13: Rozdział kolejny
"The devil's house in the shape of a chapel
You hid the knife in the core of an apple
Burn me, try to hurt me
Try to hit me when my back was turning"
Billy Idol
Rozdział IV. Lágnætti
- Jestem zmęczony, tęsknię za domem. Męczy mnie ich obecność, ich smutki, żale, puste słowa i obietnice. Jak samotne ptaki narażone na deszcz. Wtulam sie tylko w skrzydła swoich wspomnień. unikam światła w dzień, szukam go w nocy. - szeptał przygarbiony starzec, jego szare oczy wpatrywały sie w dal, gdzie u jego stóp w dolinie wiła się ścieżka prowadząca wzdłuż jeziora w stronę Różopola. Pełnia oświetlała okolice. Noc była jasna. - Wiedziałem, że ktoś tu przyjdzie. Prędzej czy później. Nie myślałem, że to będziesz Ty, ale ja tego nie mam.
- To gdzie to jest? - zapytała delikatnym głosem Selene. Jej zwiewna sukienka falowała, pajęcza sieć materiału otulała jej ciało podkreślając idealne kształty.
- Szukałem wiele stuleci. Drzewo grzeszników. Nie ma czegoś takiego. - odpowiedział chrapliwym głosem troll - Dotykałem wszystkich drzew świata i nic. - dodał rozkładając ręce wskazując okolice i pochylając głowę.
- Kłamiesz! - krzyknęła. Jej oczy zaczerwieniły się, usta zacięły w gniewie. Zacisnęła pięści. - Powiesz tak, czy inaczej. - Wycedziła przez zęby i wbiła mu sztylet w serce. Momentalnie znieruchomiał, potem upadł, zwinął się w pozycję embrionalną i zamienił w kamień. Selene położyła na nim dłoń. wyszeptała zaklęcie, opuszki jej palców, które stykały się z powierzchnią kamienia zaświeciły. Skała zadrżała. Kobieta odsunęła się o kilka kroków. Nagle okolicę przeszył huk. Zwierzęta w pobliskim zoo zaczęły w panice miotać się w boksach. W miejscu gdzie upadł troll stała kamienna postać. Chudy wysoki twór obejrzał się na Selene, ta podeszła chwyciła w dłonie kamienną twarz, ucałowała zimne usta i szepnęła - Znajdź ich.
***
Kiedyś.
Leżała w wielkim łóżku. Spędziła tam cały weekend. Jak wspomnienie ostatnich dni piętrzyły się talerze, kartony po pizzy i brudne szklanki po napojach. Rozpamiętywała przeszłość, cięła żyły błędami, podcinała gardło zmarnowanymi okazjami, dławiła się każdym słowem, które nie padło jak tabsami usypiającymi. Wtulała się w poduszkę i klęła w myślach. Jej samotność rozgościła się w sercu i omotała umysł. Czarny cień siedzący w kącie pokoju szeptał jej do ucha - Czas umierać. Całe zło tego świata w jednym miejscu, czekające na kolejną duszę. Samobójca to najsmakowitszy kąsek dla wszelkiego rodzaju bytów. Im dłużej dziewczyna zastanawia się nad śmiercią tym więcej zagubionych pojawiało się w okolicy. Każdy szeptał to samo. - Umrzyj. To jak długa droga w dół, im bliżej tym krok staje się szybszy. Okolica opustoszała z ptaków. Liście drzew zieleniły się zgniłym kolorem. Wiatr unoszący kurz stał się ciężki od mrocznych istot, które przepedzając się nawzajem czekały na ostatnie tchnienie ciała i duszy. Gęstą chmarą podróżowały z Katią już jakiś czas. Podsuwały jej słowa, które wypowiadała:
- U mnie wszystko w porządku mamo. Tak radzę sobie. - odpowiadała jak robot, zaprogramowany przez mrok. - Tak wpadnę do Was. - Skłamała. - Tak wpadnę na obiad w niedzielę. - Skłamała po raz kolejny. Zamknęła oczy składając telefon kończąc rozmowę. Następnie rzuciła go na ziemię. Telefon wirował dłuższą chwilę zanim spadł kilkanaście metrów niżej i roztrzaskał się o leżący tam kamień. Dziewczyna stała na krawędzi dachu. Palce jej bosych stóp oplatały krawędź, jak trzyma się człowiek ostatkiem sił wisząc na krawędzi, tu powstrzymywały się przed pozostaniem po tej stronie dachu. Jej zwiewna sukienka łopotała na dachu jak biała flaga. Poddała się. Jej demony wygrały. Tańczyły wokół niej. Muskały jej ramiona, które pokrywała gęsia skórka. Okolica była pusta, późny wieczór usypiał wszystko wokół młyna Tańskich. Powietrze pachniało latem. Wieczór był ciepły.
i skacz, chodź do nas... - szeptały poczwary, które wyczuły łzy dziewczyny. Dziewczyna stała na dachu i rozkładała każdą chwilę a kawałki. Śledziła swoje poczynania krok po kroku. Sekunda po sekundzie, aż do momentu gdy usłyszała w głowie po raz milionowy "nie kocham Cię". Wtedy serce rozdarł jęk bólu i dziewczyna zsunęła się z dachu. Z gracją baletnicy i akompaniamencie w trzepotu skrzydeł sukienki upadła. Leżała obok telefonu, który wyświetlał zdjęcie mężczyzny, który wywrócił jej świat do góry nogami. Otwarte oczy wpatrywały się w świecący telefon, aż wygaszacz zgasił ostatni promień światła. Katia zemdlała. Upadając nadziała się na wystający pręt, który sterczał z ziemi. Powoli czerwień zaczęłą dominować nad bielą sukienki. Strużka krwi popłynęła pomiędzy zaprawą starych murów i zaczęłą kapać do kanału wypełnionego gnijącą wodą. Ta zabulgotała. z dna wypłynęłą topielica, jej blada skóra rozświetliła wodę, chwilę nieruchomo unosiła się tuż pod zielona taflą kanału. Wpatrywała się czarnymi źrenicami w gwiazdy. Jej skóra ponownie poczuła kroplę krwi. Wyskoczyła z wody, rzuciła się na brzeg próbując sięgnąć dłoni leżącej dziewczyny. Nie mogąc opuścić wody skowytała jak zwierze przypalane żywym ogniem. Nagle okolice wypełnił dźwięk bębnów. Każde uderzenie przeszywało okolice jak basy bety Sebixa. Topielica oblizała się. Zsunęłą z gracją do wody, odepchnęłą od brzegu i uciekła w głąb do pobliskiego bajora. Strach pokonał głód. Nieprzytomna dziewczyna drżałą w konwulsjach. Nagle wokół niej ziemia zaczęłą delikatnie falować. Po chwili pojawiły się palce. Pochwyciły one dziewczynę i powoli zaczęły wciągać ją pod powierzchnię gliniastego podłoża. Ciało zniknęło pod ziemią, nad jej powierchnią przez chwilę sterczałą dłoń Katii. Ocknęła się i próbowała chwycić czegokolwiek, jej palce zaciśnięte w glinie wyżłobiły rowki, zanim całkowicie zniknęła.
- Ona jeszcze żyje! Nie możecie tego robić! - krzyczał Lyesberg. - Nie miała być pogrzebana, to wbrew prawu Baphometha!
"Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba,
jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła."
Carl Gustav Jung
Siedziała nad pustą kartką. Opinia psychologa dla osoby z depresją. To zawsze to samo. Mały wyrok, kwestia czasu. Na szczęście to już poza mną. – pomyślała. Dragi albo sesje psychoterapeutyczne i dragi, w najgorszym wypadku szpital, sesje i dragi. Na szczęście czasy elektrowstrząsów i lewatywy się skończyły. Pacjent jest w miarę bezpieczny, pod kontrolą i nie ma szans na zrobienie jakiejś głupoty. Blanka Rudzińska wzięła łyk wody, nabrała w płuca powietrza i stwierdziła, że potrzebuje się przejść. Zamknęła laptopa. – Praca nie zając – szepnęła i zawołała psa. – Idziemy na spacerek, pani musi odpocząć od pracy. Długowłosa blondynka wzięła zwierzę na ręce. Mieszkanie w bloku ma uroki. Nigdy nie jest się samemu i jednocześnie ma się miejsce na samotność. Po drodze spotkała panią Zosię. Starsza przygarbiona kobieta bacznie przyglądała się dziewczynie. Głowę starowinki przykrywała chusta. Kobieta wyglądała jak wyjęta ze starych obrazów. Brakuje jej tylko tobołka z chrustem lub kosza z ziołami. Blanka minęła starszą kobietę, szepnęła tylko „dobry wieczór” proforma, z uprzejmości, bo staruszka nigdy nie odpowiadała. Położyła psa na ziemi i ruszyła w kierunku pobliskiego lasu. Okolicę przykrywała lekka mgiełka, robiło się zimno. Ostatnie podrygi lata dawały jeszcze nadzieje, ale sam wieczór z reguły był chłodny i jak dziś mglisty. Latarnie w miejskim lasku oświetlały okolice, a otulająca je mgiełka tworzyła coś na wzór kolorowego abażuru. Blondynka zerknęła na telefon. Nikt się nie dobija. Wybrała numer do pacjentki, która nie pojawiła się na rozmowie, a dla której przygotowuje opinie, które trafi do poradni specjalistycznej. Po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa „Cześć tu Kat. Nie mogę lub nie chce odebrać telefonu… Lub nie jestem w stanie, bo… a nieważne. Wiesz co robić. Zostaw lub nie.”, po której chwile słychać pociąganie nosem. Płakała. Sama poczta wołała o pomoc. Blondynka jeszcze raz spróbowała się połączyć i nagrała się na pocztę. Wie, że jest coś nie tak. Wyszukała numer do matki dziewczyny. - Tak rozmawiałam z nią kilka minut temu. Umówiłyśmy się na niedzielę. Przyjdzie na obiad. Wydawała się spokojna. Czasem odpowiadała tylko „tak - nie”, ale instynkt matki podpowiada mi, że wszystko gra. Proszę się nie martwić. – dodała matka Katji na do widzenia. „Proszę się nie martwić” kurcze, wiem to, nie umiem. Zwariuje kiedyś przez tę pracę. Podobno znieczulica przyjdzie z czasem, ale na razie każda dusza w moim gabinecie urywa część mojej. Nagle rozległ się głos dzwonka z jej telefonu. Urządzenie dzwoniło, ale nie wyświetlał się kto. Blanka przesunęła symbol zielonej słuchawki. W słuchawce usłyszała szloch i bębny. Wydawało się jej, że kwilenie należy Kat. – Kat czy To Ty? – zapytała blondynka. Szloch zmienił się w przeraźliwy krzyk. Tak głośny i przenikliwy, że odrzuciła telefon kilka metrów dalej. Gdy ogłuszający pisk w uchu ustąpił podbiegła do aparatu. Podnosząc go, zauważyła, że jest zablokowany. – Mówiłam, że w końcu zwariuje, przejmując się wszystkim i wszystkimi. – wyszeptała. Odblokowała telefon w poszukiwania ostatnich połączeń i ostatnim było to do matki podopiecznej. Przetarła twarz. Wtem latarnia tuż nad nią zaskwierczała i zgasła. W krzakach kilka metrów dalej jakieś dziesięć latarni dalej zaczęło coś warczeć. Młode drzewka w tym miejscu miotały się nieludzką siłą. Mikry pies zaczął warczeć, ale po chwili schował się za nogą dziewczyny i trząsł się jak galareta. Kobieta walczyła ze strachem, ale stwierdziła, że to jakieś dzieciaki. Woląc nie konfrontować swoich strachów z rzeczywistością, wzięła przerażonego pieska na ręce i szła dalej. W tym samym momencie latarnie zaczęły migotać. Tak która była tuż nad buszującymi w krzakach dzieciakami zaiskrzyła i zgasła po chwili druga i coraz bliżej Mariki, wtedy wybrała dróżkę, która prowadziła najszybszą drogą do domu. Las powoli zanikał w mroku. Wszystkie latarnie zaczęły gasnąć, jedna po drugiej. Szczególnie wzdłuż drogi, która była równoległa do dzikiej dróżki, którą wybrała blondynka. Gdy ciemność ogarnęła cały park dziewczyna była jakieś pięćdziesiąt metrów od świateł ulicznych. Nagle na skraju drogi, na tle latarni dojrzała bardzo szybko poruszającą się, nienaturalnie przygarbioną postać. Najwyraźniej ktoś próbował odciąć jej drogę. Adrenalina podskoczyła poziomu maksimum. Wymacała na dnie torebki spray pieprzowy. Nagle tuż za nią usłyszała cichy jęk i dźwięk łamanych gałęzi. Ciarki przeszyły jej ciało. Włosy stanęły dęba.
***
Obudził ja pocałunek. Usta smakowały deszczem. Czuła jego oddech na karku, był ciepły i intensywny. Oplótł ją dotyk dłoni, który przyprawiał o drżenie. Poczuła, jak delikatna struktura pościeli otula jej stopy, muska łydki uda i podbrzusze, aż świat zawirował i poczuła motylki w brzuchu. Delikatna fala podniecenia przeszyła jej ciało, delikatnie się wygięła i zatopiła palce w atłasowym łożu, czuła jak palce ślizgają się po nim, zapadała się w rozkoszy. Wiedziała, że to tylko sen nie chciała otwierać oczu. Rozkoszowała się chwilą. Tańczyła w myślach spleciona z Nim. Ona obejmowała go rękoma i nogami, on był w otulony nią, uśmiechał się, a on całował i na przemian odgarniał jej włosy z twarzy, które oplotły ich w miłosnym uścisku. Ciało smakowało czymś ciepłym, silnym i męskim. Tęsknotą. Wokół wibrował hipnotyczny dźwięk bębnów. Pokój pachniał lasem i czymś nieznanym. Czuła się dziwnie. Jak tuż przed obudzeniem, gdy chce się jeszcze spać, a wiemy, że zaraz zadzwoni dzwonek. Analizowała wszystko. Ostatnie co pamięta, to rozmowa z mamą „tak do zobaczenia w niedziele” kłamała. Wokół słyszała głosy. Nie rozumiała ani słowa z ich rozmowy. Czuła na twarzy pieczenie, a w brzuchu motyle. Dziwne uczucie. Chwilę później w uszach pojawił się szept. Przenikał ją i przywoływał. Wołał ją po imieniu jej głosem. Przypomniała sobie, że skoczyła z tamtego dachu. Pomyślała, że właśnie umiera.
***
To wbrew prawu! – wykrzykiwał starzec. Jego lekko przygarbiona postać, nienaturalnie duża głowa i długie ręce przypominały wielkiego pająka. Dodatkowo na twarzy miał kilka nacięć, które jak powieki otwierały się, na przemian, by odsłaniać ludzkie źrenice. Tak, pająk to dobre porównanie. Okryty długą wstęgą materiału, która kilkadziesiąt razy oplatała jego ciało, by nad głową tworzyła kaptur z końca materiału. Wymachiwał długimi kończynami przed twarzą innej karykatury człowieka. Ten drugi pokryty był długimi kolcami, które przebijały długi płaszcz. Istota była wysoka, przypominała wysokiego jeżozwierza. Twarz jego była na pół ludzka, a pół zwierzęca. Oczy wydawały się wyrażać współczucie dla dziewczyny, której ciało leżało nieopodal. Katafalk, a którym spoczywało ciało kobiety. Leże zbudowane było z korzeni, które w jakiś nienaturalny sposób wyhodowano właśnie w taki kształt. Komnata była ciemna, oświetlały ja tylko delikatnie mrugające na żółto bioluminescencyjne grzyby. Nieopodal stała, na pozór kamienna misa chrzcielnicy. W jej wnętrzu buzował jakiś świecący swoim światłem błękitny płyn. Podskakujące bąbelki wrzącej cieczy oświetlał dodatkowym błękitem wnętrze kapliczki, tuż nad chrzcielnicą na cieniutkich, ale gęsto utkanych grzybowych nitkach, jak w siatce wisiało bijące serce. Mieniło się na przemian żółtym i błękitnym światłem. Co jakiś czas z organu kropla płynu kapała do misy poniżej. Wnętrze było wysokie, a na ścianach majaczyły freski i płaskorzeźby. Przedstawiały one dziwne, nieludzkie twory wyjęte jak ze snu, które tańczyły wokół wielkiej skrzydlatej postaci. Nagle do wnętrza weszła zakapturzona postać. Zawiesiła na ścianie pochodnie. - To wbrew prawu. - wykrzyczał jeszcze raz Lylsberg. – Zaczynajmy. – dodał. Podszedł do dziewczyny, która majaczyła. Wyginała się na katafalku, ale jeszcze żyła. – Jest niewinna. Nie powinniśmy, nie należy do nas! – zamarudził ponownie. Przesunął dłonią wzdłuż ciała dziewczyny. – Wyczuwam w niej jednak coś. Ból. Nieziemski żal. – zakończył i podszedł do chrzcielnicy. Zanurzył dłoń w misie. Jego dłoń zaczęła falować, kurczyć się jak zanurzona we wrzącym oleju. – uniósł głowę i spojrzał na serce. – Prowadź mnie Baphomecie. – Wyjął ociekającą od płynu dłoń, poodszedł do dziewczyny. Wsunął dłoń w otwartą ranę. Obrócił nią w jej wnętrzu. Kat wygięła się w konwulsji i opadła. Pająk wyjął dłoń z jej trzewi, a następnie musnął palcami twarz dziewczyny. Krew pomieszana z błękitną cieczą weszły w reakcje ze skórą, która zaczęła pęcznieć w miejscu dotknięcia i pulsować. Unosił się dym reakcji. Podobnie z jej brzucha wydobywał się dym i dźwięk palącego się miesa. – Jesteś w Midian. Żyj w Nas. Dziewczyna znieruchomiała.
***
Blanka odwróciła się na trzask, który usłyszała za sobą. W gotowości miała gaz. Przed sobą zobaczyła wielką głowę i równie wielkie oczy. Jeleń, który za nią stał, na czole miał dziwne znaki. Jego ciało pokryte było bliznami postrzałów. Chwile na nią patrzył cielęcymi i pełnymi zrozumienia oczami i wyskoczył w bok, pobiegł do lasu. Blondynka oparła się o drzewo, pochyliła głowę i odetchnęła. – Widzisz mały. Mówiłem, że to nic nadnaturalnego? – Pocieszała siebie. Otrzepała spódnice i rajstopy z pajęczyn i kawałków liści. Wyszła z lasu. Dawno nie cieszyła się tak na widok smogu nad miastem. Szybkim krokiem doszła do swojej klatki. Myśl o przygodzie w lesie już uciekła. Blondynka zapomniała o tym i już weszła w wąską alejkę prowadzącą do klatki schodowej, gdy za ramię chwyciła ją dłoń. Blade, kościste i długie palce zacisnęły się na jej ramieniu. Moc uścisku spowodował, że nogi się jej ugięły i z trudem utrzymała kontakt z rzeczywistością. Blanka, chwiejąc, odwróciła się w stronę napastnika, już miała zadać mu bubu i wymacawszy spray wystrzelić cały zbiornik. Kątem oka zauważyła, że to starsza sąsiadka. - To twoja wina. – Wycedziła staruszka. Każdy dźwięk, który z siebie wydobywała, wymagał wiele energii. – One ciągną tu za Tobą. Przyciągasz je. Cały dach pełen jest tych pokrak. – Staruszka z trudem łapała oddech. – Wiją sobie gniazda w naszych duszach. Nawróć się. - Sama się nawróć wariatko! – Blondynka wyrwała się z uścisku i z ulgą uciekła do mieszkania. Zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie. Zsunęła buty i rzuciła w kąt. – Wariacji dzień. – syknęła do siebie. Zdjęła garsonkę, otworzyła laptopa. – Nadal pusto. – szepnęła i zamknęła sprzęt ponownie.
***
Maria niosła nieprzytomnego mężczyznę. Wilcza powłoka dodawała sił, ale do świtu coraz bliżej. Rudowłosa rozglądała się za noclegiem. Półnagie postacie świeciły w promieniach księżyca. Okolica pozornie była pusta. Cały czas ktoś ich obserwował. Każdy ich trop obserwowali łowcy. Czekali tylko a dogodny moment. Maria ostatkiem sił wspinała się pod górkę. Nagle tuż nad sobą wyczuła zapach. - To TY! - Usłyszała. W tym momencie opadła z sił, padła na kolana i upuściła Roberta.
Zanim wstało miasto, obudził ją dziwny dźwięk. Jakby sąsiedzi stukali w staromodną maszynę do pisania. Blanka nakryła uszy poduszką, ale wtedy wydawało się jej, że słyszy to wyraźniej. Usiadła na łóżku, chwyciła telefon. Wiadomość od Marka. „No bywa. Nie przejmuj się”. Przetarła dłonią twarz. – No tak miałam napisać opinię. – Przewróciła oczami. – i tak nie zasnę w tym hałasie. Wstała z łóżka, wślizgnęła stopy w puchate laczki, założyła szlafrok i delikatnie szurając po panelach, wyszła z pokoju. Jednocześnie próbowała okiełznać burzę blond loków. Jak dzikiego mustanga związała włosy w koński ogon. Po drodze weszła do aneksu kuchennego, zapaliła małą lampkę pod szafką, nalała sobie wody, wzięła łyka i odwróciła w stronę salonu. Woda miała metaliczny posmak. Dźwięk wystukiwanego rytmu zaczął być irytujący, ale wyraźniejszy niż w sypiali. Zrobiła kilka kroków i zauważyła światło na końcu pokoju. – Laptop. Najwyraźniej zostawiłam go włączonego. – pomyślała. Odgłos klikania stał się bardziej nerwowy. Wystukiwany rytm zmieniał się w jeden ciągły trzask. Nagle ucichł. Kobiecie ulżyło. Zauważyła jednak ruch tu obok laptopa. Nagły błysk, blada poświata. Twarz. Ktoś siedział przed monitorem. Przyjrzała się. Rysy stały się znajome. Znieruchomiała, strach przykuł jej stopy lodowatym gwoździem. – To Twoja wina! – Rozległ się krzyk, poznała ten głos. Staruszka z sąsiedztwa. – to przez Ciebie tu są! – Nagłym szarpnięciem laptop podskoczył i przewrócił się monitorem w górę. Blanka odskoczyła do włącznika światła. – Co Pani sobie myśli! – krzyknęła i zapaliła światło. Ciepłe światło żarówki wypełniło pokój. Był pusty. Tylko laptop leżał na wznak. Kobieta przetarła oczy. – Tylko sen, a ja lunatykuje. – szepnęła. Podeszła do laptopa. Postawiła go w pozycji normalnej. Już miała go zamknąć, gdy zauważyła, że cały dokument jest wypełniony. Usiadła. Odchyliła ekran, by lepiej widzieć. Zbladła. Sześćset stron tekstu, który brzmiał monotonnie „giń, umrzyj i zgnij” raz przy razie, bez spacji. Zasłoniła usta dłonią, oczy zadrżały ze strachu, a stały się przy tym wielkie jak pięć złotych. Chwyciła rant monitora i z trzaskiem zamknęła sprzęt. Przeszło jej przez myśl jedno imię - muszę do niego zadzwonić. - W tym samym momencie z głośników laptopa zaczęły wydobywać się trzaski. – Za mocno klapnęłam, zepsuł się. Teraz mi nie uwierzy. - Szybko otworzyła laptopa, a ten się włączył. Zamiast tekstu, który widziała wcześniej, na ekranie pojawiło się „Idziemy po Ciebie!” i podobnie jak wcześniejsza wiadomość napisana była bez spacji. Kilkaset razy, z tą różnicą, że tekst właśnie się wypełniał. Litera po literze z niesamowitą prędkością. Nagle w kuchni zaczęło się coś szamotać i z trzaskiem potłukło lampkę pod szafką i wyrzuciło z pomieszczenia wszystkie przybory z blatu, które z gracją sunęły po winylowej podłodze wprost pod stopy dziewczyny. Przerażona Blanka podkuliła nogi na fotelu. Nagle czarna fala wylała się z aneksu. Jedyne światło w pokoju zaczęło zmieniać kolor na czerwony, by po chwili zgasnąć. Laptop oślepiał Blankę i nie widziała, co się za nim kryje. Pokój ogarnęła ciemność. Wszystkiemu towarzyszyły trzaski wydobywające się z głośników. Nagle wszystko ustało. By po chwili z wrzaskiem, który słyszała w lesie, który wydobywał się z głośników, a wszystko rozgorzało jeszcze bardziej. Po chwili z trzaskiem zamknął się laptop. Pokój ogarnęła całkowita ciemność i cisza. Zaczęło świtać, pierwsze promienie słońca oświetliły pusty, ascetycznie urządzone mieszkanie.
Kiedyś
- To taka gra. – Przypomniała sobie stare powiedzenie w stylu Paula Cohello. – Przegrywa ten, który pierwszy powie „kocham”. – Zaśmiała się w myślach i założyła szlaban na Facebooka.
Obserwowała z antresoli mężczyznę, który wszedł właśnie do biurowca. Gabriel ucinał sobie pogawędkę z ochroniarzem, który prawdopodobnie opowiadał mu o światowym spisku wielkich korporacji. Mężczyzna z przyjaznym uśmiechem cierpliwie słuchał wynurzeń Kazimierza. Rudowłosa wytężyła słuch i usłyszała, jak ten opowiada o kosmicznych istotach, micie Dogonów i o tym, że Oz mieszka na końcu tęczy, a Bóg jest astronautą.
– Może powinnam go uratować? – pomyślała. Zachichotała pod nosem. – Niech się męczy. – uruchomiła swoje wilcze umiejętności. Miała Gabriela jak na widelcu, widziała poświatę jego feromonów. Łuna wzmacniana niezręczną sytuacją oplatała go różowo złotą chmurą. Maria oparta o barierkę kilka metrów wyżej drżała, łapiąc zapach Gabriela. Słodka woń jego perfum delikatnie drażniła nozdrza. Oddzieliła sztuczny zapach od zapachu ciała. Lubiła bawić się jedzeniem, ale ten łup miał w sobie jakiś magnes, coś ją do niego ciągnęło. Czasami łapała się na tym, że zaczepia go o duperel, bez znaczenia, tylko po to by zamienić kilka słów. Zastanawia się wtedy, o czym on myśli. Czuła za każdym razem, że Gabriel zachowuje się nienaturalnie. Spina się i poci. Nie lubiła niezręcznych sytuacji i niewypowiedzianych słów. Utraconych na zawsze okazji i chwil.
Zerknęła na zegarek. Koniec Lunchu. Rzuciła jeszcze okiem na Gabriela. – Ta rozmowa z Kazikiem potrwa jeszcze. – pomyślała, zrobiła kilka kroków wzdłuż holu i zauważyła stół z owocami. – Dziś czwartek. Owocowe czwartki mają swoje plusy. – Wzięła jabłko i ugryzła. Słodki sok popłynął po kącikach ust i na brodę. Szybko pochyliła się nad otwartą dłonią, by uratować szyję i dekolt. Za późno. Słodki zapach świeżego owocu uderzył ją przyjemną wonią, a strużka płynu spowodowała gęsią skórkę. Znowu pomyślała o nim, że łapie ustami błyszczącą kropelkę. Maria, nadal trzymając usta przy jabłku, zamyśliła się. Mocna czerwień szminki zaczęła wsiąkać w miąższ.
Przez myśl przeszło jej, że sytuacja między nimi przypomina taniec. - Chwilowo oboje podpieramy ściany. – Zaśmiała się i odwróciła w stronę swojego biura. Przez ramię rzuciła owocem, który poszybował na drugi koniec biura, a potem ponad barierką antresoli i upadło prosto na kubek ochroniarza. Naczynie podskoczyło i wylało zawartość w stronę Kazimierza. Mężczyzna odskoczył. Cudem uniknął ochlapania kawą. - Cholera. – krzyknął ochroniarz. Gabriel skorzystał z chwili nieuwagi rozmówcy i pobiegł do windy, która się właśnie zamykała.
***
Dziś.
Leżała na miękkim mchu. Jej półnagie ciało okrywała mgła, która kryła wszystko w promieniu wielu metrów. Zanurzała dłonie w zielonym kobiercu jej naturalnego łoża. Długie blado białe palce wsuwała między porosty, jak w futro zwierzęcia, które się głaszczę. Czuła zimno ziemi, jej tętno i oddech. Na polanie nie była sama. Pośród mgieł przemykały pokraczne postacie. Potwory, które dla swojej przyjemności trzymał hrabia. Kiedyś miały one swoje imiona. Pod krzakiem siedziała skulona Południca. Gładziła po szkaradnej głowie małego diabełka. Cała zgraja różnych chochlików goniła się po okolicy. Wyglądały jak trzyletnie dzieci o zniekształconych twarzach. Wśród drzew miotały się cienie. Szeptały i wyraźnie czegoś szukały. Krwawy cyrk osobliwości na wolności. Anna czekała na jakiś znak. Jej poczwary były głodne i spragnione krwi i zemsty. Nagle wśród liści rozległ się krzyk. Kobieta zerwała się z leża. Rozejrzała się. Z pobliskich zarośli wyskoczyła istota, wyglądała jak wielki pająk. Chudy osobnik na patykowatych nogach podszedł do wiedźmy.
– Dwoje zagubionych ludzi. Kobieta i mężczyzna. Uciekają przed czymś. Nikt nie będzie ich szukał. – Pokazał długimi paluchami kierunek i oblizał się na myśl o posiłku. - Idziemy jeść. – pogłaskała potwora po twarzy. Pająk z dzikim okrzykiem wskoczył na pobliskie drzewo. Zawył z radości. Anna rozpostarła ręce na boki, jakby wstawała z przesadnie wygodnego łóżka. Wataha istot czekała tylko na znak. Na gest. Nie musiała czekać długo. – Znajdźcie i obserwujcie. – szepnęła wiedźma. Mgła ożyła, jak wzburzone morze. Smutna dotąd Południca uśmiechnęła się i ruszyła w pościg. Potrącony diablik zakołysał się i upadł. Wstając wytarł spodnie z ziemi i pomachał w stronę demona pięścią.
***
Biegła całą noc. Trzymała go w ramionach, a Gabriel spał. Wydarzenia ostatnich dni obijały się w umyśle jak ćma o żarówkę. Kołatanie zmęczonego serca ona i on. – Randka jak diabli. – pomyślała. Wewnętrzny głos wołał ją, nie mogła odmówić. Instynkt przejął kontrolę ad jej ciałem. Chciała chronić, to co kochała. Żałowała tylko, że nie zdążyła mu jeszcze tego powiedzieć. Stare jak świat słowo. Przegrała grę. Cieszyła się tylko, że uniknęła krępujących początków. Niestosownych gestów, potajemnych pocałunków. Unikania kolegów z pracy. Obaw, że się myli i w swoich uczuciach jest sama, że on odrzuci. Przeżywała to nie raz. Jak każdy. Wilki jednak kochają inaczej. Mocniej, intensywniej i niebezpieczniej. Zranione serce wilczycy może spalić cały świat z żalu i złości. Zaczął padać lodowaty deszcz. Jesień lizała ich po twarzach. Niosła ukojenie i orzeźwienie. Mimo nieprzeniknionej ciemności nocy Maria biegła krok za krokiem, sprawnie unikała sideł. Tych naturalnych i tych pozostawionych przez ludzi. Świta. Ostatkiem sił zobaczyła pierwsze promienie słońca. U szczytu górki stała znajoma postać. Z otwartymi ramionami witała gości.
– Śmierć? Czy to Ty? – zapytała Maria i upadła wycieńczona. Oparła zmęczoną głowę o ciało chłopaka. Poczuła na szyi oddech Gabriela. - Tak można kończyć podróż. – pomyślała.
Poświata świtającego słońca otulała polanę, szumiące drzewa rozpyliły słodki zapach sosny, gładząc delikatnie nozdrza Anny, a jej włosy poruszały się delikatnie gdy obserwowała z nadzieją czmychające w istoty.
- Jaki masz plan? - zapytał Cień, który tuż za Anną zniekształcił rzeczywistość. Wiedźma odwróciła głowę w stronę istoty, chwilę obserwowała jak cały świat, który prześwituje przez żywą mgłę faluje. Nagle oczy czarownicy odwróciły się, doznała wizji. Jej nagie ciało zadrżało, pokryło się gęsią skórką, palce zesztywniały wzdłuż ciała, a krew pulsowała w jej wygiętym w łuk ciele unosząc piersi w rytm dygoczących doznań. - Wszystko gra? - dopytał Cień.
Anna chwile drżała po chwili upadła na kolana, zasłoniła twarz dłońmi dysząc po tantrycznym uniesieniu. Przez dłuższą chwilę milczała.
- Zadziałałaś jak szklana kula... - odezwała się po chwili łapiąc łapczywie oddech. - Miałam wizję, minęło sporo czasu od ostatniej, idą zmiany.
- Tak wiem, mówi Ci to ziemia, mówi Ci to powietrze i woda. bla bla bla - z nieukrywanym sarkazmem przerwał Cień.
- To akurat mówił Ogień. - uśmiechnęła się pod nosem, wracała do sił. - Czemu nie masz jeszcze imienia? - wyszeptała i spojrzała w cień. - Czerwienisz się. Tego się nie spodziewałam.
- Podobnie jak moi bracia i równe mi współistoty jesteśmy tylko tworzywem. Istniejemy poza świadomością zwykłych, że tak powiem, śmiertelników. Dopiero odpowiednio ukierunkowana energia nadaje nam coś na kształt istoty. Unikam tych energii, nie chciałbym zmienić się w szkaradztwo jakieś, lub w magiczne krzesło. -
- Boisz się?
- Dlaczego miałbym się bać? Chcesz mnie zmienić w swoje ubranie?
- Czyżby peszyła Cię moja nagość? - zachichotała Anna.
- Nie, ale to jedyne co przychodzi mi do głowy, a czego miałabyś potrzebować. - Zafalowała radośnie mgła.
- Zaufaj mi. - Wiedźma Zamknęła oczy. Wsunęła lewą dłoń pod powierzchnie runa leśnego, jej palce oplótł zimni piach i mycelium prastarej energii tuląca resztki lasu. Znowu zadrżała. Drugą dłoń wsunęła w mglistą przestrzeń bezkształtnej istoty. Ta zafalowała, zaczęła tańczyć, z niewyraźności istnienia zaczęła nabierać barw jak woda malarza, który moczy pędzel w naczyniu, a płyn w nim wrze odcieniami farb, tworząc kłęby przenikających się barw. Powoli nabierając cielistych kolorów mgła zaczęła opadać na powierzchnie mchu. Z bezkształtu zaczęła odciskać swój ciężar na zielonej powierzchni lasu. Anna cały czas szeptała zaklęcia, każda sylaba chrapliwego języka brzmiała jak melodia, którą każdy zna, a jej tytuł wszyscy zapomnieli. Mgła już całkowicie opadła, a dłoń Anny zawisła nad nowopowstałą istotą. - Chrzczę Cię jako magiczne stringi -
- cooo? zakrzyczała magiczna istota. - zmieniłaś mnie w gacie? - Anna zaśmiała się głośno.
- Powstań Yokai, nadaje Ci ludzkie imię Aleksandra. - dokończyła Wiedźma trzymając dłoń na głowie klęczącego stworzenia.
- Ale jesteś nudna, znowu Ludzki Kształt. - Rozległ się głos znad pobliskiej rzeczki, z pluskiem wyskoczyła na brzeg syrena, jej długi ogon wesoło mącił wodę, a lekko zielonkawe ciało połyskiwało na brzegu. Wsparła się ramionami na pobliskim kamieniu, gdy udało jej się na nim usiąść zaczęła palcami przeczesywać kruczoczarne włosy. - Nie no żartuje doceniam kształty, ale potrzebujemy czegoś więcej na to co się zbliża.
- Wszystko się kończy, jak ich piękne pieśni Urszulo. Potrzeba nam każdej świadomej istoty. Mało nas zostało, a ludzie są ślepi.
- To dlaczego kobieta.
- Negujesz wybory Matki? Tak wybrała, tylko ona ogarnie oręż smoczego ognia, tylko ona odnajdzie Miecz Wikinga. Nie czas na szukanie dziury w całym Zresztą wyskakuj z wody, nie znalazłaś się tu bez powodu.
Syrena skończyła przeczesywać włosy, wciągnęła długi pierzasty ogon na brzeg, a ten zmienił się w długi tren. Urszula uniosła poły odsłaniając nogi i zarzuciła sukno na siebie i zaczęła oplatać wokół siebie tworząc suknie. Wstała na równe nogi, strzepała z siebie piasek, ułożyła do końca ubranie. - To, co to za misja, bo przez tą całą klatkę mam ochotę zwiedzić świat.
Aleksandra nieśmiało kołysząc podniosła się, próbując zrobić krok upadła, a syrena przewróciła oczami, znacząco wskazała dłońmi na Yokai i spojrzała wymownie na Annę, jakby chciała powiedzieć "to nasza tajna broń?"
- Powoli Alex. - szepnęła Wiedźma do noworodka. - Musicie odnaleźć bibliotekarza, który zna wszystkie księgi, ona pomoże Wam odnaleźć miecz. - dodała zwracając się do Syreny, podeszła do niej, zarzuciła ręce wokół jej szyi przyłożyła czoło do jej czoła. Syrena pachniała czystą rzeką, kwiatami nenufarów, wiosennym wiatrem tuż przed deszczem, a wszystko łączyło się z zapachem lasu. Anna poczuła słodki posmak w ustach. - musicie iść. - Przerwała gonitwę myśli.
Syrena podeszła do blondynki, która pokracznie starała się utrzymać równowagę. - Musimy znaleźć Ci jakieś ubranie, koniec tej naturystycznej imprezy. - szepnęła chwytając Aleksandrę pod ramiona. - musimy Ci wymyślić jakieś backstory, może modelka? Nie stanowczo wyglądasz jak jak gwiazda rocka, tylko po grubej imprezie, zagubiona w świecie bez ubrania, ewidentnie było grubo. Zapewne masz amnezję i wypierasz coś z pamięci.
- Gaduła z Ciebie, jak na istotę spod wody. - wyszeptała zmiennokształtna łapiąc się syreny.
- Musisz to przyjąć na klatę, dziewczyno.
- Dziewczyno. hmm... fajnie istnieć. - wyszeptała Aleks.
Obserwując oddalające się istoty Anna uśmiechnęła się i rzuciła od niechcenia - Szukacie Agaty Zmoje. Ona Was znajdzie pierwsza, narodziny nowej istoty, to na pewno zauważy. Niestety nie tylko ona... - dodała szeptem.
"Ja nazywam się samotność,
zaśpiewaj ze mną,
jakbyś była drugą zwrotką"
- Chodź, nie mam całego życia, zestarzeje się zanim dotrzemy do celu. - Marudziła Syrena.
- daj napawać się wschodem słońca, zapachem opadającej mgły i dźwiękami budzącego się dnia. - wyszeptała Yokai.
- a gołe dupsko Ci nie marznie?
- a więc to jest to uczucie, powodujące drżenie mięśni? myślałam, że to rozkosz. - odpowiedziała Alex z delikatną nutą goryczy. Przechodząc obok zmiennokształtnej Urszula klepnęła ją w pośladek, który sprężyście zadrżał, a nowonarodzona podskoczyła wspinając się na palce.
- no niestety, ale może później Cię jakoś uświadomię. - odpowiedziała Syrena przygryzając wargę z jednej strony, a unosząc w geście uśmiechu drugi kącik ust.
Ruszyły wolnym krokiem w stronę miasta, a kamienna metropolia w bólach budziło się do żywych. Naga istota drżała coraz bardziej, powietrze wczesnej wiosny ścinało krew w żyłach, usztywniało mięśnie. - idziesz jak postacie z nocy żywych trupów. - zaśmiała się syrena, a jednocześnie podziwiała lekko sinawą skórę dziewczyny, która skrzyżowała na piersiach ręce, a jednocześnie chroniąc palce pod zmarzniętymi pachami i tak uroczo, ku uciesze Urszuli wypychała piersi ku górze. - musimy znaleźć Ci jakieś ubrania. Bo mimo radochy, którą mi sprawiasz trzęsąc się jak osika, to jest mi Cię żal. Zdążyły wejść do miasta, gdy nagle usłyszała jak po ulicy potoczyła się butelka, a gdy przy końcu robiła się z cichym dźwiękiem zobaczyła grupkę mężczyzn. Zastygła licząc, że jej nie zauważą. Jej blade ciało jednak z daleka świeciła bielą skóry.
- Patrzcie co tam za zjawisko. - pokazał palcem jeden z trzech mężczyzn. Zaczęli iść w stronę kobiet. - ta noc kończy się smacznym deserem. - krzyknął kolejny. Grupka otoczyła podróżniczki. - Ja wiem kim one są. - wycharczał kolejny.
- suczkami do schrupania... - przerwał jedne z napastników.
- Morda psie. Hrabia stracił swoją kolekcję. Myślisz, że gołe piczki od tak po nocach biegają? - Usłyszały dziewczyny, gdy Yokai usłyszał głuchy dźwięk. Urszula upadała od ciosu w głowę, pochyliła się, żeby ją złapać też poczuła przytłaczający ból, zanim świat zmienił się w różową plamę usłyszała, że chcą je na okup. Świat zniknął, zatęskniła za bezcielesnością.
Tańczące światełka otoczyły jej ciało, czuła mrowienie w nadgarstkach i zimną woń stęchlizny. Budziła się, wszystko jeszcze wirowało. Powoli otworzyła oczy. Zauważyła leżącą obok Urszulę, jej ogon zwinięty w kształt sukni leżał bezwładnie ledwo okrywając jej ciało. delikatna para z jej ust i nerwowo podskakująca klatka piersiowa świadczyła, że żyje. Yokai wspierając się na związanych dłoniach. usłyszała napastników w drugim pomieszczeniu. Piwnice oświetlały czarne i czerwone świece, ściany wysmarowane w odwrócone krzyże i pentagramy. Wszystko wskazywało na sekciarską norę. Bez wysiłku rozerwała więzy, złapała zatęchły koc, którym była przykryta i okryła syrenę. Powoli podeszła do drzwi, bez trudu wyrwała je z zawiasów odpychając je od siebie, jak odpycha się niechcianą część życia. wkroczyła do sąsiedniego pokoju, gdzie mężczyźni odprawiali jakieś swoje modły. Usłyszała kilka szatańskich imion.
- Opowiem wam historyjkę. - wycharczała. Mężczyźni zauważyli ją dopiero. Jeden dobiegł do niej, Aleks, podobnie jak drzwi, odepchnęła chłopaka bez wysiłku, mężczyzna prawie nie dotykając podłogi poszybował na krzesło, które odchyliło się do tyłu, ale nie upadła. Żaden z pozostałych nie odważył się ruszyć. Naga istota pewnym krokiem podeszła do ofiarnego stołu, wskoczyła nań i usiadła po turecku na środku i kontynuowała - Był kiedyś anioł. Jeden z wielu, wydawało mu się, że jest ulubieńcem Boga, a właściwie chciał się nim stać. Ciągle walczył, o względy Ojca. - Yokai opowiadając, co jakiś czas przewracała świecę z wierzchołków pentagramu. - "Patrz tato stworzyłem te pokaraki", dla Ciebie, tak powstały te, które nazywamy dinozaurami. Ojciec się wkurzył wysłał wielki meteor, który zniszczył dzieło Anioła, który zapłakał pierwszy raz, jego łzy powołały do życia półboskie istoty, których też Bóg unicestwił. Zmęczony skrzydlaty syn, po którejś kłótni, a może po stworzeniu Adama i Ewy został zrzucony na ziemie. Poprzysiągł zemstę, ale jak mścić się na nieczułym nieśmiertelnym, ponadczasowym bytem? Zapłakał kolejny raz, z jego łez zrodziły się istoty, ale tych Bóg nie mógł wytępić. Chowały się w jego dziele. Zatruwały dusze ludzkie. Musiałby bezpośrednio zjawić się w naszym wymiarze. - pochyliła głowę, włosy zsunęły się na twarz, a ręce rozłożyła szeroko, w gest ukrzyżowania - No to zszedł. Żyw. To był moment, na który czekał Upadły Anioł, który od tysięcy lat mieszkał wśród ludzi, nie próżnował tworząc z niezliczonymi niewiastami setki tysięcy pół metafizycznych istot. Pradawni. Zdziadziały anioł wstał z katafalku, z własnego żebra zrobił jedyną broń, która mogłaby zabić Boga. "Eli Eli, lama 'azavtani" Krzyknął gdy przebijał skórę Ojca. Zapłakał. i zanim ostatnie słone krople upadły na powierzchnie pustynnej Góry Czaszek, świat spowiła ciemność, Anioł przestał nieść światło. Rozpostarł skrzydła i zmienił się w pył, który opadł na całej planecie, wszystkich wymiarach, gdziekolwiek opadło czarne skrzydło pojawia się żal, a z ostatniej łzy powstał bezkształtny byt, czarna mgła, kogokolwiek okryje, a właściwie przytłoczy, daje mu nienazwany żal. Depresje. - Alex pochyliła głowę zacisnęła usta na znak, że to koniec historii. - Może to tylko opowiastka, która opowiadamy sobie wśród pradawnych, jakich wiele, też szukamy swojego sensu. Może Bóg żyje, wasz diabeł czeka, na wasze żałosne mamrotanie, a może przysłał mnie, żebym wyssała wasze karki i pożarła dusze. - zacharczała i jej oczy zmieniły się w czarną plamę, wystawiła zęby ostre jak brzytwa. Mężczyźni osiwieli w kilka sekund, a gdy nie zaatakowała wybiegli z piwnicy w panice. Yokai zachichotała.
- co ty za bajki im wcisnęłaś.
- Deus est astronaut. - uśmiechnęła się. - Oz jest na po drugiej stronie żółtej dróżki, a ja grałam na czas, bo widziałam jak słodko spisz. - dodała puszczając oczko. Troszkę się rozgrzałam i nawróciłam kilku typów, ale wolałabym się ubrać.
- Możliwe, że te blade cycki przyciągają kłopoty. Skąd ty się urwałaś. Wyszły z paskudnej piwnicy, zaczęło zmierzchać.
Nieopodal zauważyły butik z ubraniami drugiej młodości "Lux Dress". Przyłożyły nosy do witryny, która zaparowała od ich oddechu. - nawet widzę Cię w tym tam na końcu, ramoneska i kiecka, to Twój styl. Pamiętasz? gwiazda rocka, która zabalowała. - zachichotała Syrena. Odeszła kilka kroków, przyklękła na trawniku, wsunęła palce w trawę jak we włosy, uniosła głowę przewróciła oczami i zanim zastygła wyszeptała. - tylko, że sklep zamknięty, a nie przyjmują muszelek jako waluty. - i ucichała. Yokai zanurzyła się w ciszy, chwila przerwy od potoku słów, które potrafiła z siebie wypuścić Urszula. Aleks oparła się o witrynę, patrząc jak wiatr rozwiewa kruczoczarne włosy wodnej istoty. Uśmiechnęła się do siebie, szklana powierzchnia ogrzewała jej plecy od ramion po uda. Nagle usłyszała za sobą pukanie. Odwróciła się zauważyła znajomą postać. Przypominała Urszulę, tylko lekko opalizowała, odwróciła się w stronę klęczącej Syreny, ta jak posąg tkwiła z wbitymi w ziemie palcami. Odwróciła się ponownie w stronę witryny. Nadal widziała szeroko uśmiechniętą Syrenę, ta uniosła w gorę dłonie, przestąpiła z nogi na nogę, wyrzuciła palce dłoni w geście "taa - dam". Następnie spojrzała w dół, ułożyła usta w dziubek, jak mim, a jednocześnie w zasłoniła je palcami jednej, a drugą dłonią wskazała niżej. Na wysokości pośladków Alex. Zmiennokształtnej na zaparowanej powierzchni zauważyła narysowany uśmieszek. - No faktycznie "ups". To zagadka grzejącej szyby się wyjaśniła. - szepnęła Aleks podchodząc do otwierających się drzwi, z których wyszła Syrena, półprzeźroczysta, jakby z wody. Bezszelestnie, bez słowa, tanecznym krokiem przebiegła obok Yokai. Dobiegła, a właściwie zrobiła kilka Pass de bourree w kierunku "siebie", stojąc przy swoim ciele pochyliła się, wyciągnęła dłoń w stronę towarzyszki i dotykając jej noska pękła delikatną mgiełką, jak mydlana bańka, a Urszula, już w swoim ciele dodała "Bip" naśladując trąbkę, czy tam dźwięk jaki wydaje nos klauna.
- ubiorę Cię jak bóstwo, a wiem co mówię. Laska świat padnie Ci do stóp. - Urszula wpychając Aleks do środka, wyrzuciła z siebie serię słów, nazbyt długo poruszała się w niemym kształcie wody. Jednocześnie rozglądała się czy nikt nie widzi. Księżyc widział, a z nim wszystkie jego dzieci. Noc ma swoją moc.
***
Wtedy.
Był piękny wiosenny wieczór, powietrze pachniało szczęściem. To znaczy budzącym się życiem, pąkami bzu, wilgocią delikatnych kropel deszczu, benzyną bezołowiową i tym czymś, nienazwanym, co powodowało, że w brzuchu tańczyło milion motyli. Jego każdy krok odmierzał sekundy odkąd odprowadził ja na przystanek i pomachał na pożegnanie, a zanim poszedł długo gapił się za odjeżdżającym pojazdem, aż za horyzontem zniknęły czerwone światła pozycyjne. W myślach deklamował modlitwy ochronne. Później do zmroku wpatrywał się w niebo, Psia gwiazda mrugała do niego kolorami, które tylko ktoś taki jak on mógł dostrzec i odczytać wiadomość od istot, które były, są i przyjdą po nim. W rytm ulicznych grajków, szumu liści i bębnienia kroków przechodniów pulsowała krew w jego żyłach. Dopiero gdy księżyc się do niego uśmiechnął poszedł swoją drogą, miał zadanie, czas łowów. Szukając ofiary zastanawiał się czy zrobił wszystko jak powinien, to czym jest kreuje wszystko co się wokół niego dzieje, zapach śmierci, zła i bólu wyczuje każda metaistota, nawet zwykły troll. On był w tym wszystkim zanurzony, jego każdy oddech naznaczony był mrokiem. Unikał wyznań, Ból karmił się nimi, siedział na ramieniu i tylko czyhał, że przeskoczy z istoty na tę słabsza. Przed wyjazdem wręczył jej błękitną łzę, talizman, który miał chronić, aż powróci. Tak miało być, ale minęło już wiele czasu, nie miał pewności. Nie zobaczyli się już, może tak miało być.
Teraz.
Przykucnął na filarze muru, który okalał Nekropolię. Zwiesił dłonie wzdłuż ciała, pochylił głowę i nasłuchiwał. Zerknął na kamiennego anioła, ten niewzruszony wpatrywał się w kamienną nicość. Zakrywał skrzydłami budynek, tak kolorowy, że można było łyżką zeskrobywać lukier z blasku jaki emanował z każdego okna. Studenci medycyny imprezują, w sumie jak co noc, na zmiany i według swojego grafiku. Oprócz Łowcy wśród kwater z lastryko czaił się ktoś jeszcze, czekał na zagubionych balangowiczy. Dla plugawej istoty nie miała znaczenia płeć, wiek, stan cywilny ani zasobność portfela. Przypadkiem wypuszczony demon polował, z gracją łasicy przeskakiwał z nagrobka na nagrobek. Było blisko dwudziestej trzeciej, świat spowiła ciemność. Pobliska ulica tańczyła ciszą miotanych przez wiatr śmieci, a na cmentarzu słychać tylko delikatne, metalicznie brzęczące pazurki, które nerwowo poszukują pożywienia, mackowate wąsy oplatające zmarłych szurają tuz pod powierzchniami płyt. Tylko zjawy stoją cicho, wpatrując się w pomarańczowy blask lamp sodowych kołysząc w rytm piosenek, które tylko one słyszą. Czasem przyczajają się pod starymi dębami i szepczą "to tu", licząc, że ktoś się skusi i podejdzie. Nierealną dyskotekę przerwał jakże realny krzyk. Łowca, który zawisł na ceglanym murku podniósł głowę. Poczuł woń zgnilizny, coś ruszyło w pogoń. Zauważył kobietę, a za nią szamoczącą się istotę, która próbowała biec, a jednocześnie jakby robiła to pierwszy raz. Obserwator zeskoczył z punktu obserwacyjnego, sprawnie przeskoczył kilka nagrobków, potrącił kwiaty - Sorry- szepnął. przeskakując ławeczkę chwycił w locie łachmany zjawy, która goniła dziewczynę. Kobieta zerkając przez ramię nie zauważyła nierówności krawężnika i upadłą z hukiem na wyłożoną drobnymi kamyczkami przestrzeń między grobami. Usłyszała chichot. Zanim świat zawirował zauważyła małą istotkę przyczajoną pod płytą nagrobną. Zemdlała.
Poczuła jak zapada się w te kamienie. Ciało spada, słyszy skrzypienie kroków w kamyczkach potwora, który ja goniła, nie ma siły się ruszyć. Nagle poczuła uścisk na nadgarstki. I głos. Przesadnie ciepły, jakby znajomy. Otworzyła oczy, następnie przetarła je i złapała się za głowę w miejsce, gdzie wydawało się jej, że czuje ból. - To Ty. - szepnęła. - Poznaje Cię.
On też poznał, to była siostra tej, która zniknęła bez słowa.
Kiedyś.
Stał na pustej ulicy. Czekał. Chłodny wiatr otulał policzki, pieścił uszy. Ciało przenikał dreszcz. Było lato. Ulica pachniała akacjami, drzewa dawały cień, ale w zamian ogłuszały słodkim zapachem białych kwiatów. Przypomniał sobie słowa dziewczyny z cmentarza. - To Twoja wina. Zostawiłeś ją w piekle. - Zacisnął dłonie na powierzchni drzewa, ostre kolce wbiły się, popłynęła krew. Słodki płyn życia delikatnie popłynął po powierzchni rośliny.
Ciszę przerwał ryk silnika. Pod obserwowany budynek podjechał samochód. Z wnętrza wysiadło kilka osób, była tam i ona, lekko zgarbiona kobieta delikatnie, jakby przepraszając wyjęła z pojazdu zakupy, gromadka dzieci wbiegła przez furtkę do środka. Kobieta chwilę słuchała kierowcy, co chwile kiwając głową jak na znak, że zrozumiała. Silnik zgasł, po chwili wysiadł i kierowca. Krew Łowcy zagotowała się. zacisnął pięść, zrobił krok sięgając za pazuchę. Później drugi, z daleka widział ciemną aurę wokół kierowcy, kwestia kilku kroków i wiedziałby z czym ma do czynienia.
Nigdy.
Nagle poczuł na ramieniu potężny uścisk. Impet w jakim był, mało nie wyrwał ramienia z obojczyka. Prawie tracąc przytomność zdążył odwrócił głowę.
- Chyba oszalałeś, że Ci na to pozwolę Raphaelu. - wycharczał zmęczonym głosem przybysz.
- Hrabia? - odpowiedział widząc kto mówi i poznał uścisk - Przyprowadziłeś Golema?
- Mam dla ciebie zadanie, przestań taplać się w przeszłości.
***
Komentarze
Prześlij komentarz