Dark Knight Daughter - Część pierwsza.

Siedemnaście lat temu...

 

 

   Gotham. 

Skąpane w deszczu budynki wydawały się mroczniejsze niż zwykle. 

Ulice wypełnione smrodem ścieków, resztkami ostrego wieczoru, menelami śpiącymi w zaułkach i krzykami. Taksówkarze rzadko zaglądali w tę część miasta. Unikały go nawet policyjne patrole. Ludzie, którzy tu mieszkali skazani byli na banicję z własnej lub czyjejś woli. Zapuszczano się tu tylko przez przypadek lub uciekając przed prawem. Można tu było zamieszkać, za darmo. Żadne służby się tu nie zapuszczały, zatem nikt nie fatygował się po zaległy czynsz, rachunek za gaz, prąd czy wodę. Tak samo nie miał nikt odwagi przyjść i odciąć czegokolwiek. Czasem wpadał łowca głów, który musiałby być większym zakapiorem niż ktokolwiek z tego miejsca. Większość oprychów z tego miejsca płaciła za ochronę tutejszej rodzinie Moreno.

 

    Bezpieczni czuli się tutaj bezdomni i ćpuny. Ci drudzy przesiadywali na rogach przecznic. Czasem podjeżdżała sportowa fura, przez ledwo opuszczone okna wymieniali się pakunkami i samochód z piskiem opon uciekał z tego miejsca. Mieszkały tam też prostytutki, upadłych dziewczyn pilnowali alfonsi, których zatrudniała rodzina Moreno. Obraz tego miejsca nie napawał optymizmem. Można by zrobić kawę i przez lunetę, z bezpiecznej odległości obserwować jak miejsce to płonie, albo z przyciskiem do jakiejś głowicy patrzeć jak pochłania je atomowy grzyb. Najgorsze w takich miejscach jest to, że pośród tego całego syfu mieszkają jeszcze zagubieni, ale dobrzy ludzie. Ostatni sprawiedliwi. Oni nie odejdą, nie zmienią się w słup soli, gdyby spróbowali oglądać się na upadające miasto. Oni tu są i zostaną, będą solą tej ziemi. Nikt inny nie uniesie ich problemów. Są sami. Gdy upadną, na zasyfiały bruk... Utoną.

 

 

- Życie śmierdzi. - pomyślała. - tak jak to miejs. - dodała szeptem i zarzuciła szary płaszcz. Pracowała na skraju menelskiej dzielnicy. Kawiarnia "u Bena". To było jedyne miejsce, gdzie pojawiali się policjanci. Światło kawiarni oświetlało okolice. Jedyny różowawy punkt w ciemności. Okoliczne domy wyglądały przez to weselsze i przytulne. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można było zauważyć, że większość okien jest zabita deskami, lub zasłonięte grubymi kotarami.

 

- To do jutra Benny — Wysyczała przez ramie. Poprawiła kołnierz, wsunęła rude włosy pod płaszcz, postawiła kołnierz i wyszła, nie czekając odpowiedzi.

 

 

- Nara Barb. - odpowiedział lekko łysiejący barman. Uśmiechnął się pod nosem i zarzucił kuchenny ręcznik przez ramię i chwycił czajnik z kawą. - Dolać Ci Jim? - Zapytał zamyślonego człowieka, który stukał palcami o blat kontuaru, przy którym siedział. Przeglądał teczkę, ze zdjęciami ze śledztwa, które prowadził. Podniósł brew, zerknął na kubek, którego nawet nie ruszył i przytaknął. Ben nachylił szklany dzbanek i w momencie, gdy miał już polać, zauważył, że nie ma miejsca. - Widzę, że humor dopisuje detektywie. - Roześmiał się. Znali się od czasu, gdy otworzył ten przybytek kawy i pączków. Spojrzał, na masakryczne zdjęcia szepnął. - Pamiętam, jakie to było cudowne miejsce, śmiech dzieci, zapach róż ulicznych kwiaciarek, pary chodzące za rękę. Kieszonkowców i zbirów do wynajęcia, którzy przesiadywali w "Knajpie byłych morderców", którzy mieli honor, swój chory kodeks. Ulice były czyste i nikt się nie bał.

 

- To już przeszłość... - Przerwał mu Jim. - Teraz mamy to. - Ręką rozłożył jak talię kart zdjęcia ofiar psychopatycznego mordercy. - Ten skalpelem rozcina policzki, jakby poszerzał uśmiech. Czasem maluje twarze ofiar ba biało i maluje "rozerwane" usta szminką. Mówimy na niego Klaun, bo raz zostawił kartę z talii z wizerunkiem Jokera.

 

- Co za szlam... - Powiedział barman, kiwając głową.

 

    Ulica mokła deszczem. Przydrożne latarnie tradycyjnie paliły się co druga, lekko migotliwe światło sodowych lamp dawało ledwo półmrok. Przechodząc obok grupek meneli, to często słyszała pomruki, pogwizdywania i inne obleśne zaczepki. Barbara nie zwracała na to uwagi. Wiedziała, że jak zareaguje, to będzie jeszcze gorzej. Od baru do jej mieszkania miała kilka przecznic. Szła do centrum rynsztoku. Zaraz obok stał hotel Terminus, który płonął już kilka razy, ale ciągle wprowadzają się do niego nowe szczury. Omijała to miejsce szerokim łukiem. Ostatnio jest tam dziwnie cicho. Prawdopodobnie rządzi w nim jakiś nowy świr. Nawet rodzina Moreno unika tego miejsca. Smród gnijącego mięsa, zalegających śmieci, których nikt nie zbiera, gryzł ja bardziej niż zwykle. Wracała do obskurnego pokoju z kuchnią. Przegniły tynk odpadał z każdej ściany. Mieszkała sama. Ledwo wiązała koniec z końcem. Uciekła z wioski, gdzie nie miała perspektyw. Tu ich tez nie może znaleźć, ale wstyd jej wracać. Udaje życie. Wypłata wystarcza na czynsz, a w pracy może jeść w miarę potrzeb. Radzi sobie. Spojrzała w niebo. Przestało padać. Chmury powoli zaczęły odsłaniać księżyc, jego błękitna poświata oświetliła ulicę. Pojawiła się niebieska linia światła księżycowego odbijającego się w mokrym asfalcie. Nagle usłyszała za sobą kroki. Człapanie było nerwowe i coraz bliżej jej. Ulice wypełnił stukot jej obcasów i nieznane człapanie. Jeszcze bardziej przyspieszyła. Człapanie nagle ucichło. Odetchnęła. Odwróciła się. Nagle wielkie łapy chwyciły ja wpół i wciągnęły w zaułek, gdzie zapaliły się reflektory samochodu. Przez chwile nic nie widziała. Po chwili napastnik wrzucił ja na tylną kanapę.

 

***

 

W pobliskim barze, po chwili zadumy odezwał się Bob.

 

- Kiedy to się stał? - zapytał.

- Co jak? - dopytał Jim.

- Kiedy Gotham oszalało? Mam wrażenie, że po śmierci rodziny Wayne. Oni jeszcze trzymali wszystko w ryzach. Nawet mafia ich szanowała.

- Masz racje. Panie świeć nad ich duszami. Mieli syna, który załamał się po tym wszystkim. Z tego, co mi wiadomo, to trzymają go w jakimś domu dla obłąkanych w Europie. - zamyślił się i dodał po chwili. - Szkoda chłopaka, może przejąłby rodzinny biznes. Masz rację, po ich śmierci mafia zaczęła walczyć między sobą i wszystko się sypnęło.

 

***

   Rudowłosa zaczęła wierzgać nogami, próbując uciec. Napastnik rzucił ja na śmierdzącą kanapę oldsmobila. Wymierzyła kopniaka kierowcy, który bez słowa odpalił silnik. Był potężnie zbudowanym mężczyzną, a i tak o połowę mniejszym od napastnika, który nieporadnie gramolił się na fotel pasażera. Miał zaciągnięty nisko kapelusz i płaszcz. Dziewczyna tym razem próbowała trafić jego. Z całej siły wymierzyła pietę w jego w twarz. Przez chwilę straciła w niej czucie. Stalowa szczęka mężczyzny nawet nie drgnęła. Zsunął się tylko kapelusz. Księżyc oświetlił jego twarz, która pokryta była bruzdami jak łuski krokodyla.

- Ucisz ja, ale delikatnie, szef chce rudą w jednym kawałku. - krzyknął kierowca. Dziewczyna zaskoczona widokiem, nawet nie zdążyła zareagować, gdy wymierzony w jej policzek cios z odlewu powalił ja na podrapaną czerwoną kanapę samochodu. Wyjechali zza zakrętu, gubiąc na wyboju kołpak, który z metalicznym pogłosem pokulał się naprzeciw ulicy, gdzie stał inny pojazd. Skrzyżowanie bolidu formuły pierwszej i samolotu wydało z siebie cichy, piskliwy dźwięk i wystrzeliło w górę ciemny kształt, który poszybował w górę i na pewnej wysokości rozłożył skrzydła i poszybował wzdłuż ulicy za samochodem.

   Uciekający, zdezelowany samochód rozświetlał okolice, na każdym wyboju sypiąc garścią iskier spod podwozia. Nagle tuż przed rozpędzonym bolidem pojawił się bezdomny pchający sklepowy wózek. Kierowca roześmiał się na widok pokracznego pieszego i dodał gazu. W ułamku sekundy pieszy zniknął, a przez maskę przeleciał tylko wózek, rozsypując po okolicy szmaty, puszki i zdjęcia, jedyny dobytek człowieka, który nagle zniknął. Kierowca zerknął w lusterko, nie zamykając ust.

- Widziałeś to? - zapytał pasażera, nie czekając odpowiedzi.

- Przerysowałeś brykę. - wysyczał mężczyzna o twarzy gada.

Nagle coś solidnie uderzyło dach samochodu. Kierowca spojrzał w lusterko i zobaczył bezdomnego, który na ulicy zbierał swój dobytek.

- Coś jest na dachu. - wycharczał gad.

- Coś jest na skrzydle? - Roześmiał się i dodał gazu. - Przerysowałem samochód? hahaha — kierowca zaczął historycznie się śmiać i skręcił kierownice na chodnik, uderzając w pobliski budynek, ocierając o niego karoserią, ale jechał dalej. Ściana iskier oświetliła samochód. Mężczyzna zerknął na witrynę po drugiej stronie ulicy i zauważył mężczyznę w płaszczu, który kurczowo trzyma się dachu, ich krążownika szos. - to ten zamaskowany dobroczyńca! - dodał gazu — Ile za jego głowę sobie liczą? - Zapytał, nie czekając odpowiedzi. Skierował samochód w stronę pobliskiego mostu i roześmiał się ponownie. Nagle boczna szyba z hukiem rozbłysła diamentami pękającego szkła. Pięść w skórzanej rękawicy wpuściła do zatęchłego samochodu trochę powietrza.

   Wirujący świat dał os obie znać, Barbara ocknęła się. Tuż nad jej głową przeleciały okruchy rozbitej szyby i zrozumiała, że nie jest dobrze. Kierowca tuż przed swoją twarzą zobaczył zamaskowana twarz.

 

- Zjedź na bok! - Wysyczał mężczyzna z dachu. Nagle seria z rewolweru przerwała monolog zakapturzonego krzyżowca. Kierowca, widząc przed twarzą broń, przewrócił oczami.

- Chcesz, żebym ogłuchł? - Puszczając kierownicę, odchylił się do tyłu, zaczął szukać czegoś za fotelem pasażera. Zauważył przerażoną dziewczynę. - O już wstałaś śpiąca królewno? Muszę pracować z wariatami, widzisz to? - powiedział, pochrapując ze śmiechu. Znalazł pistolet. Chwycił bezwładnie poruszająca się kierownice i zaczął strzelać w sufit. Jasne wnętrze samochodu przenikało na zewnątrz przez dziury po kulach. - No to Zorro mamy z głowy. - Roześmiał się, gdy chwytał kierownice, zauważył, że rozpędzony Cadillac pędzi wprost na barierki mostu. Gdy samochód przebijał się przez przeszkodę. Kierowca zaczął paniczne kręcić kierownica.

Nagły ogłuszający huk wyrwał drzwi pasażera z tyłu i czarna postać wpadła do środka. W ułamku sekundy chwyciła dziewczynę w ramiona i jak demon zniknęli w mroku nocy. Kierowca zaczął strzelać na oślep i w potwornym chichocie wykrzyczał — Coś jest na skrzydle!!

Dziewczyna po chwili znalazła się na ulicy, a zbawca rozpłynął się w powietrzu.

 

***

 

    Barman dolał kawy sobie i Jimowi Gordonowi.

 

 

- Teraz mamy jakiegoś samozwańczego obrońcę uciśnionych. - wyszeptał komisarz. - Ci go spotkali, opowiadają historie o demonach, nietoperzach i diabłach. To miasto schodzi na psy. Będzie tylko gorzej, jeszcze jak każdy świr, zacznie wymierzać sprawiedliwość na własny sposób.

 

***

Dziś...

 

    Gotham, późny wieczór. Mieszkanie nastolatki. Ściany obklejone plakatami gwiazd rocka, aktorów Ben Affleck i Alicia Silverstone wrysowani w wielkie serce. Różowe łóżko wypełnione pluszakami i podskakująca na nim nastolatka. Wysoka dziewczyna o ciemnych włosach i bursztynowych oczach fikała wokół matki.

- Mamo uwielbiam tę historyjkę o Batmanie! - Wykrzyczała — co było dalej? Spotkałaś go jeszcze i może coś? Całowałaś go lub coś?

 

- Nie no coś Ty? - roześmiała się rudowłosa kobieta. - teraz czas spać! Ja zaraz lecę na nocną zmianę. Ty do wyrka i rano Cię obudzę do szkoły. - Dodała, całując w czoło córkę i podeszła do drzwi. Zatrzymała się jeszcze na chwilę i dodała — Marianno. Nie przesiaduj do nocy w oknie. Dobranoc. - Cicho otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.

 

   Marianna uchyliła rolety i zaczęła wpatrywać się w odległą figurę maszkarona, który widoczny był na tle Wayne Tower. Kilka razy widziała tam GO. Uznała, że historia spotkania z zamaskowanym rycerzem nie skończyła się, tak jak matka jej opowiadała. Kobieta wychowywała Marianne sama. Nigdy nie mówiła o ojcu. Dziewczyna miała swoje śledztwo, Usiadła na kanapie, wsunęła stopy w różowe kapcie, wstała i podeszła do szafy, odchyliła drzwi. Zapalając lampką z biurka, oświetliła ołtarzyk zdjęć Mrocznego rycerza. Kilka znalezionych elementów uzbrojenia w tym rzutki o kształcie batsymbolu i kawałek blachy, który podpisała "Batmobil". Na środku jedyne wyraźne zdjęcie człowieka — nietoperza z narysowaną czerwonym flamastrem strzałką do napisu "TATA?".

Jej śledztwo miało doprowadzić ją do niego. Chciała zadać mu jedno ważne dla niej pytanie. Usłyszała za oknem dziwny pomruk. Silnik samochodu. Nie zwykłego samochodu. To był "ten" samochód. W tej szafie miała coś więcej niż tablicę śledztwa. Wsunęła dłoń za płytę. Chwyciła zza niej wieszak. Wyciągnęła go i powiesiła na rancie drzwi do szafy. Przesunęła dłonią po skórzanej powierzchni stroju, który sama zaprojektowała i sama uszyła.

 

- Tym razem mi się nie wywiniesz. - szepnęła, zerkając za uchyloną roletę, gdzie za oknem, nad miastem pojawił się sygnał, który wołał Batmana, a złoczyńcom kazał siedzieć cicho tej nocy.

 

Komentarze

Popularne posty