13. Żniwiarz
-Wiem, że patrzysz. Zagubiony w swoim świecie. Słyszę, jak czerwie żywią się Twoją duszą. - wyszeptał, gdy przestał wrzeszczeć. - na końcu języka czuje słodki smak Twojej zguby. Kubki smakowe podskakują w ekstazie na myśl uczty, jaka mnie czeka. - bezszelestnie wyskoczył z zarośli deszczowego lasu. Pojawił się przy Julii, zanim ta zdążyła zareagować. - Byłem głodny, a Ty mnie nakarmiłaś, byłem spragniony, a Ty mnie napoiłaś… - przerwał monolog na ułamek sekundy przed wbiciem kłów w łabędzią szyję kobiety…
Ciągle pamiętała ciszę na sali porodowej. Zrodzona z jej bólu istota milczała. Martwy pierworodny zapłakał w jej duszy. Rozdzierając ją wyrwał z serca ostatnie tchnienie. Biel sali, mdły różowy kolor jarzeniówki ukołysał jej łono do snu.
Zemdlała.
Obudziła się po trzech dniach.
-Gdzie on jest? - krzyczała. - Oddajcie mi moje dziecko! Oddajcie, błagam. - do rana jej głos zdarł ból ze strun głosowych. Obsługa szpitala przyjęła z ulgą więdnący w gardle krzyk.
-Pani Julio. Proszę odpocząć. Wkrótce zjawi się Pani mąż. - uspokajają ją pielęgniarka.
-Po prostu mi go oddajcie… - odpowiedziała, z trudem przełykając ślinę. Położyła się na boku i wpatrzona w okno przyciągnęła kołdrę pod samą szyję. Jej wielki oczy były przekrwione od łez. Źrenice stawały się puste, a goszczący w nich błysk spłynął razem z ostatnią kropką słonej cieczy.
Wszedł bez słowa, usiadł delikatnie przy jej nogach.
Przepraszam.. - wyszeptała. Pogładził jej wystającą spod kołdry stopę. Julia natychmiast ją schowała. Zwinięta w embrion tonęła w bieli łóżka. Gremza właśnie wrócił z pogrzebu ich nienarodzonego syna.
-Byli wszyscy nasi przyjaciele, rodzina, znajomi i współpracownicy. - odezwał się po dłuższej chwili. Zbierał siły. Bał się tej rozmowy. - Nie wiedzieliśmy, kiedy się obudzisz. Wszyscy radzili.
-zabierz mnie do niego. - przerwała słabym głosem wpatrzona w kropkę wody płynące po szybie. Nie drgnęła nawet o milimetr.
Popołudnie było deszczowe. Lało jak nigdy. Krople deszczu otulały parę. Próbując osłonić Julie przed deszczem popychał szpitalny wózek. Po chwili brodzenia w błocie dotarli do świeżego grobu. Strużka wody utworzyła potok błota niosąc świeży piach. Zsunęła się z siedzenia upadła na kolana i wsunęła dłonie pod kobierzec kwiatów. Poczuła między palcami ciepły piach.
Chodź do mnie wyszeptała. Wyciągnęła naręcz piachu i ziemi. Przyłożyła do siebie i odsłoniła pierś. Gęsty deszcz rozmywał piaskowe dziecko. Ponownie zatopiła ręce w świeżym grobie i również deszcz zabrał jej golema. Uniosła zabłocone ręce ku niebu. - Oddaj mi go. Błagam. - Bóg w odpowiedzi oczyścić jej dłonie. Christopher odkrył ja płaszczem i ukląkł tuląc ją do siebie najmocniej jak mógł. Oboje mokli, razem cierpieli i płakali wspólnie.
Tak było.
Do dziś czuła zapach deszczu i błota. On też. Teraz znowu go wyczuwała. Zahipnotyzował go. Dodatkowo głos, który do niej szeptał i płacz dziecka. Po Prostu musiała tam być. Szła przed siebie, za głosem. Nagłym podmuchem wiatru omdlała. Złapał ja wpół. Pachniało deszczem, wilgocią, płatkami róż i czymś jeszcze. Tracąc świadomość nie mogła skojarzyć zapachu. Po chwili zastanowienia, przypomniała sobie. Porodówka.
To zapach krwi.
Osunęła się bezwładnie w ramiona przybysza. Ten nie przestając ssać krwi z jej szyi uniósł ja na ręce. Noc była piękna. Księżyc żniwiarz zaglądał między liśćmi na swoją ulubioną zabawkę. Okolica była cicha. Kapiąca z liści rosa rozdzierała okolice swoim niemym krzykiem.
Komentarze
Prześlij komentarz