Moon Totem
Oparta na łokciach kobieta patrzyła w pustą kratkę. Zerknęła na brzęczący telefon. Zignorowała wiadomość, która odebrał. Po chwili zorientowała się, że to "ten" telefon. Gorąca linia. Hrabia ma problem ze zdrowiem lub jego podopieczni, a w najgorszym wypadku któraś bestia.
- W co ja się wpierdoliłam? - pomyślała i natychmiast skarciła się za słownictwo. - "D.G. Zawał. 22:45" - Odczytała na głos wiadomość, zerknęła na zegarek. 22:55. Maja opóźnienie. - skwitowała w myślach. Wzięła głęboki oddech, rozejrzała się po pokoju, szukając punkty podparcia dla myśli. - Snap back tu reality. - szepnęła.
Kim jestem, dlaczego tu siedzę? Rozejrzała się po prawie sterylnym pomieszczeniu, na ścianie wisiały dyplomy. Marianna brak nazwiska, ono zostało wydarte z dyplomu. Często przesiadywała w tym pomieszczeniu, czuła w tu zapach drewna boazerii i stare książki. Uwielbiała ten zapach. Zerknęła na telefon. Hrabia. Zaraz tu będzie i pomieszczenie wypełni się zapachem cygar. Ten lekki zapach egzotyki, który wypełni pomieszczenie, woń kakaowca przypominał fajkę, którą palił jej ojciec. Wieczorami siadał w swoim fotelu, pukał fajką o kant stolika, czym doprowadzał do pasji mamę, uśmiechając się ,odpalał. Gdy zaciągał dym Marianna, wstrzymywała oddech. W mgnieniu oka pokój wypełniał się zapachem tytoniu. Namiastkę tego miała za każdym razem, gdy pojawiał się ten dziwny gość. Atmosfera, którą wokół siebie tworzył hrabia, miała być tajemnicza, jego zachowanie było wyuczone, każdy ruch wymierzony. Zawsze patrzy z góry, ale prosto w oczy. Nie lubiła go. Zmanierowany dupek i jego cyrk potworności. Przez chwilę zastanawiała się, jak wdepnęła w znajomość z tym człowiekiem.
Przeczesała włosy, wzięła głęboki oddech i usiadła. Znowu patrzyła na pustą kartkę, tym razem wiedziała co napisać.
"To było rok temu.
Pierwszy atak.
Kończyłam właśnie swój dwunastogodzinny dyżur. Praca na ostrym dyżurze była ciężka, ale czas mijał szybko. Nadal czuje krew. Zapach, który wgryzł się w nozdrza i ciągle jej towarzyszy. Kiedyś jej nie przeszkadzał. Do dnia, w którym runął jej cały świat. Tego dnia czułam, że coś się zbliża. Z tyłu czaszki, jak ciśnienie, które miało za chwile wywalić tam dziurę. Wszystko wokół było szare. Głosy docierały jak ze studni lub przez jakąś kosmiczną tubę. Jeszcze chwila i miałam iść odpocząć. Godzinę, potem na kolejny dyżur. Wszystko wirowało, a zapach krwi zaczął odurzać. Odliczałam minuty, sekundy do przerwy. Potrzebowałam odpoczynku bardziej niż kiedykolwiek. Wybiła szesnasta. Przecierając oczy, po omacku, wyszłam na zewnątrz. Stanęłam na podjeździe karetek. Wszystko było bardziej szare niż zwykle. Zieleń? Zgniła szarość. Wiosna nie pachniała. Chyba że zapach krwi, wnętrzności i wydzielin ciała też się liczy. Biorąc głęboki oddech, odurzyłam się spalinami miasta. Stałam chwilę oparta o barierkę, jej popielata biel poplamiona była placami rdzy. Ten widok był moim jedynym kontaktem z rzeczywistością. Korozja przypominała krople krwi. Miałam już wrócić do środka, gdy tuż przed jej nosem przejechała karetka. Wiedziałam, że już nie odpocznę. Wchodząc na salę, katem oka zauważyłam pacjenta na noszach. Wszyscy coś krzyczeli. Nagle spod koca ratunkowego wysunęła się ręka, a właściwie rączka. Przez bandaże sączyła się krew. Była bardzo czerwona, takiego wyraźnego koloru nie widziałam od dawna. Pośród całej tej szarości karmazyn raził w oczy. Z jakiegoś powodu wszyscy patrzyli na mnie." - Marianna zamyśliła się, przerywając pisanie. Z oczu popłynęły łzy. Kapiąc na kartkę, rozmyły kilka liter. Przetarła oczy i kontynuowała. - "Miała zaledwie jedenaście lat. Zosia. Tak miała na imię. Jej złote włosy falowały na wietrze, a zielone oczy migotały w świetle..." - Nagły brzdęk w sąsiednim pokoju rozproszył myśli.
Wstała i podeszła do drzwi. Oparła głowę o drewnianą powierzchnię. Jedną ręką złapała klamkę. Drugą dłoń oparła o framugę. Delikatnie nacisnęła chromowaną klamkę, która melodyjnie zaskrzypiała. Na łóżku siedziała delikatnie wyprostowana postać. Lekko kołysząc, wpatrywała się w księżyc.
- On do mnie mówi mamusiu. - odezwała się postać. Chude policzki i blada cera nadawały jej cech marmurowego posągu.
- Tak kochanie wiem. - odpowiedziała Marianna, siadając obok dziewczynki. Pogłaskała dziecko i przytuliła. Jej zesztywniałe, zimne ciało również przypominało posąg. - Połóż się Zosiu. Zmarzłaś. - wyszeptała Marianna.
- Tak mamusiu. Będziesz miała gości. Nie lubię tego człowieka. Śmierdzi trupem… i jeszcze ktoś. - Zanim zdążyła dokończyć, rozległ się dzwonek. Marianna wstała. - Mamo. Będę obok. - szepnęła Zosia. Kobieta uśmiechnęła się, przykryła córkę i pocałowała na dobranoc. Zasłaniając okno, zauważyła ścianę szczelnie zarysowaną małymi krzyżykami. Wychodząc z pokoju, zwróciła uwagę, że podłoga również zapisana była znakami.
Zamknęła drzwi i długim korytarze poszła wpuścić gości. Nie zastanawiała się, kto dzwonił. Uchyliła tylko drzwi, za którymi stał Hrabia. Właściwie wisiał, wsparty na ramionach ochroniarza druga ręka podpierał się na lasce z wyrzeźbionym srebrnym wilkiem na uchwycie. Pierwszy raz widziała go w takim stanie. Blada twarz zlewała się z bielą koszuli, która niechlujnie rozpęta, odkrywała elektrody na piersiach mężczyzny.
- Szybko połóżcie go tam. - krzyknęła, wskazując leżankę w gabinecie. Szybko złapała przewody elektrod i podłączyła pod encefalograf. - hmmm to nie zawał. Co się wydarzyło? Serce ledwo TO wytrzymało.
- To dobra wiadomość. - odpowiedział, zrywając elektrody i wstając. - To mogę wracać do domu. - zapadła cisza.
- Chyba tak.
Nagle rozległ się dziwny dźwięk i szaleńczy skowyt psów. Kroki na dachu. Nad ich głowami zajaśniało, ktoś na dachu zapalił światło, w świetliku pojawiła się wielka plama. Postać stała chwilę, by po chwili zniknąć.
- Co to było? - zerwał się ochroniarz.
- Być może sąsiad z góry. Tam jest taras. - psy przestały szczekać.
***
"i odtąd piekło samo,
drżało przed mieczem,
który mu groził ruina"
Wyraźnie wyczuwał zapach. Mógł zamknąć oczy i dać nieść się impulsowi. Bestia rozkoszowała się wolnością. Wskakując, na najwyższe budynki wyginała ciało w stronę księżyca i krzyczała co jakiś czas.
- Wszyscy zapłacicie! - Czasami – Jesteście tylko mięsem! - Dziki marsz trwał kilka kilometrów. Po każdym skowycie słychać było zatrzaskujące się z hukiem okna, czasem wrzaski, innym razem paniczne, pospieszne kroki. Im bliżej był, tym furia jątrząca mu trzewia wiła się mocniej. Gniew, jaki czuł i dzikość bestii zawarły ze sobą pakt, którego bałoby się samo piekło. Człowiek w ciele wilka wzdrygał się na samą myśl spotkania z porywaczami. Wilk z człowiekiem w duszy czuł niezwykłe podniecenie z tego samego powodu. W końcu dotarł w miejsce, gdzie zapachy skumulowały się, widział z daleka łunę feromonów. Wielki różowo-niebieski grzyb jak po wybuchu bomby atomowej. Jego wielkość wskazywała, że stoją tam dłuższą chwilę. Jednym susem przeskoczył z dachu na dach. Zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech, zaciągnął wielkimi chrapami powietrze i wyczuł ich strach. Podbiegł do gzymsu, zwiesił się i z niego obserwując limuzynę z rozdartym dachem. To na pewno ONI. Przez myśl przeszło mu, żeby się z nimi jeszcze pobawić, doprowadzić do szaleństwa i wtedy patrząc w oczy wyrwać przerażone serce. Już miał skoczyć z dachu na samochód, gdy zza jego pleców usłyszał głos.
-Co Ty tu robisz? - Wilk odwrócił się, zobaczył mężczyznę w szlafroku i dwa rotwailery. Psy wyczuły bestię i zawarczały. Mężczyzna zapalił światło na ganku tarasu. Zamarł przerażony. - Bież go Zeus, Apollo. Psy wyskoczyły spuszczone ze smyczy. Gabriel ukryty za maską potwora pochylił się i pokazał zęby. Psy zatrzymały się w pół drogi, w mgnieniu oka wpadły do domu, skowycząc. Po drodze przewróciły swojego właściciela. Mężczyzna nie mógł wydusić słowa, czołgając się w stronę drzwi, drżał jak osika. Rozbawiona bestia niespiesznie podchodziła do wystraszonego człowieka, który zostawiał za sobą żółtawy szlak strachu. Oczy zaszły mu łzami, a usta bezdźwięcznie krzyczały "nie". Futrzasta postać zawisła nad skulonym ciałem. W tle grało radio. Piosenka, która zaciskając pięści, zatrzymała czas, na chwile odwlekając wyrok.
„I’m a walkin’ in the rain
Tears are fallin’ and I feel the pain
Watchin’ all the place go by
Some live and others die"
Po chwili zawieszenia broni ustało, pięść się rozluźniła, odkrywając ostre jak brzytwa pazury, a pysk rozświetlił rząd białych wilczych kłów. Mężczyzna spojrzał w płonące oczy diabła. Zemdlał. Wilk zamachnął się, z pokoju rozległ się pisk przerażonych psów. Już z pyska popłynęła ślina, która zatęskniła za smakiem krwi, gdy usłyszał za sobą głos. To był ON!
-A jak tam Twoja córka? - ponowne usłyszał głos hrabiego. Omdlały mężczyzna ocalał. Bestia otarła łapą pysk. Gabriel obejrzał się i zauważył świetlik, który wcześniej umknął jego uwagi. Podbiegł bliżej, wzbił się w powietrze i skulony wpadł w szklaną powierzchnię okna. W środku była kobieta, wielki mężczyzna i ten, na którego polował.
-Wszyscy zginiecie! - Zawarczał i rzucił się w kierunku starca. Gdy już czuł, że jego pazury zagłębia się w ciele starca, poczuł na nodze mocny uścisk, który zatrzymał go tuż przed twarzą hrabiego, który roześmiał się. Cofnął pół kroku, chwycił swoją laskę, kapelusz i skierował w stronę drzwi.
-Zabierz jego ciało, jak z nim skończysz. - wyszeptał hrabia, wychodząc. - A tobie Marianno radzę uciekać. - Rzucił jeszcze przez ramie, tak od niechcenia.
Potężny uścisk nie utracił siły. Wielki ochroniarz z uśmiechem wywinął wilkiem, rzucając go w przeciwległy kąt. Zanim Gabriel zdążył się pozbierać, dryblas był już przy nim i chwytał go za szyje. Broniąc się, pazurami szarpał jego ciało. Po każdym ataku bestii w powietrzu fruwały kawałki ubrania. Imadło dłoni nie zelżało nawet odrobinę. Łapiąc ostatkiem sił powietrze, wilk chwycił ochroniarza za twarz, orząc mu ją, pazury zsuwały się po policzkach jak po pancernej masce. Czym rozśmieszył napastnika.
-Łaskotki mam, wrr. ty zwierzaku. - wyszeptał wielkolud, z uśmiechem. Dopiero gdy poczuł pazury na gałkach, wściekł się i rzucił wilka w kolejną ścianę tuż nad panią doktor, która próbowała otworzyć sekretny pokój. Drzwi do pokoju Zosi pękły w pół, lekko odkrywając wnętrze. Wielki siepacz hrabiego zaszedł podnoszącego wilka i założył mu nelsona. - Teraz kończymy zabawę diabelski pomiocie. - szepnął, zaciskając na szyi wielkie ramiona. Kości Gabriela zazgrzytały o krok od złamania.
Otworzyły się drzwi do pokoju dziewczynki. Niepewnym krokiem, w białych frotowych skarpetkach i zwiewnej koszulce nocnej wyszła Zosia. Po raz pierwszy od roku odważyła się wyjść z tego pokoju. Jej ciało pokryte było małymi krzyżykami, które narysowała sobie tuż przed opuszczeniem pokoju. Zrobiła kilka kroków, stawiała stopę, za stopa jakby szła po bagnach i każdy krok mógł być niebezpieczny. Wskazała palcem na walczących siłaczy i wyszeptała — Mamo, musimy mu pomóc. - Zerknęła na matkę, która pozbierała się i podbiegła do niej.
-Spokojnie kochanie pan ochroniarz sobie radzi. - Odpowiedziała jej i mocno przytuliła.
-Nie jemu mamo...
-Skąd pomysł, że musimy pomóc potworowi? - zapytała Marianna.
-Księżyc mi powiedział. Jedyny potwór wyszedł właśnie z budynku. - Odpowiedziała dziewczynka.
-Księżyc... - Powtórzyła kobieta, podnosząc z ziemi wazon. Z całej siły łupnęła nim ochroniarza, ten przewrócił tylko oczami, puścił martwe ciało wilka i wstał. Strzelając palcami, zaczął iść w stronę Marianny.
Kobieta zasłoniła ciałem dziewczynkę. Ochroniarz się uśmiechnął.
-Danie główne i deser. - wyszeptał i obleśnie oblizał wargi. Wyjął zza pazuchy długi nóż. Wielką łapą chwycił za szyje Marianne, a nożem odciął jeden z guzików w jej bluzce. - Wolisz ostro, czy delikatnie?
Nagły huk odbił się echem po pomieszczeniu. Mężczyzna wygiął się nienaturalnie i jęknął, upadł na plecy. W progu stała postać. Skrywający półmrok rozświetlała burza białych włosów. Stała w pozycji strzeleckiej, a z lufy jej pistoletu unosiła się smużka dymu. Ogłuszający odgłos wystrzału świdrował uszy. Pokój zawirował. Marianna, mdlejąc, zauważyła, że zniknęło ciało wilkołaka, że Zosia rozmawia z księżycem, a blond anioł podbiega do niej.
W progu pojawia się kolejny człowiek, który woła do blondynki.
-Luu! Wszystko gra?
***
"Rok temu Zosia umarła. Jej stan psychiczny doprowadził ją do momentu, w którym nie dała rady sobie poradzić z rzeczywistością.
Uratował ją hrabia Jan Dor. Mam u niego dług.
Chociaż wiem, że nie odzyskałam jej w całości, to kocham ją jak wtedy gdy oddychała, była roześmiana, bawiła się, rysowała i nie rozmawiała z demonami. Chociaż właściwie już wtedy słyszała ICH głosy, ja jej nie wierzyłam. Teraz słucham. Chociaż wiem, że słucham tylko cienia swojego dziecka.
Dla mnie to ONA.
Żadne prawo, żaden Bóg i żaden dług nie jest ważniejszy od niej"

Komentarze
Prześlij komentarz