13: Saudade
Szum wiosennych liści, zapach przekwitającego bzu i deszcz, który padał od kilku dni. Przez chmury zaglądał truskawkowy księżyc w pełni. Walczył o uwagę, ale wszystko starało się ukryć jego obecność i nie tylko jego, bo ktoś/coś czyhało czy się kryło, a może coś pośredniego. Zgarbiona koścista postać przykucnęła na gałęzi tuż za oknem bibliotecznych pomieszczeń. Jedną ręką trzymał się gałęzi powyżej, bujał się nieprzyzwoicie sapiąc, drugą dłonią gładził spierzchnięte usta, a ich kącikami sączyła się ślina, a raczej zielonkawo czerwonego śluzu. Jego trupie oblicze odbijało się w szybie, obserwował kobietę, która zatopiona w czytaniu dała się całkowicie pochłonąć lekturze. Widział co czytała. Nie książkę, raczej wyczuwał emocje, feromony i chabrową aurę wokół ciała. Dodatkowo zauważył różowe policzki, zagryzione wargi, błyszczące, co chwilę oblizywane usta i rączkę, którą delikatnie gładziła drugie ramię. Lektura z półki dla kobiet, z drobnymi nieprzyzwoitymi smaczkami. Nagle kobieta spojrzała w stronę okna, jakby zauważyła intruza za oknem. Jej brązowe oczy uśmiechały się figlarnie lustrując korony drzew. Nie widząc nic niepokojącego przegarnęła jasne, gęste włosy, podkuliła stopy w fotelu i jedną ręką trzymając książkę drugą gładziła koniuszki strzelistych palców stóp. Wróciła do lektury, a istota za oknem nadal czytała ją. Przez chwilę wyczuła tęsknotę, która ją tu przyciągnęła. Saudade, zapach deszczu i kawy to jest to, co przyciągnęło chudzielca w to miejsce. kołysząc się na gałęzi w rytmie wiatru zasysała ledwo wyczuwalny ból, który sączył się z okna, a pochodził od kobiety zanurzonej w kiepskiej lekturze, beznadziejnego autora opowiastek dla zagubionych jednostek. Algos mógłby wyrecytować całe rozdziały, polecić co smutniejsze pozycje, które wzmogłyby cierpienie, którym sie karmi. Mógłby wdziać graniak i być doradcą, influencerem z tak-taka ( ;) ) gdyby nie jego fizis. Wychudzona postać, której sflaczała zielonkawa skóra wisi na kościach, powyrywane włosy, wory pod oczami, paznokcie obgryzione do samych korzeni, na wylot ponadgryzane wargi i przekrwione oczy. To opis daleki od influ z insta reklamujące zdrowe produkty, żon znanych piłkarzy wciskających delikatny papier toaletowy czy innych z tego kloacznego poziomu. Algos zaśmiał się do siebie, a jego chichot przepłoszył wrony, które cierpliwie czekały na to, że deszcz przestanie padać. W tym samym momencie otworzyły się drzwi do pokoju i wpadła trójka szkrabów. Kolory zmieniły się w różowe, zielone, pomarańczowe i pośrednie, wszystko zakotłowało się. Następnie pojawił się jeszcze jeden osobnik, ciągnął za sobą brązowo szary tren aury. Wszystko zaczęło się mieszcząc i buzować. Endomorficzny typ przeszedł bez słowa przez pokój i w otwartej kuchni zajrzał do garnka.
- K***a znowu pomidorówka. - przeklął, a tuż pod łysiejącą czupryna okulary zaparowały mgłą gotującej się potrawy. - Nie jestem głodny. - przecedził przez zęby. Zmienił buty na kapcie, zapalił światło i zszedł do piwnicy, a z nim ciężki brązowy tren emocji. kolor pokoju znowu zajaśniał wesołymi kolorami, szybko zniknęły te brązowe barwy. Algos uśmiechnął się na tyle, na ile pozwalały poszarpane usta. Przyglądał się jeszcze chwile, zapomniał na chwile za głodem i sam zatęsknił.
Wyczuł nieopodal uchylone okno. Ktoś cierpi. jednym susem przeskoczył na pobliskie druty wysokiego napięcia. Z gracją, ciągnąc za sobą podarte szaty pobiegł wzdłuż linii, a każdy krok wzbudzał delikatną iskrę elektryczną, która rozświetlała delikatną mgiełkę parującego chodnika. Zaczęło zmierzchać. Dzień pominął magiczny zachód słońca, który skrył się za chmurami. Kolejnym skokiem godnym baletnicy zaniósł go wprost na parapet, z którego sączyła się woń kadzidełek i wina. Krzywym palcem wskazującym otworzył uchylone okno. Zobaczył świece, na wpół napoczętą butelkę czerwonego słodkiego trunku i postać wtuloną w poduszkę. Kobieta zwinięta ciasno pozycję embrionalną była odwrócona do niego tyłem, ale widział, że płacze, o czym mówiła liliowo-granatowa poświata wokół ciała i zapach lekko słonej wilgoci i cichy szloch. jedna dłoń wspierała głowę, a w drugiej trzymała zdjęcie. Już miał zrobić krok do środka, jeszcze chwilę napawał się zapachem łez zmieszanych z słodkawą wonią wina.
- Wooooo! - Nagle usłyszał charczenie wygiętego w łuk kota - Wooooooon - powtórzył sierściuch. Algos wzdrygnął się po przyciągając do ciała wychudzone dłonie i jedną nogę. - Czemu samotne kobiety przygarniają te puchate zmory... - wykrzywił twarz i wyskoczył za okno. Zerknął jeszcze do góry, na parapecie siedział kot i pokazywał zęby nerwowo przy tym machając ogonem. Wtedy pojawiły się blade dłonie i zagarnęły zwierzę do środka. Zapłakana kobieta przytuliła kota i zamknęła okno.
Chudy demon pobiegł wzdłuż ulicy. Wspiął się na opuszczony dom, przez dziurę w dachu wsunął się na strych. Zajrzał pod starą plandekę, nerwowo się rozglądał się po ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu, zaglądał za szafę, skrzypiał drzwiami starych mebli. Nagle między krokwiami zajaśniały białka oczu. Bezszelestnie sfrunęły na plecy demona smutku i powaliły go z głuchym łoskotem spróchniałego szkieletu dachu. Algos roześmiał się. - o wy piekielne szkraby - pięknie się ukryłyście. - wysyczał łagodnym głosem demon.
- jesteś z nas dumny? - odezwało się licho chrypliwym głosem. Wspinając się na palce, żeby wgramolić się na kruchą belkę dachu. Wszystko pachniało stęchlizną, starym zalegającym kurzem, grzybem kryjącym się w starych pierzynach i... - Głodne byłyście? - zapytał wskazując na truchło gołębia, które wybebeszone leżało na skraju połamanej podłogi, a resztki piór ułożone z pietyzmem tworzyły cos na kształt mandali. - już mam coś dla Was. Niewiele, ale wystarczy. - wyszeptał łagodnie i wyciągnął dłonie w stronę szkaradnych lich. Te z łapczywością głodnego dziecka przyssały się do palców demona. zasysając resztkę esencji krwi pozyskanej z bólu i cierpienia dzisiejszych dawców. - a u ostatniej był kot. Wyobrażacie sobie?
- a ja chciałabym mieć. - wyszeptało licho dziewczynki. - tato przyniesiesz mi kotka?
- oszalałaś? - roześmiało się szkaradne rodzeństwo, a Al pogłaskał piekielnicę po główce skrytej w burzy lokowanych włosów. Twarz istotki rozpromieniła się, na ile to było możliwe, do białek oczu dołączył rządz ostrych jak brzytwa białych zębów. Łasa na głaski istotka nadstawiła głowę po więcej. Demon żalu zamyślił się. Przypomniał sobie spotkanie eterycznie erotyczne przerwane przez rodzinę, nie zdawał sobie sprawy, że zawsze marzył o posiadaniu rodziny. On demon samotności i smutku. Sam Algos, dotąd patrzący z lubością jak płonął Rzym, jak umierali Grecy i wpatrzony w drzewce najadał się do syta bólem krzyżowanych ludzi. Wdychał dym płonących czarownic, objadał kości oblężonych miast. Teraz? Pieści z ojcowską czułością powykręcane dzieci mroku. Przypomniał sobie mdławą, brązową poświatę aury "ludzkiego" ojca. Uśmiechnął się w myślach. - tak znajdę dla Ciebie kotka. - wyszeptał do podskakującej wesoło i poklaskując istotki.
- Tatko możemy je zjeść? rozległ się szept istotki przyklejonej do okna zabitego deskami. Z zewnątrz widać było tylko paluszki wystające między szparami i głodne oczka.
- Co Ty tam widzisz? - Dopytał Demon Żalu nie wyczuwając nikogo w okolicy. Podbiegł do okna. - To istoty z naszej domeny. Musisz częściej korzystać z umiejętności, a nie z daru łakomstwa. - dodał chichocząc obserwował istoty idące wzdłuż ulicy.
Komentarze
Prześlij komentarz