Nie otwieraj bramy mroku

Nie należysz do Nocnego Plemienia.
Jesteś mięsem.
Mięsem dla bestii.”
CB


- Nie wiem! - usłyszał. To nie była odpowiedź, jaką chciał usłyszeć. Właściwie to niebyła odpowiedź, jaką CHCIELI usłyszeć. Wilk w Gabrielu pierwszy raz chciał słuchać, uznać istnienie człowieka za ważne. Nie posiłek, worek mięsa i kości, tylko istotę, która rozumie i potrafi odczuwać. Jest częścią planety, nie chorobą. Teraz gdy usłyszał „Nie wiem” poczuł gniew, jakiego nigdy nie czuł. Zawrzała w nim krew, oczy zaczęły błyszczeć czerwienią napływającej krwi. Gabriel ostatkiem sił próbował utrzymać bestię, wiedział jednak, że tej pradawnej siły nie utrzyma tak po prostu w ryzach. Zapytał jeszcze raz — Gdzie pojechała ta limuzyna? - Wielki mężczyzna drżał, jak osika na wietrze. Gdyby wielki potwór nie trzymał go za krawat. Lekko uniesiony nad ziemię ochroniarz szuka po omacku podparcia dla stóp. Stojąc na palcach łapie lekki kontakt z ziemią. Potężny człowiek skomli o litość od bestii, która prawie zrywa się z mentalnej smyczy. W każdym jej ruchu czai się śmierć. - Pojechali do jakiejś lekarki, w centrum miasta. Nie wiem, czy tam znajdziesz to, czego szukasz! - krztusząc się, wykrzyczał przez łzy, głos mu się łamał, trochę ze strachu, a trochę przez zaciskający się na szyi krawat. Bestia już nie słuchała. - Mięso!!!!! - zaryczała. Ostatkiem sił Gabriel rzucił przesłuchiwanym w dal. Łapiąc kontrolę nad ciałem, bestia zamachnęła się drugą łapą w przestrzeni przed sobą. Pazury przeszły przez drzewo przed nim. Drzazgi pofrunęły, a drzewo zazgrzytało. Natura zawsze ostrzega, że może zrobić krzywdę. Drzewo zapłakało głośno, jego jęk wypełnił okolice. Wilk oddychał ciężko. Lekko pochylony nasłuchiwał. Uszy wilka strzygły powietrze, W okolicy czaiły się dwa lisy, sarna, kocący się królik i wystraszony człowiek. Słyszał, jak bije mu serce, jak oddycha, czuł jego zapach. Wilk pochylił się bliżej ziemi, dotknął jej i czuł, jak wibruje. W powietrzu unosiła się mgiełka, miała kolor strachu i agonii, snuła się tuż nad drzewami i wskazywała tor lotu ochroniarza. Wilkołak mógł znaleźć z zamkniętymi oczami. Wszystko mówiło, gdzie jest. Gabriel mógł już się tylko przyglądać. Jak poluje bestia. Złamane drzewo upadło. Dla bestii to był sygnał. Wilk kilkoma susami dobiegł do granicy lasu, gdzie ukrył się wśród liści, obserwowała ofiarę. Ochroniarz właśnie się ocknął. Chwilę leżał, w pozycji półleżącej twarzą do ziemi wspierał się na łokciach, próbował wstać. Wilkołak miał właśnie wyskoczyć na niego, gdy usłyszał kawałek dalej metaliczny klik. Wsłuchał się w mrok i usłyszał kolejne bicie serca. Pułapka na wilka. Jeszcze krok i straciłby życie. Strzelec ukryty wśród liści zabezpieczony przed wilkiem. Bestia nasłuchiwała, węszyła i rozglądała się nerwowo. Nagle ochroniarz, który leżał kawałek dalej, wygiął się w dziwny sposób. Jęknął. Wilk zaczął nerwowo dreptać. Wyczuł przemianę, najwidoczniej drasnął mężczyznę podczas przesłuchania. Kawałek od niego barczysty mężczyzna wygięty w specyficzny sposób wstawał. Mruczał bod nosem. Nagle w mgnieniu oka zniknął z pola widzenia. Ziemia, na której stał, osunęła się wzdłuż urwiska. Gabriel podskoczył. Chciał zrobić krok i szybkim susem zeskoczyć za nim, by dobić, zawahał się jednak. Ma inną misję. Szybko odskoczył wzdłuż lasu. Pobiegł w przebraniu wilka w stronę świateł miasta.


***


- Widzę Marka jak na dłoni, leży nieprzytomny. Przynęta, której nie musiałem podłożyć. - Wielki łowca wilkołaków odziany w pałatkę koloru khaki obserwował z dębu sytuację. Chwilę wcześniej mężczyzna nagle upadł, ukazał się nagle, jak podrzucony z nieba. Wymarzona przynęta. Wilk zaraz się pojawi. Odbezpieczył broń. Sięgając po menażkę, odchylił na chwilę okrycie. Natychmiast się okrył ponownie. Materiał natarty specjalnym specyfikiem nie przepuszczał zapachów i dzięki specjalnej konstrukcji dźwięków. Wytężył wzrok. Zauważył dziwnie poruszające się liście wśród pobliskich drzew. - Tam jesteś? - pomyślał. - Ja jeszcze żyję, więc mnie nie widzisz. - Uśmiechnął się szyderczo. - Będę Twoją zgubą. Zrobię sobie kurtkę z Twojej skóry. Głowa idzie dla Doriana, reszta będzie moja. - W myślach wydawał pieniądze za głowę wilka. - Może wykupię tę wiedźmę, którą trzyma w piwnicy? Ma fajny tyłeczek i działamy w tej samej branży. - Rozmarzył się chwile. - Wychodząc po prostu powiem "idę zapolować na strzygę". Skończą się kłamstwa. Chociaż coś z sumienia zejdzie. - Z rozmyślań wyrwał go widok mężczyzny nad skarpą. Zaczął się dziwnie zachowywać. - Pomiot! Cholera. - Wycelował broń. Już miał wystrzelić, gdy ziemia pod ochroniarzem usunęła się, a kątem oka zauważył jeszcze, że kawałek skarpy nie osunął się samoistnie. Na krańcach zobaczył małe, dziecięce, trupio blade rączki, które chwyciły za krańce i ściągały je w dół razem z przemieniającym się w wilka Markiem. Jednocześnie poczuł, jak ziemia zadrżała i tuż obok niego przebiegł wielki wilk. Odwrócił się i wycelował.


***


Wśród poszumu wrzosów hulał wiatr. Poniżej w zapadlisku, gdy gwizdał, między drzewami można było usłyszeć śmiech dzieci. Jeśli było naprawdę ciemno, przebiegały obok zbłąkanych przechodniów, oczywiście, jeśli ktoś był na tyle głupi, by błąkać się po nocach po starej żwirowni. Chwytały czasami za nogawki i rękawy. Czasami o poranku było widać cienie lub obłoki pary, które tańczą w kółko . Wiatr wtedy śpiewa z nim "kółko graniaste". Tej okolicy unikali wszyscy. Poza samobójcami. Ich dusze były już martwe, wtedy małe dłonie chwytały straceńca za ręce i prowadziły do końca, uwieszały się nóg wisielców, rozmazywały krew z podciętych żył. Przy każdym znajdowano trójkątny wzór, ze wpisanym w środek kołem. Niekiedy, znajdowano ciała dopiero po długim czasie. Dopiero gdy z wrzosowisk było widać bielące się kości, a jakiś odważny grzybiarz chciał spojrzeć w otchłań. Policjanci niechętnie przyjmowali zgłoszenia ze żwirowni. Zakład wydobywał tam żwir do wojny, później chwilę robili to naziści. Mówiono, że gdy dokopali się do piekła. Przestali kopać dalej.


***


Łowca już miał wypalić, gdy wilk zniknął za drzewami. Przeklął w myślach i pomyślał o pomiocie, Zerknął przez ramie. - Corel — przeklął znowu. Nienawidził tego miejsca. Jedną z dusz, które tam zostały, była jego zona. Targana depresją zniknęła. Po miesiącu grzybiarz znalazł jej ciało. Łowca do dziś pamięta jej wykrzywioną, zaschniętą twarz. Jej oczy. Takie przerażone. Patrzyły w bok. Zobaczyła te dzieci. Była nadwrażliwa. Widziała wiele zła, którego inni nie dostrzegali. Domy, groby naznaczone krwią. Wyrwał ją z domu wariatów, by kilka miesięcy później musieć identyfikować jej zwłoki. Oczy wielkiego mężczyzny zaszły mgłą żalu, a do kącików oka wpłynęły łzy. Dlatego teraz jest tym, kim jest. Jeśli będzie trzeba, wytłucze wszystkie potwory, choćby musiał ścigać je u samych wrót piekieł, a stąd to już blisko. Ostrożnie podszedł do krawędzi, wysunął długą szyję. Zobaczył białe cienie tańczące wokół przemieniającego się człowieka. Jedno łączyło go ze zjawami. Nienawiść do bestii. Przymierzył się i wystrzelił. Trafił wilka, który wygiął się nienaturalnie i wczołgał pod skarpę, gdzie łowca nie mógł go trafić. Mężczyzna zabezpieczył broń, przetarł zmęczone oczy i wyjmując z kieszeni zatyczki, zasłonił uszy. Nie znosił tych szeptów. Wolnym krokiem zaczął schodzić po zboczu. Mierzył każdy krok, nie chciał skręcić nogi. Czy ryzykować utratę przytomności podczas upadku. Ostrożnie poruszał się też w okolicy, gdzie leżał pomiot. One w tym stadium są bardzo żywotne i niebezpiecznie dzikie. Zauważył jego buty. Wężowa skóra, drogie rozerwane, przez wielką stopę, która teraz próbowała odepchnąć ciało głębiej, przeczuwając zgubę. Wilk miał rozerwaną klatkę. Nadział się na solidną gałąź, która sterczała mu spomiędzy żeber, które próbują się regenerować. Wnętrzności pulsując, poruszały nienaturalnie wbitym ciałem obcym. Łowca podszedł bliżej, przymierzył się do strzału i przypadkiem wytrącił z ucha zatyczkę. Palec zadrżał na spuście, gdy usłyszał głos. - Robert? - Imię, które znał, jego imię, wypowiedziane głosem, które tez znał. To była Zosia. Jego zmarła żona. Odwrócił się. Stała w białej sukni na pobliskim pagórku, za plecami oświetlał ją księżyc. Jej suknia falowała wolno, wskazywała palcem i mówiła. - Chodź kochany. - Serce zaczęło mu bić szybciej, nagle poczuł w dłoni zimno. Spojrzał w dół. Za rękę trzymała go mała dziewczynka z bladymi policzkami i niebieskimi oczami. - Zaprowadzę Cię do niej, nie bój się. - szepnęła.



"Noc złe oczy ma
Noc kapłanką zła
Słyszysz, to przytłumiony szept
Słyszysz, to jakby kroki blisko mnie
Gdy zastyga krew
Wołam, wołam cię"
S

Komentarze

Popularne posty