Wilcza pieśń





Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, rysunek














Wszyscy okłamują wszystkich, najwięcej samych siebie
Nie wiem czy chcę być przewodnikiem stada
Wolę gubić się z tobą, gubić trop, kulić ogon
Obława, to chyba koniec dla nas mała
Księżyc daje światło, znajdą nas po śladach
Ten las to teraźniejszość, przed nami stoi przyszłość,
Jest tu cholernie mglisto



- Co tu się stało? - Zapytał barczysty mężczyzna. Trzymał pistolet oburącz i przyklejając się do ściany powoli wchodził do mieszkania. Każdy jego krok był wymierzony i mimo swoich gabarytów stawiał każdy krok z gracją baletnicy.


- Znaleźliśmy naszego wilka, był tu przed chwilą. - Odpowiedziała Luu sprawdzając puls Miriam.

- Co to za koleś? - Wskazał barczysty mężczyzna na leżące ciało. Poszedł w jego kierunku. Pewnie siepacz hrabiego. - Zgadywała Luu. Nagle mężczyzna podniósł się jak uniesiony nieznaną siłą. Zanim agent zdążył zareagować, ożywiony mężczyzna chwycił go za broń. Wyrwał ją i rzucił za siebie. Wtedy spojrzał na zaskoczonego mężczyznę i z nienaturalnie szerokim uśmiechem rzucił się na niego. Stan zarzuci mu ręce na szyje, splótł dłonie za jego głową i zaczął zaciskać przedramiona. Ochroniarz chwycił Stana poniżej ramion i również zaczął ściskać. Agent stracił oddech, poczuł się jak w imadle, a za każdym wydechem uścisk zaciskał się. Stan patrzył w puste oczy napastnika, z ust ochroniarza nie znikał uśmiech.

***

Nad głową aurora, pod nogami śnieg
Muszę biec, za plecami mam tylko śmierć
Jestem zgubiony, chodź zgubić się ze mną...
Mam czerwone oczy od patrzenia w przeszłość

EXTRA!

Nagła fala bieli uderzyła Gabriela. Upadł na ziemie. Pod wielkimi łapami wilk poczuł wilgotną powierzchnię. Łapiąc oddech, uchylił oczy. Zacisnął szponiaste łapy na miękkiej powierzchni . Chwycił pełną garścią mech. Uniósł głowę. Wokół zrobiło się ciemno. Wilczy instynkt przejął kontrolę. Nabrał w chrapy zimne powietrze. Poczuł czyjąś obecność. Pobliskie krzaki ożyły. Brzozowy lasek poruszył się, a zewsząd wyskoczyły wilki. Spojrzały na Gabriela z nieukrywana podejrzliwością. Wyczuły jego zapach. Obcy. Nietutejszy, niedzisiejszy. Nagły ryk samca alfa pochylił głowy wilków. Serce Gabiego zadrżało. Tuż obok niego przebiegł basior, wielki jak niedźwiedź. Pokaleczony, poraniony z jednym okiem i na trzech łapach. Zatrzymał się. Odwrócił głowę przez wilcze ramię. Jedno oko przeorane miał wielką bruzdą, zerknął na Gabriela zdrowym okiem. Wyczytał w jego wzroku pogardę. Momentalnie odwrócił łeb i zawołał wilczym głosem.

- Niech nie zostanie kamień na kamieniu! - Zawarczał i zaczął biec w głąb lasu. Wataha bezgłośnie pobiegła za przywódca.

Gabriel chwile jeszcze stał jak zaczarowany. Nagle, niesiony instynktem, pobiegł za stadem. Pędził ile sił w łapach bestii.

Po kilku minutach biegu wyskoczył za lasu. Nieopodal wrzosowiska, które znał. Wilcza wataha stała na jego skraju urwiska. Chmury odsłoniły księżyc. Alfa wydobył z piersi ryk. Skowyt tak potężny, że wataha skuliła ogony, a poniżej rozległy się głosy. Gabriel podbiegł do granicy kamieniołomu. Poniżej wśród białej mgły majaczyły delikatne światła. Wioska. - Tutaj? - zapytał siebie — Czy może raczej "kiedy"?

Zanim zdążył wyartykułować jakiekolwiek pytanie, cała wilcza banda zeskoczyła z urwiska i pobiegła w stronę chat. Po chwili dobiegły go krzyki, okolica rozbłysła pochodniami. Gabriel chwile obserwował. Wilczy instynkt zaczął się wić w jego piersi, skomleć o jakiś ruch. Nabrał w nozdrza powietrza, poczuł znajomy zapach. On dopiero go kojarzył, a podniecony wilk tylko czekał na hasło. Krew. Mięso. Głód. Oczy Gabriela zaszły dziwną czerwienią. Zanim zdążył dojść do siebie, zaczął się unosić. Bezwiednie biegł. Rządziła żądza krwi i głód. Wilk wpadł przez glinianą ścianę do wnętrza jednej z chat. Ściany uległy mu jak papier. Pochylony łapał chrapliwie powietrze. Poczuł za sobą ruch i usłyszał płacz dziecka. Odwrócił się. Zanim matka dziecka zdążyła zaprotestować, był już przy niej. Chowała za sobą kilkuletnie dziecko. Wilczy instynkt wygrał. Odepchnął kobietę, która poszybowała nad dzieckiem. Wilk pochylił się, szczerząc kły, w ułamku sekundy wyciągnął włochatą dłoń w kierunku szyi dziecka. Nagłe światło oślepiło wilka, biel zaczęła rozpuszczać świat.

***

Terytorialny instynkt, warczę o moje sny
Bo wchodzisz w nie, i nie chcesz z nich wyjść
Szczerzę kły, biegnę przez las bez butów
Gdy zawodzi instynkt zostaje tylko smak śrutu
Metaliczny, jak krew na chrapach pyska

EXTRA!

Wilk nadal trzymał go poza kontrola ciała. Kątem oka zauważył, że wilk faktycznie trzyma w szponach dziecko. Oczami wyobraźni zobaczył, jak wilk rozszarpuje niewinną istotę. Bestia poczuła opór chłopaka. Oczy dziewczynki migotały jak dwa ogniki. Wszystko wokół niemalże zamarło jak w zwolnionym tempie. Jednocześnie pokój wypełniła ciemność. Widział tylko dwa ogniki. Oczy. Ich blask stawał się coraz jaśniejszy. Niemalże widział dwa płomienie, które zbliżają się do niego. Przyglądając się hipnotycznemu tańcu, zauważył odbicie twarzy. Lekko majacząca, blada twarz patrzyła z przerażeniem. Przez chwilę zastanawiał się, czy to on, a może znowu ma wizję. Wtedy oczy zajaśniały innym światłem. Nagły rozbłysk powalił wilka na ziemię. Poczuł pod plecami zimną pierzynę śniegu. Śnieg pachniał świeżością, a mróz smagał jego futro lekkimi podmuchami wiatru. Przewrócił się na bok z boku, na którym leżał gęstą stróżką lała się krew. Usłyszał kroki, które w zamarzniętym śniegu wydawały piskliwy głos. Przez ledwo uchylone zmęczeniem powieki zauważył mężczyzn z pochodniami. Jeden trzymał wielką rusznicę, z której lufy uchodził jeszcze dym prochu ze świeżego wystrzału. W tym samym momencie drugi z mężczyzn rzucił pochodnie tuż obok wilka i przyłożył broń do twarzy. Złożony do strzału mężczyzna drżącą ręką szukał spustu. Gabriel zamknął oczy. W ciemności zamkniętych oczu usłyszał wystrzał. Zamiast bólu wyrywanego przez kule mięsa usłyszał cichy jęk i coś ciężkiego, upadło obok niego. Uchylił powieki, a tam patrzyły mu w oczy dwie martwe źrenice. Uniósł głowę. Zobaczył Alfę, właśnie rozrywał na strzępy drugiego mężczyznę. Gabriel wstał na równe nogi. Chwycił się za bok, który jeszcze bolał, ale był całkowicie zregenerowany. Przewodnik stada zawarczał na niego, przywołując do porządku. Gabriel wskoczył jednym susem na pobliski drewniany budynek. Powietrze mroźnego wieczoru orzeźwiło go na moment. Wziął głęboki oddech. Zawył. Rozejrzał się. Czuł się wilkiem w każdym calu. Zobaczył delikatne linie, które łączą biegających mieszkańców wioski. Linie te łączą się nad wioską, tworząc olbrzymią siatkę. Astralne więzy zbiegają się w jednym punkcie i plączą się w jeden wyraźny sznur, który prowadzi na pobliskie wzgórze. Na pagórku majaczy w świetle księżyca zakapturzona postać. Gabriel kilkoma susami przeskoczył kilka dachów i zaczął skradać się w kierunku postaci. Gdy był od nieznajomego na odległość skoku, zauważył jego twarz. Dziwnie znajoma, oświetlona promieniami księżyca i astralnej więzi. Ponownie zaczął iść w kierunku zakapturzonego. Poczuł jednak uścisk w nadgarstku, na ramionach i na stopach. Odwrócił głowę, zobaczył za sobą tłum ludzi, który zaczął go otaczać. Gabriel ostatkiem sił próbował wydostać się. Wyrwał rękę z oblężenia. Opadła tuż przed twarzą lalkarza. Tłum powalił Wilka, przygniótł do ziemi, Gabriel stracił oddech. Ciemność dopadła go z całym impetem.

***

Obudził ją jej własny krzyk. Podskoczyła na pryczy jak rażona piorunem. Poczuła, jakby fragment duszy urwał się bezpowrotnie. Popłynęła łza. Przerażona położyła głowę na poduszkę. - Gabriel. - wyszeptała. Jej nagły ruch obudził Anne. Uniosła głowę. Usiadła. Dotknęła skóry Marii. Była już zdrowa, oparzenia zagoiły się. Miękka skóra oświetlona przez ogień pochodni wydawała się półprzeźroczysta. Czysta i nieskalana dotykiem. Obserwowała, jak pod jej dotykiem powierzania ludzkiej materii marszczy się gęsią skórką. Anna pochyliła się, powąchała ją. Świeża skóra pachniała niesamowicie, różami, świeżym wiatrem. Żadnego nie czuła już wiele lat. Piękne doznania zapachowe zastąpił zapach stęchlizny, palonych ziół i fekalia. Jej nozdrza wypełniły się słodką wonią róż:

"Bóg na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły -

Zawołałem - zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz" - wyszeptała Anna.

Poczuła wzdłuż kręgosłupa mrowienie, wnętrzności wypełniły się żarem, który wypełnił ją całą i wyciekał nagłą radością z każdego zakamarka jej ciała. Pochyliła głowę i pocałowała Marię w ramię. Smakowała jak owocowe żelki, gdy lekko nagryzła skórę, stwierdziła, że strukturę ma podobną.

Maria podskoczyła rażona dotykiem. - Muszę się stąd wydostać — wyszeptała.

- Wiem, ja też. Jutro kochana, jutro. - odpowiedziała Anna, całując rudowłosą w policzek, ta uśmiechnęła się w myślach jak nauczyciel na obietnice podwyżki.


Komentarze

Popularne posty