80 lat Batmana
Siedemnaście lat temu...
Gotham.
Skąpane w deszczu budynki wydawały się mroczniejsze niż zwykle.
Ulice wypełnione smrodem ścieków, resztkami ostrego wieczoru, menelami śpiącymi w zaułkach i krzykami. Taksówkarze rzadko zaglądali w tę część miasta. Unikały go nawet policyjne patrole. Ludzie, którzy tu mieszkali skazani byli na banicję z własnej lub czyjejś woli. Zapuszczano się tu tylko przez przypadek lub uciekając przed prawem. Można tu było zamieszkać, za darmo. Żadne służby się tu nie zapuszczały, zatem nikt nie fatygował się po zaległy czynsz, rachunek za gaz, prąd czy wodę. Tak samo nie miał nikt odwagi przyjść i odciąć czegokolwiek. Czasem wpadał łowca głów, który musiałby być większym zakapiorem niż ktokolwiek z tego miejsca. Większość oprychów z tego miejsca płaciła za ochronę tutejszej rodzinie Moreno.
Bezpieczni czuli się tutaj bezdomni i ćpuny. Ci drudzy przesiadywali na rogach przecznic. Czasem podjeżdżała sportowa fura, przez ledwo opuszczone okna wymieniali się pakunkami i samochód z piskiem opon uciekał z tego miejsca. Mieszkały tam też prostytutki, upadłych dziewczyn pilnowali alfonsi, których zatrudniała rodzina Moreno. Obraz tego miejsca nie napawał optymizmem. Można by zrobić kawę i przez lunetę, z bezpiecznej odległości obserwować jak miejsce to płonie, albo z przyciskiem do jakiejś głowicy patrzeć jak pochłania je atomowy grzyb. Najgorsze w takich miejscach jest to, że pośród tego całego syfu mieszkają jeszcze zagubieni, ale dobrzy ludzie. Ostatni sprawiedliwi. Oni nie odejdą, nie zmienią się w słup soli, gdyby spróbowali oglądać się na upadające miasto. Oni tu są i zostaną, będą solą tej ziemi. Nikt inny nie uniesie ich problemów. Są sami. Gdy upadną, na zasyfiały bruk... Utoną.
- Życie śmierdzi. - pomyślała. - tak jak to miejs. - dodała szeptem i zarzuciła szary płaszcz. Pracowała na skraju menelskiej dzielnicy. Kawiarnia "u Bena". To było jedyne miejsce, gdzie pojawiali się policjanci. Światło kawiarni oświetlało okolice. Jedyny różowawy punkt w ciemności. Okoliczne domy wyglądały przez to weselsze i przytulne. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można było zauważyć, że większość okien jest zabita deskami, lub zasłonięte grubymi kotarami.
- To do jutra Benny — Wysyczała przez ramie. Poprawiła kołnierz, wsunęła rude włosy pod płaszcz, postawiła kołnierz i wyszła, nie czekając odpowiedzi.
- Nara Barb. - odpowiedział lekko łysiejący barman. Uśmiechnął się pod nosem i zarzucił kuchenny ręcznik przez ramię i chwycił czajnik z kawą. - Dolać Ci Jim? - Zapytał zamyślonego człowieka, który stukał palcami o blat kontuaru, przy którym siedział. Przeglądał teczkę, ze zdjęciami ze śledztwa, które prowadził. Podniósł brew, zerknął na kubek, którego nawet nie ruszył i przytaknął. Ben nachylił szklany dzbanek i w momencie, gdy miał już polać, zauważył, że nie ma miejsca. - Widzę, że humor dopisuje detektywie. - Roześmiał się. Znali się od czasu, gdy otworzył ten przybytek kawy i pączków. Spojrzał, na masakryczne zdjęcia szepnął. - Pamiętam, jakie to było cudowne miejsce, śmiech dzieci, zapach róż ulicznych kwiaciarek, pary chodzące za rękę. Kieszonkowców i zbirów do wynajęcia, którzy przesiadywali w "Knajpie byłych morderców", którzy mieli honor, swój chory kodeks. Ulice były czyste i nikt się nie bał.
- To już przeszłość... - Przerwał mu Jim. - Teraz mamy to. - Ręką rozłożył jak talię kart zdjęcia ofiar psychopatycznego mordercy. - Ten skalpelem rozcina policzki, jakby poszerzał uśmiech. Czasem maluje twarze ofiar ba biało i maluje "rozerwane" usta szminką. Mówimy na niego Klaun, bo raz zostawił kartę z talii z wizerunkiem Jokera.
- Co za szlam... - Powiedział barman, kiwając głową.
Ulica mokła deszczem. Przydrożne latarnie tradycyjnie paliły się co druga, lekko migotliwe światło sodowych lamp dawało ledwo półmrok. Przechodząc obok grupek meneli, to często słyszała pomruki, pogwizdywania i inne obleśne zaczepki. Barbara nie zwracała na to uwagi. Wiedziała, że jak zareaguje, to będzie jeszcze gorzej. Od baru do jej mieszkania miała kilka przecznic. Szła do centrum rynsztoku. Zaraz obok stał hotel Terminus, który płonął już kilka razy, ale ciągle wprowadzają się do niego nowe szczury. Omijała to miejsce szerokim łukiem. Ostatnio jest tam dziwnie cicho. Prawdopodobnie rządzi w nim jakiś nowy świr. Nawet rodzina Moreno unika tego miejsca. Smród gnijącego mięsa, zalegających śmieci, których nikt nie zbiera, gryzł ja bardziej niż zwykle. Wracała do obskurnego pokoju z kuchnią. Przegniły tynk odpadał z każdej ściany. Mieszkała sama. Ledwo wiązała koniec z końcem. Uciekła z wioski, gdzie nie miała perspektyw. Tu ich tez nie może znaleźć, ale wstyd jej wracać. Udaje życie. Wypłata wystarcza na czynsz, a w pracy może jeść w miarę potrzeb. Radzi sobie. Spojrzała w niebo. Przestało padać. Chmury powoli zaczęły odsłaniać księżyc, jego błękitna poświata oświetliła ulicę. Pojawiła się niebieska linia światła księżycowego odbijającego się w mokrym asfalcie. Nagle usłyszała za sobą kroki. Człapanie było nerwowe i coraz bliżej jej. Ulice wypełnił stukot jej obcasów i nieznane człapanie. Jeszcze bardziej przyspieszyła. Człapanie nagle ucichło. Odetchnęła. Odwróciła się. Nagle wielkie łapy chwyciły ja wpół i wciągnęły w zaułek, gdzie zapaliły się reflektory samochodu. Przez chwile nic nie widziała. Po chwili napastnik wrzucił ja na tylną kanapę.
***
W pobliskim barze, po chwili zadumy odezwał się Bob.
- Kiedy to się stał? - zapytał.
- Co jak? - dopytał Jim.
- Kiedy Gotham oszalało? Mam wrażenie, że po śmierci rodziny Wayne. Oni jeszcze trzymali wszystko w ryzach. Nawet mafia ich szanowała.
- Masz racje. Panie świeć nad ich duszami. Mieli syna, który załamał się po tym wszystkim. Z tego, co mi wiadomo, to trzymają go w jakimś domu dla obłąkanych w Europie. - zamyślił się i dodał po chwili. - Szkoda chłopaka, może przejąłby rodzinny biznes. Masz rację, po ich śmierci mafia zaczęła walczyć między sobą i wszystko się sypnęło.
***
Rudowłosa zaczęła wierzgać nogami, próbując uciec. Napastnik rzucił ja na śmierdzącą kanapę oldsmobila. Wymierzyła kopniaka kierowcy, który bez słowa odpalił silnik. Był potężnie zbudowanym mężczyzną, a i tak o połowę mniejszym od napastnika, który nieporadnie gramolił się na fotel pasażera. Miał zaciągnięty nisko kapelusz i płaszcz. Dziewczyna tym razem próbowała trafić jego. Z całej siły wymierzyła pietę w jego w twarz. Przez chwilę straciła w niej czucie. Stalowa szczęka mężczyzny nawet nie drgnęła. Zsunął się tylko kapelusz. Księżyc oświetlił jego twarz, która pokryta była bruzdami jak łuski krokodyla.
- Ucisz ja, ale delikatnie, szef chce rudą w jednym kawałku. - krzyknął kierowca. Dziewczyna zaskoczona widokiem, nawet nie zdążyła zareagować, gdy wymierzony w jej policzek cios z odlewu powalił ja na podrapaną czerwoną kanapę samochodu. Wyjechali zza zakrętu, gubiąc na wyboju kołpak, który z metalicznym pogłosem pokulał się naprzeciw ulicy, gdzie stał inny pojazd. Skrzyżowanie bolidu formuły pierwszej i samolotu wydało z siebie cichy, piskliwy dźwięk i wystrzeliło w górę ciemny kształt, który poszybował w górę i na pewnej wysokości rozłożył skrzydła i poszybował wzdłuż ulicy za samochodem.
Uciekający, zdezelowany samochód rozświetlał okolice, na każdym wyboju sypiąc garścią iskier spod podwozia. Nagle tuż przed rozpędzonym bolidem pojawił się bezdomny pchający sklepowy wózek. Kierowca roześmiał się na widok pokracznego pieszego i dodał gazu. W ułamku sekundy pieszy zniknął, a przez maskę przeleciał tylko wózek, rozsypując po okolicy szmaty, puszki i zdjęcia, jedyny dobytek człowieka, który nagle zniknął. Kierowca zerknął w lusterko, nie zamykając ust.
- Widziałeś to? - zapytał pasażera, nie czekając odpowiedzi.
- Przerysowałeś brykę. - wysyczał mężczyzna o twarzy gada.
Nagle coś solidnie uderzyło dach samochodu. Kierowca spojrzał w lusterko i zobaczył bezdomnego, który na ulicy zbierał swój dobytek.
- Coś jest na dachu. - wycharczał gad.
- Coś jest na skrzydle? - Roześmiał się i dodał gazu. - Przerysowałem samochód? hahaha — kierowca zaczął historycznie się śmiać i skręcił kierownice na chodnik, uderzając w pobliski budynek, ocierając o niego karoserią, ale jechał dalej. Ściana iskier oświetliła samochód. Mężczyzna zerknął na witrynę po drugiej stronie ulicy i zauważył mężczyznę w płaszczu, który kurczowo trzyma się dachu, ich krążownika szos. - to ten zamaskowany dobroczyńca! - dodał gazu — Ile za jego głowę sobie liczą? - Zapytał, nie czekając odpowiedzi. Skierował samochód w stronę pobliskiego mostu i roześmiał się ponownie. Nagle boczna szyba z hukiem rozbłysła diamentami pękającego szkła. Pięść w skórzanej rękawicy wpuściła do zatęchłego samochodu trochę powietrza.
Wirujący świat dał os obie znać, Barbara ocknęła się. Tuż nad jej głową przeleciały okruchy rozbitej szyby i zrozumiała, że nie jest dobrze. Kierowca tuż przed swoją twarzą zobaczył zamaskowana twarz.
- Zjedź na bok! - Wysyczał mężczyzna z dachu. Nagle seria z rewolweru przerwała monolog zakapturzonego krzyżowca. Kierowca, widząc przed twarzą broń, przewrócił oczami.
- Chcesz, żebym ogłuchł? - Puszczając kierownicę, odchylił się do tyłu, zaczął szukać czegoś za fotelem pasażera. Zauważył przerażoną dziewczynę. - O już wstałaś śpiąca królewno? Muszę pracować z wariatami, widzisz to? - powiedział, pochrapując ze śmiechu. Znalazł pistolet. Chwycił bezwładnie poruszająca się kierownice i zaczął strzelać w sufit. Jasne wnętrze samochodu przenikało na zewnątrz przez dziury po kulach. - No to Zorro mamy z głowy. - Roześmiał się, gdy chwytał kierownice, zauważył, że rozpędzony Cadillac pędzi wprost na barierki mostu. Gdy samochód przebijał się przez przeszkodę. Kierowca zaczął paniczne kręcić kierownica.
Nagły ogłuszający huk wyrwał drzwi pasażera z tyłu i czarna postać wpadła do środka. W ułamku sekundy chwyciła dziewczynę w ramiona i jak demon zniknęli w mroku nocy. Kierowca zaczął strzelać na oślep i w potwornym chichocie wykrzyczał — Coś jest na skrzydle!!
Dziewczyna po chwili znalazła się na ulicy, a zbawca rozpłynął się w powietrzu.
***
Barman dolał kawy sobie i Jimowi Gordonowi.
- Teraz mamy jakiegoś samozwańczego obrońcę uciśnionych. - wyszeptał komisarz. - Ci go spotkali, opowiadają historie o demonach, nietoperzach i diabłach. To miasto schodzi na psy. Będzie tylko gorzej, jeszcze jak każdy świr, zacznie wymierzać sprawiedliwość na własny sposób.
***
Dziś...
Gotham, późny wieczór. Mieszkanie nastolatki. Ściany obklejone plakatami gwiazd rocka, aktorów Ben Affleck i Alicia Silverstone wrysowani w wielkie serce. Różowe łóżko wypełnione pluszakami i podskakująca na nim nastolatka. Wysoka dziewczyna o ciemnych włosach i bursztynowych oczach fikała wokół matki.
- Mamo uwielbiam tę historyjkę o Batmanie! - Wykrzyczała — co było dalej? Spotkałaś go jeszcze i może coś? Całowałaś go lub coś?
- Nie no coś Ty? - roześmiała się rudowłosa kobieta. - teraz czas spać! Ja zaraz lecę na nocną zmianę. Ty do wyrka i rano Cię obudzę do szkoły. - Dodała, całując w czoło córkę i podeszła do drzwi. Zatrzymała się jeszcze na chwilę i dodała — Marianno. Nie przesiaduj do nocy w oknie. Dobranoc. - Cicho otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.
Marianna uchyliła rolety i zaczęła wpatrywać się w odległą figurę maszkarona, który widoczny był na tle Wayne Tower. Kilka razy widziała tam GO. Uznała, że historia spotkania z zamaskowanym rycerzem nie skończyła się, tak jak matka jej opowiadała. Kobieta wychowywała Marianne sama. Nigdy nie mówiła o ojcu. Dziewczyna miała swoje śledztwo, Usiadła na kanapie, wsunęła stopy w różowe kapcie, wstała i podeszła do szafy, odchyliła drzwi. Zapalając lampką z biurka, oświetliła ołtarzyk zdjęć Mrocznego rycerza. Kilka znalezionych elementów uzbrojenia w tym rzutki o kształcie batsymbolu i kawałek blachy, który podpisała "Batmobil". Na środku jedyne wyraźne zdjęcie człowieka — nietoperza z narysowaną czerwonym flamastrem strzałką do napisu "TATA?".
Jej śledztwo miało doprowadzić ją do niego. Chciała zadać mu jedno ważne dla niej pytanie. Usłyszała za oknem dziwny pomruk. Silnik samochodu. Nie zwykłego samochodu. To był "ten" samochód. W tej szafie miała coś więcej niż tablicę śledztwa. Wsunęła dłoń za płytę. Chwyciła zza niej wieszak. Wyciągnęła go i powiesiła na rancie drzwi do szafy. Przesunęła dłonią po skórzanej powierzchni stroju, który sama zaprojektowała i sama uszyła.
- Tym razem mi się nie wywiniesz. - szepnęła, zerkając za uchyloną roletę, gdzie za oknem, nad miastem pojawił się sygnał, który wołał Batmana, a złoczyńcom kazał siedzieć cicho tej nocy.
Wyobraź sobie miasto.
Dowolne.
Duże.
Zatłoczone, głośne, ruchliwe i brudne.
Zalej to morzem wódy, dymem z papierosów i spalin.
Dorzuć do niego garść psychopatów, posyp szczyptą niewinnych. Zabierz część energii elektrycznej, ogranicz ich świat do wyspy.
Otrzymasz Gotham.
***
- Tak Saro, zabrałem śniadanie do pracy. - odpowiedział Gordon, pochylając się nad telefonem. Próbował ukryć mikrofon w dłoni. - Będę późno. Ja Ciebie też. Tak będę uważał, to prosta akcja. - Westchnął, gdy odkładał słuchawkę telefonu. Zmierzył wzrokiem Bullocka, który zakrywając usta wielkim pączkiem, próbował zamaskować uśmieszek.
Komisarz wziął płaszcz, przeczesał gęste siwiejące włosy i wsunął broń za pazuchę.
- Wychodzimy — Wydał polecenie. - Wszystko jasne?
- Tak szefie. - odezwał się wielki łysiejący policjant. - Czekamy, aż zjawi się klient i zgarniamy całą imprezę. Pączek z dziurką Gordon. - Pospiesznie przetarł rękawem lukier z ust, chwycił kapelusz. Zdejmując kurtkę z krzesła, wziął pospiesznie łyka zimnej kawy. - Miodzio... - pomyślał i wyszedł.
Zaparkowali niedaleko klubu GoGo-tham, który słynął z długonogich dziewczyn i śmietanki półświatka. Zaglądali tam wszyscy, którzy chcą się liczyć w mieście. Zepsute latarnie omiatały okolice ciemnością, te, które działały, ukrywały pod swoimi świetlistymi skrzydłami upadłe anioły. Boginie, które za stówkę zabiorą Cię ku niebu, a gdy okaże się, że masz więcej, to stamtąd już nie wrócisz. Ich półnagie ciała oświetlone z góry płomieniem latarni wabiły ulicznych marynarzy jak Lorelei. Wielu rozbiło się o bruk jak ci w legendach. Dziewczyny te mają oczy pełne morskiej piany, w ich falujących ramionach ginęło wielu, którzy uciekali przed samotnością, zimną żoną i wszelkiej maści świrów tego miasta. Tylko za niektórymi ktokolwiek płakał.
Zza szyby nieoznakowanego radiowozu komisarz mógł oceniać wszystkich, których widzi. Sam mieszka w podobnej dzielnicy. Wie z kim ma do czynienia. Po latach pracy w mundurowce odróżnia dobrych od złych.
- Wszystko jest czarne albo białe — odezwał się niespodziewanie Bullock. Gordon przez chwilę zastanawiał się, czy detektyw czyta mu w myślach. - Biorę takiego zbira i pytam. Zrobiłeś to czy nie? - Spocony grubas kontynuował. Gordon zauważył, że Bullock prowadzi jakąś debatę z Montoyą przez radio. - No i na każde pytanie może odpowiedzieć „tak"lub „nie".
- Bullock zadam Ci pytanie, na które możesz odpowiedzieć w takim schemacie- odezwał się Gordon — Czy przestałeś już brać łapówki? - Montoya roześmiała się tak głośno, że detektyw wyjął słuchawkę z ucha. Jego mina mówiła „Zuber?". Gordon chwycił lornetkę i ukrył roześmiane oczy w soczewkach. Na końcu ulicy stała furgonetka SWAT. Była nieoznakowana, a wokół niej było pusto. Lokalne rzezimieszki wyczuły obławę. Gordon wskazał detektywowi vana jednostki specjalnej. Bullock chwycił radiostację. - Jackson! Zabierz swoich ludzi, świecą z daleka jak psu jajca! - wysyczał ze swoją słynną elokwencją. Czarny pojazd natychmiast oddalił się, parkując kilka przecznic dalej. Ulica natychmiast wypełniła się duchami tego miasta. Menelami, którzy tworzyli arterię tego miasta. Zrobiło się ciemno i cicho. Nagle pierwsze krople deszczu opadły na szybę radiowozu.
- Szlag. - Gordon usłyszał głos Montoi, która obstawiała dach pobliskiego budynku.
***
Siedział na wielkim maszkaronie, pochylony nad miastem, po jego policzkach lały się strumienie wody. On. Niewzruszony obserwował ciemną uliczkę poniżej. Jego twarz skrywała czarna maska, która zmieniała się w kaptur zakończony szpiczastymi uszami. Peleryna okrywała jego plecy, kołysząc się na wietrze, rozbijała krople deszczu.
Czarna plama widziała siebie. Dziesięcioletniego chłopca, który uliczką poniżej idzie za rękę z rodzicami. Wracali z kina. Znak Zorro. Chłopak jeszcze nie ochłonął z emocji, adrenalina jeszcze krążyła w jego żyłach. Ojciec. Thomas Wayne dał ponieść się tym emocją. I z zadziorną miną powiedział — Idziemy na skróty.
Uliczka była pusta, ciemna. Śmierdziała ściekami, krwią i przeznaczeniem. Błoto pomieszane z przemoczonymi starymi gazetami tworzyły delikatny dywan. Nagły huk, tuż za nimi. Bruce odwrócił się. Było pusto. Spojrzał na rodziców, byli wygięci w dziwny sposób. Ręce wyrzucone w górę jak w tańcu. Korale Marthy wyskoczyły w górę i zawisły zerwane w pół drogi ze sznurka. Spojrzał w niebo, gdzie świecił wielki księżyc, jego powierzchnia świeciła jak jeden z korali. Nagle upadł na końcu ulicy, odbił się kilka razy i zaczął toczyć się w kierunku chłopca. Rodzice stali nieruchomo. Zawieszeni w tańcu. Perła, w którą zmienił się księżyc, potoczyła się do młodzieńca. Uderzyła go w lakierowane buty. Zrobiła się czerwona. Pochylił się i podniósł ją. Nadal nie zmieniła koloru. Nagle jego ramiona okrył męskim płaszczem jakiś człowiek. Chłopiec spojrzał w górę. Obok stał detektyw Jim Gordon. Bruce stał chwilę, patrzył w niebo, a w dłoni trzymał czerwoną perłę. Nagle mężczyzna stojący obok odezwał się — Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem, w bladym świetle księżyca? - Chłopak wystraszył się i zadrżał. Karmazynowa kuleczka wyślizgnęła mu się z palców. Poczuł na nich wilgoć. Spojrzał na nie. Perła zostawiła farbę. Czerwoną. Zerknął pod nogi, by zobaczyć gdzie spadła. Zobaczył ciała rodziców. Po policzkach popłynęły łzy. Demon ponad uliczką nakarmił się gniewem.
Zastanawiał się, czego szuka. Dlaczego to robi? Dlaczego co noc czuwa? Broni i chroni. Jak harcerzyk. Tamtej nocy przypięto mu nową odznakę, która zmusza go, by siedział tu. Wpatrzony w ciemność. Szuka siebie i czeka, że dana mu będzie szansa uratowania siebie.
Niebo rozerwał błysk.
Mężczyzna w stroju nietoperza zauważył ofiarę.
***
Wszystko się układało po jego myśli. Zapomniał już jej imię. Zapomniał kolor oczu, włosów. Z jego nozdrzy wyparował jej zapach. Usta zapomniały smak jej skóry. Siedział w zadymionym pubie. Szynku jak ze starych opowieści. Kolorowe reklamy alkoholi, w sali obok grający w bilard motocykliści. Przesadnie głośna szafa grająca. Pijana młodzież. Studenci. Niektórzy półprzytomni. Mimo wczesnej pory. Przy barze, jak przy konfesjonale siedzi barczysty mężczyzna Mike Sanders. Spowiada się barmanowi.
- Żyjesz sobie szczęśliwy. Zapominasz o wszystkim. Łapiesz oddech i jesteś tu, teraz. Nagle wszystko bierze w łeb. Bo widzisz JĄ. - Pociągnął potężny łyk z prawie pustej butelki. - Podobno tam gdzieś jest sens. Nie tu. Kiedyś dałbym wszystko, żeby ją zobaczyć. Po co przyjechała do Gotham? - Wziął bucha papierosa. - Może jest w podróży. Schudła, jest piękniejsza, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałem. - Przetarł spocone czoło i zaczesał tłuste włosy. - Przecież wie, ile dla mnie znaczy, dla niej wiecznie bije moje czarne serce. Jest z nim... - Wstał, rzucił cierpliwie słuchającemu barmanowi dwadzieścia dolców i wyszedł. Z nieba lała się woda. Przeklął w myślach, zaciągnął bejsbolówkę na oczy i poszedł wzdłuż ulicy. Zmierzał pod hotel, w którym zamieszkała Miriam. - I On... - pomyślał.
Stanął w zaułku pobliskiej uliczki. Wymacał za pazuchą rewolwer. Wyjął z kieszeni zawiniątko. Odwinął. Palcem wodził po postaci ze zdjęcia. Był na nim on i długowłosa dziewczyna. Nagle w przypływie nerwów zgniata zdjęcie i wsuwa do kieszeni kurtki. Zaciska zęby i czeka. Po chwili czekania dostrzega parę wychodzącą z hotelu. Brunetkę ze zdjęcia obejmował wysoki blondyn. Skierowali się wzdłuż ulicy, w pewnym momencie skręcili w boczną, wąską uliczkę. Za nimi poszedł mężczyzna z baru. Przełożył broń do kieszeni. Balansując między latarniami, prostytutkami i menelami podążał za parą. Układał w głowie, co im powie. - masz ostatnią szansę, wróć do mnie. Zostaw tego gogusia. Zobacz, ja już ułożyłem swoje życie. - fantazjował — Wtedy on zacznie się ciskać, ja go kropnę, a ona rzuci mi się w ramiona. - Popłynął w swoje fantazje. - Nie, tak nie będzie. Ona zacznie krzyczeń on podskakiwać. Będę musiał zabić oboje. - Zaczął świrować. - Był kilka metrów za nimi. Nawet nie wiedział, kiedy wyjął broń. - Ona mnie już nie pokocha. Muszę to skończyć tu i teraz. - Z oczu popłynęły łzy. Para nie słyszała kroków tuż za ich plecami. W pobliskim klubie trwała impreza. Pijany mężczyzna człapał za nimi. Zaślepiony nienawiścią, łzami i alkoholem. Celował raz do Miriam, raz do blondyna. Nagle pośród muzyki rozległ się cichy szmer. Kliknięcie, potem odgłos przytłumionego wystrzału. Bzyczenie. Kobieta odwróciła się. Ulica była pusta. Nagle tuż pod jej stopami upadł zwinięty w kulkę papier. Podniosła go. Rozwinęła. To było jej zdjęcie z Sandersem. Rozejrzała się po okolicy. Blondyn zbaraniał. - Co jest? - zapytał.
- Nic, nic, zdawało mi się, że... Nieważne. - odpowiedziała i wyrzuciła zawiniątko.
- Drżysz? - dopytywał blondyn.
- Tak. - odpowiedziała. - Wracajmy. Wyjedźmy stąd jak najszybciej. - dodała, trąc nieokryte ramiona, na których pojawiały się ciarki. - W tym mieście mam wrażenie, że ciągle mnie ktoś obserwuje.
Sanders wisiał na szczycie dachu. Ktoś chwycił go za poły płaszcza i uniósł poza krawędź dachu. Pijak próbował sięgnąć gzymsu, bezskutecznie. Wielki facet w pelerynie trzymał Mike jedną ręką jak szmacianą lalkę.
- To jedyne i ostatnie ostrzeżenie. - Rozległ się niski głos. - Noc należy do mnie!
Zanim mężczyzna zdążył zareagować, cały świat zawirował. Nietoperz zwolnił uścisk i mężczyzna spadał. Przez chwilę z daleka widział jak para, którą chciał zabić, pospiesznie opuszcza uliczkę. On, zanim doleciał do ulicznego bruku, stwierdził, że jeśli będzie mu dane, to zmieni wszystko. Jeszcze raz i do skutku.
Zapadła ciemność.
***
- Co za małpa. - przeklinała pod nosem Barbara. - Ja i Batman. Jak ona na to wpadła?
Siedemnaście lat wcześniej
Upadła na ulicę tuż przy krawędzi ulicy. Straciła na chwilę przytomność. Gdy czerń półsnu oddało miejsca granatowi nieba, poczuła na twarzy zimny powiew. Zrobiło się jej lepiej, ale w zaistniałej sytuacji powinna zerwać się na równe nogi i wiać. Ponosząc się, zauważyła, że ktoś biegnie w jej kierunku. Uzbrojony. - Mam dość macho z bronią. - pomyślała. Sprytnym ruchem zsunęła ze stopy pantofel i odwróciła się, żeby uciec.
- Stój! - usłyszała. Głos był aksamitny. Znajomy. Jak obietnica ratunku.
- Jim. To Ty!. - Odwróciła się i padła w ramiona detektywa. - Nawet nie wiesz, co przeszłam, ja w sumie też nie do końca. - Gordon przytulił kobietę do siebie i jednocześnie wychylił głowę, by spojrzeć w stronę rzeki, za przerwaną barierką.
- W sumie to było tak. - Rozległ się dziwny głos. - Dostaliśmy zlecenie na nieprzytarganie dla szefa jakiejś laleczki. No i trafiło na Ciebie. - W czasie, gdy mokry mężczyzna kontynuował swój monolog. Jim wyjął z kabury broń — Szef to równy gość. Spodobasz mu się. - nie przerywał mówić, gdy Gordon wziął go na cel. Sam też trzymał w reku rewolwer, ale traktował go jak rekwizyt. Wymachiwał nim, nie celując. - No mamy mały problem. Ty masz już kogoś? - wskazał detektywa i chwycił się za boczki. - To nic. Znalazłem mu już parę. Pączusiu harcerzyk do schrupania. - W tym samym momencie, tuż za Gordonem pojawiła się góra mięśni. Potwór chwycił za dłoń, w której trzymał broń i jak worek kartofli rzucił Jimem kilka metrów dalej.
- Co ptysiu. Idziesz ze mną na bal? - wysyczał gigant, wytykając rozdwojony język.
- O widzisz. Sama zostałaś. - Znowu odezwał się chudy mężczyzna. - Szef jest delikatniejszy niż mój krokodyli przyjaciel. No do momentu, aż mu się znudzisz.
Nagle ciszę rozerwał ryk silnika. Okolicę rozświetliły jasne reflektory. Głośny wystrzał przewyższył odgłos pracującej maszyny. Chudy człowiek chwycił się za pierś, szukając dziury po kuli. - Ha Ha — roześmiał się - You missed me- wykrzyczał. Potężny czarny pojazd przejechał tuż obok nich, skierował się w stronę rozerwanej barierki i zniknął tuż za nią. - Teraz to się nawet zdziwiłem. - dodał roześmiany chudzielec. Wielki Killercrock roześmiał się. Nagle coś go powaliło go na ziemię. Nie zauważył, że wystrzał był harpunem, który złapał go za nogę. Próbował walczyć i wbijał potężne pazury w asfalt, ale ciężar pojazdu zrobił swoje. W ciągu ułamka sekundy bat mobil wciągnął go pod wodę.
- Skąd On bierze te cudowne zabawki. - Cmoknął i odwrócił się w stronę dziewczyny. Usłyszał jeszcze ciche bzyknięcie i w ułamku sekundy wisiał do góry nogami. - Wiedziałem. Mogłem się tego spodziewać. Jesteś moim nowym arcywrogiem. Słyszysz? Ha HA — roześmiał się i zaczął podśpiewywać. -" A Ty? Czy Ty? Pod drzewo przyjdziesz też, gdzie wisi już ktoś- Podobno zabił trzech. o tym, co się tu działo każdy chyba wie, Pod drzewem dziś to wszystko skończy się."
Lekko kulejąc Przyszedł Gordon. - Wezwałem już ludzi. Znowu coś przegapiłem. To był ON?
Nagle woda zabulgotała, oboje z ciekawością podeszli do barierki mostu. Woda zaczęła parować. W pewnym momencie pod wodą pojawiły się światła. Spod wody, majestatycznie wysunął się kształt. Szeroko rozstawione, na wysięgnikach koła wytoczyły czołg nietoperza. Na brzegu otworzyły się chrapy i z głośnym świstem pojazd wypluł nadmiar wody. Zaraz za batmobilem na stalowej linie, jak przynęta pojawił się krokodyl. Z głośnym klikiem nadmiar został odcięty. Pojazd wrócił do postaci samochodu. Jeszcze chwilę system sprawdzał stan maszyny i z charakterystycznym rykiem wrócił na drogę i zniknął, zanim niebieskie światła rozświetliły okolice.
- Przysuńcie mnie bliżej. Proszę, też chce zobaczyć tresowane słonie. Uwielbiam cyrk! - Wykrzykiwał zawieszony na linie mężczyzna.
Gordon podszedł do niego, sięgnął do jego kieszeni w poszukiwaniu dokumentów. Zamiast tych, z kieszeni wysypała się talia kart z samymi jokerami.
- Mamusiu. To nie moje! Może to wyjaśnić. - wykrzykiwał świr.
Barbara siedziała w karetce. Okryta kocem piła kawę kryjąc kubek w obu dłoniach. Jeszcze nigdy nie ceniła smaku tego płynu jak dziś. Obiecywała sobie, że jutro będzie lać podwójne porcje z potrójnym uśmiechem.
- Odwiozę cię do domu. - szepnął Jim. Barbara przytaknęła.
Usiadła w wygodnym fotelu policyjnego samochodu. Jechali bez słowa. Przed wejściem do kamienicy Gordon odezwał się.
- Jutro wpadnij złożyć zeznania. Proszę.
- Wejdziesz na chwilę? - zaproponowała, łamiąc głos. Jednocześnie prosiła i błagała o to.
Komentarze
Prześlij komentarz