13: Rutger Hauer
- Załóżmy, że wszystko już było. Powtórzy się wiele razy, zmienią się tylko aktorzy. – Rozpoczął rozmowę łowca nagród – To tak jak z filmami. Mamy pomysł. Czasem jest to adaptacja książki, która sama z siebie jest już pierwszym życiem opowieści. Jeśli książka dotyczy prawdziwych wydarzeń, to można powiedzieć, że papierowa wersja jest drugim wcieleniem. Później, jakiś autor, powiedzmy Ridley Scott, korzystając z książki kręci film. Mamy drugie, nie, trzecie wcielenie. Po latach ktoś stwierdza, że technika poszła naprzód i może zrobić to lepiej, bo CGI. Za kilka lat nakręcą to jeszcze raz. Może w VR. Tak samo jest z życiem.
- No, a do czego pan zmierza? – przerwał mu Chris.
- Taki przykład. Wampiry. Przez wieki przewijały się legendy. Opowieści. Mity. Motyw był ten sam.
-Bestia w ciele człowieka. – Ponownie przerwał mu Gremza. – To odwieczne Id, które walczy z naszą świadomością. Niektórzy się poddają i świr w nas góruje.
- Niby tak, ale my tu jesteśmy z powodów właśnie tego ucieleśnionego Id. Kiedyś nazywano go Vlad Dracula, Vlad Palownik, a tu nazywają go Panem Nocy. Rozmawiał pan z nimi, widać w ich oczach przerażenie, a ci, którzy go spotkali? Ich obojętność, brak ludzkich odruchów, martwe oczy. Skorupa. Lunatycy.
- Spotykałem takich. Trzeba skonsultować z wirusologiem, ewentualnie botanikiem. To wygląda na odurzenie narkotyczne. Nie przekonasz mnie, że to coś metafizycznego. Wampiry, strzygi, czterolistna koniczynka, Bóg jest astronautą, Oz jest po drugiej stronie tęczy, a w Midian żyją potwory. Jestem psychiatrą od wielu lat, widziałem zbrodnie, rzeki krwi, martwe dzieci, poćwiartowane istnienia i zawsze stał za tym człowiek. Czasem jego mózg podpowiadał wizje i potrafił zakryć to za woalem strachu, przyjemności lub rozkoszy. Jesteśmy naszym własnym koszmarem. Wojny, terroryzm, ludobójstwa, nienawiść. To wszystko my! – uniósł głos.
- Ciiicho! – przerwał mu Wilhelm Winganz. Przynajmniej próbował to zrobić.
- Mam rację, te zabobony, o których… - Łowca zatkał mu usta ręką, a drugą położył na swoich wargach w geście uciszenia, a gdy zauważył, że doktorek zamilkł, wskazał mu pobliską polane. Jak wszystko wokół zalana była gęstym kożuchem mgły. Ta jednak falowała niespokojnie, jakby ktoś mieszał w szklance mleka. Cała polana wirowała.
- Piękne. – zakrzyknął psychiatra. Wilhelm chwycił go za marynarkę i pociągnął do wewnątrz powozu.
- Ruszaj! - krzyknął do woźnicy, który natychmiast zareagował. Mgła przestała wirować. Pojawiło się kilka słupów, które wystawały z mgły. Gdy rozwiała się, a właściwie spłynęła z postaci, które to przykryła swoim białym trenem. Pięć osób. Ramiona zwisały im bezwładnie, tylko głowa obserwowała odjeżdżający powóz, jak strachy na wróble. Nagle jeden z nich wskazał powóz, a reszta zaczęła biec za uciekającym pojazdem. Przez chwile biegli na dwóch nogach, po chwili wyskoczyli w górę i dalej biegli już jak zwierzęta, czasami odbijając się od drzew. Wyrównały swoją pozycję do bryczki, która podskakiwała na wybojach, a mężczyzna poganiał konie pejczem. Jeden z napastników jednym susem wskoczył na bryczkę i rzucił się na woźnicę, wyrzucił go od niechcenia, jak szmacianą lalkę. Dwóch napastników zatrzymało się przy ciele. Pasażerowie usłyszeli jego przerażający krzyk. Bryczka, bez kierowcy podskakiwała jeszcze bardziej, konie znały drogę do stajni. Winganz wyjął z kabury broń, przełożył magazynek. Nagle w oknie pojawiła się twarz. Zwisał z dachu i wpatrywał się w mężczyzn. Napastnik oblizywał się, a doktor zauważył wielkie kły.
- Wampir. – rozłożył ręce na kanapie jakby cały światopogląd wykulał się właśnie na podłogę i z hukiem roztrzaskał się.
- Nie, gdzie tam. Zwykły ćpun. – Roześmiał się łowca i wystrzelił, trafiając wampira prosto w twarz, potem wpakował resztę kul w dach, gdzie prawdopodobnie leżało ciało. Mężczyźni usłyszeli, jak napastnik przekoziołkował i wypadł zaraz za powozem. Doktor wstał i wyjrzał przez tylną szybkę. Postać przykulała się kilka razy po drodze i w ułamku sekundy wstała. Zawarczała, rozkładając ręce, ale nie kontynuowała pościgu. – Teraz ktoś musi wyjść i poprowadzić dalej. – dodał poważnym głosem. Gestem zaproponował, że doktor to zrobi. Uśmiechnął się, otworzył drzwi. Zawahał się. – Może jednak pan? – Ponownie zażartował. Wyjął zza pazuchy pistolet i wręczył go Christopherowi. Tu nacisnąć i proszę usiąść po tej stronie i celować tam. Nad panem będę siedział ja. – Pewny siebie wyskoczył na zewnątrz. Uspokoił konie i bryczka zaczęła płynąć delikatnie. Gremza nagle usłyszał, jakby coś spadło na dach, padło kilka strzałów i bryczka ponownie była bez sternika. Nagle dach rozerwała jakaś siła. Pomiędzy wyrwanym elementem doktor zauważył bladą twarz, która przyglądał mu się chwile. Nagle zakatowała. Ten był inny. Nie był tutejszy, miał białą, prawie przeźroczystą skórę. Oczy niebieskie i przekrwione. Chwycił sparaliżowanego doktora za szyje, odchylił jego głowę. Polizał miejsce, gdzie przerażona pulsowała tętnica. Wystawił wielkie kły i już miał ugryźć, gdy bryczka podrzucona wybojem przechyliła się na dwa koła. Tak poruszała się chwilę i nagle zatrzymała na jakimś drzewie. Obaj mężczyźni przekoziołkowali. Christopher zemdlał. Po chwili obudził się. Wiedział, co się zaraz wydarzy, że stanie lub już stał się pożywka dla bestii, w którą nawet nie wierzy. Otworzył oczy. Twarzą w twarz przyglądał mu się napastnik.
- Widziałem rzeczy, w których ludzie by nie uwierzyli. – przemówił chrapliwie – Statki płonące u wrót Troi. Zastygające na wieki Pompeje. Patrzyłem, jak płonie Rzym, a później Londyn mieniąc się kolorami życia i śmierci. Wszystkie te chwile zostaną utracone w czasie, jak łzy w deszczu.— uśmiechnął się do doktora, zamknął oczy — Czas umierać. – dodał po chwili. Dopiero teraz doktor zauważył, że jego prześladowca trzymał się ściany przebity elementem powozu. Nagle okolica zajaśniała. Mgła, która nigdy nie znikała, zaczęła się mienić. Jakby zaczęła płonąć. Świt. Nagle promienie dotknęły twarzy wampira. Zaczęła płonąć. Doktor patrzył jak zahipnotyzowany, gdy fale kolorowego ognia tańczyły po twarzy istoty. Nagle jakaś ręka chwyciła go za kark i wyciągnęła na zewnątrz. Wilhelm upadł zaraz obok niego. Był poharatany, ale żywy i silny. Moment później ciało wampira eksplodowało. Okolicę wypełnił ryk kilku wampirzych gardeł.
Komentarze
Prześlij komentarz