Ucieczka z Badghost - Jest ramie, na którym łka śmierć
And I'll dance with you in Vienna
I'll be wearing a river's disguise
The hyacinth wild on my shoulder,
My mouth on the dew of your thighs
And I'll bury my soul in a scrapbook,
With the photographs there, and the moss
And I'll yield to the flood of your beauty
My cheap violin and my cross
And you'll carry me down on your dancing
To the pools that you lift on your wrist
Oh my love, Oh my love
Take this waltz, take this waltz
it's yours now. It's all that there is
LC...
LC...
Dzień siódmy
Była czwarta nad ranem.
Zabrał marynarkę z krzesła i wyszedł. Zignorował dźwięki przesadnie głośnej muzyki, nawoływania rodziny, partnerki i pary młodej. Pan młody z różą w zębach. - Osz ku... - wyszeptał Miał dość. Alkoholu.
Disco polo.
Oczekiwań w stylu "a kiedy wy?".
Pijanego chrzestnego wujka Wojtka, który co chwilę zagadywał go lub komunikował coś, mrugając znacząco, co było jasne tylko dla niego. Zostawił to za plecami. Obijając się o tłum tańczących, wyszedł na zewnątrz. Trzaśnięcie drzwiami uciszyło grupkę palących przed lokalem gości. Lawirując między palaczami, wydostał poza imprezę. Za bramą, nieopodal cicho szumiała rzeczka. Poszedł wzdłuż nadrzecznego bulwaru. Bo jest czwarta nad ranem, usiadł nad brzegiem rzeki, tu muzykę słychać na okrągło.
"A teraz idziemy na jednego".
Wyrzucał z głowy ostatnie wydarzenia. Zawsze patrzyła mu w oczy. Ciągle widzi ich zieleń. Nigdy nie przestały pytać "dlaczego?". Światło księżyca rozświetlało noc. Patrzył, jak księżyc uśmiecha się do niego na falującej tafli rzeki. Wyjął z butonierki różę i pomyślał. "Mam w jednej ręce samobójstwo, a w drugiej różę mam". Wyjął telefon, zerknął na ekran.
Brak zasięgu.
- Nie sadzę, abym Ci mówiłem, że chciałem zbawić świat — wycedził przez zęby — Wróć do mnie, gdy się zestarzejesz, gdy zapragniesz kawy. - dodał w pijackim widzie i cisnął telefon w nurt rzeki. Pokazał środkowy palec i nieporadnie, ślizgając się po mokrej trawie, wstał. Zsunął się wzdłuż nasypu, w ostatniej chwili chwycił się trawy. Po kilku próbach wczołgał się, na gorę. Odwrócił się, strzepnął z kolan błoto, poprawił marynarkę. Gestem Kozakiewicza pokazał rzece, że nie może jej pokochać. Mokra wstęga otulała wszystko zapachem zgnilizny i wilgoci. Czuł poranek na twarzy, słyszał rechot żab z nadbrzeżnych zakamarków. Wszystko okrywała mgła, jak z horroru, słońce wdrapywało się powoli na widnokrąg. Zauważył wujka Stefka, który migdalił się z druhną w pobliskich krzakach.
Ptaki siedziały cicho.
W tle grała weselna muzyka. Ametist zaśpiewała jego ulubiony kawałek. Coś o miłości, śmierci i końcu.
Nie usłyszał, że jego śmierć zaszła go znienacka. Menel, który zwykle pyta o "pisont groszy" rzucił się na niego, bez słowa, jak bestia z pazurami próbując jednocześnie go ugryźć. Napastnik ubrany był w błękitny, zniszczony prochowiec. Podszyte skórą przetarte łokcie błyszczały w świetle księżyca. Przez chwile zauważył bladą twarz agresora. Jeszcze kilka godzin wcześniej, w towarzystwie jakiegoś dzieciaka, robił bramę parze młodej. Siłą rozpędu menel odbił się od Roberta, upadł opodal, ale gość weselny zachwiał się i wpadł do rzeki. Chwile temu czuł zapach gnijącej wody, teraz poczuł jej smak. Księżyc pomachał mu na pożegnanie, ciemność dna otuliła go wilgotnym, zimnym ramieniem.
Ciemność.
Krótkie zamroczenie odcięło go na kilka godzin. Mdła ciemność rozjaśniła się różem zamkniętych powiek. Nie otwierając oczu, postanowił zabrać myśli i wyczuć sytuacje. Przez chwile siedział w ciemności. Nadal czuł swąd zgnilizny. Nasłuchiwał. Cisza. Czas wiać – pomyślał. Już miał wstać w poszukiwaniu wyjścia. Pojawił się słup światła, który wypalał mu oczy.
– O. Obudziłeś się w końcu. – usłyszał delikatny, dziewczęcy głos.
- Kto, co? – odpowiedział. - Co się stało. - Podniósł głowę, która była stała się ciężka. Podniósł się, pokój zawirował. Położył głowę s powrotem. Co się stało?
- Leżałeś na brzegu rzeki, wyłowiliśmy Cię i przynieśliśmy tutaj. Spałeś kilka godzin. Tatko poszedł po lekarza, ale jeszcze nie wrócił. Nie wstawaj. Leż, odpoczywaj. Trochę się wczoraj upiłeś i później opiłeś wody z rzeki. To nic dobrego. - Słowotok przerwało trzaśnięcie drzwiami, cichy jęk. Głuchy łomot. Coś upadło na podłogę. Dziewczyna podskoczyła. Robertowi zawirował sufit. Nagle wśród drzazg łamanej futryny, do pokoju wpadła postać. Mimo bladości twarzy odznaczały się białe gałki oczne zwieńczone szarymi źrenicami. Wyrażała tylko gniew, z ust spływała krew. Za drzwiami majaczyły, jeszcze tryskające krwią zwłoki kobiety zwłoki. Robert zerwał się na równe nogi, mimo kołyszącego się otoczenia zdołał chwycić staromodne krzesło i jak treser lwów zatrzymał napastnika, zanim ten dopadł dziewczynę.
- Panie Janku, co panu? Proszę przestać. Przeraża mnie pan! - krzyczała i wymachiwała rękoma. Jej głos łamał się co drugie słowo. Była przerażona.
- Dłużej go nie utrzymam..- Wystękał pijany chłopak. - Strasznie silny jak na takie chuchro. - Nadając napastnikowi moment siły, cisnął nim w stronę okna, a ten jak bila na zielonym atłasie poleciał prosto w okno. Wybijając okno, wypadł połową ciała na zewnątrz. Zaczął komicznie wymachiwać nogami. Jakby nie zauważył swojej pozycji i wymachiwał kulasami jak podczas biegu. Robert dobiegł do niego i przerzucił jego nogi za okno. Na krawędzi okna zauważył ślady krwi. - Będzie bolało, jak się ockniesz. - dodał i splunął przez okno. Nagle usłyszał krzyk.
Dziewczyna stała wpatrzona w roztrzaskane drzwi. Zakrywała usta jedną ręką, drugą uniesioną w geście obrony. Krzyczała.
- Czyli nie przyszedł sam. - Pomyślał Robert i zrobił krok w kierunku krzesła, które już raz się sprawdziło. Jednak w progu stała kobieta, która jeszcze chwile wcześniej leżała na ziemi. Martwa. Może nieprzytomna. Jej oczy były szare i puste. Z rany na szyi nadal cienką stróżką. W miejscu, gdzie leżała czerwieniła się wielka plama posoki. Postać, zanim wstała, kawałek się czołgała, ślady dłoni, jakby wyrysowały przerażające wzory.
- Mamoo... - wyszeptała dziewczyna. Robert chwycił dziewczynę w pasie i odciągnął od drzwi. Starsza kobieta mamrotała coś pod nosem. Nagle ruszyła za nimi, kuśtykając nieporadnie. Chłopak momentalnie wytrzeźwiał. Upadli na stare łoże, przeturlali się po nim, patrząc sobie w oczy jak starzy kochankowie, w łóżku zgrani, gdy ona tik, to on tak. To jedyna szansa na przetrwanie. Spadli po jego po drugiej stronie, wturlali się pod dębowe łoże. Dziewczyna zaczęła kwilić z przerażenia. Robert zasłonił jej usta dłonią, przechylił delikatnie jej twarz. Położył palec na swoich w geście uciszenie. - Zabiorę Cię stąd... - wyszeptał. Skinęła głową. Postać krążyła po pokoju. Nie zauważyła, gdzie się ukryli. Widzieli jej stopy. Jedna ubrana w laczki na obcasie, druga bosa, a po jej kostkach coraz słabszym strumieniem nadal sączyła się krew. Nagle w pokoju pojawiła się kolejna postać. To mężczyzna, który chwile wcześniej wypadł przez okno. Gdy był jeszcze w odległym krańcu pokoju, Robert zwrócił uwagę, że wybite okno solidnie poharatało Janowi brzuch. Przez poszarpany T-shirt wypływały wnętrzności. Roberta zemdliło. Pokój powoli zalewała ciemność. Ściemniało się. Nadchodziła patronka księżycowego plemienia. Noc. Siedzieli cicho. Godzinę. Dwie. Trzy. Robert zastanawiał się, czy to sen, a może delirka.
Nagle ciemny pokój zalała fala światła. Jakiś samochód wjechał na podwórko. Dziewczyna wzdrygnęła się. - Może spała? - pomyślał Robert, zaczęła miotać się panicznie. Zrozumiał, że chce ostrzec przybysza. Na zewnątrz słychać było głosy, przekleństwa, że ciemno i nikt o zapaleniu światła nie pomyśli.
Szurająca po pokoju para nieumarłych również usłyszała nagłe poruszenie na zewnątrz. Przedwiercając po drodze krzesło, wybiegli w stronę drzwi.
- Zostań tu. - wyszeptał Robert. Ostrożnie wyczołgał się spod łóżka. Zaczaił się za meblem i ruszył.
Usłyszał na zewnątrz szamotaninę. Przyspieszył kroku. W kuchni poślizgnął się na plamie krwi. Zanurkował twarzą w krwawą kałużę. Przeklął w myślach. Pozbierał się, zlokalizował drzwi, przez połamane deski wpływało światło reflektorów samochodu. Dobiegł do drzwi i kopniakiem je wyważył. Stanął w progu. Oślepiony zdążył zauważyć, że kobieta i pan Jan leżą już na ziemi, tym razem na pewno.
- Jeszcze jeden! - Usłyszał jeszcze, pomyślał o krwi na swojej twarzy i ogłuszający huk wystrzału utulił go.
Zapadła ciemność.
Komentarze
Prześlij komentarz