13:Can't Break Me Down
The devil's house in the shape of a chapel
You hid the knife in the core of an apple
Burn me, try to hurt me
Try to hit me when my back was turning
- Jestem zmęczony, tęsknię za domem. Męczy mnie ich obecność, ich smutki, żale, puste słowa i obietnice. Jak samotne ptaki narażone na deszcz. Wtulam sie tylko w skrzydła swoich wspomnień. unikam światła w dzień, szukam go w nocy. - szeptał przygarbiony starzec, jego szare oczy wpatrywały sie w dal, gdzie u jego stóp w dolinie wiła się ścieżka prowadząca wzdłuż jeziora w stronę Różopola. Pełnia oświetlała okolice. Noc była jasna. - Wiedziałem, że ktoś tu przyjdzie. Prędzej czy później. Nie myślałem, że to będziesz Ty, ale ja tego nie mam.
- To gdzie to jest? - zapytała delikatnym głosem Selene. Jej zwiewna sukienka falowała, pajęcza sieć materiału otulała jej ciało podkreślając idealne kształty.
- Szukałem wiele stuleci. Drzewo grzeszników. Nie ma czegoś takiego. - odpowiedział chrapliwym głosem troll - Dotykałem wszystkich drzew świata i nic. - dodał rozkładając ręce wskazując okolice i pochylając głowę.
- Kłamiesz! - krzyknęła. Jej oczy zaczerwieniły się, usta zacięły w gniewie. Zacisnęła pięści. - Powiesz tak, czy inaczej. - Wycedziła przez zęby i wbiła mu sztylet w serce. Momentalnie znieruchomiał, potem upadł, zwinął się w pozycję embrionalną i zamienił w kamień. Selene położyła na nim dłoń. wyszeptała zaklęcie, opuszki jej palców, które stykały się z powierzchnią kamienia zaświeciły. Skała zadrżała. Kobieta odsunęła się o kilka kroków. Nagle okolicę przeszył huk. Zwierzęta w pobliskim zoo zaczęły w panice miotać się w boksach. W miejscu gdzie upadł troll stała kamienna postać. Chudy wysoki twór obejrzał się na Selene, ta podeszła chwyciła w dłonie kamienną twarz, ucałowała zimne usta i szepnęła - Znajdź ich.
***
Kiedyś.
Leżała w wielkim łóżku. Spędziła tam cały weekend. Jak wspomnienie ostatnich dni piętrzyły się talerze, kartony po pizzy i brudne szklanki po napojach. Rozpamiętywała przeszłość, cięła żyły błędami, podcinała gardło zmarnowanymi okazjami, dławiła się każdym słowem, które nie padło jak tabsami usypiającymi. Wtulała się w poduszkę i klęła w myślach. Jej samotność rozgościła się w sercu i omotała umysł. Czarny cień siedzący w kącie pokoju szeptał jej do ucha - Czas umierać. Całe zło tego świata w jednym miejscu, czekające na kolejną duszę. Samobójca to najsmakowitszy kąsek dla wszelkiego rodzaju bytów. Im dłużej dziewczyna zastanawia się nad śmiercią tym więcej zagubionych pojawiało się w okolicy. Każdy szeptał to samo. - Umrzyj. To jak długa droga w dół, im bliżej tym krok staje się szybszy. Okolica opustoszała z ptaków. Liście drzew zieleniły się zgniłym kolorem. Wiatr unoszący kurz stał się ciężki od mrocznych istot, które przepedzając się nawzajem czekały na ostatnie tchnienie ciała i duszy. Gęstą chmarą podróżowały z Katią już jakiś czas. Podsuwały jej słowa, które wypowiadała:
- U mnie wszystko w porządku mamo. Tak radzę sobie. - odpowiadała jak robot, zaprogramowany przez mrok. - Tak wpadnę do Was. - Skłamała. - Tak wpadnę na obiad w niedzielę. - Skłamała po raz kolejny. Zamknęła oczy składając telefon kończąc rozmowę. Następnie rzuciła go na ziemię. Telefon wirował dłuższą chwilę zanim spadł kilkanaście metrów niżej i roztrzaskał się o leżący tam kamień. Dziewczyna stała na krawędzi dachu. Palce jej bosych stóp oplatały krawędź, jak trzyma się człowiek ostatkiem sił wisząc na krawędzi, tu powstrzymywały się przed pozostaniem po tej stronie dachu. Jej zwiewna sukienka łopotała na dachu jak biała flaga. Poddała się. Jej demony wygrały. Tańczyły wokół niej. Muskały jej ramiona, które pokrywała gęsia skórka. Okolica była pusta, późny wieczór usypiał wszystko wokół młyna Tańskich. Powietrze pachniało latem. Wieczór był ciepły.
i skacz, chodź do nas... - szeptały poczwary, które wyczuły łzy dziewczyny. Dziewczyna stała na dachu i rozkładała każdą chwilę a kawałki. Śledziła swoje poczynania krok po kroku. Sekunda po sekundzie, aż do momentu gdy usłyszała w głowie po raz milionowy "nie kocham Cię". Wtedy serce rozdarł jęk bólu i dziewczyna zsunęła się z dachu. Z gracją baletnicy i akompaniamencie w trzepotu skrzydeł sukienki upadła. Leżała obok telefonu, który wyświetlał zdjęcie mężczyzny, który wywrócił jej świat do góry nogami. Otwarte oczy wpatrywały się w świecący telefon, aż wygaszacz zgasił ostatni promień światła. Katia zemdlała. Upadając nadziała się na wystający pręt, który sterczał z ziemi. Powoli czerwień zaczęłą dominować nad bielą sukienki. Strużka krwi popłynęła pomiędzy zaprawą starych murów i zaczęłą kapać do kanału wypełnionego gnijącą wodą. Ta zabulgotała. z dna wypłynęłą topielica, jej blada skóra rozświetliła wodę, chwilę nieruchomo unosiła się tuż pod zielona taflą kanału. Wpatrywała się czarnymi źrenicami w gwiazdy. Jej skóra ponownie poczuła kroplę krwi. Wyskoczyła z wody, rzuciła się na brzeg próbując sięgnąć dłoni leżącej dziewczyny. Nie mogąc opuścić wody skowytała jak zwierze przypalane żywym ogniem. Nagle okolice wypełnił dźwięk bębnów. Każde uderzenie przeszywało okolice jak basy bety Sebixa. Topielica oblizała się. Zsunęłą z gracją do wody, odepchnęłą od brzegu i uciekła w głąb do pobliskiego bajora. Strach pokonał głód. Nieprzytomna dziewczyna drżałą w konwulsjach. Nagle wokół niej ziemia zaczęłą delikatnie falować. Po chwili pojawiły się palce. Pochwyciły one dziewczynę i powoli zaczęły wciągać ją pod powierzchnię gliniastego podłoża. Ciało zniknęło pod ziemią, nad jej powierchnią przez chwilę sterczałą dłoń Katii. Ocknęła się i próbowała chwycić czegokolwiek, jej palce zaciśnięte w glinie wyżłobiły rowki, zanim całkowicie zniknęła.
- Ona jeszcze żyje! Nie możecie tego robić! - krzyczał Lyesberg. - Nie miała być pogrzebana, to wbrew prawu Baphometha!
Komentarze
Prześlij komentarz