13: Czas Łowcy

    Wtedy.           

                Był piękny wiosenny wieczór, powietrze pachniało szczęściem. To znaczy budzącym się życiem, pąkami bzu, wilgocią delikatnych kropel deszczu, benzyną bezołowiową i tym czymś, nienazwanym, co powodowało, że w brzuchu tańczyło milion motyli. Jego każdy krok odmierzał sekundy odkąd  odprowadził ja na przystanek i pomachał na pożegnanie, a zanim poszedł długo gapił się za odjeżdżającym pojazdem, aż za horyzontem zniknęły czerwone światła pozycyjne. W myślach deklamował modlitwy ochronne. Później do zmroku wpatrywał się w niebo, Psia gwiazda mrugała do niego kolorami, które tylko ktoś taki jak on mógł dostrzec i odczytać wiadomość od istot, które były, są i przyjdą po nim. W rytm ulicznych grajków, szumu liści i bębnienia kroków przechodniów pulsowała krew w jego żyłach. Dopiero gdy księżyc się do niego uśmiechnął poszedł swoją drogą, miał zadanie, czas łowów. Szukając ofiary zastanawiał się czy zrobił wszystko jak powinien, to czym jest kreuje wszystko co się wokół niego dzieje, zapach śmierci, zła i bólu wyczuje każda metaistota, nawet zwykły troll. On był w tym wszystkim zanurzony, jego każdy oddech naznaczony był mrokiem. Unikał wyznań, Ból karmił się nimi, siedział na ramieniu i tylko czyhał, że przeskoczy z istoty na tę słabsza. Przed wyjazdem wręczył jej błękitną łzę, talizman, który miał chronić, aż powróci. Tak miało być, ale minęło już wiele czasu, nie miał pewności. Nie zobaczyli się już, może tak miało być. 
            

    Teraz.


            Przykucnął na filarze muru, który okalał Nekropolię. Zwiesił dłonie wzdłuż ciała, pochylił głowę i nasłuchiwał. Zerknął na kamiennego anioła, ten niewzruszony wpatrywał się w kamienną nicość. Zakrywał skrzydłami budynek, tak kolorowy, że można było łyżką zeskrobywać lukier z blasku jaki emanował z każdego okna. Studenci medycyny imprezują, w sumie jak co noc, na zmiany i według swojego grafiku. Oprócz Łowcy wśród kwater z lastryko czaił się ktoś jeszcze, czekał na zagubionych balangowiczy. Dla plugawej istoty nie miała znaczenia płeć, wiek, stan cywilny ani zasobność portfela. Przypadkiem wypuszczony demon polował, z gracją łasicy przeskakiwał z nagrobka na nagrobek. Było blisko dwudziestej trzeciej, świat spowiła ciemność. Pobliska ulica tańczyła ciszą miotanych przez wiatr śmieci, a na cmentarzu słychać tylko delikatne, metalicznie brzęczące pazurki, które nerwowo poszukują pożywienia, mackowate wąsy oplatające zmarłych szurają tuz pod powierzchniami płyt. Tylko zjawy stoją cicho, wpatrując się w pomarańczowy blask lamp sodowych kołysząc w rytm piosenek, które tylko one słyszą. Czasem przyczajają się pod starymi dębami i szepczą "to tu", licząc, że ktoś się skusi i podejdzie. Nierealną dyskotekę przerwał jakże realny krzyk. Łowca, który zawisł na ceglanym murku podniósł głowę. Poczuł woń zgnilizny, coś ruszyło w pogoń. Zauważył kobietę, a za nią szamoczącą się istotę, która próbowała biec, a jednocześnie jakby robiła to pierwszy raz. Obserwator zeskoczył z punktu obserwacyjnego, sprawnie przeskoczył kilka nagrobków, potrącił kwiaty - Sorry- szepnął. przeskakując ławeczkę chwycił w locie łachmany zjawy, która goniła dziewczynę. Kobieta zerkając przez ramię nie zauważyła nierówności krawężnika i upadłą z hukiem na wyłożoną drobnymi kamyczkami przestrzeń między grobami. Usłyszała chichot. Zanim świat zawirował zauważyła małą istotkę przyczajoną pod płytą nagrobną. Zemdlała. 
            Poczuła jak zapada się w te kamienie. Ciało spada, słyszy skrzypienie kroków w kamyczkach potwora, który ja goniła, nie ma siły się ruszyć. Nagle poczuła uścisk na nadgarstki. I głos. Przesadnie ciepły, jakby znajomy. Otworzyła oczy, następnie przetarła je i złapała się za głowę w miejsce, gdzie wydawało się jej, że czuje ból. - To Ty. - szepnęła. - Poznaje Cię. 
            On też poznał, to była siostra tej, która zniknęła bez słowa. 

       Kiedyś. 

               Stał na pustej ulicy. Czekał. Chłodny wiatr otulał policzki, pieścił uszy. Ciało przenikał dreszcz. Było lato. Ulica pachniała akacjami, drzewa dawały cień, ale w zamian ogłuszały słodkim zapachem białych kwiatów. Przypomniał sobie słowa dziewczyny z cmentarza. - To Twoja wina. Zostawiłeś ją w piekle. - Zacisnął dłonie na powierzchni drzewa, ostre kolce wbiły się, popłynęła krew. Słodki płyn życia delikatnie popłynął po powierzchni rośliny. 
        Ciszę przerwał ryk silnika. Pod obserwowany budynek podjechał samochód. Z  wnętrza wysiadło kilka osób, była tam i ona, lekko zgarbiona kobieta delikatnie, jakby przepraszając wyjęła z pojazdu zakupy, gromadka dzieci wbiegła przez furtkę do środka. Kobieta chwilę słuchała kierowcy, co chwile kiwając głową jak na znak, że zrozumiała. Silnik zgasł, po chwili wysiadł i kierowca. Krew Łowcy zagotowała się. zacisnął pięść, zrobił krok sięgając za pazuchę. Później drugi, z daleka widział ciemną aurę wokół kierowcy, kwestia kilku kroków i wiedziałby z czym ma do czynienia. 

    Nigdy.

            Nagle poczuł na ramieniu potężny uścisk. Impet w jakim był, mało nie wyrwał ramienia z obojczyka. Prawie tracąc przytomność zdążył odwrócił głowę. 
- Chyba oszalałeś, że Ci na to pozwolę Raphaelu. - wycharczał zmęczonym głosem przybysz.
- Hrabia? - odpowiedział widząc kto mówi i poznał uścisk - Przyprowadziłeś Golema?
- Mam dla ciebie zadanie, przestań taplać się w przeszłości. 


Komentarze

Popularne posty