13: Avalanche


Well I stepped into an avalanche,
It covered up my soul;
When I am not this hunchback that you see,
I sleep beneath the golden hill.
You who wish to conquer pain...”
Cohen


Gdy weszła do gabinetu, jego źrenice rozszerzyły się rażone promieniami słońca, które wpuściła zza drzwi. Doktor Christopher Gramza przez chwile widział tylko ciemne plamy.
- dzień dobry. - usłyszał.
 Delikatny, kobiecy głos zabrzmiał jak słodkie ptasie trele. Chciał ją zobaczyć. Już teraz. Cichy głos był obietnicą niewypowiedzianych słów. Jak "kocham" wyszeptane do ucha. Nerwowo przetarł oczy, próbował odzyskać zmysł, który teraz go zawodził. Nadal prawie oślepiony zobaczył, że kobieta wyciągnęła do niego rękę. Chwycił za nią, była delikatna, a jej skóra w dotyku przypominała atłasowy materiał. Pochylił się i pocałował w dłoń. Pachniała świeżym chlebem. Delikatnie słodkawy zapach jej skóry spowodował, że ciemne plamy przed oczami zawirowały i odfrunęły. Odzyskał ostrość widzenia. Zapach i dotyk jej skóry obudził w nim dawno uśpione potrzeby i żądze. Podniósł oczy znad jej dłoni i ujrzał delikatna, zawstydzoną kobietę, która ściskała w dłoni stary zżółkły notes i kartę choroby.
- W czym mogę pomoc? - zapytał, widząc, że to oficjalna wizyta.
- Ja... - Kobieta zaczęła nieśmiało. – Chciałabym prosić o pomoc.
- Znaczy, psychiatryczną? - Dopytał.
- Mam chorą córkę. - odpowiedziała po chwili wahania. Mężczyzna podniósł brew, spojrzał na dziewczynę zdziwiony i przeczesał włosy. – Wiele o Panu słyszałam, sama jestem lekarzem, ale od spraw ciała, a pan, cóż potrafi poskładać to, co w środku.
- Przepraszam. Nie dosłyszałem Pani nazwiska. – Przerwał jej nieśmiało.
- Marianna, mów mi po imieniu. – odpowiedziała i położyła na biurku kartę pacjenta i specyficznym gestem przysunęła notes. Lekarz z zaciekawieniem wziął go do ręki. Na oko stukartkowy zeszyt, lekko pożółkłe kartki pachniały stęchlizna. Otworzył go, w środku każda z kartek w niemalże idealnie zamalowane na prawie na czarno, dopiero po chwili zauważył, że są to tysiące malutkich krzyżyków nakreślonych brunatnym pisakiem. Przesuwając kciuk po kartkach notesu, przekartkował go. W dziwnym grymasie zamyślenia przesunął usta na jedną stronę twarzy. Kobieta cały czas opowiadała o symptomach. Zaczął zastanawiać się. - Może na drzwiach mam napisane „Parapsycholog”? - Już miał wstać, by ostentacyjnie sprawdzić, co jest napisane na drzwiach jego gabinetu. Chciał zapytać — to może egzorcysta?
- Cały pokój w takich krzyżykach ma wysmarowany. - Kobieta, obserwując zamyślonego mężczyznę, kontynuowała. - Rozmawia ze sobą. - Psychiatra zamierzał przerwać Mariannie, gdy padło nazwisko. Nie jej, którego nadal nie poznał. - Jan Dor skierował mnie do Pana.
- To zmienia obraz sytuacji. Proszę zostawić mi ten notes i kartę pacjenta. Od kiedy córka ma te napady? - Wyprostował się, teraz słuchał całym sobą.
***
- Już czas. - Wnętrze piwnicy wypełnił szept. Otulił zmurszałe prycze, owinął mackami kraty cel. Ściany zaczęły szeleścić radością ucieczki. Podniecenie poruszało się plątaniną pajęczych sieci uwieszonych kurczowo sufitu. Wilgoć wydawała się muskać delikatnie skórę śpiącej Marii. Mimo braku zegara i dostępu do światła z zewnątrz Anna wiedziała, że zbliża się noc. Atłasowa skóra jej przyjaciółki falowała, znaczyło to tyle, że bestia, która kryje się w ciele śpiącej dziewczyny, błaga o wypuszczenie jej na zewnątrz. Wilczyca chce zapolować. Brak aktywatora. Półboska Selene musi musnąć policzki Marii księżycowym blaskiem. - W tej zatęchłej pieczarze nie znajdzie nawet promyka. - wyszeptała wiedźma. - Mam coś innego. - dodała i zerwała z bransoletki zrobionej z ziół małą kuleczkę, owoc wilczej jagody i suszonego tojadu. Roztarła w dłoni, dodała śliny i mchu ze ściany, na spowolnienie działania. Kulała chwilę w dłoniach, mantrując jakieś modlitwy.
Czekała.
Nagle śliską ciszę błagalnych szeptów przerwał zgrzyt zamka. Nadchodził strażnik. Anna obliczyła, że będzie to Błażej, lekko przygarbiony, obleśny typ. Ślinił się na nią już dawno. Teraz gdy ściska w ramionach klucz do wolności, wykorzysta słabość tego marnego pokurcza.
Anna włożyła do ust kuleczkę trujących roślin i pochyliła się nad śpiącą rudowłosą. Lekko całując Marię, językiem rozchyliła jej wargi. Posmak stęchlizny mchu i cierpki smak trujących roślin szybko zastąpił słodki smak jej ust. Mimo warunków, w jakich przebywały, rudowłosa wydawał się świeża jak po prysznicu. Może to wilcza natura, a może to Anna, która przebywa w tym lochu zbyt długo i inaczej odczuwała zapachy i smaki. Przez chwilę w głowie zawirowało szaleństwo. Po chwili przypomniała sobie, dlaczego to robi i powtórzyła – Już czas. Mario. - Rudowłosa uniosła głowę.

***

Był późny wieczór. Sączył whiskey z lodem. Przyglądał się staremu fotelowi, na którym spał kot. Foel nie pasował do wystroju pomieszczenia. Wokół królowało dąb, mahoń i skóra. Wielka szafa wypełniona szczelnie wypełniona książkami zerkała na mebel dziełami Nietchego i oświetlał go łysiną Freud, którego szklane popiersie stało na półce. Gustownie zdobione biurko, kozetka staromodny wieszak, na którym wisiał płaszcz doktora, jego parasol. Mężczyzna siedział w wielkim, skórzanym brązowym fotelu. A Po drugiej stronie gabinetu fotel, a w nim kot. Stary, olbrzymi kot syberyjski smacznie spał zwinięty w kulkę. Wtulony w siedzisko kot pomrukiwał co jakiś czas.
- Muszę wyrzuci ten fotel. - pomyślał doktor – Może jak go spale, to portal też się zamknie? Czuje jego zapach. Siarka jak z samego dna piekła. - Obudzony nagłym spazmem kot zerwał się, wyprężył, zeskoczył z fotela i podbiegł do biurka. W ułamku sekundy siedział na skraju blatu i wyprostowany, jak wypchany czekał na pieszczoty. Psychiatra za każdym razem dawał się złapać w tę pułapkę. Gdy futrzasty kompan stwierdza, że wystarczy, bez mrugnięcia okiem zeskakuje i ucieka, po drodze potrącając teczkę mężczyzny. Wrócił na fotel. - Póki zwierze go pilnuje niech stoi. Mam go na oku. - dokończył, brutalnie przerwaną myśl. Spojrzał pod biurko, gdzie kot narobił szkód. Z przewróconej teczki wysunął się notes. Mężczyzna westchnął i podniósł go. Pogładził się po brodzie. Wyjął z szuflady fajkę i paczkę tytoniu. Takiego na specjalne okazje. Dolał do lodu brązowego płynu. Wziął głęboki oddech i jednym haustem łyknął zawartość szklanki. - To będzie długa podróż. - wysyczał, wydychając zawartość płuc. Odpalił fajkę. Pomieszczenie wypełnił korzenny zapach. Mężczyzna przygasił światła, zostawił małą lampkę, która dawała ciepłe pomarańczowe światło. Na biurku rozłożył zdjęcia, otworzył notes i czekał na wizję. Po blacie biurka zaczęły tańczyć szare języki dymu z fajki. Rozszerzone źrenice mężczyzny wpuszczały do mózgu obrazy, z reguły pojawiały się wizje. Tak było kiedyś. Ostatnio magia nie działa. Zanim zauważył, zaczął myśleć o czym innym. O Janie Dor. Jedyny człowiek, którego nie mógł rozgryźć. Hrabia, bo takim mianem się obwołał, podsyłał do Christophera dziwne przypadki. Żaden z tych pacjentów zabił mu takiego ćwieka jak Dorian, tak nazywał go Gremza. Przypominał mu postać z Greya, doktor tak właśnie wyobrażał sobie postać z powieści Oscara Wilde. - Zaraz. Zaraz, nie po to tu siedzę, żeby robić psychoanalizę starca. - skarcił się w myślach Christopher. Przetarł oczy, oparł się i wziął potężną dawkę dymu do płuc. Chwilę to trwało, gdy znalazł się w toalecie. Patrzył w lustro. Widział swoje odbicie, blady, brodaty mężczyzna próbował prześwietlić się wzrokiem. Nagle poczuł delikatne muśnięcie na szyi. Lekkie ugryzienie. Tak delikatne, jak pocałunek. - Julio to Ty? - wyszeptał. Wiedział, że to Ona. Mimo że nie nie widział jej odbicia w lustrze. W ciemnym pomieszczeniu był tylko on i jego odbicie w lustrze, które bladło z każdą chwilą. Zerknął w miejsce, gdzie poczuł ugryzienie. Zauważył dwie małe dziurki, z których sączyła się krew. Spojrzał na swoje odbicie, które było blade jak papier. Upadł. Krew strumieniem opuszczała jego ciało. Ciemne pomieszczenie zaczęło wypełniać jego osocze. Czerwony płyn poruszał się fugami, zwiększając obszar widoczności w pomieszczeniu. Nagle stróżki przestały kreślić równe kwadraty wypasionych płytek. Dotarły do kobiecych stóp. Delikatne paluszki lewej i prawej stopy zamoczone we krwi Christophera określały granice życia. Gremza próbował unieść się, ale ilość życiodajnego płynu ograniczała jego siły. Nagle Julia na czworaka, jak zwierzę zaczęła poruszać się w jego stronę. Szczerzyła do niego rząd wielkich zębów. Oczy miała spokojne, jakby spała, ale cieknąca z ust ślina oczekiwała posiłku. Jej delikatne, półnagie ciało wiło się w podnieceniu. W innej sytuacji zachwycałby się takim widokiem, ale teraz zmierzała w jego kierunku w innym celu. Krew opuszczała go szybciej niż życie i w pełni świadomy poczuł, jak wgryza się w jego trzewia. Ból był okropny.
Palący.
Jak przypalanie żywym ogniem.
- O cholera. - krzyknął, budząc się ze snu poparzony fajką, która wysunęła mu się z ust. W panice gasząc poły marynarki, podskakiwał w śmiesznym tańcu. Obudzony kot uśmiechnął się na swój sposób i nieludzkim językiem skomentował. - Jeszcze nie Twój czas doktorze.
***
- Cześć marynarzu. Chcesz do nas? - wyszeptała, wskazując na strażnika i jednocześnie przytulając się do Marii. Jednocześnie odkryła ich nagie ciała splątane w pseudo miłosnym uścisku. Wiedźma zerknęła w oczy rudowłosej. Zaczęły pulsować wilczym żarem. Sztucznie wywołana przemiana była kwestią sekund. Wiedziała, że jeśli kraty się zaraz nie otworzą, to jej gra odbije się masakrycznym rykoszetem. Jedno wiedziała. Miała dosyć tego miejsca. Piekło, w jakim utknęła, zżerało ją od środka. Tak czy inaczej, musi się to skończyć tej nocy. Poczuła pod swoim ciałem jak piersi Marii, które zaczęły pulsować u progu przemiany. Zamknęła oczy, gdy z potwornym skowytem góra rudego puchu obudziła się w morderczym szale.

Komentarze

Popularne posty