Jesienny wilk



Jesień, najbardziej przygnębiająca pora roku, oszukuje kolorami przekwitłych liści, mami magią babiego lata, a sama szykuje drogę zimie, jak przetrwać?

Zasady są proste.

- Nie wchodź do lasu. Jesienny wilk czeka tam na Twój błąd. – powtarzała mu babcia. Nigdy nie słuchał, kochał las, a szczególnie o tej porze roku i gdy tylko odwróciła głowę, wyślizgiwał się z domu i biegł pośród drzewa. Wracał późnym popołudniem, a starsza pani czekała na progu. Zawsze w chuście na głowie, wciśnięta w stary zapadnięty, bujany fotel. W poprzek, którego, między podłokietnikami leżała stara drewniana laska. Zawsze się bał, że ten kij jest na niego, że starsza pani wymierzy nim karę. Kobiecina, ze łzami w oczach, wpatrzona w postać wysuwającą się z lasu, podnosiła się i grożąc palcem, wołała go do siebie. Siadał obok, na ryczce o trzech nogach. Kobieta chwytała mocniej laskę, a jej chude pomarszczone palce bielały. Wyglądało to, jakby kryła w sobie jakąś historię, która próbowała z niej wyjść. Z reguły, zamiast opowieści, słyszał „kolacja gotowa” lub „dzwonię do Twojej mamy i jutro wracasz, do domu” czasem chcesz, żebym osiwiała z troski? , co było dość zabawne, bo jej włosy już były białe, jak śnieg. Pewnego wieczoru, jakaś bariera została przełamania i po dłuższej chwili starsza pani, zaczęła swoją opowieść.

- Pamiętam, jak by to było wczoraj – zaczęła mówić- w kilka osób weszliśmy, do tego lasu. Mogło być nas pięciu lub sześciu. Szliśmy na grzyby, dużo ich było tamtej jesieni.Trzymaliśmy się razem, czasy były ciężkie. Po jakimś czasie jakoś się rozeszliśmy. Każdy zamyślony, z grupy staliśmy się grupkami, by w końcu błąkać się po lesie samotnie. Miałam na sobie białą sukienkę i fartuszek, mój koszyk już prawie wypełniony był grzybami. – Babcia kontynuowała swoja opowieść, jej oczy były nieobecne, znowu przeżywała to, o czym opowiadała. – Rozejrzałam się wtedy, po okolicy, była pusta. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, resztę promieni słońca, które zdołały przedrzeć się przez deszczowe poduchy, skradała gęstwina koron drzew. Wokół zrobiło się ponuro i dziwnie cicho. Poczułam zimny powiew i ciężkie kroki tuż za mną. – Znowu na chwilę zamilkła, spuściła oczy, zamyśliła się, podniosła palec do góry i w geście, jakby pokazywała coś za sobą i opowiadała dalej. – Gdy się odwróciłam, nikogo nie było. Poczułam oddech na szyi, przeszedł mnie zimny dreszcz, zaczęłam biec. Kątem oka zerknęłam za siebie, było pusto. Zatrzymałam się, wierzchem dłoni przetarłam zlane zimnym potem czoło.- Wychodź! – powiedziałam, a tu cisza i nawet szmeru wiatru. Tylko liście w jakiś nienaturalny sposób się poruszyły. Pomyślałam wtedy o powrocie do domu i nawet rozejrzałam się za innymi. Zdążyłam dać kilka kroków, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Poznałam po głosie, to był Bożenka, od Karasiewiczów. Gdy dobiegłam na miejsce, skąd usłyszałam krzyk, mała ośmiolatka stała nad wielkim dołem. Podbiegłam do dziewczynki i dotknęłam jej ręki, Bożenka odskoczyła i zaczęła biec, zauważyłam tylko jaka jest blada, wtedy poczułam ten zapach. Słodki, mdlący odór wydobywał się z zagłębienia w ziemi. Spojrzałam do środka. Widok był przerażający, sztucznie utworzony dół, wypełniony był wnętrznościami. Pomyślałam, że to jakiś myśliwy patroszył swoją zdobycz. Zauważyłam też, że ściany dołu miały nierówne kształty, jakby były grabione, albo jak od szponów lub łap niedźwiedzia. Stałam tam chwilę, jak zahipnotyzowana, widywałam już takie miejsca, to miało w sobie coś dziwnego, może magicznego, w swojej makabryczności, coś mnie tam trzymało. Stałam jak słup soli, głos krzyczącej Bożenki dobiegał jeszcze do mnie, ale jakbym słyszała go zanurzona w wodzie. Nagle skarpa pode mną osunęła się, zdążyłam chwycić się kępy trawy. Poczułam lepką wilgoć, jedna noga wpadła do krwistego bajora, z jego powierzchni uniosła się czarna chmura owadów. Drugą nogą, prawą, zgiętą w kolanie zaparłam się, na ścianie osuwiska. Kurczowo trzymałam się trawy, nagle noga zsunęła się i wpadła w gęstą breję i obiema stopami brodziłam w krwawym błocie. Próbowałam wesprzeć stopę, ale piasek nie dawał oparcia, dodatkowo poczułam, że coś zaplątało mi się do nogi. – Kobieta wzdrygała się na samą myśl, ale kontynuowała opowieść. – Z całych sił zaczęłam podciągać się na rękach i wspierać łokciami, poza osuwiskiem. Wolną nogą pomagałam w uwolnieniu zaplątanej, aż udało mi się wyjść z pułapki. Chwilę odpoczęłam w pozycji, w jakiej się wydostałam i wstałam. Zobaczyłam zachlapane krwią buty, odwróciłam się w stronę zapadniętej ziemi, a tam widok, który mam do dziś, przed oczami. Poniżej miejsca, gdzie walczyłam o wydostanie się, sterczało coś, co próbowało zatrzymać w dole, zaplatałam się w ludzką rękę. Ciało pozbawione było skóry, spod resztek mięśni bielały kości. Głowa szczerzyła się do mnie białymi zębami – Starsza pani zbladła, jakby znów tam była i przyglądała się dłoni, która w geście jak w wołaniu o pomoc wystawała z krwistego bajora. – Zemdlałam… – wyszeptała, patrząc na wnuka i kiwając głową. – Tak mi się wydaje. – dodała i kontynuowała. – Niemniej, gdy otworzyłam oczy, wokół było ciemno. W powietrzu unosił się zapach śmierci. Przez korony drzew przebijały się promienie księżyca, podświetlały one mgłę, która spowijała okolicę. Czasami powiew wiatru poruszał chmurami pary, wyglądała, jakby miała własną wolę. Siedziałam tam chwile, próbowałam pozbierać myśli, cicha okolica sprzyjała kontemplacji. – Uśmiechnęła się i machnęła dłonią. – Zanim doszłam do siebie, usłyszałam cichy trzask, niedaleko, jakby łamanych gałęzi. Później kroki i dziwny jęk. Od wgłębienia w ziemi dzieliło mnie kilka metrów, musiałam się sturlać z górki i uderzyć głową w drzewo. Słyszałam szum w uszach i czułam wilgoć we włosach. Wymacałam krew z tylu głowy. – Starsza pani nieznacznie odchyliła głowę i wskazała miejsce, gdzie była, skrywa pod siwymi włosami, dwu centymetrowa blizna – do dziś mam ślad. – Dodała. Szum powoli ustępował, za to dźwięki wokół, zaczęły robić się dziwne. Powyżej mojej pozycji, zaraz obok dziury w ziemi usłyszałam głośne mlaskanie, powarkiwanie i trzask kości. Zrobiło mi się słabo, zakryłam usta ręką. Widocznie zwierzęta wyczuły mięso i dostały się do bajora krwi. Nagle zwierze, które ucztowało, zaczęło ujadać i warczeć przeraźliwie. Poczułam dziwny smród, padliny lub gnijącego bagna, Pomyślałam, że zawiało zepsutym powietrzem, z dzikiego grobu powyżej. Nagle, za pobliskimi drzewami, pojawił się wielki cień, oparty o drzewo wpatrywał się w pokryty mgiełką dołek. Pomyślałam, że to ktoś mnie szuka i już miałam się odezwać, że tu jestem. Cień z nieziemskim rykiem rzucił się w stronę dziury. Blask księżyca, przez chwilę oświetlił bestie, która podpierając się przednią łapą, a drugą wyciągając w mrok, biegła w stronę resztek. Miała czarną sierść i wielkie białe kły, dzika furia, z jaką zbliżała się do dołu, była przerażająca. Zwierz taranował drzewa, łamiąc niektóre, a ziemia drżała, od każdego uderzenia łapy. Gdy dopadł do krwawego wodopoju, warczenie wzmogło się, nagle jedno ze zwierząt zawyło głośniej, jego ryk obił się echem po lesie. Nastała cisza, po chwili usłyszałam skowyt zmieniający się w skomlenie, a z dołu wyskoczył wilk, za nim drugi, uciekały z podkulonymi ogonami. Nadal słychać było warczenie, szamotanie, nagle głuchy trzask i przeraźliwy jęk zwierzęcia. Zrobiło się cicho. Bestia wydała z siebie dźwięk, głos niósł się grzmotem po okolicy. Ponownie coś zajęczało żałośnie, nagle tuż obok mnie, coś z głuchym trzaskiem upadło. Wyciągnęłam dłoń, macając mech, moja dłoń natrafiła na coś. Futro, poczułam pod dłonią ruch, zwierze oddychało jeszcze chrapliwie. Przez chwilę mrok rozświetlił księżyc, zobaczyłam tego wilka. Miał srebrne futro, miękkie, lśniące, zdrowe, jakby wesoły pysk i nic więcej. Rozerwany w pół wilk oddychał, przy każdym oddechu wypluwał z piersi falę krwi. Podskoczyłam, usłyszałam przeszywający krzyk, utrudniał myślenie, wypełnił sobą okolice, jak smród. Co gorsza, utrudniał oddychanie. – Starsza pani ucichła. – To ja krzyczałam. Nagle z dziury wyskoczyło „to”. Był wielki, cuchnący i zły. Nie widziałam co to za zwierzę, słyszałam tylko jego warczący oddech, wielkie łapy i pazury. Na tle lasu był tylko czarną plamą. Głos utknął mi w gardle, jakby przygotowywał mnie do wiecznej ciszy. Powietrze zafalowało, oddech świeżości na chwilę mnie ocucił. Natychmiast zebrałam myśli, odwróciłam się na pięcie i biegłam, ile sił w nogach. Czułam jego oddech na plecach i słyszałam jego ciężkie kroki. Bawiło go ściganie mnie, krążył wokół mnie, czasami zaraz obok. Ja biegłam, nie zważając na gałęzie, czasami się potykając, ale cały czas przed siebie. Instynktownie czułam, że jak się zatrzymam, to zaatakuje. Czasami wydawało mi się, że woła mnie, po imieniu. Opadłam z sił, zatrzymałam się, upadłam na kolano, z oczu popłynęły mi łzy. Usłyszałam, jak się zbliża, człapie prosto na mnie. Nie patrzę. Niech się dzieje co chce, nie mam sił na walkę. Świat , pod zaciśniętymi powiekami, zamigotał barwami. Dźwięki z zewnątrz docierały z opóźnieniem i jak z piwnicy. Usłyszałam człapnięcie tuż obok mnie, olbrzymie ręce uniosły moje ciało w górę. Niech nie boli, proszę, pomyślałam. Wtedy usłyszałem głos Basia! Gdzieś Ty była? . To był głos Twojego pradziadka – powiedziała, wskazując na chłopaka. – Opowiedziałam mu wszystko. Na drugi dzień, wraz z kilkoma osobami, wyruszyli na poszukiwania zwierzęcia, chociaż wiem, że tata mi nie uwierzył. Nic też nie znaleźli. – Nagle drzwi domu się otworzyły i wyszła wysoka blondynka.- Opowiada Ci tę historię z niedźwiedziem? – Zapytała, wskazując palcem, od niechcenia. Chłopak przytaknął. – Andrzeju, nas w dzieciństwie też straszyła tym wielkim niedźwiedziem.-To nie był niedźwiedź, tylko… – Blondynka przerwała jej w pół zdania.- Wiem, wiem „wilkołak”. – Rzuciła, przewracając oczami. – spakowany jesteś synuś? – skierowała głowę w stronę wysokiego chłopaka, on przegarnął burze brązowych włosów i pokiwał czupryną. – A ty języka zapomniałeś?- tak. – odpowiedział.- zapomniałeś języka, ciężka sprawa. – Nerwowo syknęła blondynka.- Tak. Spakowany jestem. Mamo. – odpowiedział Andrzej, nie kryjąc irytacji.- Te hormony. – odpowiedziała mama. Chłopak, nie czekając na jej dalsze uszczypliwości, energicznie chwycił plecak. Pochylił się i pocałował babcie w policzek.- Opowiesz resztę później. Pa – przerzucił plecak przez ramię i skierował swoje kroki, w stronę samochodu.- Nie opowiadaj mu tych bzdur, mamo, proszę. – powiedziała spokojnie, ale stanowczo. -Ktoś gotowy pomyśleć, że coś nie tak z Twoją psychiką. – Dodała zatroskanym głosem, pochylił się do policzka babci . – Muszę jechać, schowaj się do domu, masz zimne policzki. Pa.- Pa. – Starsza pani, nie zdążyła zareagować, a blondynka, machając, wsiadła do samochodu. Pojechali. Trasa do domu prowadziła krętymi drogami, przez gęsty las. Zaczęło padać, asfalt zaczął świecić promieniami odbytych świateł. Chłopak, przyklejony do szyby, obserwował spływające krople. Nagle zapytał.- Mamo, Myślisz, że to prawda? – Odkleił się od szyby i spojrzał na prowadzącą samochód kobietę.- Co? – Zapytała, wyrwana z letargu. – Tak, już dojeżdżamy. – dorzuciła, losową odpowiedź.- Dobra, nieważne. – chłopak się poddał. Do końca podróży się nie odzywał. Wodził tylko palcem, po szybie, przeklinał w myślach i analizował opowieść babci.- Jesteśmy prawie na miejscu. – Rozległ się głos blondynki. Andrzej podniósł głowę, matka rozmawiała przez telefon. – Będziemy za dziesięć minut. Możesz wstawić wodę na herbatę. – chłopak uśmiechnął się, rozmowy rodziców, odkąd pamięta, zawsze go śmieszyły. Brzmiały one jak rozmowy między urzędnikami, krótko i formalnie, ale jednocześnie pełne czułości. – No pa. Buźka. Pogadamy, jak wrócę.Po powrocie do domu zastali stół zastawiony jedzeniem. Przy drzwiach powitał ich okularnik, w pomarańczowej koszuli, spodniach na kant i kapciach. Przeczesał lekko przerzedzone włosy i zasypał ich serią pytań. O podróż, o pobyt, zajęcia i tym podobne. Krótka seria ostrzegawczych pytań, puszczona w powietrze, miała swój ciąg dalszy, przy kolacji.- Babcia jak się czuje? – zapytał ojciec chłopaka, jednocześnie z nonszalancją smarując chleb masłem.- Fizycznie zdaje się zdrowa. – Podchwyciła temat blondynka, specjalnie nie kończąc zdania.- Co masz na myśli, coś nie tak z jej psyche? – Łysiejący okularnik dał się chwycić, na ten manewr.- Trochę...- Tato słyszałeś opowieść babci, o wilkołaku? – Chłopak przerwał matce, zanim zdążyła rozwinąć swoją myśl.- A, rozumiem – Odpowiedział ojciec, porozumiewawczo zerkając na żonę. – Twoja babcia, a moja mama, miała ciężkie dzieciństwo. Wojna odcisnęła na niej swoje piętno. Tak, straszyła nas „jesiennym wilkiem”, jak byliśmy w Twoim wieku.- Wierzysz jej? – zapytał Andrzej.- Wiesz synku, to bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. Kiedyś na spokojnie Ci to wyjaśnimy, porozmawiamy o tym, teraz kończ kolacje i spać.Chłopak ostentacyjnie wstał, szukając krzesłem, omalże przewracając je.- Dobranoc. – wycedził przez zęby i wyszedł, głośne tupanie na schodach przerwało, trzaśniecie drzwi.Andrzej pół nocy rozmyślał, o tym, co usłyszał od babci. Układał scenariusze, szukał poparcia w legendach, gdy wszystko zaczęło układać się w logiczną całość, zasnął. Obudził go dźwięk. Cichy szmer, kwilenie tuż za oknem. W pokoju było ciemno, przez okno wlewało się, gęstą falą, światło księżyca. Próbował wymacać włącznik, lampki nocnej. Po kilku próbach poddał się. Dźwięk za oknem zmienił się, Andrzej usłyszał, powodujące ciarki, skrobanie o szybę. Przecierając oczy, zsunął się z łóżka. Powoli podszedł do okna, czuł pod stopami ciepły dywan. Gdy stopy chłopaka, znalazły się w świetle, wpadającym przez okno, zrobiło mu się zimno. Drętwiejące stopy przestały go słuchać. Szurając nimi po dywanie, podszedł do okna, za nim było pusto. Blask miesiąca oświetlał okolicę. Chłopak poczuł ruch, tuż za nim, odwrócił głowę, e pokoju było pusto. Tylko cień. Kształt okna, który rysował księżyc na dywanie, skrywał cień, nie jego. Czarna plama na podłodze poruszała się, Andrzej obserwował dywan zahipnotyzowany. Pleciona płachta, leżąca na podłodze, nigdy nie zajęła jego myśli, na tak długo. Po chwili, w jego umyśle pojawiła się myśl, która zagrała na cienkiej nucie strachu, jak delikatny szept. „Jestem za Tobą”. Zimno stóp rozeszło się z krwią, po całym ciele. Odwrócił się do okna. Zobaczył wielką czarną plamę, która ledwo mieściła się, w ramie okna. Bestia za oknem obserwowała Andrzeja. Dyszała, a z jej ust, pomiędzy wielkimi kłamie, wydobywała się para. Wielkie źrenice potwora hipnotyzowały chłopaka. Nie mógł się ruszyć, wpatrzony, w świecące ślepia stał, jak słup soli. Nagle, monstrum zaatakowało. Zaskoczony młody mężczyzna nie zdążył zareagować, mógł tylko obserwować, jak wilkołak wyciąga wielkie łapy w jego kierunku. Szyba wygina się pod ich dotykiem i pęka bezgłośnie jak przedziurawiony, przeźroczysty kawałek materiału. Wielkie szpony zacisnęły się na szyi chłopaka. Andrzej, krzycząc, ostatkiem sił, czując na sobie ciężar bestii, przebija barierę snu. Próbując uwolnić szyje, z zaciskających się szponów, poczuł, jak niewidzialne ręce łapią go za nadgarstki. Zerknął niżej, a z cienia sięgały, w jego kierunku, setki dłoni, próbowały wciągnąć go w mrok. Gdy czerń zaczęła pochłaniać jego ciało, spojrzał w paszcze bestii, nad rzędem wielkich zębów zobaczył jej oczy. Były spokojne, prawie ludzkie, podobne miała jego babcia. W tym momencie uzmysłowił sobie, że to ona stała za oknem. Myśl, która bezgłośnym wrzaskiem, przebiła się z koszmaru w rzeczywistość „Babcia”. Bezwładnie walcząc, z niewidzialnym wrogiem, próbował wyrwać dłonie z uścisku. Usłyszał krzyki, które nie miały sensu, przez chwilę myślał, że sam wykrzykuje coś w panice, ale zaciśnięte szpony odcięły dopływ powietrza. Szum w uszach, zniekształcał słowa, wiedział, że zaraz straci przytomność i to będzie koniec. Zebrał resztki sił, zaćmiony umysł, nagle zaczął pracować. Wtedy zrozumiał, co krzyczą demony.- Andrzej! – Jakby znany głos, wołał go, z zaświatów. Wymachując rękoma, obudził się. Zlany potem chłopak, łapczywie chwytał każdy oddech. Mama przytuliła go do siebie.- Trzeba zrobić coś, z tą wariatką! – krzyknęła do męża, który siedział po drugiej stronie łóżka i przyglądał się nieprzytomnym oczom chłopaka. Mężczyzna przytaknął, bez słowa wyszedł. Blondynka trzymała w ramionach, skulonego i ciągle trzęsącego się syna.- To tylko zły sen, syneczku. – szeptała. Za oknem zaczęło świtać.Mężczyzna z urzędniczą dokładnością wybrał, wykalkulował koszt i jak słupek w Excelu przeniósł matkę, do domu spokojnej starości „Eliza”.
- Halo Andrzejku. – Usłyszał. – Tu Twoja babcia. Robi się ciemno, on wrócił i nie jest sam. – Mówiła szeptem, w dziwny sposób modulowała głos. W tle było słychać starą piosenkę, kobieta miała w domu stary gramofon. – Słyszę, jak chodzi wokół domu, skrobie ściany, puka w okna i łapie za klamkę. Boje się… Trzeba go powstrzymać, raz na zawsze. Odejdź potworze! -krzyknęła, rozległ się trzask. Chwila ciszy i w słuchawce rozległ się sygnał, przerwanej rozmowy. Chłopak opuścił wzrok i posmutniał.
- Co się stało? – zapytała, lekko pochylając głowę, szukała wzroku Andrzeja. Położyła dłoń na jego kolanie.
- Hmm, słucham? – Podskoczył jakby wyrwany ze snu. – Nic. Babcia. Zrobiło się jej gorzej. – Cedził przez zęby, monosylabami. – napiszę do mamy, że dzwoniła. – Znowu zanurkował w myślach i zawisł nad telefonem.
- Dobrze. – Dziewczyna przyglądała się, chłopakowi, który ostrożnie, jakby ważąc każde słowo, pisał SMS. Gdy zobaczyła, że wysyła wiadomość, odezwała się. – Koniec, tego zamulania, w domu. Idziemy, na miasto.
***
Wrócił późnym wieczorem, cicho otworzył drzwi i wysunął się, do środka. W salonie siedzieli rodzice. Szeptali coś, mama chłopaka, pociągała nosem. Najwyraźniej coś się stało, Andrzej, nie do końca chciał wiedzieć co. Miał za sobą ciężki dzień. Zamyślony próbował przemknąć, niepostrzeżenie, obok rodziców. Skrzypienie schodów, udaremniło jego zamiary.
- Andrzejku? – usłyszał głos matki. – to Ty? – zapytała drżącym głosem, blondynka.
-Tak, to ja. – odpowiedział, przyłapany.
- Chodź tu do nas. – odezwał się ojciec, panujący, jak zawsze, nad głosem.
Andrzej, wchodząc do salonu, nadal czuł, że nie mają dobrych wieści. Ogarnęło go nagłe zimno i jego nogi, jakby lekko się uginały.
- Znaleźli babcie. – Rozpoczął ojciec. – Siedziała na progu, swojego domu. – Dokończyła, płaczliwym głosem, za męża. Przytykając, do nosa chusteczkę, dodała. – Policja podejrzewa, że błąkała się, cały dzień po lesie. Wieczorem usiadła na progu, w bujanym fotelu i tak już została. – Blondynka zakończyła, salwą łez.
-Zawału dostała. – dodał ojciec i przytulił żonę.
Chłopak, nie wiedział, jak znalazł się, w swoim pokoju. Przed oczami miał obraz babci, jak siedzi na progu i czeka na niego.
- Dzwoniłam. Czekałam, na Ciebie. – usłyszał, za plecami. Poczuł, zimny i mocny uścisk, na ramieniu. Złapał za dłoń, która go złapała. Trzymała mocno jak skręcone imadło. Z całych sił próbował, uwolnić się, w końcu uścisk zelżał. Trzymając obcą dłoń, odwrócił się. Zobaczył twarz, która była mu znajoma.
- Babciu? – Wydusił z siebie, pytanie w głosie było odruchowe, dobrze wiedział, że to nie może być ona. – Przecież Ty…
- Nie żyje? – Postać przerwała mu, w pół zdania. – Tak i to Twoja wina. – dodała.
Chłopak poczuł, jak dłoń, którą trzyma, delikatnie wysuwa mu się z rąk. Poczuł za to, lepką, jakby galaretowatą strukturę, zetknął wtedy na dłoń. W jego rękach został strzępy skóry, a dłoń babci, odarta z powłoki odkryła mięśnie i kości. Poczuł, jak słodką falą, podchodzą mu do gardła, mdłości, wymieszane ze wszystkim, co dzisiaj jadł. Zetknął na twarz kobiety, która zbladła, jak prześcieradło, jej oczy zasłoniły się bielą. Nagle, skóra zaczęła zielenieć i łuszcząc się odpadać płatami. Nogi chłopaka zaczęły się uginać, Andrzej, próbując utrzymać się na nogach, chwile dreptał w miejscu, jakby tańczył. Upadł, a za nim pusty szkielet, by następnie zmienić się w pył. Poczuł pod twarzą, zimną, a jednocześnie miękką powierzchnię. Otworzył oczy, przed twarzą zobaczył, gęsty, pierzasty dywan. Usiadł, złapał się za głowę i próbował zrozumieć, co się stało, poprzedniej nocy.
Uznał, że to był koszmarny sen i wstał z dywanu.
***
- Żegnamy dziś, naszą siostrę… – Słowa księdza, które wypowiadał nad grobem starszej pani, w ogóle nie trafiały do Andrzeja. Jego nieobecny wzrok, krył plan, który ułożył dzień wcześniej. Kolejna, koszmarna noc, podsunęła mu rozwiązanie.
- Babciu, dziś przyjadę i dorwę drania.- powtarzał w myślach, jak mantrę, licząc, że babcia go słyszy. – dorwę...
-Z prochu powstałeś… – Ostatnie pożegnanie, miało się ku końcowi. Chłopak nie czekał. Odwrócił się i już miał wychodzić, gdy stanęła przed nim. Była smutna, może nawet bardziej niż on, spojrzała na niego, dobrotliwie się uśmiechnęła. Już miał, na końcu języka „dorwiemy drania”, gdy powiew świeżości podsunął mu myśl „siostra bliźniaczka babci”. Uściskał ją i złożył kondolencje.
- Nie zostajesz na stypie? – zapytała, chłopak był już kilka kroków dalej i nie usłyszał pytania.
Gdy dotarł, do domku babci, zaczęło robić się szaro. Domek stał na uboczu, na małej polanie, otaczał go gęsty las, za pagórkiem płynęła mała, ale wartka rzeczka. Sama chatka była drewniana i miała duże okna. Zachodzące słońce oświetlało, jedną ze ścian, sprawiając wrażenie, że ktoś tam mieszka i ma zapalone światło.
Andrzej, zaopatrzony w siekierę, czekał. Słyszał tylko tykanie zegara, czasem szczekanie psa, sąsiadów zza lasu. Za oknem było już ciemno, okolice oświetlał księżyc. Chłopak wtulony, w stary czerwony fotel, zaczął przysypiać. Poczuł ciepło, nadchodzącego snu, błogość, z siłą mechanicznego młota, przerwał trzask. Mężczyzna zastygł, w pozycji pół siedzącej. Cisza. Nawet pies, już nie szczekał.
-To tylko sen.- powiedział, do siebie. Po chwili ponownie zatopił się, w swoich myślach. Zastanawiał się, co właściwie tu robi, dlaczego goni, za szaleństwem swojej zmarłej babci. Czy sam chce dojść, do granicy, za którą jest tylko szaleństwo. Nagły rumor, tuż za drzwiami obudził jego umysł, do trzeźwości. Szaleństwo, z którym już chwytał się za klapy, nabrało realnych dźwięków, bo kształtu jeszcze nie miało.
- Halo? – zapytał, licząc na odpowiedź. Zamiast odpowiedzi, usłyszał nieludzki jęk i chaotyczne pukanie. Andrzej podszedł do okna, lekko uchylił zasłonę. W półmroku oświetlona promieniami księżyca, tłukła się, przy ścianie czarna postać. Chłopak, przez ułamek sekundy, zobaczył pokryte futrem ciało i obnażone kły. Odskoczył od okna, potrącając przy tym garnki, narobił hałasu, na całą okolicę. Na zewnątrz zrobiło się cicho, by po chwili, ze zdwojoną siłą, potwornym rykiem, uderzyć w twarz rzeczywistością. Bestia przebiła się przez stare, drewniane drzwi. Chłopak nie zdążył zareagować, gdy powietrze wypełnił potworny krzyk, kawałki rozbitych drzwi i strach. Ledwo łapiąc pion i powietrze, Andrzej wybiegł, drugim wyjściem. Zapomniał, że przyszedł tu pokonać tego potwora, że obiecał. Chłopak pobiegł, na pobliskie wzgórze. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Znowu było cicho, okolice spowijała opadająca mgła, oświetlana blaskiem księżyca. Czuł w powietrzu obecność, zawsze ją czuł, gdy ktoś umierał. Nieznany lęk, połączony z poczuciem pustki, tak jakby śmierć, krążyła jeszcze wśród bliskich i zastanawiała się „kogo jeszcze zabrać, skoro już tu jestem”. To zimne uczucie obecności, teraz było silniejsze, niż kiedykolwiek. Teraz miało też, realne kształty, jesiennego wilka. Andrzej usłyszał szelest liści jakby z kilku stron naraz. Jesień dała mu przewagę, naturalny wykrywacz ruchu. Za późno, na naukę obsługi, nauczka przyszła, nagłym ciosem. Chłopak poczuł na sobie uścisk śmierci i nagły ból, prąd przeszywający ciało, wzdłuż kręgosłupa. Bestia zatopiła kły, w jego szyi, upadli. Zaczęli toczyć się z pagórka. Andrzej całej siły próbował wyrwać się ze zwarcia. Zadał potężnego kopniaka. Stwór puścił szyję i zerwał się na równe nogi. Chłopak też pozbierał się i wstał. Bestia, skryta w mroku, znowu rozpoczęła szarżę, Andrzej był na to przygotowany. Odskoczył i nadał kopniakiem, potworowi, dodatkowego pędu. Stwór z impetem przeleciał przez krzaki i zsunął się, ze skarpy. Chłopak usłyszał, głośny plusk, bestia wpadła do rzeczki. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa płynie, gęstą stróżką krew. Złapał się, za rozerwany kark, wymacał kości. Świat zawirował, poczuł zapach gnijących liści i dotyk jesieni na twarzy. 
***
Nagle, telefon przerwał ciszę. Młodzi ludzie, zagubieni w swoim towarzystwie, spojrzeli po sobie i zignorowali. Chłopak zaczął się kręcić. Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową, wskazując na telefon. Mężczyzna wyjął telefon i przesunięciem palca odebrał.
Zemdlał.



x

Komentarze

Popularne posty