True Survivor
"Zaczęło świtać, na materiale nieba zabrakło gwiazd"
Obudził go ból głowy. Poobijana klatka piersiowa też dawała się we znaki. Ciepła kołdra zsunęła się na podłogę, bo czuł chłód, który zimnymi dłońmi chwyta go za kostkę, dłonie i ramiona. Jak przez mgłę pamięta ostatnie kilka dni. Cały czas czuje smak płynu, który podała mu Maria. Takich narkotyków nigdy nie próbował. Mózg pulsuje, czuje zbliżające się wymioty. Kapeć w ustach, posmak starego mięsa. Wszystko wiruje, tak szybko, że prawie czuje wiatr we w losach. - Zimno mi! - pomyślał i otworzył zapuchnięte oczy. Ściany pokoju zmieniły się w górę żwiru, która po przedzierana była głębokimi bruzdami, jakby ktoś drapał w nie przez dłuższą chwilę. Leżał poniżej wrzosowiska. Usiadł. Przetarł wymęczoną twarz. Przez chwile masował gałki oczne. Pod warstwą piasku, którą miał na rekach wyczuł wory pod oczami. Wszystko go bolało. Czuł się jak starzec. Podparł się jedną ręką. Drugą dotknął obolałej klatki piersiowej. Zobaczył wielkiego czerwonego strupa. Nagły spazm wywinął mu żołądek na lewą stronę. Czerwono — pomarańczowa fontanna wytrysnęła z jego ust i zasiała okolice krwistymi kropelkami. Kawałek, z zawartości żołądka utknęła mu w ustach. Wyjął to z ust, spojrzał i rozpoznał kawałek palca serdecznego. Przewrócił oczami. Zemdlał. Obudził go wrzask kruka, który walczył z innym ptaszyskiem o kawałek ciała, które zwymiotował. W panice zaczął się rozglądać. Siedział oparty o wysoką skarpę w starej żwirowni. Pamięta to miejsce z dzieciństwa. Chodził tu z rodzicami na grzyby. Powyżej jest wrzosowisko. Zaczął nerwowo wycierać z ust zasychającą krew. Dotknął bruzd w ścianie skarpy. Pasowały do rozstawu jego palców. Były jednak głębsze, a ich dno ostre. - Szpony. - pomyślał. Przypomniały mu się wizje z człekokształtnymi istotami. - Wilkołaki. - wyszeptał. - To głupie... - dodał w myślach. Z trudem wspiął się na nogi. Trzymając resztki ubrania przy piersi zaczął iść w gdzie pamiętał, że jest łagodne podejście na skarpę. Bose stopy ślizgały się na wilgotnej trawie. Kilka razy upadł.
- Gdzie Ty jesteś?! - Zawył wiatr. Gabriel odwrócił się, za nim tylko wiatr hulał po pustym zapadlisku. - Gdzie? - usłyszał ponownie. Głos był mu znajomy. Maria. Jej oddech niesiony wiatrem musnął jego ciało. Poczuł, że ciało pokrywa mu gęsia skórka. Upadł. Zmęczenie znowu z nim wygrało.
***
Jej ciało dogasało. Cały czas słyszała jego śmiech. Bawił go jej ból. Zwinięta w kulkę leżała pod nadpaloną pryczą. Jej ciało pokrywało jedno wielkie poparzenie. Organizm zaczął wyzwalać antyciała, a skóra pokrywać wilgocią. Maria popiskiwała co chwilę. W myślach przeklinała los i wołała Gabriela. Piwnicę wypełniał zapach wilgoci, stęchlizny, palącego się ziela i włosów. Drżącą ręką zakrywała twarz, a przynajmniej papkę, która była kiedyś jej twarzą. W jej głowie brzmiał jeden wielki krzyk, jej krzyk i wycie wilka. Wewnętrzna istota, jeśli miała jakąś świadomość, to czuła, że zawiodła, że nie ochroniła swojego leża. Wilczyca prężyła się i czekała na wieczór. Była wściekła, pełna furii. Maria o tym wiedziała. Nie chciała jej już zatrzymywać. Ból, jaki czuła potęgował gniew jej ID. Poczuła czyjąś obecność. -On wrócił? - Bezwiednie zapytała siebie.
- Hej to ja! - usłyszała jakby w odpowiedzi. Anioł powrócił. Wystraszonymi oczami zajrzała pod łóżko. - Jezu. Co on Ci zrobił. - Nie czekała na odpowiedź Marii podeszła do ściany. Zebrała z niej jakąś narośl, wyjęła z kieszeni jakieś liście i z bransoletki z nadgarstka zerwała kawałek wilczego ziela. Roztarła w dłoni. Wsunęła się pod pryczę i podała do poparzonych ust dziewczyny. - To nie uleczy cię, ale pomoże przetrwać do wieczora. - wyszeptała.
- Wieczorem schowaj się, w najgłębszym kącie celi. Proszę. - wyszeptała do Anny.
- Widzisz to ognisko na środku piwnicy? To nie jest źródło światła, to blokuje Twoje siły. Przemienisz się, ale wilczyca będzie potulna jak szczeniaczek.
- Dziś będzie inaczej. - wyszeptała Maria ostatkiem sił. Zasnęła. Mikstura zadziałała.
- Odpoczywaj słoneczko. - Anna przykryła ciało poparzonej dziewczyny.
***
Gabriel obudził się, gdy słońce zaczęło robić się pomarańczowe. Dzień powoli zaczął ustępować miejsca nocy. Gdy pierwsze promienie księżyca zaczęły oświetlać jego ciało. Zadrżał. Wielka rana na piersi zaczęła się gotować jak gęsta grochówka. Chłopak padł na kolana i zaczął zdrapywać z siebie skorupę zastygłej krwi, a pod nią zauważył nienaruszone ciało. Zdrowe. Dotykał chwilę myśląc, że to tylko złudzenie. Wtedy przypomniało mu się ostatnie kilkanaście godzin. Mózg zaczął pracować na wysokich obrotach. Dotarł myślami do chwili, gdy zajrzał przez rozdarty dach do wnętrza limuzyny. Zdał sobie sprawę, dlaczego bestia wtedy, na chwilę zamarła. Poczuł wtedy zapach Marii. Rozejrzał się, zobaczył rozjeżdżoną szramę w powierzchni wrzosowiska. Podbiegł. Szybciej niż kiedykolwiek się poruszał. Zrobił to właściwie na czterech kończynach. Przemiana, która z reguły była bolesna, teraz zaczęła przebiegać bezwiednie i bezboleśnie. Może przez to, że myślał o odnalezieniu Marii, a może to Wilk chciał odnaleźć wilczyce, którą była w innym wcieleniu. Bestia teraz nie walczy z jego człowieczeństwem, mają wspólny cel. Przez chwile są sprzymierzeńcami. Może po prostu jest zbyt zmęczony, żeby cokolwiek czuć, albo receptory bólu na chwilę się wyłączyły. Pogrzebał chwilę w bruździe. Nagle tuż za sobą usłyszał trzask gałęzi. Ciche kliknięcie. Odbezpieczonej broni. Wilk usłyszał bicie serca intruza. Miarowe, ale nerwowe. Słyszał jego oddech. Płytki. Kontrolowany. Intruz wstrzymał oddech. Będzie strzelał.
***
Wielki Ochroniarz stał za drzewem. Wycelował strzelbę na słonie. Dostał polecenie by "odstrzelić wilka". Wielka rzeźbiona strzelba ciążyła mu od rana. Wsparł ją na rozgałęzionym pniu brzózki. W półmroku dostrzegł postać poruszała się nienaturalnie co chwilę wyginając i przeskakując z dwóch na cztery łapy. Pierwszy raz obserwował przemianę. Do niedawna, nie wierzył w wilkołaki, demony, czarownice i antycznych kosmitów czy w cokolwiek można sobie wyobrazić. Nogi drętwiały mu z nerwów i zmęczenia. Cały czas trzymał na muszce Człowieka w pół drogi do bestii. Miał odczekać i przynieść głowę wilka. Dlatego czekał odpowiedniej chwili i podziwiał jak szare futro wilka mieni się w promieniach księżyca. To był ostatni dzień trój pełni. Zamknął na chwilę oczy, odbezpieczył broń. Jak cicho tylko mógł. Znowu przymknął oczy. Wstrzymał oddech. Otworzył oczy. Bestii nie już nie było. Nagle poczuł na ramieniu oddech. Odwrócił się i zobaczył przed sobą ponad dwumetrową bestię. - Gdzie ONA jest! - Gabriel wycharczał przez zaciśnięte kły.
"A devil is arising
A shadow from the past
Feeding the flames with fire
On the edge of fury"
DH
A shadow from the past
Feeding the flames with fire
On the edge of fury"
DH
Komentarze
Prześlij komentarz