Feigan dreymir dauða sinn
Kiedyś
- To taka gra. – Przypomniała sobie stare powiedzenie w stylu Paula Cohello. – Przegrywa ten, który pierwszy powie „kocham”. – Zaśmiała się w myślach i założyła szlaban na Facebooka.
Obserwowała z antresoli mężczyznę, który wszedł właśnie do biurowca. Gabriel ucinał sobie pogawędkę z ochroniarzem, który prawdopodobnie opowiadał mu o światowym spisku wielkich korporacji. Mężczyzna z przyjaznym uśmiechem cierpliwie słuchał wynurzeń Kazimierza. Rudowłosa wytężyła słuch i usłyszała, jak ten opowiada o kosmicznych istotach, micie Dogonów i o tym, że Oz mieszka na końcu tęczy, a Bóg jest astronautą.
– Może powinnam go uratować? – pomyślała. Zachichotała pod nosem. – Niech się męczy. – uruchomiła swoje wilcze umiejętności. Miała Gabriela jak na widelcu, widziała poświatę jego feromonów. Łuna wzmacniana niezręczną sytuacją oplatała go różowo złotą chmurą. Maria oparta o barierkę kilka metrów wyżej drżała, łapiąc zapach Gabriela. Słodka woń jego perfum delikatnie drażniła nozdrza. Oddzieliła sztuczny zapach od zapachu ciała. Lubiła bawić się jedzeniem, ale ten łup miał w sobie jakiś magnes, coś ją do niego ciągnęło. Czasami łapała się na tym, że zaczepia go o duperel, bez znaczenia, tylko po to by zamienić kilka słów. Zastanawia się wtedy, o czym on myśli. Czuła za każdym razem, że Gabriel zachowuje się nienaturalnie. Spina się i poci. Nie lubiła niezręcznych sytuacji i niewypowiedzianych słów. Utraconych na zawsze okazji i chwil.
Zerknęła na zegarek. Koniec Lunchu. Rzuciła jeszcze okiem na Gabriela. – Ta rozmowa z Kazikiem potrwa jeszcze. – pomyślała, zrobiła kilka kroków wzdłuż holu i zauważyła stół z owocami. – Dziś czwartek. Owocowe czwartki mają swoje plusy. – Wzięła jabłko i ugryzła. Słodki sok popłynął po kącikach ust i na brodę. Szybko pochyliła się nad otwartą dłonią, by uratować szyję i dekolt. Za późno. Słodki zapach świeżego owocu uderzył ją przyjemną wonią, a strużka płynu spowodowała gęsią skórkę. Znowu pomyślała o nim, że łapie ustami błyszczącą kropelkę. Maria, nadal trzymając usta przy jabłku, zamyśliła się. Mocna czerwień szminki zaczęła wsiąkać w miąższ.
Przez myśl przeszło jej, że sytuacja między nimi przypomina taniec. - Chwilowo oboje podpieramy ściany. – Zaśmiała się i odwróciła w stronę swojego biura. Przez ramię rzuciła owocem, który poszybował na drugi koniec biura, a potem ponad barierką antresoli i upadło prosto na kubek ochroniarza. Naczynie podskoczyło i wylało zawartość w stronę Kazimierza. Mężczyzna odskoczył. Cudem uniknął ochlapania kawą.
- Cholera. – krzyknął ochroniarz.
Gabriel skorzystał z chwili nieuwagi rozmówcy i pobiegł do windy, która się właśnie zamykała.
***
Dziś.
Leżała na miękkim mchu. Jej półnagie ciało okrywała mgła, która kryła wszystko w promieniu wielu metrów. Zanurzała dłonie w zielonym kobiercu jej naturalnego łoża. Długie blado białe palce wsuwała między porosty, jak w futro zwierzęcia, które się głaszczę. Czuła zimno ziemi, jej tętno i oddech. Na polanie nie była sama. Pośród mgieł przemykały pokraczne postacie. Potwory, które dla swojej przyjemności trzymał hrabia. Kiedyś miały one swoje imiona. Pod krzakiem siedziała skulona Południca. Gładziła po szkaradnej głowie małego diabełka. Cała zgraja różnych chochlików goniła się po okolicy. Wyglądały jak trzyletnie dzieci o zniekształconych twarzach. Wśród drzew miotały się cienie. Szeptały i wyraźnie czegoś szukały. Krwawy cyrk osobliwości na wolności. Anna czekała na jakiś znak. Jej poczwary były głodne i spragnione krwi i zemsty. Nagle wśród liści rozległ się krzyk. Kobieta zerwała się z leża. Rozejrzała się. Z pobliskich zarośli wyskoczyła istota, wyglądała jak wielki pająk. Chudy osobnik na patykowatych nogach podszedł do wiedźmy.
– Dwoje zagubionych ludzi. Kobieta i mężczyzna. Uciekają przed czymś. Nikt nie będzie ich szukał. – Pokazał długimi paluchami kierunek i oblizał się na myśl o posiłku. - Idziemy jeść. – pogłaskała potwora po twarzy. Pająk z dzikim okrzykiem wskoczył na pobliskie drzewo. Zawył z radości. Anna rozpostarła ręce na boki, jakby wstawała z przesadnie wygodnego łóżka. Wataha istot czekała tylko na znak. Na gest. Nie musiała czekać długo. – Znajdźcie i obserwujcie. – szepnęła wiedźma. Mgła ożyła, jak wzburzone morze. Smutna dotąd Południca uśmiechnęła się i ruszyła w pościg. Potrącony diablik zakołysał się i upadł. Wstając wytarł spodnie z ziemi i pomachał w stronę demona pięścią.
***
Biegła całą noc. Trzymała go w ramionach, a Gabriel spał. Wydarzenia ostatnich dni obijały się w umyśle jak ćma o żarówkę. Kołatanie zmęczonego serca ona i on. – Randka jak diabli. – pomyślała. Wewnętrzny głos wołał ją, nie mogła odmówić. Instynkt przejął kontrolę ad jej ciałem. Chciała chronić, to co kochała. Żałowała tylko, że nie zdążyła mu jeszcze tego powiedzieć. Stare jak świat słowo. Przegrała grę. Cieszyła się tylko, że uniknęła krępujących początków. Niestosownych gestów, potajemnych pocałunków. Unikania kolegów z pracy. Obaw, że się myli i w swoich uczuciach jest sama, że on odrzuci. Przeżywała to nie raz. Jak każdy. Wilki jednak kochają inaczej. Mocniej, intensywniej i niebezpieczniej. Zranione serce wilczycy może spalić cały świat z żalu i złości. Zaczął padać lodowaty deszcz. Jesień lizała ich po twarzach. Niosła ukojenie i orzeźwienie. Mimo nieprzeniknionej ciemności nocy Maria biegła krok za krokiem, sprawnie unikała sideł. Tych naturalnych i tych pozostawionych przez ludzi. Świta. Ostatkiem sił zobaczyła pierwsze promienie słońca. U szczytu górki stała znajoma postać. Z otwartymi ramionami witała gości.
– Śmierć? Czy to Ty? – zapytała Maria i upadła wycieńczona. Oparła zmęczoną głowę o ciało chłopaka. Poczuła na szyi oddech Gabriela. - Tak można kończyć podróż. – pomyślała.
Komentarze
Prześlij komentarz