Mroczny rycerz - Czarne serce
Wyobraź sobie miasto.
Dowolne.
Duże.
Zatłoczone, głośne, ruchliwe i brudne.
Zalej to morzem wódy, dymem z papierosów i spalin.
Dorzuć do niego garść psychopatów, posyp szczyptą niewinnych.
Zabierz część energii elektrycznej, ogranicz ich świat do wyspy.
Otrzymasz Gotham.
***
- Tak Saro, zabrałem śniadanie do pracy. - odpowiedział
Gordon, pochylając się nad telefonem. Próbował ukryć mikrofon w dłoni. - Będę
późno. Ja Ciebie też. Tak będę uważał, to prosta akcja. - Westchnął, gdy
odkładał słuchawkę telefonu. Zmierzył wzrokiem Bullocka, który zakrywając usta
wielkim pączkiem, próbował zamaskować uśmieszek.
Komisarz wziął płaszcz, przeczesał gęste siwiejące włosy i
wsunął broń za pazuchę.
- Wychodzimy — Wydał polecenie. - Wszystko jasne?
- Tak szefie. - odezwał się wielki łysiejący policjant. -
Czekamy, aż zjawi się klient i zgarniamy całą imprezę. Pączek z dziurką Gordon.
- Pospiesznie przetarł rękawem lukier z ust, chwycił kapelusz. Zdejmując kurtkę
z krzesła, wziął pospiesznie łyka zimnej kawy. - Miodzio... - pomyślał i
wyszedł.
Zaparkowali niedaleko klubu GoGo-tham, który słynął z
długonogich dziewczyn i śmietanki półświatka. Zaglądali tam wszyscy, którzy
chcą się liczyć w mieście. Zepsute latarnie omiatały okolice ciemnością, te, które
działały, ukrywały pod swoimi świetlistymi skrzydłami upadłe anioły. Boginie,
które za stówkę zabiorą Cię ku niebu, a gdy okaże się, że masz więcej, to
stamtąd już nie wrócisz. Ich półnagie ciała oświetlone z góry płomieniem
latarni wabiły ulicznych marynarzy jak Lorelei. Wielu rozbiło się o bruk jak ci
w legendach. Dziewczyny te mają oczy pełne morskiej piany, w ich falujących
ramionach ginęło wielu, którzy uciekali przed samotnością, zimną żoną i
wszelkiej maści świrów tego miasta. Tylko za niektórymi ktokolwiek płakał.
Zza szyby nieoznakowanego radiowozu komisarz mógł oceniać
wszystkich, których widzi. Sam mieszka w podobnej dzielnicy. Wie z kim ma do
czynienia. Po latach pracy w mundurowce odróżnia dobrych od złych.
- Wszystko jest czarne albo białe — odezwał się
niespodziewanie Bullock. Gordon przez chwilę zastanawiał się, czy detektyw
czyta mu w myślach. - Biorę takiego zbira i pytam. Zrobiłeś to czy nie? -
Spocony grubas kontynuował. Gordon zauważył, że Bullock prowadzi jakąś debatę z
Montoyą przez radio. - No i na każde pytanie może odpowiedzieć „tak"lub
„nie".
- Bullock zadam Ci pytanie, na które możesz odpowiedzieć w
takim schemacie- odezwał się Gordon — Czy przestałeś już brać łapówki? -
Montoya roześmiała się tak głośno, że detektyw wyjął słuchawkę z ucha. Jego
mina mówiła „Zuber?". Gordon chwycił lornetkę i ukrył roześmiane oczy w
soczewkach. Na końcu ulicy stała furgonetka SWAT. Była nieoznakowana, a wokół
niej było pusto. Lokalne rzezimieszki wyczuły obławę. Gordon wskazał detektywowi
vana jednostki specjalnej. Bullock chwycił radiostację. - Jackson! Zabierz
swoich ludzi, świecą z daleka jak psu jajca! - wysyczał ze swoją słynną
elokwencją. Czarny pojazd natychmiast oddalił się, parkując kilka przecznic
dalej. Ulica natychmiast wypełniła się duchami tego miasta. Menelami, którzy
tworzyli arterię tego miasta. Zrobiło się ciemno i cicho. Nagle pierwsze krople
deszczu opadły na szybę radiowozu.
- Szlag. - Gordon usłyszał głos Montoi, która obstawiała dach
pobliskiego budynku.
***
Siedział na wielkim maszkaronie, pochylony nad miastem, po
jego policzkach lały się strumienie wody. On. Niewzruszony obserwował ciemną
uliczkę poniżej. Jego twarz skrywała czarna maska, która zmieniała się w kaptur
zakończony szpiczastymi uszami. Peleryna okrywała jego plecy, kołysząc się na
wietrze, rozbijała krople deszczu.
Czarna plama widziała siebie. Dziesięcioletniego chłopca,
który uliczką poniżej idzie za rękę z rodzicami. Wracali z kina. Znak Zorro.
Chłopak jeszcze nie ochłonął z emocji, adrenalina jeszcze krążyła w jego
żyłach. Ojciec. Thomas Wayne dał ponieść się tym emocją. I z zadziorną miną
powiedział — Idziemy na skróty.
Uliczka była pusta, ciemna. Śmierdziała ściekami, krwią i
przeznaczeniem. Błoto pomieszane z przemoczonymi starymi gazetami tworzyły
delikatny dywan. Nagły huk, tuż za nimi. Bruce odwrócił się. Było pusto.
Spojrzał na rodziców, byli wygięci w dziwny sposób. Ręce wyrzucone w górę jak w
tańcu. Korale Marthy wyskoczyły w górę i zawisły zerwane w pół drogi ze
sznurka. Spojrzał w niebo, gdzie świecił wielki księżyc, jego powierzchnia
świeciła jak jeden z korali. Nagle upadł na końcu ulicy, odbił się kilka razy i
zaczął toczyć się w kierunku chłopca. Rodzice stali nieruchomo. Zawieszeni w
tańcu. Perła, w którą zmienił się księżyc, potoczyła się do młodzieńca.
Uderzyła go w lakierowane buty. Zrobiła się czerwona. Pochylił się i podniósł
ją. Nadal nie zmieniła koloru. Nagle jego ramiona okrył męskim płaszczem jakiś
człowiek. Chłopiec spojrzał w górę. Obok stał detektyw Jim Gordon. Bruce stał
chwilę, patrzył w niebo, a w dłoni trzymał czerwoną perłę. Nagle mężczyzna
stojący obok odezwał się — Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem, w bladym świetle
księżyca? - Chłopak wystraszył się i zadrżał. Karmazynowa kuleczka wyślizgnęła
mu się z palców. Poczuł na nich wilgoć. Spojrzał na nie. Perła zostawiła farbę.
Czerwoną. Zerknął pod nogi, by zobaczyć gdzie spadła. Zobaczył ciała rodziców.
Po policzkach popłynęły łzy. Demon ponad uliczką nakarmił się gniewem.
Zastanawiał się, czego szuka. Dlaczego to robi? Dlaczego co
noc czuwa? Broni i chroni. Jak harcerzyk. Tamtej nocy przypięto mu nową
odznakę, która zmusza go, by siedział tu. Wpatrzony w ciemność. Szuka siebie i
czeka, że dana mu będzie szansa uratowania siebie.
Niebo rozerwał błysk.
Mężczyzna w stroju nietoperza zauważył ofiarę.
***
Wszystko się układało po jego myśli. Zapomniał już jej imię.
Zapomniał kolor oczu, włosów. Z jego nozdrzy wyparował jej zapach. Usta
zapomniały smak jej skóry. Siedział w zadymionym pubie. Szynku jak ze starych
opowieści. Kolorowe reklamy alkoholi, w sali obok grający w bilard
motocykliści. Przesadnie głośna szafa grająca. Pijana młodzież. Studenci.
Niektórzy półprzytomni. Mimo wczesnej pory. Przy barze, jak przy konfesjonale
siedzi barczysty mężczyzna Mike Sanders. Spowiada się barmanowi.
- Żyjesz sobie szczęśliwy. Zapominasz o wszystkim. Łapiesz
oddech i jesteś tu, teraz. Nagle wszystko bierze w łeb. Bo widzisz JĄ. -
Pociągnął potężny łyk z prawie pustej butelki. - Podobno tam gdzieś jest sens.
Nie tu. Kiedyś dałbym wszystko, żeby ją zobaczyć. Po co przyjechała do Gotham?
- Wziął bucha papierosa. - Może jest w podróży. Schudła, jest
piękniejsza, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałem. - Przetarł spocone czoło i
zaczesał tłuste włosy. - Przecież wie, ile dla mnie znaczy, dla niej wiecznie
bije moje czarne serce. Jest z nim... - Wstał, rzucił cierpliwie słuchającemu
barmanowi dwadzieścia dolców i wyszedł. Z nieba lała się woda. Przeklął w
myślach, zaciągnął bejsbolówkę na oczy i poszedł wzdłuż ulicy. Zmierzał pod
hotel, w którym zamieszkała Miriam. - I On... - pomyślał.
Stanął w zaułku pobliskiej uliczki. Wymacał za pazuchą
rewolwer. Wyjął z kieszeni zawiniątko. Odwinął. Palcem wodził po postaci ze
zdjęcia. Był na nim on i długowłosa dziewczyna. Nagle w przypływie nerwów
zgniata zdjęcie i wsuwa do kieszeni kurtki. Zaciska zęby i czeka. Po chwili
czekania dostrzega parę wychodzącą z hotelu. Brunetkę ze zdjęcia obejmował
wysoki blondyn. Skierowali się wzdłuż ulicy, w pewnym momencie skręcili w
boczną, wąską uliczkę. Za nimi poszedł mężczyzna z baru. Przełożył broń do
kieszeni. Balansując między latarniami, prostytutkami i menelami podążał za
parą. Układał w głowie, co im powie. - masz ostatnią szansę, wróć do mnie.
Zostaw tego gogusia. Zobacz, ja już ułożyłem swoje życie. - fantazjował — Wtedy
on zacznie się ciskać, ja go kropnę, a ona rzuci mi się w ramiona. - Popłynął w
swoje fantazje. - Nie, tak nie będzie. Ona zacznie krzyczeń on podskakiwać.
Będę musiał zabić oboje. - Zaczął świrować. - Był kilka metrów za nimi. Nawet
nie wiedział, kiedy wyjął broń. - Ona mnie już nie pokocha. Muszę to skończyć
tu i teraz. - Z oczu popłynęły łzy. Para nie słyszała kroków tuż za ich
plecami. W pobliskim klubie trwała impreza. Pijany mężczyzna człapał za nimi.
Zaślepiony nienawiścią, łzami i alkoholem. Celował raz do Miriam, raz do
blondyna. Nagle pośród muzyki rozległ się cichy szmer. Kliknięcie, potem odgłos
przytłumionego wystrzału. Bzyczenie. Kobieta odwróciła się. Ulica była pusta. Nagle
tuż pod jej stopami upadł zwinięty w kulkę papier. Podniosła go. Rozwinęła. To
było jej zdjęcie z Sandersem. Rozejrzała się po okolicy. Blondyn zbaraniał. -
Co jest? - zapytał.
- Nic, nic, zdawało mi się, że... Nieważne. - odpowiedziała i
wyrzuciła zawiniątko.
- Drżysz? - dopytywał blondyn.
- Tak. - odpowiedziała. - Wracajmy. Wyjedźmy stąd jak
najszybciej. - dodała, trąc nieokryte ramiona, na których pojawiały się ciarki.
- W tym mieście mam wrażenie, że ciągle mnie ktoś obserwuje.
Sanders wisiał na szczycie dachu. Ktoś chwycił go za poły
płaszcza i uniósł poza krawędź dachu. Pijak próbował sięgnąć gzymsu,
bezskutecznie. Wielki facet w pelerynie trzymał Mike jedną ręką jak szmacianą
lalkę.
- To jedyne i ostatnie ostrzeżenie. - Rozległ się niski głos.
- Noc należy do mnie!
Zanim mężczyzna zdążył zareagować, cały świat zawirował.
Nietoperz zwolnił uścisk i mężczyzna spadał. Przez chwilę z daleka widział jak
para, którą chciał zabić, pospiesznie opuszcza uliczkę. On, zanim doleciał do
ulicznego bruku, stwierdził, że jeśli będzie mu dane, to zmieni wszystko.
Jeszcze raz i do skutku.
Zapadła ciemność.
***
- Co za małpa. - przeklinała pod nosem Barbara. - Ja i
Batman. Jak ona na to wpadła?
Siedemnaście lat wcześniej
Upadła na ulicę tuż przy krawędzi ulicy. Straciła na chwilę
przytomność. Gdy czerń półsnu oddało miejsca granatowi nieba, poczuła na twarzy
zimny powiew. Zrobiło się jej lepiej, ale w zaistniałej sytuacji powinna zerwać
się na równe nogi i wiać. Ponosząc się, zauważyła, że ktoś biegnie w jej
kierunku. Uzbrojony. - Mam dość macho z bronią. - pomyślała. Sprytnym ruchem
zsunęła ze stopy pantofel i odwróciła się, żeby uciec.
- Stój! - usłyszała. Głos był aksamitny. Znajomy. Jak
obietnica ratunku.
- Jim. To Ty!. - Odwróciła się i padła w ramiona detektywa. -
Nawet nie wiesz, co przeszłam, ja w sumie też nie do końca. - Gordon przytulił
kobietę do siebie i jednocześnie wychylił głowę, by spojrzeć w stronę rzeki, za
przerwaną barierką.
- W sumie to było tak. - Rozległ się dziwny głos. -
Dostaliśmy zlecenie na nieprzytarganie dla szefa jakiejś laleczki. No i trafiło
na Ciebie. - W czasie, gdy mokry mężczyzna kontynuował swój monolog. Jim wyjął
z kabury broń — Szef to równy gość. Spodobasz mu się. - nie przerywał mówić,
gdy Gordon wziął go na cel. Sam też trzymał w reku rewolwer, ale traktował go
jak rekwizyt. Wymachiwał nim, nie celując. - No mamy mały problem. Ty masz już
kogoś? - wskazał detektywa i chwycił się za boczki. - To nic. Znalazłem mu już
parę. Pączusiu harcerzyk do schrupania. - W tym samym momencie, tuż za Gordonem
pojawiła się góra mięśni. Potwór chwycił za dłoń, w której trzymał broń i jak
worek kartofli rzucił Jimem kilka metrów dalej.
- Co ptysiu. Idziesz ze mną na bal? - wysyczał gigant,
wytykając rozdwojony język.
- O widzisz. Sama zostałaś. - Znowu odezwał się chudy
mężczyzna. - Szef jest delikatniejszy niż mój krokodyli przyjaciel. No do
momentu, aż mu się znudzisz.
Nagle ciszę rozerwał ryk silnika. Okolicę rozświetliły jasne
reflektory. Głośny wystrzał przewyższył odgłos pracującej maszyny. Chudy
człowiek chwycił się za pierś, szukając dziury po kuli. - Ha Ha —
roześmiał się - You missed me- wykrzyczał. Potężny czarny pojazd przejechał tuż
obok nich, skierował się w stronę rozerwanej barierki i zniknął tuż za nią. -
Teraz to się nawet zdziwiłem. - dodał roześmiany chudzielec. Wielki Killercrock
roześmiał się. Nagle coś go powaliło go na ziemię. Nie zauważył, że wystrzał
był harpunem, który złapał go za nogę. Próbował walczyć i wbijał potężne pazury
w asfalt, ale ciężar pojazdu zrobił swoje. W ciągu ułamka sekundy bat mobil
wciągnął go pod wodę.
- Skąd On bierze te cudowne zabawki. - Cmoknął i odwrócił się
w stronę dziewczyny. Usłyszał jeszcze ciche bzyknięcie i w ułamku sekundy
wisiał do góry nogami. - Wiedziałem. Mogłem się tego spodziewać. Jesteś moim
nowym arcywrogiem. Słyszysz? Ha HA — roześmiał się i zaczął
podśpiewywać. -" A Ty? Czy Ty? Pod drzewo przyjdziesz też, gdzie wisi już
ktoś- Podobno zabił trzech. o tym, co się tu działo każdy chyba wie, Pod
drzewem dziś to wszystko skończy się."
Lekko kulejąc Przyszedł Gordon. -
Wezwałem już ludzi. Znowu coś przegapiłem. To był ON?
Nagle woda zabulgotała, oboje z ciekawością podeszli do
barierki mostu. Woda zaczęła parować. W pewnym momencie pod wodą pojawiły się
światła. Spod wody, majestatycznie wysunął się kształt. Szeroko rozstawione, na
wysięgnikach koła wytoczyły czołg nietoperza. Na brzegu otworzyły się chrapy i
z głośnym świstem pojazd wypluł nadmiar wody. Zaraz za batmobilem na stalowej
linie, jak przynęta pojawił się krokodyl. Z głośnym klikiem nadmiar został
odcięty. Pojazd wrócił do postaci samochodu. Jeszcze chwilę system sprawdzał
stan maszyny i z charakterystycznym rykiem wrócił na drogę i zniknął, zanim
niebieskie światła rozświetliły okolice.
- Przysuńcie mnie bliżej. Proszę, też chce zobaczyć tresowane
słonie. Uwielbiam cyrk! - Wykrzykiwał zawieszony na linie mężczyzna.
Gordon podszedł do niego, sięgnął do jego kieszeni w
poszukiwaniu dokumentów. Zamiast tych, z kieszeni wysypała się talia kart z
samymi jokerami.
- Mamusiu. To nie moje! Może to wyjaśnić. - wykrzykiwał świr.
Barbara siedziała w karetce. Okryta kocem piła kawę kryjąc
kubek w obu dłoniach. Jeszcze nigdy nie ceniła smaku tego płynu jak dziś.
Obiecywała sobie, że jutro będzie lać podwójne porcje z potrójnym uśmiechem.
- Odwiozę cię do domu. - szepnął Jim. Barbara przytaknęła.
Usiadła w wygodnym fotelu policyjnego samochodu. Jechali bez
słowa. Przed wejściem do kamienicy Gordon odezwał się.
- Jutro wpadnij złożyć zeznania. Proszę.
- Wejdziesz na chwilę? - zaproponowała, łamiąc głos.
Jednocześnie prosiła i błagała o to.
Komentarze
Prześlij komentarz