Lágnætti


"Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, 

 jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła." 

 Carl Gustav Jung 

Siedziała nad pustą kartką. Opinia psychologa dla osoby z depresją. To zawsze to samo. Mały wyrok, kwestia czasu. Na szczęście to już poza mną. – pomyślała. Dragi albo sesje psychoterapeutyczne i dragi, w najgorszym wypadku szpital, sesje i dragi. Na szczęście czasy elektrowstrząsów i lewatywy się skończyły. Pacjent jest w miarę bezpieczny, pod kontrolą i nie ma szans na zrobienie jakiejś głupoty. Blanka Rudzińska wzięła łyk wody, nabrała w płuca powietrza i stwierdziła, że potrzebuje się przejść. Zamknęła laptopa. – Praca nie zając – szepnęła i zawołała psa. – Idziemy na spacerek, pani musi odpocząć od pracy. Długowłosa blondynka wzięła zwierzę na ręce. Mieszkanie w bloku ma uroki. Nigdy nie jest się samemu i jednocześnie ma się miejsce na samotność. Po drodze spotkała panią Zosię. Starsza przygarbiona kobieta bacznie przyglądała się dziewczynie. Głowę starowinki przykrywała chusta. Kobieta wyglądała jak wyjęta ze starych obrazów. Brakuje jej tylko tobołka z chrustem lub kosza z ziołami. Blanka minęła starszą kobietę, szepnęła tylko „dobry wieczór” proforma, z uprzejmości, bo staruszka nigdy nie odpowiadała. Położyła psa na ziemi i ruszyła w kierunku pobliskiego lasu. Okolicę przykrywała lekka mgiełka, robiło się zimno. Ostatnie podrygi lata dawały jeszcze nadzieje, ale sam wieczór z reguły był chłodny i jak dziś mglisty. Latarnie w miejskim lasku oświetlały okolice, a otulająca je mgiełka tworzyła coś na wzór kolorowego abażuru. Blondynka zerknęła na telefon. Nikt się nie dobija. Wybrała numer do pacjentki, która nie pojawiła się na rozmowie, a dla której przygotowuje opinie, które trafi do poradni specjalistycznej. Po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa „Cześć tu Kat. Nie mogę lub nie chce odebrać telefonu… Lub nie jestem w stanie, bo… a nieważne. Wiesz co robić. Zostaw lub nie.”, po której chwile słychać pociąganie nosem. Płakała. Sama poczta wołała o pomoc. Blondynka jeszcze raz spróbowała się połączyć i nagrała się na pocztę. Wie, że jest coś nie tak. Wyszukała numer do matki dziewczyny. - Tak rozmawiałam z nią kilka minut temu. Umówiłyśmy się na niedzielę. Przyjdzie na obiad. Wydawała się spokojna. Czasem odpowiadała tylko „tak - nie”, ale instynkt matki podpowiada mi, że wszystko gra. Proszę się nie martwić. – dodała matka Katji na do widzenia. „Proszę się nie martwić” kurcze, wiem to, nie umiem. Zwariuje kiedyś przez tę pracę. Podobno znieczulica przyjdzie z czasem, ale na razie każda dusza w moim gabinecie urywa część mojej. Nagle rozległ się głos dzwonka z jej telefonu. Urządzenie dzwoniło, ale nie wyświetlał się kto. Blanka przesunęła symbol zielonej słuchawki. W słuchawce usłyszała szloch i bębny. Wydawało się jej, że kwilenie należy Kat. – Kat czy To Ty? – zapytała blondynka. Szloch zmienił się w przeraźliwy krzyk. Tak głośny i przenikliwy, że odrzuciła telefon kilka metrów dalej. Gdy ogłuszający pisk w uchu ustąpił podbiegła do aparatu. Podnosząc go, zauważyła, że jest zablokowany. – Mówiłam, że w końcu zwariuje, przejmując się wszystkim i wszystkimi. – wyszeptała. Odblokowała telefon w poszukiwania ostatnich połączeń i ostatnim było to do matki podopiecznej. Przetarła twarz. Wtem latarnia tuż nad nią zaskwierczała i zgasła. W krzakach kilka metrów dalej jakieś dziesięć latarni dalej zaczęło coś warczeć. Młode drzewka w tym miejscu miotały się nieludzką siłą. Mikry pies zaczął warczeć, ale po chwili schował się za nogą dziewczyny i trząsł się jak galareta. Kobieta walczyła ze strachem, ale stwierdziła, że to jakieś dzieciaki. Woląc nie konfrontować swoich strachów z rzeczywistością, wzięła przerażonego pieska na ręce i szła dalej. W tym samym momencie latarnie zaczęły migotać. Tak która była tuż nad buszującymi w krzakach dzieciakami zaiskrzyła i zgasła po chwili druga i coraz bliżej Mariki, wtedy wybrała dróżkę, która prowadziła najszybszą drogą do domu. Las powoli zanikał w mroku. Wszystkie latarnie zaczęły gasnąć, jedna po drugiej. Szczególnie wzdłuż drogi, która była równoległa do dzikiej dróżki, którą wybrała blondynka. Gdy ciemność ogarnęła cały park dziewczyna była jakieś pięćdziesiąt metrów od świateł ulicznych. Nagle na skraju drogi, na tle latarni dojrzała bardzo szybko poruszającą się, nienaturalnie przygarbioną postać. Najwyraźniej ktoś próbował odciąć jej drogę. Adrenalina podskoczyła poziomu maksimum. Wymacała na dnie torebki spray pieprzowy. Nagle tuż za nią usłyszała cichy jęk i dźwięk łamanych gałęzi. Ciarki przeszyły jej ciało. Włosy stanęły dęba. 

 *** 

 Obudził ja pocałunek. Usta smakowały deszczem. Czuła jego oddech na karku, był ciepły i intensywny. Oplótł ją dotyk dłoni, który przyprawiał o drżenie. Poczuła, jak delikatna struktura pościeli otula jej stopy, muska łydki uda i podbrzusze, aż świat zawirował i poczuła motylki w brzuchu. Delikatna fala podniecenia przeszyła jej ciało, delikatnie się wygięła i zatopiła palce w atłasowym łożu, czuła jak palce ślizgają się po nim, zapadała się w rozkoszy. Wiedziała, że to tylko sen nie chciała otwierać oczu. Rozkoszowała się chwilą. Tańczyła w myślach spleciona z Nim. Ona obejmowała go rękoma i nogami, on był w otulony nią, uśmiechał się, a on całował i na przemian odgarniał jej włosy z twarzy, które oplotły ich w miłosnym uścisku. Ciało smakowało czymś ciepłym, silnym i męskim. Tęsknotą. Wokół wibrował hipnotyczny dźwięk bębnów. Pokój pachniał lasem i czymś nieznanym. Czuła się dziwnie. Jak tuż przed obudzeniem, gdy chce się jeszcze spać, a wiemy, że zaraz zadzwoni dzwonek. Analizowała wszystko. Ostatnie co pamięta, to rozmowa z mamą „tak do zobaczenia w niedziele” kłamała. Wokół słyszała głosy. Nie rozumiała ani słowa z ich rozmowy. Czuła na twarzy pieczenie, a w brzuchu motyle. Dziwne uczucie. Chwilę później w uszach pojawił się szept. Przenikał ją i przywoływał. Wołał ją po imieniu jej głosem. Przypomniała sobie, że skoczyła z tamtego dachu. Pomyślała, że właśnie umiera. 

 *** 

 To wbrew prawu! – wykrzykiwał starzec. Jego lekko przygarbiona postać, nienaturalnie duża głowa i długie ręce przypominały wielkiego pająka. Dodatkowo na twarzy miał kilka nacięć, które jak powieki otwierały się, na przemian, by odsłaniać ludzkie źrenice. Tak, pająk to dobre porównanie. Okryty długą wstęgą materiału, która kilkadziesiąt razy oplatała jego ciało, by nad głową tworzyła kaptur z końca materiału. Wymachiwał długimi kończynami przed twarzą innej karykatury człowieka. Ten drugi pokryty był długimi kolcami, które przebijały długi płaszcz. Istota była wysoka, przypominała wysokiego jeżozwierza. Twarz jego była na pół ludzka, a pół zwierzęca. Oczy wydawały się wyrażać współczucie dla dziewczyny, której ciało leżało nieopodal. Katafalk, a którym spoczywało ciało kobiety. Leże zbudowane było z korzeni, które w jakiś nienaturalny sposób wyhodowano właśnie w taki kształt. Komnata była ciemna, oświetlały ja tylko delikatnie mrugające na żółto bioluminescencyjne grzyby. Nieopodal stała, na pozór kamienna misa chrzcielnicy. W jej wnętrzu buzował jakiś świecący swoim światłem błękitny płyn. Podskakujące bąbelki wrzącej cieczy oświetlał dodatkowym błękitem wnętrze kapliczki, tuż nad chrzcielnicą na cieniutkich, ale gęsto utkanych grzybowych nitkach, jak w siatce wisiało bijące serce. Mieniło się na przemian żółtym i błękitnym światłem. Co jakiś czas z organu kropla płynu kapała do misy poniżej. Wnętrze było wysokie, a na ścianach majaczyły freski i płaskorzeźby. Przedstawiały one dziwne, nieludzkie twory wyjęte jak ze snu, które tańczyły wokół wielkiej skrzydlatej postaci. Nagle do wnętrza weszła zakapturzona postać. Zawiesiła na ścianie pochodnie. - To wbrew prawu. - wykrzyczał jeszcze raz Lylsberg. – Zaczynajmy. – dodał. Podszedł do dziewczyny, która majaczyła. Wyginała się na katafalku, ale jeszcze żyła. – Jest niewinna. Nie powinniśmy, nie należy do nas! – zamarudził ponownie. Przesunął dłonią wzdłuż ciała dziewczyny. – Wyczuwam w niej jednak coś. Ból. Nieziemski żal. – zakończył i podszedł do chrzcielnicy. Zanurzył dłoń w misie. Jego dłoń zaczęła falować, kurczyć się jak zanurzona we wrzącym oleju. – uniósł głowę i spojrzał na serce. – Prowadź mnie Baphomecie. – Wyjął ociekającą od płynu dłoń, poodszedł do dziewczyny. Wsunął dłoń w otwartą ranę. Obrócił nią w jej wnętrzu. Kat wygięła się w konwulsji i opadła. Pająk wyjął dłoń z jej trzewi, a następnie musnął palcami twarz dziewczyny. Krew pomieszana z błękitną cieczą weszły w reakcje ze skórą, która zaczęła pęcznieć w miejscu dotknięcia i pulsować. Unosił się dym reakcji. Podobnie z jej brzucha wydobywał się dym i dźwięk palącego się miesa. – Jesteś w Midian. Żyj w Nas. Dziewczyna znieruchomiała. 

 *** 

 Blanka odwróciła się na trzask, który usłyszała za sobą. W gotowości miała gaz. Przed sobą zobaczyła wielką głowę i równie wielkie oczy. Jeleń, który za nią stał, na czole miał dziwne znaki. Jego ciało pokryte było bliznami postrzałów. Chwile na nią patrzył cielęcymi i pełnymi zrozumienia oczami i wyskoczył w bok, pobiegł do lasu. Blondynka oparła się o drzewo, pochyliła głowę i odetchnęła. – Widzisz mały. Mówiłem, że to nic nadnaturalnego? – Pocieszała siebie. Otrzepała spódnice i rajstopy z pajęczyn i kawałków liści. Wyszła z lasu. Dawno nie cieszyła się tak na widok smogu nad miastem. Szybkim krokiem doszła do swojej klatki. Myśl o przygodzie w lesie już uciekła. Blondynka zapomniała o tym i już weszła w wąską alejkę prowadzącą do klatki schodowej, gdy za ramię chwyciła ją dłoń. Blade, kościste i długie palce zacisnęły się na jej ramieniu. Moc uścisku spowodował, że nogi się jej ugięły i z trudem utrzymała kontakt z rzeczywistością. Blanka, chwiejąc, odwróciła się w stronę napastnika, już miała zadać mu bubu i wymacawszy spray wystrzelić cały zbiornik. Kątem oka zauważyła, że to starsza sąsiadka. - To twoja wina. – Wycedziła staruszka. Każdy dźwięk, który z siebie wydobywała, wymagał wiele energii. – One ciągną tu za Tobą. Przyciągasz je. Cały dach pełen jest tych pokrak. – Staruszka z trudem łapała oddech. – Wiją sobie gniazda w naszych duszach. Nawróć się. - Sama się nawróć wariatko! – Blondynka wyrwała się z uścisku i z ulgą uciekła do mieszkania. Zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie. Zsunęła buty i rzuciła w kąt. – Wariacji dzień. – syknęła do siebie. Zdjęła garsonkę, otworzyła laptopa. – Nadal pusto. – szepnęła i zamknęła sprzęt ponownie. 

 *** 

 Maria niosła nieprzytomnego mężczyznę. Wilcza powłoka dodawała sił, ale do świtu coraz bliżej. Rudowłosa rozglądała się za noclegiem. Półnagie postacie świeciły w promieniach księżyca. Okolica pozornie była pusta. Cały czas ktoś ich obserwował. Każdy ich trop obserwowali łowcy. Czekali tylko a dogodny moment. Maria ostatkiem sił wspinała się pod górkę. Nagle tuż nad sobą wyczuła zapach. - To TY! - Usłyszała. W tym momencie opadła z sił, padła na kolana i upuściła Roberta.

Komentarze

Popularne posty