13: Grave Dancers Union


Anna zaczęła tracić oddech, gdy przytulająca ją kobieta zaczęła zmieniać się, nie rozluźniając uścisku. Przed oczami wiedźmy zaczęły tańczyć czerwone ogniki. Jej skóra powoli ustępowała pod naciskiem szponów bestii. Powoli delikatną stróżką zaczęła czerwienić się krew. Anna zaczęła tracić siły, ogniki zaczęły przygasać, a wraz z nimi świat wokół. W ustach poczuła metaliczny posmak własnej krwi. Zanim zemdlała usłyszała metaliczny zgrzyt. – Moje kości… - pomyślała i westchnęła. Poczuła podmuch wiatru jak skrzydeł anioła. Ostatnim oddechem poczuła zapach swojego więzienia.
Przemieniająca się Maria odrzuciła jej ciało na drugi koniec piwnicy. Pisk zawiasów otwieranych drzwi zagłuszył cichy jęk czarownicy i warknięcie rudowłosej.
- pobawimy się laleczki. – odezwał się strażnik, zapalił latarkę i o ułamek sekundy za późno zauważył wielkie kły i górę rudowego futra. Zanim zdążył krzyknąć, wbiła w jego splot słoneczny szpony i wyrwała kilka żeber. Impetem wpadli w drzwi celi, które z hukiem się otworzyły, robiąc przy tym kilka dziur w ścianie. Maria przystanęła na ciemnym korytarzu. Przeczesała futro, zsuwając z siebie resztki mężczyzny, ciało zsunęło się z krat po przeciwnej stronie. W środku cos zamlaskało lub cmoknęło z zachwytu.
Wilczyca rozejrzała się. Zaczęła węszyć. Sztucznie wywołana przemiana przytępiła większość wilczych zmysłów. Właściwie uruchomiła tylko bestię. Maria zawahała się chwilę, spojrzała na drzwi wyjściowe. Chwiejnym krokiem, opierając się o ściany, zaczęła iść w ich stronę. Za drzwiami jaśniało ostre światło, które w mrocznej piwnicy ostrym konturem futryny raziły oczy. Maria wyciągała w ich stronę włochatą łapę. Powoli wchodziła po skrzypiących drewnianych schodach. Piwnica ucichła. Dotąd wypełniały ją jęki uwięzionych istot, w które i tak nikt już nie wierzył.
Weszła do korytarza, który był zupełnie jak z innej bajki. Zatęchła piwnica był kontrastem dla bogatego korytarza z jasnymi tapetami. Złote zdobienia przypominały wnętrze kościoła, a tuż za drzwiami wilgoć, mrok, odrapane ściany, zapach moczu i krwi. Piekło i niebo próg w próg.
Pazurami szurając po ścianie, zaczęła iść wzdłuż bogatego pomieszczenia. Jej szpony zostawiały głęboką bruzdę. Nagle tuż za jej plecami, zupełnie niezauważony pojawił się drugi strażnik. W nienagannie ułożonym mundurku, białej koszuli i z wielką fuzją nabitą srebrnymi kuleczkami, które odpowiednio wycelowane powaliłyby słonia. Ułożył się do strzału, wycelował, poruszył blond wąsem, pogłaskał spust.
Ściany mieniły się kolorami obitych światełek naftowych lamp. Miliony małych tęcz żarzyło się na mapie ścian korytarza. Bogato zdobione uchwyty lamp szczerzyły się do bestii. Bestia odpowiadała pomrukami. Zauważyła drzwi.
–Wyjście – pomyślała. Do drzwi miała jeszcze kilka kroków, już czuła ciepły, świeży powiew wolności. Nagle pomieszczenie rozświetlił błysk i zaraz po nim ogłuszający huk.
Martwe ciało z głuchym plaskiem opadło na ziemię.
***
Przebrany wrócił do biurka, przetarł oczy i skupił wzrok na notatniku. Próbował zajrzeć do niego bez otwierania, jak robił to nie raz. Wizje, które miewał zawsze związane były z przedmiotami, które podsyłał mu Dor. Tym razem jest inaczej. Widzi ciemną plamę. Tylko częściej myśli o żonie, którą stracił dwa razy. Ciągle pamięta, jak gasła, powoli, niemal na jego oczach skóra stawała się przeźroczysta.
Dosłownie.

Bo pustka nie ma blizn i ran
Składa się z zimnych, czarnych ścian
Gdzie mi przenika dreszczem kark
Dotknięcie nierealnych warg
Dotknięcie lodowatych, zbielałych warg 
NC

- Rocznica egzotycznej wyspie? – zakrzyknęła dziewczyna. – Oszalałeś? Nie stać nas na to! – dodała.
-Trochę stać, dostałem premię. – odpowiedział doktor. – Dodatkowo zostałem poproszony o opinie o kimś, kto tam mieszka. Potrzebuje pomocy. Spakuj się kochana.
Podróż trwała zbyt długo i za krótko. To pierwsze odczuwalne było podczas podróży, a to drugie, teraz gdy nie może być przy niej. Urokliwa wysepka powstała z chaosu. Podziemny wulkan wypluwał ją jeszcze z trzewi ziemi. Nieustannie płynąca lawa, parująca woda i gęsta dżungla. Ciężko było powiedzieć, co skrywała w wiecznej mgle. Wyspa nie miała jeszcze imienia w europejskim znaczeniu. Właściciel mówił o niej „mój dom”. Na mapie zaznaczono ją jako Myhome i tak się przyjęło. W porcie przywitał ich powóz. Wszystko wyglądało jak z epoki wiktoriańskiej, chociaż możliwe, że wyspy wtedy w ogóle nie było. Kobieta postawiła swój bagaż podręczny, rozejrzała się i westchnęła z zachwytu. – Pięknie tu Chris! – Cichutko zakrzyknęła. Doktor wyjął z kieszeni komórkę i zauważył, że nie pokazuje sieci.
- musi Pan zapomnieć o wygodach tamtego… hmmm naszego świata. – poprawił się mężczyzna, wysiadając ze staromodnego powozu. Włożył na głowę kapelusz. Oczy skrywały współczesne okulary, a blada skóra prawie świeciła na tle ciemnozielonego powozu. Wyglądał jak Marlon Brando w „Wyspie”. Gramza przewrócił oczami, czując, że stylizacja jest aktorzeniem i cała sceneria to jakaś gra, w którą wkręcił go jego „zleceniodawca”. – Przysyła Was Jan Dor? – Dodał dziwny mężczyzna, wskazując doktora i kobietę, która w zachwycie oglądała świat.
- Proszę pozwolić, to moja żona Julia, ja nazywam się Christopher Gremza. Tak przysyła nas hrabia Dor.
- Miło mi. Nazywam się Wilhelm Winganz – Skinął głowa, pochylając się prawie do pasa. Wskazał powóz gestem zaproszenia. Powoli pojechali w mgłę, która obserwowała ich w niemym zachwycie. Szum egzotycznych liści uspokajał, ale dźwięki z głębi lasu budziły niepokój.
- Co to za zwierzę? – zapytała Julia, słysząc skrzeczenie.
- a wierzy Pani w wampiry? – zapytał w odpowiedzi. Dziewczyna schowała głowę do środka i usiadła prosto. Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. Cały czas obserwował dziewczynę.
- Co się dzieje na wyspie? – przerwał niestosowną ciszę Christopher. Po chwili zastanowienia wszystko wyglądało na inscenizacje prosto z Brama Stokera. Nawet ich gospodarz był jak skrzyżowanie Moreau z Drakulą od Coppoli. - Może to jakiś test? Dużo płaci, stać go na podobne manewry. – Po co zostałem tu przysłany? – Mężczyzna zdjął okulary, pochylił się do doktora. - Ludzie zapadają tu na rodzaj odrętwienia. Zasypiają, budzą się po kilku dniach, a rodzina mów, że to już nie oni. Chcemy wiedzieć. Czy to kwestia ciała, duszy czy umysłu. Ja jestem, powiedzmy łowcą nagród. Wykonuje dla hrabiego specjalne zadania. Gdy Pan stwierdzi stan pacjentów, ja zajmę się resztą.
- Kiedy mam zacząć?
- Nawet dziś. Pana żona może liczyć na opiekę. Mieszka tu urocza panna Rosa, która zna wyspę jak własna kieszeń. Teraz zapraszam na obiad. Mogą państwo się odświeżyć. – Na miejscu służba odebrała ich bagaże. Dom był duży, parterowy. Białe ściany rozrywały na kawałki wielkie okna. Wnętrze odwzorowywało pomieszczenia z dawnych czasów. Wnętrza oświetlały tylko lampy naftowe dające złoty blask opalonych szkieł, co sprawiało, że pokoje wydawały się ciepłe przytulne i mroczne. Pełne tańczących cieni, oczu patrzących ze starych obrazów i rzeźb zastygłych w ruchu. Julia zaraz po kolacji poszła do pokoju, w którym nie czuła się sama. Wystrój dotrzymywał jej towarzystwa, aż nadto. Christopher pojechał z Wilhelmem do pobliskiej wioski. W głowie jeszcze słyszała trajkoczący głos łamanej angielszczyzny wydobywający się z ust Rosy. - Glowa pęka. – pomyślała. Podeszła do walizki, wyjęła białą koszulkę nocną. Upadła zmęczona na łóżko. Oczy, zmęczone podróżą zaczęły ją zawodzić i zamykać się pod naporem snu. Śnił jej się ich syn, który zmarł kilka dni po narodzeniu. We śnie odprowadzała go do szkoły, w tej wersji snu wracała po niego do szkoły i okazywało się, że go nie ma. Szuka w pustych klasach, biega po irracjonalnie długich schodach. Bezskutecznie. Nagle budzi się, gdy poczuła, że ktoś siada na łóżku.
– Chris? – wykrzyknęła w pustkę. Odpowiedziała jej cisza. Usiadła, obejrzała się na puste miejsce. – Praca, praca… - szepnęła zdenerwowana. Wzięła łyk wody. Za oknem było ciemno, ale wieczna mgła rozświetlała okolicę. Odchyliła okno, wpuściła powietrze przez zęby moskitiery. Delikatnie oświetlone rośliny nieopodal wydawały się wołać ją swoimi falującymi gestami. Już miała wrócić do łóżka, gdy nagle usłyszała płacz dziecka. Gdzieś tuż za drzewami, blisko. Otworzyła okno, wyjrzała, rozejrzała się wokół. Było pusto. Tylko ten płacz. Wyskoczyła szybkim susem za okno. Bosymi stopami stąpała cichutko. Rozejrzała się po okolicy. Było pusto, tylko mgła falowała dziwnymi podrygami. Odkąd wie, że nie może mieć dzieci, niemowlęcy płacz ściskał ją za serce, jeszcze bardziej. Weszła gąszcz egzotycznych roślin. Pośród dźwięków nocy nadal słyszała kwilenie dziecka. Odchyliła jeden z wielkich liści, leżało tam skulone, płaczące stworzenie. Z pozoru ludzkie. – Ciiiiimaleństwo, zgubiłeś mamę? – wyszeptała, jak najdelikatniej potrafiła. Istota ucichła. Nagle spojrzała na Julię i otwierając wielkie wargi, odsłoniła rząd białych ostrych zębów. Kobieta odskoczyła. Zwierzę wyskoczyło wysoko i z dzikim piskiem rzuciło się na Julię.

Komentarze

Popularne posty