ten wycelował w jego stronę swoje Parabellum. Już miał pociągnąć za spust, gdy poznał Karola.
- Wyglądasz strasznie żołnierzu! Ogarnij się. - zakrzyknął z uśmiechem Wolfram.
- Pan major nie wygląda lepiej! - odpowiedział palcem wskazując na jego policzek.
- No wiem. - Przytknął do rany chusteczkę, lekko odwracając głowę, okrywając grymas bólu.
W tym samym momencie pojawiła się dziewczyna, którą niedawno SS - man, odświętnie dekorował.
- Pan to pokarze, jestem sanitariuszką! - powiedziała wyciągając w stronę rany ręce. Oficer odtrącił je i odszedł krok dalej.
- Nie dziękuje! To draśnięcie. - krzyknął robiąc jeszcze krok. - Szukajcie rannych i ocalałych! - Odwrócił się na piecie i poszedł bez słowa.
- Dumny burak! - szepnęła sanitariuszka po polsku. Karol się roześmiał, domyśliła się, że rozumie i spłonęła rumieńcem zawstydzenia.
Karol już miał powiedzieć coś w swoim ojczystym języku, gdy usłyszał cichy jęk, odwrócił się i zobaczył rękę.
- Erich! - krzyknął biegnąc w stronę stękania, dziewczyna pobiegła za nim.
Mężczyzna był zablokowany belkami, ale żywy i cały. Po chwili walki z elementami walki Karol podał mu dłoń:
- Żyjesz! - roześmiał się przy tym szczerze wyciągając go spod zwaliska.
- Zawiodłem Cię przyjacielu? - odpowiedział grenadier z uśmiechem, gdy za jedną rękę trzymał go
Karol w drugiej trzymał swoją rusznice.
Karol w drugiej trzymał swoją rusznice.
- O dziewczynę tak nie dbasz jak o tą trzydziestkę – dziewiątkę. - uśmiechnął się pomagając wyjść przyjacielowi. Uściskał go serdecznie.
- Powiem Ci coś dziwnego, związanego z czołgami i historia mojej rodziny. Mój ojciec walczył w okopach pod Cambrai i jako pierwszy zobaczył taką maszynę przełamującą nasze umocnienia... - Przerwał mu głos.
- U nas w Austrii jest powiedzenie „jeśli diabeł krwawi, to można go zabić” - Odwrócili się w stronę skąd dobiegało stwierdzenie.
Nad miejscem, gdzie stał niedawno dziwny czołg, klęczał Wolfram Skorsh. W palcach badał dziwną czarną maź. Wstał i pokazał dłoń, to był olej. SS – man nie był ubrany standardowo, jego czarny płaszcz był rozpięty, a poły rozwiewane wiatrem odkrywały, połyskujące w słońcu dwa amerykańskie Colty, w ręku trzymał Winchestera, a na głowie miał czarny cowboyski kapelusz z przyczepioną trupią czaszką.
- Panowie zapolujemy dziś na wielkiego zwierza. - powiedział zarzucając lufę karabinu na ramię.
Komentarze
Prześlij komentarz