Boski banita
"Ja cóż, włóczęga, niespokojny duch
Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko:
Jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna"
ES
Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko:
Jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna"
ES
Zapadający mrok skrył okolice w cieniu, a lekko falująca mgła, podświetlana blaskiem księżyca pokrywała żwirownie pajęczą siecią, Białą, gęstą i lepką powierzchnię unoszącej się wilgoci poruszał tylko wiatr. Nagle, wyraźnie oddzielający się od srebrzystej mgły, cień zaczął się przesuwać w głąb doliny. Z uniesionymi ramionami, jak znane z filmów zombie szedł, mamrocząc coś pod nosem. Potykał się co kilka kroków, upadał na kolano i wykrzykując coś, wstawał, jak szarpany konwulsją.
- Już idę Zosiu... - szeptał, wstając. - Poczekaj na mnie. - dodawał, widząc, że postać, za którą podąża, znika.
- Spokojnie zaprowadzę Cię do niej. - usłyszał piskliwy głos tuż obok siebie. Spojrzał w dół obok, podskakując, szła dziewczynka, na oko czterolatka. Wesoło podskakiwała, wcisnęła małą rączkę w potężną dłoń mężczyzny. Ten zatrzymał się w półkroku.
- Nie jesteście prawdziwi.- wyszeptał obudzony nagłym rozbłyskiem świadomości, odrzucił dłoń dziewczynki, która momentalnie stała się zimna i lepka. Spojrzał na nią znowu. W ułamku sekundy jej blada twarzyczka rozerwał się w pół jak kartka papieru od ucha, do ucha. Zamiast wesołego uśmiechu zobaczył rząd wielkich kłów. Jej oczy świeciły pustką. Zanim zdążył się zareagować, wyskoczyła prosto na niego. Ostatnim podświadomym odruchem osłonił twarz i odepchnął istotę w dal, ta podnosząc się, wskoczyła w mgłę. Mężczyzna przetarł czoło. Zorientował się, że zdołał w tym transie dotrzeć na sam środek doliny. Księżyc rozświetlił okolicę. To było to miejsce. To tutaj podcięła sobie żyły, to tu ją znaleźli, tu skonała, tu utknęła w piekle. Tu i on zostanie. Nagle spomiędzy drzew wychyliła się postać wysokiej, smukłej kobiety. Ubrana w zwiewną sukienkę zaczęła iść w stronę mężczyzny, jej twarz skrywał cień, a włosy poruszały się w rytm jej ruchów. Chciał, żeby przyszła, zabrała go ze sobą. - Tak mogę odejść...- pomyślał. Nagle spomiędzy drzew, lekko pochylone, jak pół człowiek pół zwierze, wybiegło stworzenie. To była ta dziewczynka, tylko zmieniona. Podbiegła do kobiety objęła nogę kobiety, tuż za nią, jakby ukrywała się przed mężczyzną, tylko nieśmiało zerkała. W świetle księżyca widać było tylko zęby i lekko błyszczące oczy. Mężczyźnie uśmiech dziecka skojarzył się z kotem z „Alicji w krainie czarów". Kobieta lekko pochyliła się w kierunku stworzonka, pogłaskała je po głowie i znowu zaczęła iść w stronę Piotra. Mężczyzna patrzył zauroczony, jak lekko kołysząc biodrami, szła w jego stronę. Taką ją pamiętał. Gdy była bardzo blisko nadal nie widział jej twarzy, oszukiwał się, że to ona, instynkt kierował jego dłonią, miał w kieszeni wodę święconą w sprayu. Była już naprawdę blisko, chwiejnym ruchem dłoni sięgnęła twarzy. Wiedział, że zaraz czar pryśnie i zobaczy zdeformowane oblicze demona. Jak wiele razy wcześniej. Zacisnął dłoń na „świętym sprayu”, a zjawa przeczesała włosy z twarzy, ruchem głowy przegoniła resztę włosów. Piotr upuścił puszkę z cenną substancją. Zjawa podeszła jeszcze bliżej, dłoń oparła na jego klatce piersiowej, poczuł zimno.
- Nie możesz iść ze mną, musisz ich przyprowadzić, na wrzosowiska. - wyszeptała. Pachniała wrzosami, a jej oddech deszczem. Twarz Piotra zadrżała, a do oczu napłynęły łzy. - Do mnie. Pamiętaj. - jej dłoń przeniknęła przez tors mężczyzny, poczuł zimno i nagły skurcz na sercu. Przewrócił oczami, kątem oka zobaczył jeszcze, jak Zosia się do niego uśmiecha, jak kiedyś. Z głuchym odgłosem upadł, przez chwilę widział gwiazdy, po chwili wszystko zasłoniła mgła. Nastała ciemność. Z kolejnym skurczem zrozumiał, że to już koniec. Serce nie wytrzymało. Tak chciał odejść. Przy niej.
Nagle kolejny skurcz serca rozerwał ciemność na pół, wszystko zajaśniało. Kolejny skurcz i znowu ciemność wybuchła falą jasności.
- No już wielkoludzie! - usłyszał. Anioły mają niewyparzone pyski, pomyślał. - No cholera! - dosłyszał jakby na potwierdzenie.
Może jednak piekło. W sumie zasłużyłem sobie — pomyślał.
Nagłe szarpniecie, oderwało jego myśli z tamtego świata. Otworzył oczy, zobaczył białogłową dziewczynę. Luu.
- Nie lubię Cię. - powiedziała. - ale musimy współpracować, w tym przypadku. Jest gorzej, niż myślałam. Niż przewidywała to centrala... Zapłacimy — dodała po chwili.
Piotr zerknął na zegarek, było chwile po 2. Usiadł, zerwał z piersi elektrody. Rozejrzał się. Na polanie stały dwa samochody. Oświetlały okolicę. Reflektory raziły go. Podrapał się po głowie nerwowo. - Wszystko było snem. - wyszeptał.
- To oznacza zgodę? Czy jak? - zapytała niecierpliwie Luu.
- To nic nie znaczy. - odpowiedział. Zerknął na pierś, gdzie zauważył znamię, kształt dłoni. - Zosia. - pomyślał. - przyprowadź ich do mnie. - wyszeptał. Zapiął koszulę, zakrywając pierś.
- Jedziemy do Hrabiego. - Zarządził.
- Co? - Zaskoczona blondynka podniosła brew.
- Wilk go wytropi. Będzie dużo krwi. - Zarzucił połami płaszcza i udał się do jednego z samochodów. - Idziesz? - rzucił przez ramię.
Wyczes ;) Wciągnęło mnie.
OdpowiedzUsuń