Anioły, demony i wiedźmy


"Powiadają przyjaciele, że za górą,
Powiadają przyjaciele, że za rzeką,
Mieszka młoda pięknolica, która wróży z kart.
To nie żadna czarownica, to jest tylko żart.
Czemu oni Twoich czarów tak się bali,
Czemu oni Czarownicą Cię nazwali..." - usłyszała piosenkę, która była tak słaba, że prawie czuła w ustach jej smak. Smakowała stęchlizną. Brzmiała jak zdarte gardło Micka Jaggera, który popił prochy szklanką żwiru. Dźwięk szlifował bębenki jak boshka w rękach psychopaty, beton. Nagle do głosu, który dotąd dźwięczał, a capella doszły dźwięki dzwoneczków. Metaliczna kakofonia akompaniamentu była tak samo finezyjna, jak głos śpiewaka. Brzmiało to podobnie do dźwięku uderzania o kraty. Dźwięk za dźwiękiem, jakby klawisz "we więźniu" stukał o kraty celi metalowym kluczem. Maria powoli otwierała obolałe oczy. W półmroku dostrzegła bladą twarz, która obserwowała ją. Osobnik, podśpiewując, trzaskał metalowym prętem o kraty. Odgłos niósł się echem po pomieszczeniu. W powietrzu unosił się smród stęchlizny, gnijącego mięsa, szczyn i czegoś jeszcze.
- Pewnie zastanawiasz, się co się dzieje. - Przerwał koncert. - Gdzie jesteś i co z Tobą będzie? - Maria nie czekała, aż mężczyzna skończy zdanie. Zebrała w sobie resztę dzikości i wypuściła z siebie potwora, który w ułamku sekundy doskoczył do krat i przekładając kudłatą łapę, próbował sięgnąć oprawcę. Człowiek odskoczył.
- Szybka jesteś. - roześmiał się. - Ja szybszy. - Odwrócił się, dorzucił do palącego się ognia garść ziół i odszedł. Przechodząc powoli, zaglądał do cel, których było pięć. Zatrzymał się przy sąsiedniej celi i znowu zanucił. - Czemu oni Czarownicą Cię nazwali? - Opiekuj się nową małpką, Anno. Zarzucił długie dredy za siebie, spojrzał przez ramię i wyszedł.
Maria stała, chwile obserwując wychodzącego karakana. Jej pochylona włochata, wilkołacza sylwetka migotała w świetle pochodni i ogniska, które wyrzucało z siebie obłoczki błękitnego dymu. Dyszała ciężko. Poczuła jak dym, który wydobywał się z ogniska, obezwładniał jej dzikiego ducha. Przez chwilę czuła na sobie otulające ją, jej własne futro, a po chwili poczuła wilgotny powiew piwnicy. Adrenalina trzymała ją na nogach. Podczas tej fazy księżyca nosiła sportową bieliznę, która rozciągała się wraz z ciałem bestia. Teraz popękała na szwach i trzymała się już na ostatnich nitkach. Dziewczyna kołysana dymem z ogniska upadła na kolana.
- On Nas stąd nie wypuści. - Usłyszała Maria. W celi było pusto. Nagle, przy jednej ze ścian odchyliła się deska, która zatykała zawalony kawałek muru. Zza drewnianej pokrywy nieśmiało wyszła kobieta. Ubrana w długą lnianą suknię podeszła do leżącej Marii. Pod warstwą brudu można jeszcze zauważyć, że sukno jej ubrania było bardzo kolorowe, jak hinduskie materiały. Na dłoniach miała założone bransoletki z kości i suszonych owoców jarzębiny, tojadu i dzikiej róży. Jej twarz pomazana była tajemniczymi wzorami. Trochę pomieszanie celtyckich znaków, run i cyrylicy. Niektóre znaki błyszczały inaczej. Maria widziała je oczami wilka.
- Zaklęcia ochronne? - zapytała, domyślając się.
- Inaczej nie odważyłabym się tu zajrzeć. Wilki bez watahy bywają niebezpieczne. - uśmiechnęła się spod warstwy błota, które miała na twarzy. Nawet ten makijaż nie dał rady ukryć prawdy. Anka jest piękną kobietą.
- W co Ty wierzysz? W wilkołaki? - Uśmiechnęła się Maria, z trudem siadając, na jeszcze obolałych pośladkach. - Może jeszcze w wampiry, antycznych kosmitów i w dietę bezglutenową. Wariatką jesteś, co? - ponownie uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Kto w tych czasach jest normalny? - Odpowiedziała uśmiechem, a jednocześnie urwała z bransoletki owoc tojadu i dzikiej róży. Rozgniotła je w palcach i wcisnęła Marii do ust, zanim ta zdążyła zareagować. - Zjedz to. Jedno jest na zniwelowanie działania ziół z ogniska, drugie na uspokojenie wilka. Powinnaś się zdrzemnąć teraz. Sufit zawirował. Ceglane ściany zaczęły się robić przytulne, ręce wiedźmy pogłaskały policzki Marii, gdy ta zasypiała, Anna szeptała zaklęcia, mantry i dyrdymały. Półmrok piwnicy zasłonił oczy wilczycy. Zasnęła. Pierwszy raz tak spokojnym snem. Mimo okoliczności.



***
- Mięso!!! Mięso!! - Lecąc w dół, odbity od ściany chciał krzyczeć, wołać o pomoc. Bestia, którą do wczoraj skrywał, wyszła. Wywinął się jak jesienny płaszcz. teraz to, co w środku skrywał, wyszło na światło. Krwawe szwy, świeciły się odsłonięte jak kły bestii, którą się stał. Przez chwile czuł się dobrze. Zastanawiał się tylko czy wilk zawsze w nim był, a Maria go tylko obudziła. Myśli przebiegały mu przez głowę bardzo szybko. Nagły huk. Ból i krzyk, ale to nie on krzyknął. Z impetem uderzył o dach zaparkowanego busa. Z trzeciego pietra nie leci się aż tak długo. Bus opadł na płasko, koła odskoczyły łamana ciężarem potwora, jego ofiary i impetu, z jakim wpadli przez dach. Przez moment Gabriel odzyskał świadomość. Prosto w twarz. Twarz? W pysk... Prosto w pysk krzyczał żołnierz z organizacji łowców potworów. Wilk poczuł jego strach. Mieszanka krwi i moczu. Słodki i mdły zapach osłabił Gabriela. Wtedy Wilk zawarczał.
- Mięso!!! Mięso!! - Zawarczał Gabriel, żołnierz ucichł.

***
- Dowódca dwójki. Odezwij się. - krzyczała Luu. Usłyszała krzyk za rogiem, potem huk i znowu krzyk przerwany dźwiękiem łamanych zapałek. - Zapałek? - Zapytała swoich myśli. - Co mogło wydać z siebie taki dźwięk? - Zadała sobie pytanie i wybiegła zza rogu. W całej okolicy unosiła się dziwna różowa mgiełka. Blondynka dotknęła polika, poczuła na nim wilgoć. Spojrzała na palce. Były czerwone. Dotknęła koniuszkiem języka substancji na rekach. Poczuła słodkawy, metalicznie i dziwnie znajomy smak. Krew. Szybko zdała sobie sprawę z tego, czyja to krew. W tej samej chwili usłyszała dziki skowyt i w fontannie krwi wypadł z busa kawałek ciała. Podbiegła pojazdu. Wycelowała i w tym samum momencie otworzyły się drzwi, usłyszała chrzęst łamanych kości i zobaczyła wilka podczas posiłku. Wycelowała.


Komentarze

Popularne posty