Doom: Obcy w moim mieście

Popije jutro, wczorajszą kawą. 
Nikt nie zauważy, że nie ma mnie teraz. ..

Powoli zsunął nogi z krawędzi łóżka. Podszedł do okna. Oparł się o ramę. wyjrzał za szklaną płaszczyznę. 

- Nienawidzę Was. Wszystkich. Równo i zapalczywie. Zniszczę ten wasz QuVi dołek. - wycedził przez zęby swoją klątwę. Zapalił papierosa. Dym oparł się przeźroczystej barierze i rozlał błękitem po szybie. Zasłonił okno i wrócił do łoża. Podwieszony pod sufitem baldachim falował delikatnie. Cienie rzucane światłem świec tańczyły tuż nad jego głową.
- To będzie piękna noc. - pomyślał

***

Łysy obudził się nagle. Za wcześnie, za późno. Sam nie wiedział. Kac boleśnie odczuł promienie słońca na policzkach, a później na powiekach. Róż wlewający się do jego mózgu Tomasza przez zmęczone oczodoły wypalał resztkę nadziei.
Wczoraj... było miliony lat stąd.
Miał w planach odwiedzenie grobów rodziców, dziadków. Pierwszy listopada zastał go w łóżku. W podartych dresach, obolałym ciele i posmakiem wódy z wczoraj.
- To był dobry melanż. - pomyślał i przeczesał głowę. Na biurku obok niego stało otwarte piwo. Sądząc po plamie wokół puszki, to postawił ją z dużym trudem. Przetarł oczy, schował twarz w dłoniach. Pokój nadał wirował. Czuł się jak gówno, które podczas spłukiwania kręci się jeszcze wokół, zanim zniknie w kanale. Czuł już zapach tego kanału. Wczoraj stało pod znakiem zapytania. Dziś?
Nadal pamięta tamto "teraz". To było rok wcześniej.
Wyszedł ze swoją paczką na polowanie w Halloween. Jako prawdziwy patriota nienawidził tego dnia. Niszczył każdy przejaw potworności. Słowem, pewnością siebie i kijem. Krążyli w piątkę, było już późne popołudnie. Każdy z kijem pod kurtką.
Pierwszą ofiarą padła grupka dzieciaków. - Jeszcze raz was zobaczę, w tych fikuśnych szmatach, to nogi z dupy powyrywam. Gówniarze! - wykrzyczał za grupką dzieciaków. Z uniesioną w górę pałką wyglądał jak starożytny wojownik po zwycięstwie. Otulona mgłą ulica zagłuszała jego krzyki. Lampy mrugały pomarańczową poświatą. Nagle zauważyli wysokiego mężczyznę, lekko przygarbiona postać wydawała się być przebrana za zwierze.
- O kuva, widzicie tego pajaca? - krzyknął jeden z paczki. - Ten jest mój. - dodał.
W kilka sekund był przy kolejnym przebierańcu, który zdążył wejść w małą uliczkę. Łysy roześmiał się - zostawcie kawałek dla mnie i podbiegł bliżej. Wszedł w zaułek. Było pusto. Ze świeżych śmieci unosiła się para i mieszała się z opadającą mgłą. - Stachu? Stachu, co jest, nie wydurniaj się. Tomek wszedł wzdłuż uliczki. Było cicho. Reszta grupy stała na ulicy, nie weszli w zaułek. Wszystko śmierdziało stęchlizną, siurami i gnijącym mięsem.
- Łysy odpuść, pewnie do dupy uciekł. - Zatrzymywali go koledzy. Nagle z głuchym hukiem spadło coś w połowie drogi między dresem a jego kumplami. Odwrócił się na pięcie i podszedł. Zobaczył parującą papkę czerwonego mięsa, a wśród nich łańcuch, który Stachu ciągle nosił. - O Ku... - zaklął dresiarz. W tym samym momencie podbiegł jeden z jego ziomków. Zobaczył zwłoki kolegi i stan, w jakim się znajdowały. Zwymiotował.
Nagle wielki cień spadł z pobliskiego dachu, wpadł w pozostałą dwójkę, która stała jak zamurowana. W kilka sekund krzyki ucichły. Łysy mocniej chwycił kij, który dzierżył. Włochata bestia jednym susem była przy wymiotującym, solidnym machnięciem rzucił nim jak szmaciana lalka, która poszybowała w stronę Łysego. Dresiarz w tej samej chwili pożałował, że to nie manekin, a sto kilo żywej wagi zwaliło się na niego. Jeszcze ciepłe ciało kolegi przyszpiliło go do ziemi. Poczuł wilgoć, zastanawiał się przez moment. Czy zlał się w spodnie, czy może to krew z rozdartego brzucha jego kolegi. Bestia nie czekała, ze zastanowi się nad odpowiedzią. Wielkim susem wskoczyła na górę ciał. Zawarczał na ostatniego żywego świadka masakry i wbił wielkie szpony w ciało. Po chwili wyrwał z trzewi kawałek ciała. - Serce. - wymamrotał Tomasz. Świat zamajaczył. Poczuł swąd, który go otaczał. Pierś paliła go żywym ogniem. Jego krew mieszała się z krwią jego ziomków. Zobaczył jeszcze wielkie zęby, tuż przed jego twarzą i niebieskie światło policyjnej odsieczy. Nigdy tak się nie ucieszył na psy. Zapadła ciemność.
Wszystko wróciło do, gdy obudził się na tylnym siedzeniu radiowozu.
- Obudził się. Skurczysyn. - Powiedział policjant. Chwycił słuchawkę radiostacji. -  061 do 001.
- 001 do 061. Jaki status? - rozległ się skrzekliwy głos z radia. - Wsparcie już w drodze.
- My zebraliśmy jednego, bierzemy go na przesłuchanie. 062 przejmuje miejsce zdarzenia.
Usłyszał krótką wymianę zdań i znowu odpłynął. Po chwili obudziły go jego własne konwulsje, ogłuszający krzyk wyrwał mu z piersi resztkę sił. Poczuł swoje ciało, każdy kawałek jego ciała płonął żywym ogniem, Wbijał palce w galaretowatą skórę, zaczął odkrywać mięśnie, które kryły się pod cienka różowawą powłoką. Policjanci osłupieli.
- Naćpany! - krzyknął policjant z nich próbując powstrzymać samo-okaleczającego się Łysego. Jeden, wychylając się z tylnego siedzenia, złapał mężczyznę za przedramiona, które wyślizgnęły mu się z dłoni zostawiając w ich miejscu garść półprzeźroczystej skóry. Tom rzucał się na wszystkie strony. uderzał w kanapę zrywał z siebie ubranie, skórę, włosy. Krzyczał, że płonie, że jest w piekle. Błagał o litość. Wykrzykiwał przekleństwa na przemian z modlitwami. Kierowca prowadził radiowóz do najbliższego szpitala, a jego partner próbował opanować pasażera.Bez skutku.
Nagle zastygł nienaturalnie. Uniósł pierś do góry i po chwili opadł z głośnym jękiem ulgi. Jego zniekształcone ciało oświetlały mijane latarnie. Ciało pozbawione skóry na przemian oświetlane i zaciemniane wyglądało jak rubin. Policjant wyciągnął rękę by zbadać puls. Gdy jego dłoń znalazła się blisko szyi Tomasz otworzył oczy. Źrenice wydawały się być czerwone z poblaskiem pomarańczu wokół. Policjant znieruchomiał wpatrzony w dwa jaśniejące punkty. Świat znieruchomiał. Wszystko stało się szare jak popiół i tylko te oczy wpatrzone w funkcjonariusza. Nagle pasażer uśmiechnął się, odsłaniając przy tym rząd białych ostrych jak szpilka zębów. W ułamku sekundy wgryzł się w dłoń policjanta. Zanim spróbował cofnąć dłoń, Łysy wbił kciuki w jego oczodoły i przerzucił go bez trudu na tylną kanapę. Wbił kły w jego twarz. Gdy kierowca zorientował się w sytuacji, było za późno. Zjechał na pobocze. Uderzył w słup. W środku rozbłysło kilka strzałów. Później głucha cisza. szyby samochodu pokryła warstwa czerwieni. Krew spływała delikatnie.  Więcej nic nie pamięta.
Obudził się rano jak dziś. Wtedy to był zimny kanał, jego ciało pokryte było krwią i kawałkami ciała. W ustach czuł metaliczny posmak krwi. Dziś czuje wódę. Demon, który zaległ w jego ciele i duszy upodobał sobie ten trunek. Zalewa się w trupa i z reguły siedzi cicho.
- coś Ty zrobił? - zapytał się w myślach. Zobaczył, że jego podarty dres pokryty był zakrzepłą krwią i włosami z kawałkami skóry. Długie pierścionki czarnych włosów świadczą, że była to kobieta. - Trzeba było z nim skończyć dawno temu. - wysyczał do siebie.

***

Stał w bocznej uliczce. Obserwował oględziny radiowozu, który stał na chodniku wbity w uliczną latarnię. Lampa pochylona nad samochodem mrugała, oświetlała wnętrze delikatnie. Szyby pojazdu pokrywała warstwa krwi. Na tyle szczelnie, że ciężko było zajrzeć do środka. Chwilami, dzięki flaszowi aparatu można było rozpoznać dwa ciała. Jedno zwisało bezwładnie na oparciu siedzenia a drugi wklejone w kierownicę. Każdy z nich miał otwartą czaszkę. - Grunt to otwarta głowa. - zaśmiał się do siebie karzeł w kapturze. Wyciągnął z kieszeni telefon i krzywymi palcami wybrał numer.
- Ojcze Mateo. To ja Algierd. Mamy "kundla" na wolności. Potrzebny Slayer. To Pain Elemtal. Tak zostaję w mieście, namierzę go zadzwonię po cyngla. Z Bogiem ojcze.

***

Łysy łyknął zwietrzałego piwa. Nerwowo złapał telefon i nabrzmiałymi paluchami zaczął szukać wiadomości o morderstwach, napadach lub zamachach. Facebook nigdy go nie zawiódł. Niedaleko, może z dwie ulice dalej dzikie zwierzę napadło na parę w parku. Wielki nagłówek "Park sztywnych znowu groźny". Pod krótkim artykułem o masakrze wpisy, których było kilkanaście, w stylistyce:
"Ten menelski park dawno trzeba było zaorać" (czterdzieści lajków, dwanaście haha)
"Kolejne miejsce schadzek, oj juz strach? i dobrze wam tak **** " (dwadzieścia lajków, dzisięć haha, cztery zły, dwa płaczki)
Jeden wpis inny, przykuł uwagę Tomasza.
"To miejsce zawsze było cmentarzem, kwestia czasu, że ktoś/coś na tym wyrośnie i zniszczy nas piekło" (trzydzieści pięć haha, dziesięć lajków, 1 zły)" dwie odpowiedzi. W cyrylicy.
Po chwili ktoś zablokował możliwość komentowania i kilkanaście postów, jeden po drugim zaczęły znikać. Łysy zdążył kliknąć profil komentującego, który pisał o cmentarzu. Postać na zdjęciu wyglądała normalnie. Ciemne długie włosy, okulary. - Typowa bibliotekarka. - pomyślał. - może ona pomoże z moim palącym problemem.




Komentarze

Popularne posty