13: Obcy w domu
Stała wsparta o starą, schnącą wierzbę, na głowie miała wianuszek z polnych kwiatów. Oddychała ciężko, lniana długa koszulka osłaniała ją aż po kostki. Sukno perfidnie nie kryło kształtów jej postury. Była bardzo chuda. Linia dekoltu ledwo osłaniała jedwabiste piersi, przed całkowitym zerwaniem się materiału z ciała powstrzymały nabrzmiałe sutki, fałdy sukna przesuwały się wzdłuż krągłości, aż fragmenty zacinały się między wystającymi żebrami, a len ciągnął się dalej odbijając w swojej strukturze kości miednicy i szpiczaste kolana. Nienaturalnie długie palce bosych stóp plątały się z trawą, która pobudzona ostatnimi deszczami rosła wysoko. Dziewczyna skryta w cieniu obserwowała jak pola falują na wietrze, jak spiekota deformuje kształty na widnokręgu. Czarne włosy zsuwały się na wychudzone policzki, spierzchnięte usta zaciśnięte w wymuszonym uśmiechu. Przekrwione chabrowe oczy lustrowały okolicę. Jedna dłoń wsparta na wierzbowej korze nerwowo głaskała jej powierzchnię. Chude paluszki dotykały każdej nierówności jak niewidomy czytający brailla. Druga rączka łagodnie zwisała lekko bujając się odsłaniała kościstą piąsteczkę, w której stalowym uściskiem dzierżyła sierp. Trzymała go tak mocno, że z popękanej skóry, delikatną stróżką sączyła się krew. Kropelki opadały na żylaste stopy. Cierpliwie czekała. Tylko ona wiedziała na co.
Ona, wierzba i.
Pośród szumiących liści zamieszkiwał wiatr, krył się tam zawsze. Przed starym światem i tym nowym, dziwnym. Teraz chował się przed bladą istotą z ostrym narzędziem. Nie mógł oderwać od niej wzroku, delikatnie poruszał jej sztywnymi włosami, z ciekawością dorastającego chłopca próbował zsunąć rąbek sukienki. Niewidzialna postać niesiona wiatrem próbowała rozpoznać zamiary dziewczyny. Coraz to bardziej zauroczony wpatrywał się w nią, a ta prawie nieruchomo stała i wbijała wzrok w dal. Unikając ostrza Latawiec oblatywał dziwną postać z każdej strony. Nagle z oddali usłyszał dźwięk. Terkocząca, falująca w gorącym powietrzu sylwetka ciągnika pojawiła się na skraju drogi. Dziewczyna wsparta o drzewo również zauważyła. Chrapliwie oddychając wbiła paznokcie w powierzchnię wierzby tak głęboko, że delikatne drzazgi zaczęły wsuwać się pod paznokcie. Wielkie, przekrwione oczy wpatrywały się w pojazd, który wolno, acz sukcesywnie zbliżał się w ich kierunku. Dziewczyna uśmiechnęła się pokazując rząd białych kłów, oblizała się łapczywie, a z kącików ust popłynęła ślina. Niedaleko traktor zacharczał i ucichł. Kierowca jeszcze kilka razy próbował odpalić silnik, bezskutecznie. Sprawnym susem wyskoczył z kabiny, odkrył osłonę silnika, zdjął czapkę i podrapał się po głowie. Młodzieniec zajrzał do kabiny, sięgnął ze środka telefon i zaczął dzwonić. Dziewczyna zajęczała, zagryzając wargi. Wtedy z dzikim wrzaskiem zaczęła biec w stronę traktora i jego kierowcy. Płynnie przecinając łany zbóż z cichym, ale wyraźnym krzykiem szybko dopadła zaskoczonego mężczyznę, który w półzdania odwrócił się w ostatnim momencie. Zobaczył wielkie oczy, rozwarte w śmiertelnym uśmiechu usta, noszące się w powietrze kłosy świeżo ściętego jęczmienia i błysk sierpa, którego ostrze wystrzeliło z jego piersi, a zaraz po tym jak weszło w jego ciało w okolicy pępka.
Wiatr z daleka obserwował jak z gracją kocicy biała dama przebiegła przez kołyszące się zboże, dopadła kierowcę tworząc chmurę krwi i ziaren z kłosów, które ścięła gdy zamaszystym ruchem, a z precyzją chirurga, ugodziła mężczyznę. Następnie obróciła w dłoniach sierp i w powietrzu zamachnęła się ponownie, a między kroplami krwi rozdarła na chwilę materiał wymiarów. Chwyciła za szyje kierowcę, który zaskoczony, na adrenalinie trzymał poły rozciętej koszuli powstrzymując krwawienie. Polizała przerażonego i wepchnęła w rozdarcie, wskoczyła tuż za nim, a wyrwa się zamknęła.
Latawiec pokręcił się chwilę wokół wierzby, wtedy postanowił, pierwszy raz od wieków odejść od domu trochę dalej. Unosząc się delikatnie nad źdźbłami przeniósł się bliżej traktora. Na miejscu nie było ani kierowcy, ani Południcy. Zauważył tylko kilka kropel krwi, żeby się upewnić, że nie kryją się wśród zbóż, jednym gestem położył spory krąg wokół. Pusto. Zdziwiony już miał odejść, gdy usłyszał dziwny dźwięk. Spojrzał na ziemie, gdzie wibrował, świecił i wydawał dźwięki telefon. Ciekawski wicher podfrunął bliżej, delikatnie poruszył, uniósł, a w słuchawce rozległ się głos. Wystraszony urządzeniem upuszcza i czym prędzej wraca szukać schronienia wśród liści. Z daleka, ukryty w gałęziach obserwował, czekał, że wróci i ona. Wieczorem nocne niebo rozświetliło dziwne niebieskie światło. Pojawiło się też więcej istot ludzkich. Świecili latarkami. Rokitnik czuł się nieswojo gdy ludzie gromadzili się w większe formacje. Pamięta jeszcze czasy, gdy polowano na takich jak on. Skrytych cichych, nieszkodliwych.
Uspokoił się dopiero jak rozeszli się.
Większa grupa wróciła rano. Oglądali miejsce zdarzenia. Kilku w mundurach i kilka osób w cywilu. Ich zamyślone miny, przenikliwe spojrzenia i lateksowe rękawiczki przyprawiły istotę o gęsią skórkę. Mierzyli, fotografowali spisywali i pobierali. Przestraszył się tak naprawdę gdy wskazali palcem jego drzewo. Dopiero wtedy zauważył ślad w zbożu zrobiony przez Południcę. Bezpośrednio stąd, aż do pojazdu. Nie minęła chwila, jak zjawili się przy nim. Skrył się w dziupli. Przez wąską przerwę między połami pnia obserwował jak co jakiś czas pojawiała się głowa i znikała. Nagle poczuł na sobie spojrzenie. Zapatrzony prosto w niego wysoki blondyn stał. Stał i tylko się wpatrywał.
- Coś widzisz? - zapytał drugi policjant. - Halo śpisz? - szturnął kolegę, który na chwilę zamyślił się tracąc kontakt ze światem.
- Nie.. nie wszystko gra. - wyrwany z letargu blondyn łapał oddech wyduszając z siebie słowa. - Pomyślałem, że zajrzę do dziupli i znajdę zwłoki. Wychowywała mnie babcia. Opowiadała o demonach w drzewach o żywych trupach i diabłach. Jakoś do mnie to wróciło. - dodał, a po jego karku przeszedł zimny dreszcz. W tym samym momencie jego kolega wspiął się na drzewo i zajrzał. Wicher podkulił nogi uniósł delikatne suche listki, a policjant pałką przegarnął z miejsca na miejsce cokolwiek tam było.
- Spokojnie pusto, jedyne truchło to kot i kupa liści. - Odpowiedział przeczesując z kurzu czapkę. - O kurna. - dodał pokazując zbliżający się rower. - Zosia tu jedzie. Dziewczyna rzuciła rower, zajrzała do kabiny, pobiegła do policjantów.
- Jak go szukacie? - po krzakach się kulacie pajace! - Krzyczała do policjantów, którzy podbiegli do niej tłumacząc sytuację. Ta rozpłakała się. Odeszli. Wicher odetchnął poruszając wesoło gałęziami wierzby. Zauważyła to dziewczyna.
Minął dzień.
Wieczór pachniał parującym zbożem, kurzem i ciszą. Rokitnik wypatrywał gwiazd. Nagle usłyszał kroki i delikatny szloch. Zsunął się z gałęzi i zauważył jasną postać. - Południca wróciła w nocy? - pomyślał. Przyjrzał się, to kobieta, którą widział z policjantami. Zapłakane policzki błyszczały w blasku miesiąca, przysiadła na miedzy, skryła twarz w dłoniach. po całym dniu poszukiwań znużona odpoczywała, walcząc z zamykającymi się powiekami. Nieustanny szloch skutecznie powstrzymywał sen. Wicher poczuł, że nie jest sam. Tuż na gałęzi nad nim wisiał inny demon. Jego szaty rozdarte zwisały delikatnie bujając się na wietrze. Latawiec spojrzał na kobietę pod drzewem, płakała i przyciągnęła do siebie karmiącego się żalem. Ten nagle odezwał się do Wietrzaka. - Ty się nie żywisz żywymi. Co tu robisz.
- Bo to mój dom. - wysyczał nie kryjąc zdenerwowania i przybierając realną postać. - I włazicie mi tu z butami, jak do siebie. - Czego chcesz?
- Właściwie przyszedłem do niej. Zaraz znikam. - wskazał na kobietę, upewniając się, że aura smutku jest dobrej jakości. - Fiolet to dobry składnik - pomyślał. - Właściwie to szukam kota. Wiesz gdzie znajdę?
- Kota. Co jeszcze? M-4 limuzynę i kierowcę? - rozzłościł się Wiatr. Zimne powietrze otuliło kobietę poniżej, chwyciła ramiona i zaczęła rozcierać. Po chwili Rokitnik uśmiechnął się. - Mimo wszystko masz dobry dzień. Zanurkował do dziupli, rozgarniał chwilę liście. Nagle wyskoczył na gałąź tuż obok Algosa trzymając w dłoni truchło kota. - W sumie to mam. - zaśmiał się ponownie.
- Dowcip się ciebie trzyma. istoto z wiatru.
- To Kołbuk. Tyle, że trochę leniwy. - dodał i potrząsał rytmicznie zwłokami zwierzęcia. - Trochę kot, a trochę złośliwiec. W sumie esencja kota. Bierz. Podkarm i nie wracaj.
- To nadal wygląda jak zwykłe ścierwo. - Demon żalu złapał delikatnie i zeskoczył z drzewa. - Dzięki. - wyszeptał i pobiegł w stronę świateł za horyzontem.
Kobieta poniżej drzewa otarła oczy i też poszła. Wicher odetkchął i wrócił do oglądania gwiazd. - tak lubię wyszeptał - Znowu sam.
Komentarze
Prześlij komentarz