Dzielnica strachu
Dosyć surowe, ale nie wiem kiedy ogarnę, bo to ma już pół roku:
Pomysł na scenariusz. Wyrwane myśli, pomysły na sposób filmowania.
Wieczór. Ciemna ulica.
Mroczna ulica rozbłyskuje niebieskim światłem kogutów. Zbierają ofiarę wypadku.
Przebłyski tego, co widzi leżąca ofiara. Światła latarni, pochyleni ratownicy, walczą o jego życie. Obraz staje się niewyraźny. Zamyka oczy.
kolejne ujecie:
sufit karetki, maska tlenowa na twarzy. Obraz staje się niewyraźny. Zamyka oczy.
kolejna przebitka:
„przesuwający” się sufit szpitala
Poranek. Łóżko szpitalne.
jest ciemno, ma zamknięte oczy. bohater słyszy głosy:
- Nie, nie jest w stanie odpowiadać na Pastwa pytania. Został potrącony przez samochód. Tyle wiemy. Był reanimowany, a w jego krwi znaleźliśmy kilka substancji. – opowiada lekarz prowadzący.
- Narkotyki?
- Wszystko na to wskazuje.
Bohater otwiera oczy, światło jest rażące, przymyka je ponownie i odruchowo unosi rękę by osłonić oczy.
- Obudził się – policjant wskazał na łóżko.
- Dobrze, możecie z nim porozmawiać.
- Dzień dobry, mamy kilka pytań. – Zapytał policjant
- a wy, z policji? – wymamrotał.
- Nie, kuwa z kebabami przyszliśmy, z jakim sosem wariaciku? – odburknął komisarz Rafał
- Phi, ooostrym… - odbił leżący chłopak
-Ostro, to wczoraj poszalałeś, wyszło was sześcioro, wróciła piątka, a Ty leżysz i kuwa szczasz do basenu i mało brakowało, że piłbyś przez słomke. Nie śmieszkuj mi tu. – odszczekał Rafał
- Wczoraj? Sześciu? Pięciu? – wymamrotał – Wczoraj zakuwałem do egzaminu. Bo dziś egzamin.
- Nie śpiąca królewno… - komisarz sięgnął do kieszeni po notes, przewrócił kilka kartek. – Twój ziomek Tomasz Wroński stwierdził, że „po zdanym egzaminie poszliście świętować. Około pierwszej się rozeszliście”. Coś świta, czy musisz się uderzyć jeszcze raz, żeby przypomnieć?
- Nie pamiętam, naprawdę. – nie kłamał - Nie pamiętam całego dnia, ostatnie co pamiętam, to zakuwanie do egzaminu.
- Dzień świstaka mi tu odpieprza. Z całej waszej paczki do domu nie wróciła twoja dziewczyna. Coś już świta? Marika Galett.
- Widziałem się z nią... Dzień wcześniej, rozeszliśmy się uczyć. Więcej nie pamiętam. Naprawdę. Gdzie jest mój telefon?
- No właśnie znaleźliśmy go. Rozbity, ale nie w wypadku. Leżał kilka set metrów dalej, bliżej mostu przez rzekę. Technicy odzyskują dane.
- a gdzie jest Marika?
- to my chcielibyśmy tego dowiedzieć. Chwilowo nikt nie wie gdzie przebywa. – zdanie przerwał telefon – Halo? Tak, właśnie przesłuchujemy Kruczka. Ciało? Gdzie? Zaraz będziemy.
- Ciało? – zapytał Marek. - Kogo? Gdzie?
- Niedaleko Twojego wypadku, a bliżej waszego melanżu, a kogo, to zaraz sprawdzimy. Ty się stąd nie ruszaj – dodał Nocoń, wskazał aparaturę do której podłączony jest chłopak i szelmowsko uśmiechnął.
Policjanci wyszli.
***
Nad rzeką. Lekka mgła, duże zachmurzenie. Na brzegu policyjny fotograf robi zdjęcia. co chwile rozbłyskuje lampa aparatu. Kamera z poziomu ziemi (na wysokości ciała)
- Kurwa. Najgorsza część tej pracy. Ty dzwonisz do rodziców, czy ja? – szepnął Nocoń. Mrugnięciem oka wskazał policjantkę. Przyklęknął przy ciele. – Spokojna, wygląda jakby spała… - szepnął.
- Że co? Takiego romantyzmu się nie spodziewałam. – Szepnęła przysłaniając słuchawkę Ada.
– Halo? – odezwał się głos w słuchawce damski głos.
- Mam wieści na temat Państwa córki, zapraszamy na komisariat.
- o boże znaleźliście ją?
- Tak, ale więcej już na komisariacie.
- do zobaczenia.
- po drodze przesłuchamy jeszcze Malaka i Kucana. – odezwał się komisarz widząc, że policjantka zakończyła rozmowę.
- dobra panie romantyk. – odpowiedziała.
- Ta, jasne. Później jeszcze śpiącą królewnę odwiedzimy, może mu się w głowie rozjaśniło.
***
Popołudniu. Komisariat.
Pokój przesłuchań. Rodzice dziewczyny. Kobieta płacze, mężczyzna zaciska zęby.
- Ja mówiłem, że ten cały Mareczek, to nie dla niej. To na pewno on. Ta cała paczka, to jakaś patologia. Puszczalskie pindy i cwaniaczki spod bloku.
***
Komisariat. Wieczór. Policjanci piszą raport.
- Halo? – policjantka odebrała telefon. – jak to zniknął? Wypisał się?. Dziękuję za informację.
- Nasz pacjent zniknął.
- jak to kuwa zniknął, co teleportował się?
- Odpiął się od aparatury, i niepostrzeżenie wyszedł ze szpitala. Wcześniej odwiedzili go rodzice, najprawdopodobniej powiedzieli o śmierci dziewczyny. Czyli mamy podejrzanego?
- Hudini nam najbardziej pasuje. Była dziewczyna, może zerwali, zazdrość lub zdrada. Telefon też blisko mostu nad rzeką… Wszystko się klei, jak kieszonkowcowi na bazarze. Daj rysopis patrolom, niech się rozglądają. Myślę, że gościa z dupą na wierzchu, to zauważą.
- Zwijasz się?
- Taa, mam plany na wieczór.
- Randka?
- nie bądź taka ciekawa, bo kociej mordki dostaniesz.
***
Teren wokół szpitala. Ciemny park.
Chłopak przedziera się przez krzaki, przeskakuje przez płot, z górki zsuwa się w stronę ulicy, w ostatniej chwili łapie równowagę na krawężniku, samochód trąbi. Chłopak ma delikatne zawroty głowy. Biegnie przez ulicę, zakrada się do swojego domu. Ubiera ciemne bojówki, bluzę z kapturem, zaciąga na oczy czapkę bejsbolówkę. Do kieszeni wcisnął nóż.
Pochylony w kapturze idzie przez osiedle, kątem oka zauważa kogoś ze swojej bandy. Staszek Kucan wychodzi z klatki.
- Stachu. – Zawołał półszeptem – Poczekaj.
- Stary, cały jesteś! Kuwa już myślałem, że ty warzywo po tym wypadku. Już Cię wypuścili?
- Nie pierdol. Nic nie pamiętam Wiem tylko, że Marika nie żyje. Zatłukę tego co to zrobił. Co się wczoraj stało?
- Ty poważnie nie pamiętasz? – dopytał zaskoczony kolega.
- Kurwa nie pytałbym. – odburknął Marek.
- Byłeś wczoraj mega chujem. Wyzywałeś Marikę od szmat.
- Co ty pierdolisz?! – krzyknął Marek rzucając się na Kucana. Chwycił go za boki kurtki i rzucił na ,ścianę bloku. – Ja nigdy bym jej tak nie nazwał! Co ty brałeś patafianie, że takie zwidy masz?
- Nawaliłeś jak Messerschmitt. Wyszliście osobno. Ona pierwsza, ty chwile po niej. Zresztą tak skwasiłeś imbę, że wszyscy wróciliśmy do siebie. Zapytaj dziewczyn, deklu. – Zdążył dokończyć zdanie gdy Marek wymierzył mu cios z główki i poprawił prawym sierpowym. Stanisław odbił się od ściany potknął o niski żywopłot i upadł w kwiatki przyblokowego ogródka. Jednym susem Marek przeskoczył w kierunku. Chwycił za kurtkę i uniósł.
- Nikt nie będzie syfu mówił o moim aniele padalcu. – Jeszcze wrócimy do tej rozmowy. Rzucił Kucanem o ziemię, uderzył otwartą ręką przez grzywkę, sięgnął do jego kieszeni po telefon. – to pożyczam. Mój jest po za zasięgiem. I odszedł.
Stanisław wstał, otrzepał się z piachu i wyszedł na chodnik. Nagle stanłą przed nim zakapturzony Marek, odruchowo osłonił twarz. – Co ty taki zastrachany, tylko kod do odblokowania potrzebuje.
- 123456 – wystękał Stanisława.
- 123456 kurwa gdzie cybersecurity? – zaśmiał się. - Luz stary, idź zmień gacie. Nara.
Marek wybrał numer Agaty.
- Co tam Stan? – usłyszał w słuchawce.
- To ja… - odpowiedział
- no słyszę, ale jaki „ja”? To numer Stacha.
- Marek.
- Czego chcesz? – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Nie mam ochoty z Tobą rozmawiać palancie.
- Poczekaj. Nie pamiętam wczorajszego dnia.
- Schlałeś się jak świnia. Byłeś dupkiem level hard. Wyzywałeś Marikę. Jesteś jej winien kwiaty i kolację.
-Marika… ona nie żyje.
- … Co? Jak?
- Nie wiem, dlatego analizuje wczorajszy dzień. Dlaczego ją tak potraktowałem?
- w barze był Sebiks ten łysy.. Blacha, czy jak go tam zwą. Przywalał się do Mariki i twoim zdaniem „za słabo dawała mu do zrozumienia, żeby spadał”.
- To idę z nim pogadać, bo może wie co się stało.
- Ty z nim nie zadzieraj on ma konszachty, wiesz zkim.
- Niech ma i z samym diabłem, a jak coś wie, ma coś wspólnego z jej śmiercią, to go zatłukę.- wysyczał Marek i się rozłączył.
Z daleka widział odpalone BMW, słyszał głośną muzykę i tańczące cienie grupki wokół samochodu. Z pobliskiego śmietnika wyrwał pręt, zacisnął zęby, zaciągnął czapkę. Z rozbiegu uderzył znienacka jednego z dresów, ten upadł. Marek powrotnym ciosem uderzył drugiego w podbródek. Kątem oka zauważył, że z samochodu wysiada kolejny, z całej siły kopnął drzwi, które zamykając się zatrzymały na piszczelach dresa.
- Ty chuju. Zatłukę Cię. – usłyszał marek, poprawił kopniakiem wstającego mężczyznę. Odskoczył gdy jeszcze jeden zamachnął się na niego, chwycił za dłoń dzwignią rzucił na maskę samochodu, z wyskoku uderzył prętem, który się wygiął.
- Blacha! Zdychaj! – krzyknął Marek i ponownie uderzył mężczyznę.
- Za co? Czego chcesz frajerze?- Wysyczał ocierając kantem dłoni krew z ust.
- Pamietasz brunetkę z wczoraj? Marikę!
- No fajna niunia, ale zimna jak lód. Co z nią? – Wyrzęził. – Zaraz, zaraz, ty jesteś jej frajerem. Zostawiła Cię?
- Nie żyje… I mam wrażenie, że coś wiesz o tym.
- Spierdalaj. Nie znam sprawy, ale zapytaj tego blond fajansiarza, co z wami był, on z nią wychodził. mnie w to nie mieszaj – Zarywałem, ale była nieczuła. Nie tykam suczek jak są zimne. Teraz to już wieloznacznie. – Blacha dokończył zdanie i zarobił kolejny cios. Nieprzytomny zsunął się z maski samochodu.
Marek ponownie zerknął na telefon. Wybrał numer Tomasza.
– Blond fajansiarz – wyszeptał
- Marek? – zapytał Tomasz.
- o Stach się już pochwalił, musimy pogadać. Za dziesięć minut „na punkcie” – powiedział rozłączając się. Zerknął na telefon, zauważył kilkanaście nieodebranych połączeń w tym kilka znanych mu. – Rodzice. Wszedł w opcje SMS i napisał „Znalazłem go, musze to zrobić” i rzucił telefon w krzaki.
***
Mieszkanie Noconia. Dzwoni telefon.
- Halo, ochujeliście? – wysyczał komisarz – jak to bandę dresów do szpitala wiozą. Co to mnie obchodzi, że ktoś sałatkę z buraków robił? Jak to Marek Kruczek? Ledwo go odratowali powczorajszym wypadku. Ja pierdole spałem już. Dobra ogarnę się – przetarł oczy i wstał.
***
Na końcu ulicy Marek zauważył smukłą postać. Tomasz szedł sam. Marek zacisnął dłonie na nożu. Ręce zaczęły mu się pocić. Z metalicznym chrzęstem wyskoczyło ostrze noża. Ulica była ciemna, oszczędności wyłączyły rękoma włodarzy latarnie. Tomasz zawahał się, gdy usłyszał dźwięk sprężynowca, a w ostrze odbiło migotliwe światło domyślił się, że Marek nie ma pokojowych zamiarów. Zaczął uciekać. Nie był typem sportowca, dobiegł do mostu i zatrzymał się sapiąc, oparł o barierki i łapczywie łapał powietrze. sodowe lampy rozświetlały ulicę na pomarańczowo, ulicą przesuwały się samochody.
- Marek co ty odpierdalasz? – krzyknął łapiąc powietrze.
- Zabiłeś ją. Już wszystko się poukładało – wykrzyczał i chwycił Tomasza za barki, pchnął na barierki, które ze specyficznym jękiem zadrżały. – bo… bo to ty… - zająkną się, przed oczami zaczęły mu pojawiać mu się obrazy, zaczęła wracać pamięć, odszedł krok od Tomasza. – i dlatego Cię zatłukę.
- ale to nie ja! – odkrzyknął. – wyprowadziłem ją z baru, ale chciała iść sama!
- pierdolisz, to musiałeś być Ty, wszystko się układa – i znowu doskoczył do gardła, przyłożył nóż do gardła, ale zamiast twarzy Tomasza zobaczył Marikę, jak ją odpycha, a ta zaczyna spadać z mostu. – to byłem ja… - szepnął Marek.
- co?? - Zapytał Tomasz.
- to był wypadek, za mocno ją pchnąłem. – upuścił z dłoni nóż – to jakiś koszmar, co ja zrobiłem? - szeptał cofając się. Kątem oka zauważył pędzącego busa, zamknął oczy i skoczył prosto pod koła.
Komentarze
Prześlij komentarz